Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka

27.09.2018
czwartek

Zło katolicyzmu. Przykładów świeżych kilka, z bezliku

27 września 2018, czwartek,

Nie będę się teraz zajmował kwestią, którą stawiają wyznawcy: „wiara pomaga żyć”, czy też „wiara to dobro”, albo jak kiedyś usłyszałem od wsiowego filozofa z kosą przytroczoną do ramy roweru: „Kościół do dobrego namawia, nie do złego”. To na inną – choć także pilną – okazję. Teraz o dymiących aktualiach.

Zajmowanie się wiarą katolicką, jej dobrociami i jej moralnymi przewagami nad wszelkimi innymi źródłami postaw moralnych i rozumowych oraz życie wśród jej wyznawców, budzi uczucie obcowania z czymś szczególnym. Szczególnym, bo we wszystkim bodaj zupełnie odwrotnym od faktów, wiedzy, rozumu, przyzwoitości, moralności, empatii i nie mniej – naturalności biegu ewolucji i rozwoju człowieka. Wodospady i wodogrzmoty namaszczonych i ślicznych bo landrynkowych, okrągłych jak bańki mydlane słów, najwyższych uniesień, wywyższeń, przemodleń, zaklęć i wezwań; tysiące kilometrów – z Ziemi na Księżyc i z powrotem zapewne – półek pełnych najświętszych i najsłuszniejszych ksiąg, czasopism i wszelkich publikacji; dziesiątki tysięcy krzyży gdziekolwiek spojrzeć, pomników, poświęceń i świętych patronatów, że już nie ma gdzie stanąć, żeby nie było w cieniu – a wszystko trąci pleśnią, fundamentalnym zakłamaniem, oszustwem zbudowanym w części i na tzw. dobrych intencjach, lecz tak obrzydliwie przekręconych w moralną, poznawczą i operacyjną nędzę, że trudno powstrzymać odruch womitacyjny. Wstając rano, ma się przeczucie pewności, że w ciągu dnia dowie się kolejnych rzeczy o katolikach i ich katolicyzmie: szokujących, podłych, obrzydliwych, skręcających z niezgody kiszki, obsmarowujących mazią deprawacji i kłamstwa wszystko i wszystkich, powodując ślepotę, głuchotę, zagubienie i bierność wobec zła – jak porażona jadem ofiara pająka . Albo też przeciwnie: będzie paniczne, bądź cyniczne wzmożenie zła wylewającego się z wyznawców cuchnącymi siklawami.

Oto powstał w Polsce film „Kler”. Mówiący o czynionym przez Kościół kat. złu, manifestowanym przez jego funkcjonariuszy. W tym zbrodni, zbrodni gwałtu na najniewinniejszych i najwrażliwszych – dzieciach. Czyż jednak dzieci są dobre i niczemu niewinne? Nie, dzieci są winne. Winne są zbrodni Adama i Ewy. „Dobry Bóg” karze wszystkie dzieci za mniemaną zbrodnię „pierwszych ludzi” przeciw swojej realnej pysze. Dzieci, już śmiertelnie winne mocą swojego urodzenia, muszą się oczyścić ze zmazy – zaś zmazy są obsesją seksualną członków kleru – wkupiając chrztem, w łaski tego, co je skazał na wieczność śmierci. Wtedy – może – doznają łaski zbawienia ze strony swojego prześladowcy.
Nie one jednak o tym decydują. Nie one uznają swoją haniebną i śmiertelną winę i nie one się w łaski Wszechmogącego wkupiają. Ich rodzice uznają winę dzieci i tym aktem zdrady założycielskiej, definiują ścieżkę życia dziecka, które ma nieustannie szukać grzechu w sobie, nieustannie nosić w sobie winę wobec tego, co „dał im łaskę życia” i je „Absolutnie (tak jest, wielką literą!) miłuje”.
To ledwie początek tej odrażającej moralnie konstrukcji religii i wiary zarazem, pomieszania pojęć – celowo przez Kościół kat. zaprowadzonego – by wśród powszechnego pogubienia w tym, co jest czym, co dobre a co złe, móc uchodzić za wyrocznię moralną, siewcę dobra, szafarza łask i w skutku – poborcę nienależnych podatków, inkasenta za nierzeczywiste korzyści i konsumenta uroszczonych honorów. Ta pewność codziennego zła budzi niemal rozbawienie: prawie dwie kompanie biskupów, batalion prałatów, brygady teologów moralnych i każdych innych, trzy dywizje członków kleru z kapelanem-generałem i takie codzienne skutki? Raptem nad jedną, skromną jak na Europę rzeką – Wisłą? No właśnie, dlatego ! Nie inaczej jest przecież i nad innymi rzekami, a jak nad jakąś jest inaczej czyli cokolwiek lepiej, to szatani jacyś muszą tam być czynni: zgnilizna praw człowieka Zachodu, pedalstwo jako małżeństwo, kobieta jako człowiek a nie pozycja z inwentarza mężczyzny, nawet dziecko – też człowiek i jego dzieciństwo jako wredny wynalazek współczesności; pedagogika i psychologia jako zamach na świętą pedagogikę opresji katolickiej i czynienia z dzieci przedmiotów własności rodziców którym się za to należy cześć – jak żąda IV „Przykazanie Boże”, aborcja i eutanazja jako podstawy życia, czyli cywilizacja śmierci.

Film ten jest konieczną i naturalną dla ludzi porządnych, a zarazem już spóźnioną i fragmentaryczną przecież reakcją na niewyobrażalną skalę, rozległość, głębię i fundamentalną zasadę istnienia zła Kościoła kat, na akceptację, ukrywanie, czynną zgodę, czerpanie z niego korzyści, sycenie się nim. Na obecność wśród nas tysięcy zgwałconych, poniżonych, zbrukanych, cierpiących ofiar i ich – wreszcie ! – nieliczne jeszcze przecież, świadectwa bólu i udręki, o których i dziś ciągle nie chcemy szczerze wiedzieć, reagując wyparciem, fałszem przeciwnego oskarżenia albo zadowalając się powierzchownym wyjaśnieniem i podłością oszustwa Kościoła kat: my już mamy wzorowe procedury!; pedofilia wśród kleru to ich prywatna sprawa! ; pedofilów wśród księży jest tak mało, że prawie żadnego, to w świeckim świecie pełno jest zboczeńców! A wszystko to od zarania istnienia Kościoła kat. Od dwóch tysięcy lat. Zbrodnia, niewolnictwo, przemoc fizyczna, psychiczna, moralna, odmawianie podstawowych praw ( „przyrodzonych” – jak gadają nieustannie papieże i ich kler: godności, prawdy, sprawiedliwości, integralności i tak dalej), wyklinianie, infamia, poniżanie, dzielenie ludzi, wynoszenie się nad innych – to są cechy konstytutywne, substancjalne dla Kościoła kat. A wszystko to „w imię miłości bliźniego”. Zlikwidujcie te potworności, a zlikwidujecie Kościół kat.

I oto ten film, jego reżyser, aktorzy, cała ekipa i inni współtwórcy, są obiektem pełnych pasji (a więc „pasyjnych” – jak równie często gadają członkowie kleru) przekleństw, pomówień, najgrubszych oskarżeń, żądań, by ten – szatański w oczywistym domyśle – film, wycofać z dystrybucji, pokazów, ukarać wszystkich mających z nim coś wspólnego. I oto słyszymy, że ten film jest ponoć sam w sobie złem, emanacją sił cywilizacji śmierci, atakującej święty Kościół kat. i jego świętych księży.

I oto publiczna, wpływowa, misyjna, meblująca katolikom głowy i kształtująca morale publiczne, ba – „narodowe”, organizacja: Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy . Stowarzyszenie właśnie wystosowało banalnie charakterystyczny dla wyznawców, czyli fantazmatycznego pomieszania faktów i znaczeń rzeczy oraz niezwykłej gęstwy emocjonalnych pomówień apel w sprawie filmu Wojciecha Smarzowskiego. KSD apeluje o „obronę kapłanów przed odzieraniem ich z godności, poniewieraniem wartości ich posługi”. „Nie poszerzajmy ciemności zła” – wzywają katoliccy dziennikarze – „poprzez wspieranie kont producentów i dystrybutorów tego skandalicznego obrazu”. „Na tyle mamy wiedzę, mimo fałszowania historii” – mówią ci, co historii nie znają, znać nie chcą, bo wyznają tylko słuszną historię – „że wiemy doskonale, jak działają wrogie Polakom środowiska”. Wojciech Smarzowski, aktorzy, cała ekipa i ich dzieło – film, są więc wrogim, nie Kościołowi już nawet, ale Polakom i całej Polsce – środowiskiem. Jakże codziennie, dojmująco boleśnie, ohydnie to znamy: pokazać zło to zaatakować Kościół kat, który jest – po prostu – Polską! „Skoro nie udało się wmówić nam, że Pana Boga nie ma” – mówią katolicy z KSD co wszystkim wmawiają, że Bóg jest i ze skutków tego wmawiania żyją – „trzeba nam zohydzić tych, którzy nas do Niego prowadzą”. Tyle z cytatów z tej faktograficznej, poznawczej i moralnej mazi; dać tu więcej byłoby nadmierną ohydą.*

Takie oświadczenie składa tabun katolików. Będących członkami katolickiego, zawodowego stowarzyszenia. Towarzyszy mu milcząca, albo frenetyczna zgoda innych katolików, z najwyższymi włącznie. Powstaje ważne pytanie: kim jest katolicki dziennikarz? Kim innym, niż siewcą pomówień, dawania fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu, dezinformatorem, zohydzaczem, producentem zła? Kim innym niż mrocznym drabem zawodu, który – cóż za naiwność sądu i drwina w jednym – miałby służyć jakiemuś dobru publicznemu?

Poczucie pewności, że codziennie dowiemy się o czymś ohydnym w związku z Kościołem kat, ma pewność działania grawitacji, która w Polsce ma kierunek odwrotny niż gdzie indziej. Oto, w czas przeklinania filmu Smarzowskiego, dał głos arcybiskup Gądecki: „Kto jest wolny jako chrześcijanin i nie poddaje się tym dążeniom przyziemnym tego świata ten jest automatycznie najlepszym obywatelem Rzeczpospolitej” **.

Przypomniał nam o swoim bólu zgwałcenia przez katolickiego księdza – tego „wolnego i niepoddanego ziemskim dążeniom” – reżyser Andrzej Saramonowicz. Jedna z wielu, wielu tysięcy ofiar, w samej tylko Polsce, w której członkowie kleru gwałcą od 1050 lat. Jego wyznania wstrząsają, ale nie na jego osobisty ból pragnę tu zwrócić uwagę, a na coś jeszcze koszmarniejszego: wspólnotę zła, wyparcie, zaprzeczenie mu i zwalanie winy nie na głównego zbrodniarza, tylko na pośledniego. Indywidualna zdrada ustępuje bowiem ciężarem winy spiskowi zdrajców. „Saramonowicz podkreśla, że zdawał sobie sprawę, iż nie jest to normalna sytuacja” [molestowanie, przyp T.] . >>Sprawa wyszła na jaw, gdy ksiądz zaczął odwiedzać jednego z chłopców w domu i jego zachowanie zauważyła matka ucznia. „Nasi rodzice mieli wielki problem. Bali się, że kiedy rozpętają aferę, komunistyczne władze wykorzystają ją do walki z Kościołem. Odsunęli nas od Łysego [księdza-pedofila, przyp. T.], ale nie ujawnili tego, co wiedzą. Dziś wiem, że popełnili błąd, ale rozumiem też, co nimi wówczas kierowało” – pisał Saramonowicz.<< ***. Zatem, Andrzej Saramonowicz wie, że rodzice popełnili błąd, ale rozumie ich postępowanie? Otóż, uważam, że nie bardzo wie i nie rozumie. Porusza się bowiem – jak niemal my wszyscy – zaplątany w sieci katolickich manipulacji słowami i pojęciami; wśród kłamstw, wyparć, przeniesień - całej aparatury zła. Problem rodziców, co się bali, że wiedzę o pedofilii kleru „komunistyczne władze wykorzystają do walki z Kościołem”, jest bowiem źle sformułowany. To „komuniści” są tu centralnym problemem i źródłem nieogarnialnej głębi zbrodni? Ci komuniści co – w Polsce - „walczyli z Kościołem” może lat kilkanaście, może do późnego Gomułki (nie dłużej, bo potem to były liche lub zabawne pozory bezpłodnych wojowników) ? Moje stanowisko i jasne twierdzenie jest zupełnie inne: to pozór, unik w szczerym spojrzeniu w głąb zła; to lęk przed jego trafnym rozpoznaniem, co zrozumiałe u zgwałconego, ale sumarycznie – fatalne; biorące się z owego mętu, celowego pomylenia spraw i pojęć przez Kościół katolicki i w rezultacie, wskutek spowiedzi ofiary, podtrzymujące to katolickie oszustwo, przeciągające istnienie zła i utrudniające demontaż. Oraz z innego powodu, dobrze znanego przez psychologię: ofiara usprawiedliwia współwinnych, zwłaszcza, gdy są nimi rodzice ofiary. Są w tym wyjaśnieniu rodziców, przytaczanym, lub też podzielanym przez Saramonowicza elementy drastyczne złe: „walka komunistów z Kościołem” byłaby bowiem większym złem niż tolerancja dla gwałcenia dzieci przez ów Kościół, mocą swoich funkcjonariuszy. Dzieci tych „obawiających się” rodziców. Mniej się bali zbrodni gwałtu na dzieciach, ICH dzieciach, niż „komunistycznej władzy”? Czy tak działa dobry rodzic swojego dziecka? Więcej się obawiali owych „komunistów” (co „walcząc z Kościołem”, walczyli, niejako z automatu choć bez świadomej intencji, z substancjalną w Kościele kat pedofilią kleru), niż samych gwałcicieli, tych „świętych mężów” następców i zastępców apostołów Jezusa? Czyżby przed „komunistami” nie było gwałcenia dzieci przez księży? Czy po nich to ustało? Czyż nie dowiadujemy się dziś, jak często, szokująco często rodzice zdradzają własne dzieci, biorąc stronę księży, Kościoła kat, przeciw tym bezbronnym, im oddanym istotom? Ci rodzice zdradzają własne dzieci, zdradzają najgłębszą istotę siebie samych, swojej prawości, swojej, niezbędnej do życia czułości na zło, na jego rozpoznanie, oraz człowieczości w sobie – w imię moralności, w imię „Wyższego Dobra” ! Zdradzają własne dzieci bojąc się o własne przekonania, że „Kościół dobro czyni”, że Jezus to i Jezus tamto, a Bóg Dobry i Sprawiedliwy nad wszystkim czuwa i że „trafią do nieba”. Bo „dobrze czynią, jak Bóg przykazał” . Zaiste - zdradzają własne dzieci dla pozornej wygody zakłamania, własnego egoizmu, uśmierzenia lęku, dla – właśnie, od tego zacząłem - „wiary, która pomaga żyć” ! Taka „wiara pomaga żyć” - twierdzą i biorą to za obrazę największej świętości, gdy im kto unaocznia ów koszmar wiary. Potworność! Z którejkolwiek strony spojrzeć, jeśli ma się autonomiczne poczucie moralne i jest się człowiekiem wewnętrznie wolnym, wrażliwym, umiejącym stanąć w obliczu faktów („w Prawdzie” – jak obleśnie obłudnie gadają księża i ich wyznawcy) będących manifestacją zjawisk, widać z mocą, że rzecz w złu wiary i jej konkretnej religii. Nie w członku kleru tym czy owym jako takim - co kłamliwe usiłuje (a robi to - jak widać - skutecznie) wmówić nam Kościół kat, zdejmując winę z siebie a zwalając ją na indywidua. Oni są bowiem i ofiarami zła i jego późniejszymi sprawcami - w tej własnie kolejności, co wszak w niczym nie zdejmuje z nich ciężaru winy. Uwierzyli w to, co jest nośnikiem substancjalnej manipulacji, oszustwa, uroszczenia, wiary w nieistniejące, nieprawdziwe, niemożliwe. Z tej nieprawdy zrobili sobie Prawdę. Z naturalności zrobili gmach sztuczności. Ta Prawda jest przeciw prawdzie życia. Musi więc być nośnikiem zła. Musimy codziennie tego zła doświadczać i musimy – będąc wyznawcami – codziennie się przekonywać, że zło to „wcielone dobro”. A że Polska składa się w 95% z katolików, musi być też krajem w którym ludzie działają odwrotnie niż należy, więc i grawitacja działa tu odwrotnie – do Nieba.

Tanaka

* * *

* Całość trafiła do PAP , a można też przeczytać w słusznym źródle: TVP Info, skąd wziąłem cytaty.
** Cytat za „niedziela.pl”
*** Cytat za „Wirtualną Polską”.

21.09.2018
piątek

Czarna dziura

21 września 2018, piątek,

Czarna dziura, Nic, Zero, Nul. Pustka w głowie, uderzenia gorąca, spocone dłonie. Suchość w gardle, która nie pozwala wydobyć głosu.
Próbujesz, ale nie potrafisz odtworzyć, co się może dziać w umyśle tej osoby, ani jak reaguje jej fizyczność.
Wiesz tylko, że coraz bardziej wciąga ją czarna otchłań alzheimera. Trzymasz ją za rękę, gładzisz napiętą skórę i prosisz szeptem – spójrz, to jestem ja. Naprawdę. Twoja siostra.
Ależ wiem, wiem, odpowiada niecierpliwie i wyszarpuje dłoń.
Nie wiesz, czy wie, bo za chwilę mówi – zobacz Miśku (nie wiem kto to jest Misiek) tu można popatrzeć, pochodzić. Tak ładnie zrobili, ludzie chodzą. O, jak śmiesznie…
Właśnie dziecko spadło z rowerka i się drze, a twoja siostra śmieje się radośnie. Wreszcie się śmieje. Promiennie jak dawniej.
Nie wiadomo, kiedy zaczyna się „odwrót” szarych komórek. Kiedy zaczyna ich drastycznie ubywać i co się dzieje w mózgu odmawiającym posłuszeństwa.
Ta straszna choroba ma różny przebieg. Niektórzy niedostrzegalnie, pomalutku pogrążają się w coraz mniej zrozumiałym dla siebie świecie, umykają im słowa, wyrazy którymi coraz trudniej opisują coraz bardziej ułomny świat swoich odczuć. Nie potrafią ich nazwać, tak jak zapominają imiona swoich bliskich U jednych wyzwala to agresję, inni popadają w apatię.
Nie wiem, co jest gorsze: choroba bardzo źle rokująca w pełnej przytomności umysłu, choroba, z którą możesz jednak walczyć, jak z rakiem i nawet odnieść zwycięstwo, czy… utrata osobowości., bo alzheimer się do tego sprowadza.
Stajesz się zepsutą lalką, która jest nie do naprawienia, choć ma jeszcze włosy, zamyka oczy itp.
Nie wiem, czy jest coś bardziej przygnębiającego niż obraz bliskiego (ale także i „dalszego” człowieka) człowieka, który miał ciekawą osobowość, bym kimś mądrym, inteligentnym i z którego WSZYSTKO jakby uleciało, uwolniło się, jak esencja, esprit, duch.
No i ta straszliwa bezradność, bo jak pomóc, jak odwrócić wyrok, który już zapadł, jak złagodzić objawy, opóźnić postępy choroby? Są jakieś lekarstwa, metody, co nie zmienia faktu, że Człowiek wygasa, dopala się jak świeczka.
Ciężko radzi sobie z tym rodzina, a jeszcze gorzej gdy jej brak, albo nie ma możliwości zajęcia się chorą osobą, która może być bardzo „trudna”. Najlepsza w takich przypadkach jest pomoc fachowa, ale nie każdego na nią stać.

21 września to światowy Dzień Alzheimera. Na świecie co 4 sekundy diagnozowany jest nowy przypadek tej choroby.
Tendencje demograficzne są nieubłagane. Prognozuje się, że w 2050 roku już ponad milion Polaków będzie cierpiało na chorobę Alzheimera, trzy razy więcej niż dziś.
Potrzebujemy nowoczesnych i kompleksowych rozwiązań w opiece geriatrycznej.
Potrzebujemy, ba…

Mag

17.09.2018
poniedziałek

Diabeł w lustrze

17 września 2018, poniedziałek,

Nota wprowadzająca: blog nasz jest blogiem – w dużej większości zapewne – wyzwoleńców z okowów religii i jej fantazmatycznych wierzeń oraz mrocznych uroszczeń i czynności kleru. A przecież nie mieliśmy – dotąd – relacji z procesu tak bardzo fundamentalnego: wyzwalania się z tej nędzy i zyskiwania siebie. Mag inauguruje temat, zachęcam także innych do podobnych relacji i refleksji, w formie nie tylko ulotniejszej – komentarzy, ale i wstępniaków, które więcej ważą. Zróbmy rzeczy obraz. Sądzę, że to bardzo cenne. Tanaka.

* * * * *

Już od dawna chodziła za mną myśl, by ocenić moje wychowanie katolickie, jakie wyniosłam z domu. Po latach dotarło do mnie, że była to jedna wielka trauma, choć na pewno byłam dzieckiem kochanym i „zaopiekowanym”. Nękały mnie głównie dwa rodzaje strachów. „Nieskromne” myślenie i dotykanie się w „nieskromnych” miejscach oraz… patrzenie w lustro. Moja, skądinąd kochana, babcia operowała sprawnie tymi dwoma rodzajami strachów, które mnie dopadały, zwłaszcza gdy byłam sama w domu. „Dziecko, rączki trzymamy na kołdrze”, „Magdusiu nie gap się w lustro, bo ci się diabeł pokaże”. Na szczęście, w pewnym sensie, babcia umarła, gdy właśnie zaczęłam więcej rozumieć zarówno z jej „nauk”, jak i z obserwacji własnych dotyczących zmian, których doświadczałam jako dojrzewająca nastolatka. Mama „uświadomiła” mnie w całkiem sensowny sposób, gdy miałam chyba 12 lat. Od tej chwili niby wszystko mogło być w porządku, ale nie było. Gdzieś z tylu głowy brzęczało mi, że seks, choć tego słowa się za mojego młodu raczej nie używało, jest czymś podejrzanym, bo grzesznym, dopóki nie dostąpi „przyzwolenia” dzięki sakramentowi małżeństwa. Jakoś w okolicy 15-16 roku życia byłyśmy z moją najbliższą przyjaciółką (przyjaźnimy się do dziś!) zbuntowane i zdeterminowane, bo doszłyśmy do wniosku, że wszystko to, co w życiu może być piękne, również dzięki sferze intymnej między ludźmi, kaka zubaża i brudzi. Jeszcze wtedy byłam na etapie praktykowania, choć już coraz rzadziej bywałam w kościele, a na lekcjach religii (na szczęście w salce katechetycznej, a nie w szkole) robiłam za „lewaczkę” wedle dzisiejszych kanonów.

Definitywne rozstanie z KK w sensie brania udziału w jego organizowaniu życia owieczkom przypieczętowała moja ostatnia spowiedź po ostatnich przed matura wakacjach. Potraktowałam ją serio i uczciwie, mówiąc o swoich wątpliwościach co do wiary w ogóle, pewnym zagubieniu itd., a ten palant jakby nie słyszał, co do niego mówię, zaczął mnie podpytywać o rozmaite „nieczystości”, czy w ogóle, a jeśli, to ile razy. Podniosłam się bez słowa z klęczek i zostawiłam go z otwartą ze zdziwienia paszczą. Wychowanie katolickie skutkowało też zaszczepionym we mnie nieustającym poczuciem winy, że coś robię nie tak, że za mało się staram, a z drugiej strony, jeśli popełnię jakieś świństwo, nawet grube, to będzie mi wybaczone przy najbliższej spowiedzi. Przecież to przyzwalanie na hipokryzję i zachęta do braku odpowiedzialności za to, co robimy. Odczuwam dziś wielką ulgę, ze wypisałam się z tego „interesu” i nikomu go nie polecam.

Mag

12.09.2018
środa

Jak Mareczek lgnął do księdza Stanisława

12 września 2018, środa,

Ksiądz Stanisław kończył kolację. Ze smakiem spożył kotleta schabowego z pysznymi ziemniaczkami posypanymi koperkiem i zasmażaną kapustką. Siostra Kinga potrafi gotować.
Ksiądz Stanisław przebywał jakiś czas w Italii, ale nigdy nie przekonał się do włoskiej kuchni: makaronów w sosie pomidorowym i tych całych frutti di mare. Ksiądz to szczery Polak, który niczym latarnik Skawiński, tęsknił na obczyźnie za polskością, która to w duszy duchownego kojarzyła się właśnie ze schabowym. Kiedy siostra Kinga postawiła na stole karafkę z Chianti, przyjął to z aprobata. Tego nie mógł sobie odmówić. W czasie swych studiów teologicznych na Akademii Papieskiej wypił sporo tego toskańskiego trunku i rozsmakował się w nim bardzo.
Właśnie potrzebował czegoś co by, jakby to powiedzieć, zdekompresowało go. Ostatnie kilka dni były dla księdza niemiłe, stresujące. Do sierocińca przybył wczoraj. Wciąż brzmiały mu w głowie napomnienia biskupa; do którego doszły słuchy na temat pewnych, można by rzec, nieortodoksyjnych, a wręcz niekatolickich zachowań księdza Stanisława jako proboszcza. Było to bardzo niemiłe. Biskup kazał księdzu Stanisławowi opuścić parafię natychmiast. Parafię, którą tak ukochał, gdzie przez pięć lat sprawował posługę pasterską. Biskup skierował go do domu sierot. Kilkakrotnie podkreślił znaczenie pracy z dziećmi pozbawionymi rodziców, że tę ważną rolę powierza jemu, rolę kształtowania katolickiej duchowości i moralności u tych bezbronnych istotek.
Powoli sączył wino, rozpiął guziki sutanny, gdyż uciskała mu jego pokaźny brzuch. Sięgnął po teczkę zawierającą informacje na temat dzieci sierocińca. Wcześniej poprosił siostrę Kingę, aby mu ją przyniosła z kancelarii.

Dwie godziny wcześniej ksiądz Stanisław w kaplicy odprawiał nabożeństwo. Pośród uczestniczących w celebracji dzieci ksiądz dostrzegł 5-6letniego chłopczyka. Był śliczny, jak owe cherubinki, którym duchowny z lubością przyglądał się w Muzeum Watykańskim.
Okrągła buzia, różowe usteczka duże niebieskie oczy , wszystko to ujęte w aureolę blond loków.
Po nabożeństwie siostra Kinga zaprowadziła dzieci do dormitorium. Ksiądz jej towarzyszył, powiadamiając siostrę, że chce się zapoznać z warunkami w jakich dzieci żyją, jedzą, śpią. Na sali znajdowało się 10 łóżek. Bez problemu zakonotował sobie łóżeczko Cherubinka..

Teraz otworzył jego dossier. Tak to był on, na zdjęciu ta buzia, te loki.
Czytał. Mareczek nie był właściwie sierotą. Ojciec po prostu przepadł, może wyjechał za granicę. Matka zapadła na chorobę umysłową, trzeba było ją odizolować i tak Mareczek znalazł się w sierocińcu pod opieką siostry Kingi.
Opróżniając butelkę Chianti, ksiądz kilkakrotnie przeczytał historie Mareczka. Był podniecony. Kiedy tak wpatrywał się w fotografie Mareczka ogarniało go uczucie błogiej radości, wnikające z przekonania o nieuchronności nadchodzącego szczęścia.

Wybiła północ. Wstał i skradając się na palcach otworzył drzwi od dormitorium. Bez problemu znalazł łóżeczko Mareczka. Wziął na ręce śpiącego malca i zaniósł go do swojej sypialni. Obudzony chłopczyk zaczął marudzić, popłakiwać.
To, co się będzie zaraz dziać – szepnął mu do ucha – to Bóg tak chce. Jesteś Mareczku wybrany przez Boga i przeze mnie…

Kiedy kapłan odnosił do dormitorium zapłakanego chłopczyka, wciąż mu przypominał: Pamiętaj Mareczku, nie wolno ci o tym nikomu. Gdybyś powiedział, to popełniłbyś straszliwy grzech, poszedłbyś do piekła. Twoja mamusia też by poszła do piekła. Twój tatuś też.
Mareczek zasnął. Ksiądz Stanisław wrócił do siebie, ukląkł przed krucyfiksem. Wyspowiadał się przed Bogiem, wyznał swój grzech. Pan Bóg mu wybaczył.
Więc zapadł się w równie niewinny sen jak Mareczek.

Lewy

6.09.2018
czwartek

Orzeł i pięść *

6 września 2018, czwartek,

Czyli dwugłos w sprawie ptactwa narodowego.

Głos Pierwszy – @mag: Bocian a sprawa polska

Jakiś dziwny ten koniec lata.  Pogoda wciąż piękna, a bociany odleciały wcześniej niż zwykle. Nawet nie zdążyłam namierzyć ich przygotowań do podróży.
Podobno, dzięki nieustająco pięknej pogodzie tego lata, szybciej  przyuczyły młode do inicjacji, czyli – do odlotu. Tak powiadają bocianolodzy. Tutejsi.
Podobno co czwarty bocian jest Polakiem, wyczytałam w guglach i już wczesną wiosną wraca na ojczyzny łono. Inne są m.in. „narodowości”  hiszpańskiej czy niemieckiej.
Tak sobie myślę, że może byłoby lepiej, gdybyśmy podmienili w polskim godle, czyli znaku firmowym, orła na bociana.
I jeden, i drugi ptak to drapieżcy, ale jakże różni w sferze symboliki.
Bocian biały   „przynoszący dzieci”, to przecież tchnący optymizmem przekaz w odróżnieniu od nabzdyczonego, dumnego (z czego – pytam?) orła.
Może i on bogu ducha winien (ten orzeł), ale mi obrzydł przez patetyczne odniesienia.
Bociek  w godle byłby jakby w czeskim stylu, sympatycznym przymrużeniem oka.
Problem w tym, czy na takie oka przymrużenie nas  stać, nas urodzonych od pokoleń do sławienia martyrologii i towarzyszącemu jej ponuractwu.

Mag

Głos Drugi – @Tanaka: Podtytuł – jak tytuł

Polacy, nic się nie stało! – słychać zewsząd, najczęściej wtedy gdy się stało. Nie tylko gdy mleko się rozlało, ale zwłaszcza wtedy gdy substancja narodowa z Polaka wycieka: im więcej niekompetencji, zakłamania, fałszowania historii i politycznej nędzy; im więcej samoizolacji i niezdolności do współpracy; im więcej sprokurowanych katastrof dziejowych, a wszystko to w oparach wzmożeń moralnych i przemodleń (o Boże!), czego nieuchronnym skutkiem rzucanie lekką, bo rozgrzeszoną ręką uzurpatora kolejnych kamieni na szaniec – jak zgrabnie literacko, a życiowo marnie nazywa się u nas ludzkie życiorysy, które na szańcu muszą rozpaczliwie sczeznąć w imię kolejnego fantazmatycznego pacierza – tym Polak bardziej dumny, nadęty i zwycięski! I tak do kolejnej klęski.

Flaga Unii Europejskiej to szmata! Tak się dowiadujemy od miarodajnej posła partii rządzącej. Nie, nie ma tu błędu rodzaju – wedle żądań rzeczonej, jest ona i jest poseł w niej. Nie żadna „posłanka”, dziecinada i skakanka. A najbardziej bije w niej serce, czyli – Maryja. I dlatego te ust i głowy produkcje. Jest continuum: twarda ręka sprawiedliwości dziejowej niejakiej Dominiki Arendt-Wittchen, pełnomocniczki pisowskiego wojewody dolnośląskiego, ląduje na buzi kobiety broniącej polskiej konstytucji, z odpowiednim wrzaskiem: zamknij się, głupia babo! Baba od bab wyzywa, niewątpliwie – niegłupio. Trzebaż lepszego dowodu na własnowolne poniżenie kobiety w sobie, ściśle zgodne z katolickim życiem rodzinnym? Jest przecież fundament, a jakże – lat tysiąc pięćdziesiąt mający, znaczy – najlepszy z najlepszych i najprawdziwszy z prawdziwych. Co ja gadam: Jedyny Prawdziwy! Innego zaś nie ma, bo co inne to nihilizm, komunizm, pedalizm i unijna szmata czyli cywilizacja śmierci. W Polsce rządzi Cywilizacja Miłości. Tak rządzi, że śmierdzi. Wy mordy zdradzieckie!; wy Polacy najgorszego sortu! – słyszymy echem brzmiące, niczym Wojskiemu knieje litewskie, wezwanie założycielskie prostego posła z ławy, któremu wtóruje jeszcze prostszy lokator Pałacu Prezydenckiego. I dlatego, jeden z drugim, no i suweren – orzeł!


[źródło: www.natemat.pl]

Oto Orzeł Polski: morda zdradziecka dostaje w mordę od Polskiego Orła. Za obywatelskość, za konstytucję, czyli za zdradzieckość – czyli za radzieckość oraz za wszystko. Już on tam wie, za co go biją. Kto bije, ten kocha – głoszą wieczne, katolickie mantry rodzinnego niewolnictwa. Osobliwie, tym kochającym zawsze jest tzw. mężczyzna: ojciec dzieciom, mąż żonie oraz ojciec dzieciom poczętym w jej łonie; no i jeszcze bardziej kochający (bo aż miłujący) i jeszcze bardziej tzw. mężczyzna: członek kleru katolickiego. Tu przywali a tam zgwałci, dziecko, co ci zrobił proboszcz – ałci? No, ale o tym nie rozmawiajmy, tego byłoby za wiele, dajmy sobie rączki i chodźmy rodzinnie do kościoła – jak co niedzielę. Trzebaż lepszego Znaku orła, ktory jest brudny, sparszywiały i boleśnie brzydki?

Orzeł biały to stanowczo za wielki ciężar na polskie barki i ich głowę. Marzenie, ambicja i jej próżne wzdęcie ponad możność – i dlatego Kościuszko co sie z nieba zwymiotował oraz pozostałe skutki. Biel orła zbytnio biała; lekkość lotu, zasięg horyzontu, wolność szybowań od wschodu do zachodu i z powrotem, z południa na północ i ponad morza – to za wiele na niewolną psyche Prawdziwego Polaka. Nawet Maryja orłu nie dostaje: raz tylko fruwała i bardzo lokalnie. Miast orła mieć bociana? I to będzie ponad polską miarę. A może mieć w herbie Latający cyrk Monty Pythonów? Nie, nie ten genius loci! U nas, jak co leci, to tzw. wiącha. A jak jakaś locja, to zaraz jej Eu-geniusz: Europa – NEIN!, a locja i nawigacja to koniecznie – smoleńska. Mieć fruwającego buraka? Polska cała taka. Nie, nie cała taka? Ma w sobie cnego, porządnego, jasnego, bo najgorszego sortu Polaka? Pokażcie tego cudaka!

Tanaka

[* – tytuł nawiązuje do polskiego filmu „Prawo i pięść”. Są do nawiązania dobre powody]

31.08.2018
piątek

Co nam zostało z tych lat? (80.)

31 sierpnia 2018, piątek,

(Pisałem to kilka lat temu, dodałem tylko kilka drobnych uwag).

Z okazji 30. rocznicy podpisania dokumentów, inicjujących bóle porodowe pewnego ruchu społecznego o skrótowej nazwie „Solidarność”, dziennikarze pytają polityków, dawnych działaczy i przygodnych Polaków w różnym wieku, co oni wiedzą lub pamiętają z tych wydarzeń. Jak dziś wygląda sprawa to każdy widzi – jak tego przysłowiowego „konia”. Istnieje pewna grupa ludzi, świetnie zarabiających, żerujących na wszystkich zakładach pracy, „święte krowy” polskiej wolności (ułomnej jak słusznie powiedział prezes), która z ruchem społecznym z roku 1980-tego wspólne ma tylko – długą, niestrawną, nieprawdziwą i nawet nieco śmieszną nazwę i logo z tamtych lat. Brunet z czarnym wąsikiem twierdzi, że walczy i znów zwycięży, ale i nie wiadomo z kim walczy ani o co, natomiast wiadomo u czyjego boku. A ma o co walczyć, bo nieżyczliwe media ujawniają wysokość legalnych zarobków aparatczyków, „trochę” niewspółmierne z zarobkami aktualnymi tzw. „ludzi pracy” lub emeryturami ludzi z tamtej epoki. Wiadomo, że kołdry nie wystarczy dla wszystkich, więc przynajmniej niech dobrze przykryje działaczy – a „kurskowy” lud się nie zorientuje, że jest robiony w konia i przez Związek Zawodowy i przez pracodawcę; sankcjonuje takie stosunki swą wierną przynależnością, wyciem syren, gwizdami i paleniem wyrobów krajowego przemysłu gumowego. Swoimi rządami grupy związkowe paraliżują szczególnie wielkie zakłady pracy, jak kopalnie; na szczęście straciły wpływy na stocznie z przyczyn znanych – stocznie upadły, choć ojciec Rydzyk dysponował funduszem na ich uratowanie, a prezes Kaczyński wiedział jak je ratować, ale nikomu nie powiedział – bo nienawiść do rządu jest „ważniejsza niż Polska”. Może towarzysz R. chciał uniknąć pytań o fundusze i dlatego nie było go na jublu? O paleniu opon (mózgowych też) i wyciu syren [cóż mówić..?]*

30 lat temu stała się rzecz w gruncie nielogiczna i śmieszna – jedni przedstawiciele „…ludu pracującego miast i wsi, stanowiący zdrową siłę narodu…” (Kobuszewski, Gołas) podpisywali porozumienie z drugą grupą tychże przedstawicieli „…ludu pracującego…itd.”, wybranych „demokratycznie” do rządzenia całym burdelem, zwanym Polską Ludową. Niby wszyscy byli przedstawicielami tego samego społeczeństwa a jednak byli to „my” i „oni”, tak zresztą zostało do dziś. Z tekstu piosenki Fogga do frazy tytułowej dodałbym tylko jako odpowiedź na postawione pytanie inny fragment – „…I anioł smutku co wszedł i tylko westchnął…”.

Wróćmy z uroczystych obchodów z „naszymi baranami” do roku 1980. Gdy panowie korzystali z grubych długopisów byłem daleko od tych wydarzeń, w kraju o niezliczonej liczbie Związków Zawodowych, gdzie życie przeciętnego obywatela przebiegało w rytmie strajków i protestów takich związków. Bałagan i burdel na co dzień utrudniał planowanie czegokolwiek, ale los klasy robotniczej nie był tragiczny. Podczas marszów „głodowych” mieli zawsze kieszenie wypchane kiełbasami i bułkami – nie pamiętam co pili, ale chyba wino z małych butelek. Dla mnie to było groteskowe. Ukoronowaniem głupoty był strajk prostytutek, które okupowały kościół niedaleko Montparnasse (nie wiem co i z kim robiły w tym kościele, nie miałem odwagi wejść). Nie wiedziałem, że podobne historie będą się działy i u nas przez cały najbliższy rok. Moja żona z moją siostrą czekała na mnie długo w miejscowości nadmorskiej i oglądały francuską telewizje. Nie znając języka nie wiedziały oczywiście co robią panowie z wąsami i bez, z tymi grubymi długopisami, a ja na takie głupoty nie miałem czasu, musiałem jakoś zapracować na dewizy, nie stać mnie było na strajki, bo przecież nie należałem do ich związków zawodowych. Miałem tylko raz kontakt z FPK, która w ogrodach Obserwatorium organizowała festyn w stylu Love Parade. Wiedzieli, że mogę być bratnią duszą – bo przyjechałem z PRL i mnie zapraszali (najładniejsza komunistka Obserwatorium), ale nie skorzystałem z zaproszenia. Na drugi dzień widziałem pozostałości po radosnym święcie. Wyglądało jak Warszawa po Festiwalu Młodzieży – niezliczone ilości butelek i lekko zużytych prezerwatyw. Nie wiem co się działo przez noc, ale może należało się zbratać z francuską klasą robotniczą? Do dziś nie wiem czy mam żałować!

„Tragiczny” los francuskiej klasy robotniczej i jej niesamowite zaangażowanie w walce lewicy o zmianę ustroju zaobserwowałem w okolicy pierwszego maja, gdy Partia Komunistyczna zachęcała do udziału w manifestacji – polegała na przemarszu z placu pod Bastylią do placu Concorde. Natychmiast zapytali robotnicy z warsztatów czy im za to zapłacą, bo jeśli nie to nie pójdą. Uratowałem honor partii komunistycznej Obserwatorium i PRL kilka miesięcy później (koło 14-go lipca) – przemaszerowałem nieodpłatnie z żoną ten szmat drogi.

Po drodze minęliśmy polski kościół, miejsce spotkań Polaków, szukających pracy i kontaktów z rodakami, każdy Polak musiał tam zaglądać. Wielu polskich turystów z „Bożej Łaski”, zaopatrzonych przez PRL stu dolarami – raz na dwa lata – zginęłoby z głodu, gdyby nie pomoc różnych naganiaczy do pracy na czarno, dla których placyk przed kościołem był skrzynką kontaktową, z pewnością obserwowaną przez SB. Ten kościół zawsze budził we mnie smutne uczucia, ale niezwiązane z „panną S”. Były natury prywatnej. W zasadzie byłem zawsze nieco bezbożnikiem, tzn. od momentu, w którym liczba zaobserwowanych przeze mnie ewidentnych bzdur i nielogiczności w nauce kościoła (piśmie świętym i jego interpretacji) przekroczyła pewien próg i zaczynałem wątpić we wszystko. W owym czasie z tego właśnie kościółka nadawano przez radio mszę po polsku w każdą niedzielę, której słuchała moja matka, szczególnie w okresie, kiedy była już obłożnie chora. Zmarła kilka dni przed moim pierwszym wyjazdem do Paryża i dlatego moje pierwsze kroki w niedzielę skierowałem do tego kościoła. Do dziś prześladuje mnie ten przygnębiający nastrój, gdy tylko o tym myślę.

Wróciłem do kraju pod koniec lata 1980 i zastałem gorączkowy okres zakładania ogniw związkowych Solidarności wszędzie gdzie to było możliwe, co wnet doprowadziło do tej magicznej liczby 10 lub 11 milionów członków związku, o której wspomniał pewien wygwizdany mówca. Sama idea jednego związku „zawodowego”, który ma bronić interesów przeciwstawnych często grup „zawodowych” (np. nauczycieli i uczniów, złodziei i policjantów, lekarzy i pielęgniarek itp.) wydawała mi się nielogiczna i nierealistyczna, ale poddałem się trochę ogólnej euforii wyzwolenia z wszystkiego złego (łącznie z okupacją bratniej armii), która opanowała naród.

Jak ludzie wówczas rozumieli ten oczyszczający wpływ nowego związku, można ocenić na drobnym przykładzie:
– Każdy posiadacz polskiego auta miał z konieczności częste kontakty z zakładem naprawczym (tzw. TOS-em). Często na pytanie: „Dokąd zmierzasz”, typowa odpowiedź była – „kutosie”!
– Mój kolega nie lubił długich kolejek i czekania na naprawę lub przegląd auta i miał świetnie opracowaną i sprawdzoną metodę. Włożył rozsądny banknot do dowodu rejestracyjnego, wszedł bezpośrednio do warsztatu (nielegalnie!) a nie do kolejki przed dyspozytorem i powiedział: „Panie B. (mistrz), proszę wziąć kluczyki i dopilnować mojego samochodu”. Metoda była niezawodna – ale do czasu – po „wybuchu” Solidarności idzie do TOS’u i zwraca się standardowo do mistrza B. Ten ze wstrętem oddał mu „wkładkę” z dowodu i powiedział: „Tak już nie działamy, jesteśmy teraz w Solidarności”! Taki stan euforii nie mógł rzecz jasna trwać wiecznie i po pewnym czasie kolega mógł już znowu rutynowo dbać o swój samochód. Ta sprawa pokazuje jednak jak szlachetny to był zryw – niestety tylko zryw.
– Pracowałem w uczelni, gdzie kolega (mój były profesor) zakładał komórkę S. Wpisywali się różni ludzie, m. in. rektor – najgorsza szuja pseudo komunistyczna, którą spotkałem w życiu, pijak, dziwkarz i w ogóle paskudna kreatura, przepełniona nienawiścią – szczególnie do Autochtonów – jak nie przymierzając prezes pewnej partii. Wpisał się, bo zbliżały się pierwsze wybory na stanowisko rektora i chciał sobie zapewnić poparcie Solidarności (dziś powiedzielibyśmy, że przygotowywał „słupki” poparcia). Był to znakomity manipulator (ojciec duchowy JK?). Na wiecu przedwyborczym roztaczał wizje, m. in. deklarował szerokie poparcie dla zagranicznych staży naukowych, tak ważnych dla rozwoju młodej kadry – a działał dokładnie odwrotnie – nie tylko nie pomagał młodemu znaleźć staży, ale zabraniał wyjazdu, gdy sobie sam znalazł. W moim przypadku wyglądało to tak: Dzięki temu, że podczas pierwszego stażu na głodowym stypendium Rządu Francuskiego wyrobiłem sobie dobrą opinię, znaleziono mi kontrakt odpowiednika PAN’u (CNRS) – specjalisty – za 2000 $ miesięcznie. Trzymam ten kontrakt jako okaz muzealny, bo rektor nie pozwolił na wyjazd.

Znów informacja da młodzieży: 4-pokojowe, piękne mieszkanie dwupoziomowe z garażem kosztowało w Opolu 8000 $, dziś sedes plus Whirlpool kosztują tyle. Ja straciłem przez zawiść rektora 12000 $ – piechotą nie chodziło! Kontrakt był na moje nazwisko, nawet nie mogłem go przekazać kolegom. Rektor nie wyraził zgody na półroczny urlop bezpłatny, choć korzyści naukowe były ewidentne. Tak jak internowanie nobilitowało członka „S”, tak staż zagraniczny był niezbędny przy habilitacji. Później, gdy jeszcze był pijany po imieninach swego zastępcy, powiedział mi szczerze: „Bo wy chcecie mieć konta dewizowe”, natomiast oficjalne uzasadnienie było piękne i polityczne – interes Narodu!
Wystąpiłem na wiecu przedwyborczym w auli w stylu Henryki Krzywonos i powiedziałem zebranym, jak wyglądała jego polityka w tym zakresie podczas jego długich rządów, a miałem dużo materiału. Prawie nikt mnie nie poparł oficjalnie (tylko dwóch profesorów, zresztą bardzo nieśmiało), ale tajne wybory przegrał. Wtedy poprzez komitet wojewódzki PZPR zablokował mi wyjazd do pracy w Algierii przez Polserwis – KW zaprotestowało w ministerstwie. Rektor miał tzw. „struktury poziome” (pojecie partyjne z tego okresu) z pewną piękną dziewczyną, mającą poprzez męża wpływy w tym komitecie. Wszystko było oczywiście tajne/poufne, ale nie wytrzymałem i pojechałem do ministerstwa. Urzędniczka zasłaniała się tajemnicą służbową, ale złamała jednak prawo widząc, że sprawa śmierdzi i powiedziała mi, dlaczego ministerstwo zablokowało sprawę. Wtedy ja sobie przypomniałem, że wiele, wiele lat wcześniej pewien aparatczyk flirtował z moją koleżanką (zresztą się ożenił) i wypiliśmy niejeden litr alaszu, bo spotkania odbywały się w naszej szkole. Odnalazłem tego pana, który w międzyczasie awansował i w KW zajmował się wyjazdami zagranicznymi naukowców (organizował szkolenia przed wyjazdem). Nie powiedział mi całej prawdy, ale zadziałał, bo po krótkim czasie ministerstwo zmieniło zdanie i mogłem jechać do Algierii. Nawet już mi wstrzymano wypłatę pensji, ale wtedy ja się obraziłem – i pojechałem na dwa miesiące wakacyjne do Paryża – na to nie potrzebowałem błogosławieństwa rektora. Niewiele mi wobec tego zaszkodził, bo i tak rezygnowałem z uczenia Arabów po francusku, wolałem nielegalnie wykorzystać urlopy „wypoczynkowe” do pobytów w Paryżu, bliżej, bezpieczniej, krócej i tylko trochę mniej dewiz.

Kolega namawiał i mnie do wstąpienia do Solidarności, ja jednak się wahałem. Czasy były trudne i niespokojne, strajki, protesty i buńczuczne wypowiedzi Wałęsy o „siłowej” konfrontacji z władzami, o walce na barykadach itp. czyniły mnie ostrożnym. Miałbym stać na tej samej barykadzie z takim z gruntu nieuczciwym człowiekiem, gdy dojdzie do konfrontacji – nigdy! Zwróciłem się do kolegi z pytaniem dlaczego przyjął tego sku….itd. do związku. Wtedy mi odpowiedział: „Wie Pan, jak rektor będzie w Solidarności, to pewne sprawy będzie można łatwiej załatwić”. Gdy to usłyszałem to upadła mi szczęka oraz inne „rzeczy” i znikła doszczętnie moja ochota przystąpienia do takich oportunistów w starym stylu, zostałem w ZNP do momentu, kiedy generał mi rozwiązał ten związek (w grudniu) i do końca zatrudnienia nie należałem już do żadnego Związku Zawodowego, przyglądałem się tylko z uśmiechem politowania wędrówkom moich kolegów między obydwoma związkami nauczycielskimi w zależności od tego, który związek dysponował w danym momencie lepszymi ośrodkami wczasowymi lub większymi zasiłkami – tak wysokie było morale części tych 10 milionów – jeszcze przed wojną generała z narodem, ale po opadnięciu początkowych emocji. Nie dziwię się dzisiejszym związkowcom, którzy dbają tylko o żłób. „Nihil novi…itd.”

Każda rewolucja, a organizowanie takiego ruchu to więcej niż rewolucja, pociąga za sobą fakt, ze do okrętu przylepiają się fekalia, wypuszczone do morza – i świetnie prosperują. Znamienny był przykład Politechniki Wrocławskiej. Komórkę S. organizowali głównie adiunkci, którym groziła rotacja z powodu braku habilitacji – jako działacze związkowi nie mogli być zwalniani a jeszcze mogli rządzić – wspaniałe rozwiązanie kłopotów z nieróbstwem naukowym. Nie podobało się to mojemu koledze, profesorowi – i z taką Solidarnością nie chciał mieć nic wspólnego, nawet z nią walczył! Gdy wybuchła wojna grudniowa był we Francji i wtedy włączył się tak aktywnie do pomocy Solidarności, że skonfiskowano jego nieruchomości w Polsce i „zaopatrzono” w tajny wilczy bilet. Donosili na niego rezydenci SB we Francji informując o każdym jego kroku. Nie przejmował się tym, bo i tak zamierzał wrócić do ojczyzny dopiero wtedy „gdy Lwów będzie polski…” (cytat) – więc pewnie umrze na obczyźnie.

Rok po podpisaniu porozumień znowu szykowałem się do powrotu z Francji (koniec wakacji i mego urlopu), choć wszyscy mi odradzali – koledzy francuscy, a nawet żandarmi na granicy z Belgią, bo sytuacja w Polsce – ten straszny chaos polityczny i gospodarczy zupełnie przypominał mi Francję lat 70-tych, gdy zetknąłem się po raz pierwszy ze „zgniłym” Zachodem i takimi strajkami. Było to na drugi dzień po przylocie do Paryża. Odebrał mnie kolega z lotniska i zawiózł do Obserwatorium na peryferiach miasta, gdzie nocowałem w pokoju gościnnym. Rano chciałem pojechać pociągiem do City do prezydium policji załatwić zameldowanie. Bileter nie chciał mi sprzedać biletu, tylko się głupio uśmiechał, nie reagował na moją piękną francuszczyznę – choć cały kilometr do stacji ćwiczyłem zdanie o bilecie. Widzę, ze wszyscy jego olewają i idą do pociągu więc i ja – ze strachem – też. Pojechałem do centrum bez kłopotów, bo kontrolerów też nie było na stacji Montparnasse i wróciłem autobusami. Wytłumaczono mi, że na kolei działa wiele związków i wprawdzie strajkują bileterzy, ale maszyniści pracują. Jeszcze śmieszniej było w stołówce, gdzie też było kilka związków (mniej więcej tyle ile pracowników). Jeśli jeden strajkował, to reszta solidarnie porzuciła pracę, nie chcieli za kogoś pracować i nie było obiadu. Strajk pracowników stołówki był jednak dla nas bardzo korzystny – szef nas wtedy zapraszał do najbliższej restauracji na obiad.
Również naukowcy strajkowali – lub nie – po kilku dniach każdy otrzymał pismo z zapytaniem: „Czy Pan był łaskaw strajkować?” Jeśli odpowiedział – nie – to był koniec sprawy, jeśli – tak – to mu potrącono dniówkę i związek rekompensował stratę. Nikt tego nie kontrolował – ot taka zabawa w uczciwość!

Niestety nie posłuchałem dobrych rad i nie urządziłem się we Francji – ani po drodze – choć mogłem. Byłem razem z żoną, a dzieci ściągnęlibyśmy po okresie karencji. Nie chciałem, aby moja żona, patriotka polska (choć według definicji prezesa JK obecnie niestety „Lewa”), musiała się poniewierać na obczyźnie i wróciłem do kraju w okresie, gdy przemożny wpływ Związków Zawodowych paraliżował życie, bardziej niż we Francji, a pensja „za to” była wielokrotnie niższa. Za trzymiesięczne wynagrodzenie w Paryżu mogłem kupić Poloneza, sfinansować rodzinie wycieczkę po Europie i jeszcze wspierać nieco PEKAO S.A. na koncie A. Informacja dla młodych: Na konto A wpłacało się udokumentowane dochody, „kradzione” dewizy bank przyjmował bez wstrętu w każdej wysokości na konto B i tam leżały rok – i były nagle czyste – przeszły na konto A!!! Polska Ludowa bez pomocy mafii wiedziała jak prać brudne pieniądze zachodnie.

Wszędzie wybuchały strajki, Wałęsa jeździł po kraju i mówił, że gasi strajki (ale tylko mówił), a tak naprawdę je dobrze rozniecał. Pełną gębą trąbił o konfrontacji „siłowej” z rządem a generał Jaruzelski wyciągał do niego rękę tak mocno, że aż zatrzeszczała niebezpiecznie w stawie barkowym, ale na wszelki wypadek już drukował w Moskwie obwieszczenia o stanie wojennym.

Chyba w tym okresie tow. Żabiński z Katowic zorganizował tajne spotkanie pracowników milicji i SB na temat walki ze Solidarnością, które oczywiście zostało nagrane i nagranie przeciekło – tradycja narodowa, utrzymująca się w tzw. wolnej Polsce. Zauważyłem w nagraniu genialną i proroczą myśl: „Dajcie im gabinety, fotele, sekretarki i samochody służbowe, a wnet się uspokoją. Nie znam bowiem człowieka, którego by władza nie zdemoralizowała!” (próba cytatu).
Dodałbym jeszcze – 16000 PLN brunetowi z czarnym wąsem miesięcznie legalnie, a może jeszcze coś wpadnie od czasu do czasu, jak setki tysięcy Euro Wałęsie za byle jaką gadkę – pardon – genialne i twórcze wykłady „Mędrca Europy”!
I wybuchła nam wojna! Nie będąc aktywnym politycznie, poza zwykłym pyskowaniem (lokalnym) nie byłem internowany, tak jak Jarosław K., psioczyłem i plułem na zielone ludki w TV jak wszyscy. Z nabożną uwagą czytałem wiernopoddańczy list kaprala Wałęsy do generała J. i tak się skończyło moje zainteresowanie nowym NSZZ-em – „kak zwał tak zwał”.

Przymiotniki w tej nazwie – jeśli im się dobre przyjrzeć, prawie wszystkie są teraz oszustwami, pozostaje tylko jedno „Z” – Związek i tu miałbym wątpliwości, czy określenia „Zbieranina” lub „Zgraja” nie byłyby odpowiedniejsze. Widząc wybrańców tego związku przed „domami publicznymi” Warszawy (budynkami rządowymi lub Sejmem), wyposażonych w nowoczesne atrybuty związkowe (petardy, syreny, śmierdzące opony itp. plus – na pokaz? – kilofy), te określenia wydają mi się adekwatne. Być może jestem uprzedzony do ZZ, ale gdyby nawet – to nie jest to moja wina tylko historii.

Od 1951 roku borykam się z problemem p. t. „Nowa rola związków zawodowych”. Takie miałem pytanie na maturze i ledwie się wykręciłem i wciąż ta rola się zmieniała i zmieniała – do dziś, choć to chyba nie koniec zmian. Jedno było i zostało – od pierwszych związków i ich central w USA do obecnych – zawsze płacili zwykli członkowie a działaczom powodziło się dobrze i wszędzie wtrącali się działacze do polityki lub współpracowali z mafią. Niczego nie będę jednak sugerował odnośnie „fałszywej” jubilatki! Niech akcentuje swą „Niezawisłość” (Niezależność) i „Samorządność” w charakterze pisowskiego zaplecza i jada z rączki prezesa podobno najbogatszej partii, pewnie główni działacze zostaną sowicie wynagrodzeni za trud i poświęcenie, a biedni członkowie pozostaną w sekcie religijno-politycznej i chyba nie skorzystają z rady Mazowieckiego, aby używali własnego rozumu. Kpiłem z argumentacji braku zaproszenia notabli podanej przez śląskiego konkurenta pana Śniadka, iż nie mógłby im zapewnić komfortu psychicznego – znał swoje owieczki i wiedział co się stanie przy brzegu morza, nie chciał tego na Śląsku. Chwała mu za to! Mówię to jako Ślązak, który pamięta słowa Kuca i apel, aby nie liczyć na „ciulów” z Warszawy. On wprawdzie myślał o mieście, w którym obecnie mieszka, ja to uogólniam na całą Polskę. Kończę w moim stylu – kpiną – dramatycznym pytaniem: „Quo vadis, Solidaritas”?

Moje wątpliwości odnośnie jednego związku zawodowego, „dobrego na wszystko – jak klej o nazwie „kropelka” też już świtały w głowach pierwszych (lub „drugich”) przywódców Solidarności i wymyślono pojęcie „branżowości”, co już pachnie związkami zawodowymi, ale nie ma nic wspólnego z ruchem społecznym w PRL. Tzw. Solidarność Śniadkowa (obecnie w silnych rękach komandosa) nie jest niczym innym niż drugim OPZZ, tworem mającym jakoby pogodzić interesy wszystkich grup zawodowych, a jest to niemożliwe – opłaca się tylko działaczom. Stąd też apel o zmagazynowanie w lamusie historii wszelkich symboli Solidarności 80 jest usprawiedliwione.

Gdy już się tak roz-„bisowałem” – to dołożę następny „bis” lub „post scriptum”: Zadałem sobie trud i przeczytałem pierwszych kilkadziesiąt artykułów ustawy o związkach zawodowych, szczególnie artykuły w pobliżu 30-go.
Ten bis zawiera moje przemyślenia, a właściwie pierwsze wrażenia po przeczytaniu obowiązującej ustawy o związkach zawodowych. Nie ma bardziej idiotycznego i złodziejskiego bubla prawnego w historii polskiego prawodawstwa.
Jestem człowiekiem, który dobrze pamięta swoje większe wpadki w życiu, nawet gafy z dzieciństwa, przypominane na każdej uroczystości rodzinnej, aż do wymarcia świadków. Tym bardziej pamiętam kłopot z matury, gdzie we wszystkich przedmiotach brylowałem, a miałem kłopot tylko z jednym pytaniem – do dziś nie umiem na nie sensownie odpowiedzieć: „Nowa rola związków zawodowych”.
Wiedziałem oczywiście o tym, jak powstały związki, jakie miały metody i cele i z czyich pieniędzy żywiono aktywistów – wyłącznie ze składek członków. Związki walczyły z brzydkimi kapitalistami, więc idiotyzmem byłoby, aby kapitalista opłacał swojego śmiertelnego wroga. Związek gromadził też fundusze strajkowe, aby strajkujący przeżyli strajki. To jeszcze rozumiałem. Ale co z tą nowa rolą związków w państwie zmierzającym do komunizmu, gdzie środki produkcji były własnością ludu pracującego???
Autodestrukcja? To przecież paranoja! Rola służebna? Może tak, ale dla kogo? Wybrnąłem jakoś na maturze, ale problem tej „nowej roli” nurtuje mnie do dziś. Jest wciąż nowsza i nowsza, ale nie wiem jaka. Wywalczyła klasa robotnicza – na czele z konserwatorem wózków akumulatorowych – dziki kapitalizm, chwała jej za to! Zaczęły to związki zawodowe, których kontynuatorami są obecne związki. Teraz nie walczą specjalnie z kapitalistami, to się nie opłaca, ale wrogiem jest państwo. Jest tylko jeden element wspólny dawnym i obecnym związkom – doskonałe życie przywódców związkowych
Jak sobie wywalczył (o take Polske) odpowiedni standard życiowy wspomniany spec od wózków, to każdy wie – opieka zdrowotna w USA i odpoczynek po tej walce w Miami. I tak rozumiem tę „nową rolę” aktualnie – wynieść na znakomite fuchy wszelkich nierobów, aktywistów związkowych, proporcjonalnie do zajmowanego stanowiska. Szczęka mi opadła, gdy przeczytałem, że wystarczy 10 pracowników, aby założyć ZZ. Zbierze się przy piwie 10 facetów, wybiorą 7 osób do komitetu założycielskiego, a 3 pozostałych wysyłają do Tesco po zagrychę. Potem wyłonią zarząd i komisję rewizyjną, bo tych pracodawca nie może zwolnić lub pogorszyć warunków pracy i płacy. Alleluja i do przodu! A pracować nie ma komu!
Postanowiłem założyć taki związek, aby mieć do końca życia komfort finansowy. Zbiorę w jakiejś kawiarni 10 znajomych i postąpimy tak jak należy, zgodnie z tym kretyńskim prawem!
3 osoby do zarządu, 3 do komisji rewizyjnej, 1 do relacji z pracodawcą, 1 jako rzecznik związku, dwaj pozostali do noszenia piwa, jak Jarosław K. obradującym przy okrągłym stole. Tych ostatnich można od czasu do czasu wymienić na mniej zmęczonych, bo reszty pracodawca nie może ruszyć, a tych dwóch obronimy groźbą strajku generalnego.
PŁACENIE AKTYWISTOM ZWIĄZKOWYM PRZEZ PRACODAWCĘ TO JEST NAJWIĘKSZY IDIOTYZM NASZYCH CZASÓW.
Trochę podobnym to utrzymanie partii z budżetu państwa. Taki system musi zbankrutować i to nas czeka, po Cyprze, Grecji itp. Każdy rząd w obawie o niezadowolenie takich Dudów zwiększy zadłużenie zgodnie ze starymi zwyczajami i powiedzonkami że „rząd się wyżywi” i „apres moi le déluge”, aby do wyborów – do tego najlepiej wygranych.
W tym działaniu ważnym elementem jest ta „nowa rola związków zawodowych”.
Antonius

26.08.2018
niedziela

Skunks i kapłan

26 sierpnia 2018, niedziela,

Monteskiusz pisząc „O duchu praw”, wychodził od niepodważalnego aksjomatu: żaden człowiek nie jest doskonały. Dlatego wymyślił trójpodział władz, który zapewnia ich wzajemną kontrolę. Bo jeśli zabraknie tej kontroli, to posiadający niepodzielną władzę człowiek może jej nadużyć. Owszem, są ludzie którzy szanują innych, którzy dotrzymują słowa, nie łamią reguł i raz danego słowa. Ale do polityki aspirują jednak w większości tacy, którzy mają skłonność do jej nadużywania. Ale dopóki nie niszczą zasady trójpodziału gwarantowanego umową, zwaną konstytucją, to ich szkodliwość jest ograniczona.
Kiedyś Skunks pochwalił się, oznajmiając że jest „samym dobrem”. W związku z tym „samym dobrem” oskunksił 40 milionowy kraj nad Wisłą. W owym obsikiwaniu kraju pomaga mu prezydent skunks, który z kolei się przechwala tym, że jest niezłomny, a także pomaga mu w tym zbożnym dziele sanacji stado pomniejszych skunksów.
Będąc „samym dobrem” Skunks uznał,że każdy kto nie akceptuje zapachu wydzielanego przez jego gruczoł odbytowy, jest zdradziecką mordą. W ten sposób aksjomat Monteskiusza o niedoskonałości człowieka, został zakwestionowany przez Skunksa, bo on przecież jest, jako samo dobro, doskonałością moralną i estetyczną.
A co tu robi Kapłan? Otóż niejaki Depo stwierdził, że od Konstytucji jest ważniejsza Ewangelia.
Dlaczego ? A no dlatego, że podobnie jak Skunks Depo uważa się za człowieka nieskazitelnego, takie dobro pochodzące od Boga. Więc nie będzie się podporządkowywał jakiejś umowie, która by ograniczała wolność jego dobroci. To on jest nośnikiem boskiej moralności, więc żadne prawo, żadna konstytucja nie będzie krępowała pana boga i znającego się na woli pana boga Depy, skoro w Ewangeli jest cała prawda, a co tam jest tą prawdą, to decyduje o tym Depo i jego koledzy Głódź, Ryczan, Jędraszewski.
Skunks jest moralnym przewodnikiem dla Suwerena, a Depo pasterzem baranów i owieczek. I tak się składa, że ów Suweren i owo stado baranów i owieczek to ten sam zbiór. Skunks i Depo dzielą się sprawiedliwie tym zbiorem, wspierają się wzajemnie, a co ich łączy to zajadła walka, którą toczą przeciwko demokracji i konstytucji.
Depo powiada, ze prawo boskie jest prawem naturalnym, a Skunks, że vox populi vox dei i… tu bóg, natura, suweren łącza się w jedno dając Skunksowi i Depie boskie prawo do bycia samymi dobrami.
PS
Opowiadanie Mrożka „Podanie”, zaczyna się tak :
„Uprzejmie proszę o oddanie mi władzy nad światem. Prośbę tę uzasadniam tym, ze jestem najlepszym człowiekiem”

Lewy

20.08.2018
poniedziałek

Modlitwa o dobrą śmierć

20 sierpnia 2018, poniedziałek,

26 Stycznia 2018 Aurelia Brouwers z Deventer w Holandii zakończyła życie przyjmując środek przygotowany przez lekarzy z lokalnej kliniki eutanazji. Miała 29 lat, z czego ostatnich kilka spędziła na batalii o zgodę na „wspomagane samobójstwo”. Holandia, jeden z nielicznych na świecie krajów, w których eutanazja w szerszym pojęciu jest legalna, dopuszcza również i taką możliwość, gdzie zatem kontrowersje?

Są dwa główne aspekty, które nagłośniły przypadek młodej Holenderki. Przede wszystkim – eutanazja (od greckiego εὐθανασία czyli dobra śmierć) według definicji w większości krajów oznacza intencjonalne pozbawienie życia osoby nieuleczalnie chorej celem skrócenia jej cierpień czy niemożliwego do uśmierzenia bólu. W obiegowej opinii kojarzy się to najczęściej z cierpieniem fizycznym w terminalnych stadiach choroby tudzież z przypadkami nierokującymi na jakąkolwiek poprawę stanu pacjenta (np. całkowity paraliż Ramona Sampedro sportretowanego przez Javiera Bardem w filmie „W stronę morza”). Ale Aurelia fizycznie była zdrowa… Źródłem jej cierpienia była bowiem nie choroba „ciała” ale choroba psychiczna – zaburzenia osobowości (borderline personality disorder), chroniczna depresja, stany lękowe, samookaleczenia, nieudane próby samobójcze – przypadłość nękająca ja od kilkunastu lat, nie reagująca na próby terapii. „Mam 29 lat i wybrałam dobrowolna eutanazję. Zdecydowałam się na to, bo mam wiele problemów na tle psychicznym. Moje cierpienie jest beznadziejne i nie do zniesienia. Każdy mój oddech to tortura” powiedziała w programie o ostatnich tygodniach swojego życia zrobionym przez RTL Nieuws. Bo tu zaczyna się druga kontrowersja – Aurelia swoją kampanie o zalegalizowanie decyzji o samobójstwie i prawo do godnej, łagodnej śmierci rozpowszechniła przez media społecznościowe (Twitter, Facebook, Instagram) a także program dokumentalny. Chciała w ten sposób przełamać tabu na temat eutanazji „na życzenie” osób z poważnymi zaburzeniami psychicznymi, ponieważ jej samej uzyskanie zgody na asystowane samobójstwo zajęło wiele lat.

Sprawa odbiła się szerokim echem w mediach na całym świecie – być może w sposób odwrotny do zamierzonego. Oto młoda kobieta z choroba psychiczna – jak stwierdzić, czy jej życzenie śmierci to nie jeden z objawów choroby, desperacja, utrata nadziei? Czy można w takiej sytuacji wyrazić na to zgodę zamiast próbować udzielić jej wsparcia i nakłaniać do dalszych prób terapii? Z drugiej strony – czy moralne są uporczywe próby (nieudanego jak dotąd) leczenia osoby, która cierpi katusze a pozbawiona legalnej drogi ich zakończenia wcześniej czy później i tak spróbuje zabić się sama?

Zdania psychiatrów (i tych którzy leczyli Aurelie i tych którzy przyglądali się sprawie za pośrednictwem mediów) są podzielone. Część lekarzy twierdzi, że zaburzeń podobnych do tych które ja dręczyły nigdy nie wolno traktować jako terminalne (opinie te popierają pacjenci, którzy przeżyli wielokrotne próby samobójcze, ale w końcu wyszli na prostą). Inni psychiatrzy uważają, że osoby, które mimo wieloletnich prób rozmaitych terapii wciąż cierpią i nie widza dla siebie wyjścia powinny być traktowani jak wszyscy inni chorzy z nieuleczalnymi chorobami i prawem (w krajach, gdzie jest to dozwolone) do dobrowolnej eutanazji. Aurelia: „Musimy pozbyć się tabu, że powinno się na zawsze pozostać leczonym, aż do bolesnego końca. Dla ludzi takich jak ja czasami po prostu nie ma rozwiązania – nie możesz bez końca brać leki, czy modlić się w nieskończoność. W pewnym momencie po prostu musisz to zakończyć”. „Ludzie żyją z zaburzeniami osobowości przez lata”, odpowiadają psychiatrzy, jak Frank Koerselman, jeden z przeciwników eutanazji z powodów psychiatrycznych. „To jak życie z cukrzyca, nie da się tego wyleczyć, ale można z tym żyć i my, jako lekarze, możemy to umożliwić. Pacjent nie jest tutaj w stanie podjąć racjonalnej decyzji” Gdzie jednak leży cienka granica? I prawo pacjenta do tego czy chce być poddawany uporczywej terapii, mimo iż nie przynosi ona efektów a niekończąca się udrękę?

Przypadek Aurelii pogłębił kontrowersje wokół eutanazji, która i bez tego jest tematem wystarczająco trudnym, nie tylko dla psychiatrów czy etyków. „Holandia zaprezentowała nam prawdziwy horror wspomaganych śmierci” napisał Catholic Herald, kontynuując na temat niebezpieczeństw związanych ze zbytnia „dostępnością” eutanazji „na życzenie”. „Łamiąca serce historia o tym jak chora psychicznie dziewczyna została zachęcona do tego, żeby legalnie się zabić” grzmi portal LifeSite winiąc przyjaciół, media społecznościowe, lekarzy i holenderskie prawo. „Aurelia zrobiła okropna rzecz i miała z tego frajdę. Nie tylko zakończyła własne życie, ale w dodatku wykreowała się na bohaterkę Kultury Śmierci, bezczelnie próbując inspirować usankcjonowane prawnie zabójstwa innych nieszczęśliwych ludzi nakręconych na autodestrukcję” Retoryka tego ostatniego zdania brzmi znajomo? Cóż, autorka artykułu, Dorothy Cummings McLean, pisuje do rozmaitych pism katolickich a jej książkę Anielskie single przetłumaczono na polski…

Tymczasem, mimo iż eutanazja i pomoc w samobójstwie są w Polsce nielegalne, jak pisze Wiktoria Bieliaszyn w artykule „Eutanazja, dobra śmierć. Czy prawo do godnego życia obejmuje też umieranie w godności?” w oko.press: „postawy Polek i Polaków nie są aż tak restrykcyjne. Z sondaży CBOS (ostatni jest z 2013 roku) wynikało, że około połowa gotowa jest zaakceptować eutanazję: w badaniu z 2013 roku – 53 proc. respondentów opowiedziało się za jej legalizacją (…) Według CBOS-u, zwolennicy eutanazji przeważają wśród osób w ogóle nieuczestniczących w praktykach religijnych lub rzadko biorących w nich udział, czyli głównie mieszkańców dużych miast o centrowych lub lewicowych poglądach. Czy jest więc szansa, że w Polsce będzie dopuszczone prawo do godnej śmierć na własnych warunkach, gdy godne życie odbiera ból i choroba? Raczej nie. Decydujący jest doktrynalny sprzeciw Kościoła katolickiego”. (całość artykułu na: https://oko.press/eutanazja-dobra-smierc-czy-prawo-do-godnego-zycia-obejmuje-tez-umieranie-w-godnosci/ )

Jeszcze z tego samego artykułu: „W debacie na temat eutanazji prędzej czy później zawsze pada pytanie: „Skoro powszechnie uznanym za podstawowe prawo człowieka jest prawo do godnego życia, to dlaczego wciąż nie wszyscy zgadzają się z tym, że powinniśmy mieć również prawo do godnej śmierci, będącej przecież finalnym punktem naszej egzystencji?”.

Nic dodać, nic ująć. Ale podczas gdy Holendrzy zmagają się już z bardziej skomplikowanymi aspektami eutanazji jak casus Aurelii Brouwers my wciąż musimy sobie odpowiedzieć na to podstawowe pytanie.

Kostka

15.08.2018
środa

Wojsko

Na co Polsce wojsko?

15 sierpnia 2018, środa,

Tak mi się zdaje, że jeśli jest się osobą poważną, dorosłą, rozumną i w miarę rozeznaną, to nie da się nie być przerażonym stanem polskiego wojska. Nie będzie poważnie ryzykowną tezą stwierdzenie, że Polska wojska nie ma. Zostało rozwalone. Choć od dawna nie było wielką siłą. To, co jest, to jest nie wojsko, a fantazmat o wojsku. Przerażenie jednak opiera się na pewnym założeniu, które wcale nie musi być wyartykułowane, bo przerażenie to stan głębokiej psyche, a nie racjonalny umysł. Owym niewypowiedzianym założeniem jest to, że Polsce wojsko jest niezbędne. W dodatku w określonym rozmiarze, sprawne, silne i skuteczne. I druga część założenia: przewiduje się, uważa za możliwe, a nawet bez mała pewne, zagrożenie wojenne wobec Polski, które zamieni się w wojnę. To poważne powody, by czuć uzasadnione przerażenie stanem polskiego wojska.

Możliwa jest jednak, mająca swoje uzasadnienia, inna perspektywa widzenia: Polsce wojsko nie jest potrzebne. Może nie w znaczeniu absolutnym, może jakieś kilka-kilkanaście tysięcy żołnierzy. Dobrze wyszkolonych i uzbrojonych komandosów, na misje specjalne, no i defilady – dla samopoczucia. Głośne trzaskanie butami, równy krok, żonglerka karabinkami z dawnych czasów, salutowanie politykom i szczęśliwemu narodowi.

Politycy uwielbiają się bawić w wojsko. Brzuchaty minister obrony, wduszony w mundur z którego wycieka, szczęśliwy prezydent grzebiący plastikową łyżką w wojskowej grochówce „na misji”; ten sam, albo jakiś inny prezydent przymierzający się do karabinka snajperskiego, z obowiązkowym fachowcem wojskowego BHP co dopilnuje, żeby się politykowi nie pomyliły końce, no i żeby komora nabojowa była pusta. Mógłby sobie strzelić w oko. Proca jednak bezpieczniejsza. Prezydent też przyjmie defiladę, wygłosi ładną mowę, którą się bardzo wzruszy i wydmucha nos w prezydencką chusteczkę. Zaś dawny żołnierz, jeszcze z czasów II wojny, taki z AK i Powstania – bo przecież nie z wojska ludowego, które było, jak głosi oficjalne państwo, formacją zbrodniczą – dziś prawie stulatek, jak coś zacznie mówić, to się go złapie za łokcie, w czym pomoże prezydent, mikrofon zabierze i łobuza wyprowadzi. Bo i żołnierz z AK już jest niedobry i mówi nie to, co należy gadać. Dobrzy i święci są „żołnierze wyklęci”. Którzy co prawda w ogóle nie byli żołnierzami, a z owego „wyklęcia” bardziej adekwatne jest „przeklęcie”, ale nie o realność żadną chodzi. Chodzi o coś zgoła innego: o gry i zabawy niewyrośniętych nigdy z podwórka chłopaczków, udrapowujących się na mężów stanu. Ci mężowie klaszczą „inwazji w Normandii”, która się odbywa na Helu. Popadają w zachwyt oraz ronią łezki na ludobójstwo na Wołyniu, ładnie przedstawione przez innych chłopaczków, też dobrze odżywionych i szczerze patriotycznych: „grupy rekonstrukcyjne”. Dzięki nim możemy znowu wygrać pod Grunwaldem i znowu dać Wiedniowi odsiecz.

Jak widać, bez problemu możemy mieć inwazję w Normandii na plaży w Helu, na którą się będą gapić pospołu oniemiali: tatuś z synusiem przedszkolnym, właśnie na wakacjach i kiełbasą z grilla w buzi. Wypadnie z tejże, bo się buzia z wrażenia szeroko otworzy: takie cudne lądowanie!

I chwatit! Wszyscy są zadowoleni, a zwłaszcza właściciele helskich i okolicznych biznesów. Sprzeda się wszystko, każdy kit wpada do żołądka i głowy. Jako kit jest niestrawny, więc tam zostaje. Dlatego tiszert z kotwicą Powstania na spoconym brzuchu i napis: jestem dumnym powstańcem !

Gdy się powróci do stanu powagi, widać jak na dłoni: wojska nie ma. Nie tyle chodzi tu o sprzęt, jego nędzę i nędzę braków łatwiej się zauważa, choć politycy śmiało kłamią. Nierównie ważniejsze jest coś innego: ludzie, żołnierze i stosunki wewnętrzne. Kilkudziesięciu generałów wywalonych, bądź zmuszonych do odejścia. Większość – doświadczonych, niektórzy wybitni i mający poważanie w NATO. Setki. Jeśli nie więcej, oficerów wyższych. Zwłaszcza pułkowników. Dezorganizacja i dewastacja. Ale nie tylko w liczbach rzecz. Rzecz w deprawacji. Rozbiciu moralnym, zniszczeniu zaufania: dowódców do żołnierzy, żołnierzy do dowódców. Część żołnierzy – przekupiona, inna – omamiona. Nie tyle ze słabości umysłu – po nich się spodziewamy krwi zimnej – ale z żądzy władzy. Po cywilnych trupach kolegów wywalonych z armii – w górę, kolejne gwiazdki, premie i zaszczyty. B.M.W. – taka nowoczesność armii. Admirał (kontradmirał?) zdymisjonowany za to, że, czując obowiązek żołnierza, wyznał głośno, że Marynarka Wojenna jest w zupełnej zapaści, a politycy mamią i kłamią zamiast zaopatrywać wojsko? Tak się traktuje żołnierza?

I tak dziesiątki generałów wywalono. Za to należy się honor, nie dymisja. Za cywilną odwagę żołnierza, poczucie obowiązku, lojalności wobec państwa, nie partii i jej mikrego szefa. Dymisja, wreszcie kajdanki i sąd, należą się politykom. To się jednak w Polsce nie zdarzy, bo się nie zdarzyło. Politycy to dzieci, dzieci mówią co złego to nie ja!, a dzieci się do lochu nie wsadza. Daje się lizaka i kieszonkowe. Politykom daje się prezesury i fotele w radach nadzorczych wojskowych spółek skarbu państwa. I lizaki: im bardziej rozwalisz wojsko ale chwacko odstawisz defiladę huzarów, tym pewniej wygrasz wybory. Historia się nie powtarza? Podobno tak, drugi raz jako farsa: mamy więc 31 sierpnia 1939. Wojsko zwarte i gotowe. Trzeba tylko iskry. Dziś – „Iskandera”. Który z Kaliningradu doleci do Warszawy w dwie minuty. W tym czasie chwacki rekonstruktor nie zdąży nawet zmienić cywilnych ciuchów na gacie ogólnowojskowe. A że nie zauważy nadlatującego „Iskandera”, bo nie ma jak i czym dostrzec, wyjdzie z szatni i od razu się ucieszy: Oj, jak pięknie zburzona Warszawa! Zrobimy, z chłopakami, pyszną rekonstrukcję Powstania!

Średni wiek sprzętu wojskowego oscyluje w okolicy czterdziestu kilku lat. Przez kilkanaście lat cały polski przemysł obronny nie był w stanie zrobić porządnego podwozia do nowej haubicy. Każde pękało. Trzeba było w końcu kupić w Korei. Przez dziesiątki lat cały polski przemysł obronny nie był w stanie zrobić porządnego pocisku czołgowego. Teraz – ponoć – są już w produkcji. Ile warte, to się dopiero okaże. Albo i nie okaże. Wojsko bardziej ćwiczy „na sucho”. Są fundusze na dwa luksusowe samoloty dla VIP-ów – chłopcy udający mężów stanu lubią latać, na partyzantów zza krzaka – Obronę Terytorialną, brak dla wojsk operacyjnych. Przez lata były problemy nie do pokonania z dostosowaniem karabinów czołgów „Leopard II” do polskich warunków. Nie wiem, czy już skutecznie pokonane. Lata temu zlikwidowano zespół żołnierzy zajmujących się profesjonalnymi analizami światowego rynku uzbrojenia i badaniami broni. By jak najdokładniej wiedzieć, co jaka broń może, czym grozi i czy dla polskiej armii jest optymalna. Czy taki zespół i takie kompetencje zostały odbudowane? Po stanie spraw należy w to wątpić. Także dlatego, że aby móc odpowiedzieć na pytanie o celowość, optymalność i czasowy przedział zakupu, najpierw trzeba wiedzieć, jaka jest doktryna obronna, a właściwie – wojenna. Jaka jest, poza tym, że jest bałagan, niemożność, robota na kolanie i pod partię, oraz sprzeczności? Należy się też obawiać o to, że doktryna wojenna nie bierze pod dostateczną uwagę innych niż wojenne uwarunkowań, które mogą być ważniejsze w dzisiejszym świecie.

Cóż mówić o stałej, jasnej i pewnej doktrynie, skoro można sobie kupić raport specjalistów, którzy dowolną tezę udowodnią. Minister zamówił raport i dostał: Polsce nie potrzeba okrętów nawodnych, a podwodnych. Sławetny program „Orka”. Podobno ktoś raz widział orkę na Bałtyku. Nawet jest chyba jakaś fota. No i bywają z wizytą inne wieloryby, co się dla nich źle na ogół kończy. Jak nazwa, to musi być dumna i bardzo żarłoczna. Niech się przeciwnik boi. Jaki przeciwnik? Mówmy jasno – Putin. Putin się orek nie boi, bo to słowiański macho: wskoczy orce na grzbiet i powozi, a orka słucha. Trzeba go bardziej przestraszyć: „potwór z Loch Ness” bardziej będzie pasował. Są foty potwora, ale nawet Putin jeszcze go nie ujeździł. Potwór się nada. Okrętów nawodnych nie trzeba – jak dowodzi raport ministra, bo Marynarce Wojennej potrzeba okrętów podwodnych, najlepiej z hybrydowym napędem i z pociskami samosterującymi wystrzeliwanymi spod wody oraz takim zasięgu i celności, żeby Putina wszędzie dopaść. Których to okrętów nikt na świecie w oczekiwanej konfiguracji nie produkuje. Nic nie szkodzi – ma wyprodukować polska stocznia. We współpracy z tym, co wygra przetarg na okręt. A może nie będzie przetargu, ale „pilna potrzeba operacyjna”? „Pilność” ma uzasadnić omijanie prawa zamówień publicznych. Wskaże się palcem dostawcę i ma się okręt. Palcem się wskaże znowu, bo wskazywanie ma już historię. Na cały Bałtyk śmierdzi to zdechłą rybą lobbingu, niekompetencji, zmarnowanych miliardów i korupcji.

Jest Stocznia Marynarki Wojennej, w Gdyni. Założona jeszcze przed wojną, za Piłsudskiego. Była tam tymczasowa baza wojenna. Były trzy dumne niszczyciele, dwa pachnące farbą. I dwa stare. Stare zostały i zaraz padły ofiarą niemieckich nalotów oraz ostrzału. Trzy pierwsze odeszły, w ostatniej chwili – do Anglii. No i sławny ORP „Orzeł”. Sławny, ale tragiczny. Tradycja – piękna rzecz, co widać na defiladzie i po tym też, że Marynarka Wojenna ma admirałów. Admirał to poważna figura. Od dowodzenia całą flotą: ze trzy lotniskowce, kilkanaście krążowników, parę atomowych okrętów podwodnych, ze dwadzieścia niszczycieli i mnóstwo drobnicy okrętowej. Polska marynarka od dawna nie ma nawet niszczyciela. Dogorywają stare i małe okręty podwodne wzięte od Norwegów, typu „Kobben”. Produkcja z lat 60. ubiegłego wieku. Do niedawna był w sprawności operacyjnej „Orzeł”. Nie tamten, rzecz jasna, ale radziecki, z lat 80-tych. Ciągle neezły i jedyny taki. Ale coś się w nim spaliło, podobno. Do służby chyba już nie wróci. Nawet jeśli – na krótko i pewnie już nie operacyjnie.

Mamy dwie fregaty, od Amerykanów, typu „Oliver Hazard Perry”: „ORP. Kościuszko” i „ORP Pułaski”. Oba zostały pierwotnie wycofane ze służby prawie dwadzieścia lat temu. Remont i przystosowanie tylko jednej z tych fregat do służby kosztowało Marynarkę około 120 milionów złotych. Tyle, za ile można zbudować nowy okręt, choć pewnie niższej klasy, z wyposażeniem. Powiedzmy – korwetę. Do tego stare uzbrojenie i stare śmigłowce „Kaman” w niczym nie kompatybilne z resztą floty śmigłowców wojska polskiego. Co nietypowe, a do tego wyeksploatowane, kosztuje potrójnie a niewiele może.

Stocznia Marynarki Wojennej istnieje, na papierze. Co nieco widać w terenie – skorupy budynków. Od bodaj 17 lat nie udaje się w niej wybudować niewielkiego i prostego okrętu wojennego. Ta bezskuteczna męka kosztowała polskiego podatnika już dobre kilkaset milionów złotych. Miała być korweta, wyjdzie z tego (o ile wyjdzie) coś w rodzaju patrolowca. Za pieniądze na jakieś dwa niszczyciele. Ta sama dumna stocznia miałaby, wedle zapowiedzi rządzących podstarzałych chłopaczków, budować najnowocześniejsze na świecie i nieistniejące jeszcze w realu nigdzie – okręty podwodne. Będzie wspaniały zysk – „transfer najnowszych technologii”. Czym miałaby stocznia budować, jak i kim? Pytanie śmieszne, żałosne i rozpaczliwie. Kim? Polscy spawacze są już w Norwegii. Owszem, są i po sąsiedzku, w cywilnych stoczniach Trójmiasta. Tyle że żadna stocznia, odpowiedzialnie zarządzana, nie podejmie się takiej realizacji. Specjalne warunki, konieczność spełnienia niezliczonych obostrzeń, w tym technicznych i kontrwywiadowczych, uzyskania wyśrubowanych i specjalnych certyfikatów wojskowych, konieczne zamrożenie sporej części potencjału; nieznane warunki i ryzyka budowy zleconej przez politycznych, niekompetentnych szaleńców dłubiących ciągle w budżecie – to prosta droga do bankructwa.

Program „Orka” zdycha, właściwie już zdechł. Prezydent leci do Australii, ma kupić używane – znowu – okręty marynarki wojennej Australii, których ta się chce pozbyć. Rzekomo po to, by przez najbliższe lata polska marynarka miała cokolwiek do pływania. A w międzyczasie odbuduje się zdolności produkcyjne stoczni wojennej w Gdyni. Jak się je odbuduje, skoro „w międzyczasie” nic się nie będzie w tejże stoczni budować, co najwyżej drobnostki? Skompletuje się teraz załogę najwyższej klasy fachowców, zakupi najnowsze maszyny i przebuduje infrastrukturę produkcyjną? Pod nieznane, bo to będzie znane nie wcześniej niż „za kilkanaście lat” warunki, standardy i wolumen produkcji? Czy najpierw się poczeka te kilkanaście lat, a potem będzie szukać i ludzi i techniki? W „międzyczasie” cała stocznia się zawali. Rdza ją co zna zeżre. Co się wtedy i jak będzie „odbudowywać”, jak nic nie będzie? Stocznia ma to do siebie, że nie może stać. Musi produkować. Jak ma czekać na polską produkcję wojenną, to w międzyczasie musi produkować na eksport. Co? Kto zechce kupić to, czego nie mamy i nie umiemy produkować, albo dlaczego takiemu niezdolnemu dawać do produkcji własne projekty? Że siła robocza najtańsza na świecie? Żarty. I nie w przemyśle zbrojeniowym.

Miały być „transfery technologii” wojskowych, bo jak zapowiedziała, tupnęła lakierkiem w posadzkę, ścisnęła wojennie okrągłe piąstki i zrobiła minę „na najeżkę” rozpaczliwie nic nie rozumiejąca i żałośnie pozbawiona wszystkiego była premier Szydło – Polska nie będzie już dłużej krajem magazynów i montowni, a krajem najnowocześniejszych „technologii” w świecie. To właśnie – centrum kompetencji, centrum współprojektowania, wciągnięcie polskiego ośrodka w orbitę działania unijnego giganta cywilnej i wojskowej produkcji – Airbusa, żywotne wzmocnienie Łodzi męczącej się z kulturową i społeczną spuścizną sfeminizowanego przemysłu lekkiego, a wielkim niedomiarem „najnowszych technologii” w gospodarce regionu oferował Airbus, wraz ze zwycięskim w zamówieniu publicznym śmigłowcem „Caracal”. PiS wyrzucił Airbusa z Polski, w – mówiąc wprost – chamski i graniczący z łamaniem prawa sposób, a z pewnością łamiący obietnice i grzebiącym dobre relacje biznesowe na dekady, bez żadnej racji poza ideologiczną. Wiceminister Obrony zaś pogroził Francuzom widelcem – polskim wynalazkiem high-tech. Zaraz potem, minister obrony o bardzo specjalnych właściwościach głowy zapowiedział, że Polska sobie sama zrobi własne śmigłowce, lepsze od europejskich, z Ukrainą. Głowa tego pana nie miała pojęcia, albo może miała, ale specjalnie tak powiedziała – u niego nie jest jasne, co jest – że tak jak polscy spawacze okrętowi są od dawna w Norwegii, tak ukraińscy konstruktorzy śmigłowców i samolotów są od dawna w Rosji. Skutki widzimy: czarna dziura, śmigłowców o uniwersalnym zastosowaniu w polskiej armii nie będzie. Przez długie lata. Potrzeby są co prawda bardziej niż gorące – znakomite, ale już dawno na granicy żywotności, radzieckiej produkcji Mi-8, za chwilę będą musiały zostać zdjęte ze stanu wojska.

W każdej dosłownie dziedzinie wojskowej (może poza lekką bronią strzelecką), poza jaśniejszym drobiazgiem technicznym („Rosomakami”), jest to samo – rozpacz, degrengolaga, deprawacja, szaleństwo niekompetencji. W nadmiarze zaś są mity i kłamstwa, którymi nas się karmi. Im gorzej w wojsku, tym więcej defilad z huzarami i Zbyszkiem z Bogdańca. Zbyszko też lipny, sama kukła, bo żywy Zbyszko musiałby dostać apopleksji na widok tego, co z własnym wojskiem robią sami Polacy, mając przy tym czelność powoływania się na Jagiełłę i jego wielkie – wtedy – państwo Europy.

Wśród tego szaleństwa w jakim tkwimy, którego już bodaj nie widzimy i się nim karmimy jak helską rybką trzeciej świeżości mrożenia udającą świeżość o najwyższym standardzie technologicznym świata, może znacznie lepsza, zdrowsza psychicznie, racjonalniejsza, tańsza i bardziej perspektywiczna jest inna droga: żadnej wojny, bezpośrednio Polski dotyczącej, nie będzie. Ani pewnie pośrednio. Bałtyk jest za małym morzem na współczesną wojnę. Samolot naddźwiękowy przeleci w poprzek w kilkanaście minut. Do zatopienia polskiej floty nie potrzeba prezydentowi Rosji floty, wystarczą rakiety, do tego nieduże i tanie. Takie cele: też małe i nieliczne. Putin, konsumując pierwszej świeżości kawior z jesiotra w złotej sali Kremla może pomylić dżojstika do grania w „czolgista.pl” z dżojstikiem do wypuszczania rosyjskich rakiet frunących bezgłośnie i niewidocznie na polskie okręty, bazy nadbrzeżne, stocznie, porty wojenne i handlowe, mosty i inne instalacje. Bałtyk jest tak mały i ciasny, że statek na statku. Najwięcej połączeń promowych na świecie. To w ogóle nie jest morze do prowadzenia wojny. Każda wojna na Bałtyku równa się zapaści Unii, końcowi cywilizacji Europy, co przewodziła światu i stała się tak bogata, ale to się kończy. Teraz Europa musi gonić świat, by pozycję utrzymać, co wcale nie jest pewne. Europejczyk nie chce żyć gorzej niż dziś. A woli nawet lepiej. Co jest nie do zrobienia przy jakiejkolwiek realnej wojnie w środkowej Europie. Zwłaszcza bałtyckiej. Jakby miał żyć gorzej – będzie populizm do kwadratu, do sześcianu i kolejny Hitler gwarantowany. Mężowie stanu to rozumieją. Populiści, fantaści, mitomani, husaria polska kwalifikująca się do lecznictwa zamkniętego – nigdy.

Wystarczy parę drobnych awarii: rurociągu „Przyjaźń” (polsko-radzieckiej, tak jest!), portu naftowego w Gdańsku wraz z rafinerią, porządnej dziury w jakiejś autostradzie i stacji rozrządowej kolei, przewrócenia się dwóch zbiorników na gaz płynny w Świnoujściu imienia tego, co się kulom ruskim w Gruzji nie kłaniał – i Polska się skończyła: nie ma infrastruktury, nie ma ropy, nie ma gazu. Nie ma gospodarki. Tu, bo w Chinach i gdzie indziej tylko się od tego poprawi. Nie ma gospodarki, to zadam pytanie – a co w takich warunkach jest? Trzeba iść. Po rozum do głowy.

Zadaję też pytanie: jaki ma mieć powód Rosja by napadać na Polskę? Na co taka wojna, na czym polegać mają zyski wobec nieuchronnych kosztów? Na co wojsko, bardziej nieistniejące niż realnie mogące, skoro Rosja likwiduje polskie siły powietrzne w 4 godziny – jak powiedział doświadczony generał wywalony z armii, w książce „Generałowie”, a wojsko rosyjskie, niezależnie od polskich prób, w trzy dni dochodzi do Warszawy? A być może cztery godziny: desant na miasto i jego obezwładnienie jest dla Rosji wykonalne bez wielkiego wysiłku. Całe NATO przyjdzie Polskę ratować? Oceńmy to racjonalnie: Europa weźmie udział w wojnie, na którą będzie reakcja wojenna Rosji wobec całej Europy? USA mają własne interesy. I w realny udział Ameryki w takiej wojnie jest powód racjonalnie wątpić. Byłaby to konfrontacja zupełnie innego rodzaju niż w Wietnamie, a później Iraku, Afganistanie, Jemenie, Somalii, Syrii i jeszcze innych miejscach świata. Tam USA miały miażdżąca przewagę. I z tą przewagą albo przegrywały, albo też zamiast problemy rozwiązać, wzniecały jeszcze gorsze – vide IS i zapaść Afganistanu, w którym rządzą i narkotyki i – już niemal znowu – talibowie. Bezpośrednia konfrontacja z Rosją, kto wie czy nie wspieraną przez Chiny, to zupełnie inna wojna, światowa, o której nikt nie ma żadnego pojęcia, żadnej kompetencji i żadnego przygotowania. Poza tym, że będzie po takiej wojnie zabawa maczugami.

Nie widać, nie słychać żadnej przytomnej odpowiedzi. Ani w „doktrynie wojennej”, ani w ustach rządzącego Polską „obozu patriotycznego” – co samo z siebie brzmi zarówno sarkastycznie, bezczelnie, durnowato jak i strasznie kiczowato. Niewiele rozsądniej gada opozycja. Porażenie bezmyślnością jest – jak widać – powszechne. Żyjemy we wzajemnym szantażu. Jeden drugiego szantażuje fobiami antyrosyjskimi a gra się toczy o to, kto bardziej pryncypialnie antyrosyjski sie okaże. To gra odwrotna od tego, w co się przytomni Europejczycy nauczyli grać: zamienianie przeciwnika w sąsiada i współpracownika. Każdy na tym wygrywa. W Polsce nie chcemy się nauczyć tej ciężko zapracowanej lekcji: dobra droga, w istocie jedyna droga, to droga współpracy. Niemcy i Rosja to rozumieją, dlatego zaczyna się budowa drugiej nitki gazociągu na dnie Bałtyku. Który w trakcie wojny niezwykle łatwo zniszczyć. I nikt rozumny nie ma interesu, by to robić. Ten gaz z Rosji to najtańszy gaz, więc i najlepszy. Polska woli gaz droższy – z USA albo Norwegii. Chce więc wyższych kosztów w całej gospodarce i w gospodarce komunalnej czyli przyspieszenia opróżniania kieszeni podatnika. Czy „suweren” głosując na prostego posła i jego „dobrą zmianę” został poinformowany „za czym” głosuje? Na złość Rosji, którą to wcale nie złości a dziwi, a na szkodę – sobie. Taki ma być patent na zamożną i zdrową Polskę?

Czytelniku: idź na spacer, idź na defiladę husarsko-partyzancką, powzruszaj się razem ze wzruszonym prezydentem i całą resztą patriotycznie wzruszonych, poruszaj nogami, co poprawia krążenie, poruszaj skutkiem tego głową – i daj przytomne, mądre, poważne odpowiedzi. „Polska ci tego nie zapomni” – jak uroczyście gadają gadające głowy.

Tanaka

12.08.2018
niedziela

Jak działa katolik co się zna na pszczółce Mai

12 sierpnia 2018, niedziela,

Mówiąc między nami, ateistami – katolik w ogóle nie działa. Katolik twierdzi odwrotnie, zaś najodwrotniej – jego biskup. Też zresztą katolik. Jest to pożyteczne, dzięki temu dowiadujemy się kto to taki – katolik, oraz jak działa. Pożyteczność ta jest bardzo daleko idąca, bowiem dzięki niej ateista dowiaduje się, że nie jest katolikiem, ale właśnie ateistą. Jest to wielka zasługa w niebie katolika, że tak pomaga ateiście, chociaż katolik ma nie pomagać ateiście być ateistą, tylko odwrotnie. Co jest jeszcze większą zasługą w niebie. A ściślej – jedyną Prawdziwą zasługą. Gdyby biskup był cwany, to nie demonstrowałby sobą, ani swoją owieczką, jak działa katolik. Wtedy ateista byłby całkiem pogubiony i nie miałby pojęcia, że jest ateistą, bo by się miał za katolika. Taki katolik zacny. No ale, jak wiadomo, biskup jest cwany tylko do jednego. Nie powiem do czego, bo to dosyć wstydliwe. Babcia mówiła, że „o pieniądzach nie rozmawiamy” . No to nie rozmawiamy.

Porozmawiajmy więc o seksie! Że co? Że to sprawa jeszcze bardziej wstydliwa od pieniędzy i już całkiem nie wypada o tym gadać? No, jak nie, jak – tak? Sam pamiętam: na kursie nauki do karty rowerowej (uważacie – katolik mówi, że niekatolik żyje z babą nie na sakramenckość, ale „na kartę rowerową”. A pedał – to już w ogóle: na dyszę i tłok, jak orzekł nieoceniony katolicki naukowiec – ksiądz dr hab. Oko Dariusz. Już on ma oko na te sprawy.) dowiedziałem się, że jest taki znak: gołoledź ! No, jak tak, to tak. Skoro to jest przepis państwowy, znaczy nie ma co żadnej krępacji robić i trzeba na goło lecieć, czyli o seksie gadać. Taki prikaz. W gadaniu – w zasadzie – chodzi o to, żeby się dogadać. A trudno się dogadać z katolikiem, który mówi, że sieksa u nas niet! Bo u niego to tylko komunia ciał odchodzi. Ale i to jest powszechnie znane, że katolik sam ze sobą nie może się dogadać, bo u niego nic tylko Pan Jezus już się zbliża, już puka do (jego) drzwi… I tak od dwóch tysięcy lat. Ale jak się nie gada, to się coś robi. Bo tak całkiem nic to sie nie da. Taka konstrukcja, z Dnia Szóstego. Wiadomo czyja. To zaś co się robi w takich warunkach, musi być w niezgodzie z tym, o czym tak się gada, że wcale.

Jak powszechnie wiadomo, ksiądz to nic tylko o seksie by gadał, bo nie ma nic innego do roboty. Oprócz tego, żeby inkasować. A jak gada, to ciągle pomstuje i najgorszymi wyrazami powtarzanymi po parę razy – przeklina, wyklina, potępia. Bo co do reszty – to ta reszta taka nudna, tak katolik w ogóle nie ma o niej pojęcia ani zainteresowania – w czym bardzo przypomina księdza – że dlatego ciągle i ciągle ten seks. Znaczy: seks to wynalazek szatana, a komunia ciał – Wszechmogącego. To się samo rozumie: drugie jest dobre, pierwsze jest diabelskie. Najlepiej to się na tym znał nasz Święty Ojciec Święty, co się znał na teologii ciał. No, tak miał.

O fachowości księdza w sprawie dowiaduje się każde dziecko przedkomunijne: ile razy dokonywałeś samogwałtu i w jakich okolicznościach? Fachowo przepytuje przedkomunijne dzieciątko boże ksiądz dobrodziej schowany w drewnianej skrzynce. Dzieciątko nie wie nawet co to „gwałt”, bo nawet jak jest świadkiem lub ofiarą gwałtu w domu, to jest mu to fachowo i po katolicku wytłumaczone: tatuś ma chwilę słabości, zaś mamusia niesie swój krzyż. Jak niesie, to i dobrze – jest to wielki honor i przestać nie można. Jak dziecię ksiądz gwałci osobiście, sprawa tak samo jasna: dziecię, w ten sposób, zbliża się do Boga. Za pośrednictwem księdza dobrodzieja. Taką ma robotę: dawać przykład i pośredniczyć. No i robi co trzeba, za aprobatą nieba. Jakże więc takie dziecko ma wiedzieć, na czym polega „samogwałt”? Nieważne, czego nie wie, ważne, co orzeka ksiądz naukowiec wszelkich tytułów, czyli Oko Dariusz: tak się odbywa seksualizacja dziecka. On to, co prawda, gadał na nieco inną okoliczność – choć i tak nie wiedział co gada, ale też o seksie. Jak seksualizacja, to seksualizacja.

Ponieważ już tylko tego realnie się trzyma Kościół kat. – nadzorowania seksualności owieczek bożych, co inni – i trafnie – nazywają biowładzą, seks – jak zawsze i wszędzie gdzie się doń miesza władza – to pole walki i zamordystycznej kontroli. Reszta to (oprócz pieniędzy) drobiazgi mętnej treści i niewarte zachodu, co Kościół kat demonstruje jak chwat. Stąd biskupie wrzaski o zakaz gumki, tabletki, tabletki „dzień po”, świeckiej edukacji rodzinno-seksualnej; o lekarskich sumieniach, aptekarskich takoż, a nawet sumieniu drukarza, co ma sumienie – rzecz jasna – katolickie, bo niekatolik sumienia nie ma. Poznawalne po tym, że sumienie odmawia mu zgody na druk plakatu zamówionego przez organizację LGBT, albo jakoś tak. Nawet spojrzenie chłopca na panienkę, rozmarzone i doceniające jej kobiece uroki, jest już grzechem w sumieniu. Taka Prawda. Katolik przestrzega też ściśle szóstego przykazania, a nawet przedostatniego, nie mówiąc o każdym innym z pierwszymi trzema na czele. Bo te mają ważność nad ważnościami, znacznie ważniejszą niż pieśni nad pieśniami. Żeby obraz rzeczy dopełnić: raptem dni temu kilka okazało się, że i motorniczy tramwaju ma katolickie sumienie: odmówił jazdy (Poznań – wielkie miasto, ludzie światli i tak dalej) tramwajem zaopatrzonym w malutką, tęczową flagę. Flaga została umieszczona zgodnie z umową między miejskim przedsiębiorcą tramajów a organizacją reprezentującą społeczność LGBT i promującą tolerancję oraz równość. Motorniczy zaopatrzony w sumienie katolickie tak odmowę wyjaśnił: Treści, które reprezentują organizacje skupione wokół symbolu tęczowej flagi, dążą do zalegalizowania pedofilii jako orientacji seksualnej na równi z orientacją heteroseksualną. Jako ojciec siedmiolatka nie mogę się zgodzić, aby reklamować swoją pracą w/w treści. Jak to mówią: sumienie najważniejszą instancją człowieka. Sumienie tramwajarza podjęło trafną decyzję moralną: homoseksualista to pedofil! Nie inaczej cenia to w sumieniu moralnym, w dodatku posiadającym doktorat i katolicką habilitację, nasz milusiński – ksiądz Oko Dariusz, z którym już jesteśmy solidnie zaznajomieni. Ma na to nawet odpowiednie wyniki badań! Wyniki mają inni naukowcy katoliccy. Pierwsi z brzegu (jeziora, po którym Jezusek itd..): dziecko z in vitro ma bruzdę dotykową na czole. Nie ma się co dziwić, że grono światłych poznaniaków też uruchomiło swoje sumienia katolickie, oburzyło się moralnie na te flagi na tramwajach, co głoszą chwałę pedofila, a w ślad za ich sumieniami objawiło się sumienie w prezesie tramwajów poznańskich. Też zrozumiał, że na dachach jego tramwajów jeźdżą pedofole. Flagi kazał zdjąć, a umowę – zerwać.

Katolik nadwiślański nie stosuje więc seksu, nie wie, o co się rozchodzi. W sprawie tego o co się rozchodzi wie jak działa pszczółka. Że zapyla i bzyka. Tak mu mamusia z tatusiem wyjaśnili, bo i sami tyle wiedzą. Z przykładu Maryi. Dlatego, oprócz kolęd, wszyscy chętnie śpiewają hymn do pszczółki Mai. Dziewczątka katolickie zaś pytają w necie: czy od buziaka można zajść w ciążę? Nie przeszkadza to dziewczątkom i chłopcom katolickim uprawiać – w gimnazjum – zabawy w słoneczko. Słusznie więc się stało, że pisoidy zakazały gimnazjum. Teraz zabawa w słoneczko będzie w podstawówce. Wszyscy są zadowoleni. Po ślubie sakramentalnym więc (ściśle biologicznie heteroseksualnego mężczyzny i heteroseksualnej kobiety – jak biskup wyjaśnia, a Pawłowicz Krystyna powtarza), dochodzi wyłącznie do komunii ciał. Komunia zaś musi być nakierowana na powołanie nowego życia, czytaj – katolickiego dzidziusia. Mąż katolicki, komunizując małżonkę katolicką, bardzo wysila myśl i pragnienie: ma być z niej dzidziuś! Inczej komunia nieważna, a grzeszna. Dzidziuś jako taki u katolika nie występuje: najpierw jest dzieckiem poczętym, a jak się urodzi – jest już katolikiem. Za pomocą pokropienia wodą. Co się odpowiednio nazywa, ale o tym teraz nie rozmawiajmy, bo – tytułem przykładu – zanurzenie w wodzie jest już nieprawidłowe. I wiadomo, kto tak robi. Co dziwne, bo Jezus tak właśnie zrobił: wszedł do rzeki Jordan i był zadowolony. Katolicka komunia ciał to straszna męka. Dlatego tak na okrągło gada o bolesnej męce. Najbardziej – biskup. Męczy się za tych, co się tak męczą. Cały się wziął z umęczonych to i sam teraz męczy, bo musi.

W ten sposób katolik nadwiślański góruje nad każdym innym i w ogóle – nad Europą i nad wszystkim. Dowód na to znajduje się w Świebodzinie i ma prawie 40 metrów wzrostu. Co dowodzi, że góruje, bo ten dowód w Rio de Janeiro ma parę metrów wzrostu mniej. Naszemu nikt nie podskoczy. O czym upewniał tak pewnie nasz Święty Ojciec Święty.

Skoro mówimy o fachowości i górowaniu naszych katolików nad nienaszymi: oto najświeższe dane w sprawie komunii ciał Polaków, co to są sami katolicy, więc sieksa u nich niet [1] :
– od II połowy lat 1980-tych („wczesny Wojtyła”) następuje w Polsce gwałtowny wzrost (aż do dziś) liczby dzieci pozamałżeńskich (miasta – obecnie – ok. 27% dzieci to dzieci pozamałżeńskie, wieś – ok. 20-22%)
– największy odsetek dzieci pozamałżeńskich – ponad 20%, do 40% (generalnie) w najbardziej rozwiniętych regionach Polski (centrum-zachód-północ), najmniej w regionie południowo-wschodnim (poniżej 20%, z wartością najniższą 12,5% w podkarpackiem).
– zdecydowanie najwięcej dzieci pozamałżeńskich rodzą kobiety bardzo młode (15-19 lat), około 850/1000.
– zdecydowanie najwięcej takich dzieci rodzą panny, aż do przedziału wieku 35-39 lat, kiedy odsetek ten schodzi poniżej 50%.
– na tle Europy Polska wypada statystycznie skromnie, katolicko zaś – tragicznie. Najwięcej dzieci pozamałżeńskich rodzi się (od dawna) w arcykatolickiej Irlandii (70%), którą to arcykatolickość tak właśnie definiują Irlandczycy. Co jest substancjalną obrazą Boga, a znacznie większą – biskupa i jego Wojtyły. Ale nic nie szkodzi: tam gdzie to tak obraża, nie można się o tym głośno drzeć. Przecież to jedyna substancjalna i i ostatnia zamordystycznie poważna instancja Kościoła kat. Mają być pozory. Wszechmogący musi się z tym zgodzić, skoro biskup jego się zgadza. Polska jest pod koniec stawki, ze skromnym wynikiem ok. 26% dzieci urodzonych nieślubnie, co w mowie katolickiej zawsze oznaczało bękarta. Dziecko najgorszego sortu, pozbawione należnych mu praw. Nic nie szkodzi – po tym właśnie poznaje się katolika: że pozbawia. I dlatego mówimy (wśród katolików, rzecz jasna): wszystkie dzieci są nasze. No i że wszystkie kochamy. Jak własne. O ile te też w ogóle kochamy. Bo weźmy takiego tatusia Adolfa Hitlera: bękart! W dodatku żydowski. A już katolik wie, co to znaczy i co się z tym robi. I dlatego te skutki.

Jest więc po katolicku dobrze – czego dowodzi góra, czyli odwrotnie – czego dowodzi dół. Obojętnie – wstępniaka, czy życia. Nie może nad Wisłą być inaczej, skoro jakaś połowa kleru to homoseksualiści (czyli w mowie katolickiego społeczeństwa: zboki, pedały, parówy, pedryle – co dowodzi, że katolik to katolik i kocha bliźniego swego. Może nie wszyscy ci homoseksualiści są seksualnie czynni, wszyscy zaś – co do jednego – cyniczni albo głęboko nieszczęśliwi). Kilkanaście procent to pedofile (także, z pewnością, nie wszyscy to aktywnie grasujący zbrodniarze), a reszta to substancjalni samotnicy, cudzołożnicy, klienci burdeli, wieczni onaniści, dziecioroby, uschłe drzewa, alkoholicy, uzależnieni od innych używek – wśród których nie brak skrajnych cyników i karierowiczów, co tylko czyni ich zagubienie, zakłamanie i ostatecznie samotność – głębszą. I niejaka drobna garstka rozmarzonych naiwniaków, po swojemu samotnych: w życiu i w firmie, w której nie ma z kim i o czym gadać, bo i gadać nie wolno. Zwłaszcza zaś – po co.
Z powyższego wynika też inny ciekawy wniosek: ostatni okop Prawdy Kościoła kat rozpada się, a za niedługą chwilę porośnie chwastami. Ostatnia transzeja obrony fantazmatów i uroszczonych a bezwzględnie zamordystycznych żądań sypie się w gruzy. Podtrzymują ją jeszcze przekleństwa, zastraszania, próby przerażania i odrzucania. Ale gdy nikt postronny nie widzi, proboszcz z biskupem idą na rękę i na układy. Jak nie w tej parafii, to w tamtej, bękarta da się ochrzcić. Byle pozór działał i miał jeszcze pewną moc wyklinania zamienną na moc uwodzenia, co ma dawać profity. O to tylko chodzi. By pozorem wyjaśniać kurczowy sojusz religii z władzą polityczną i w braku autorytetu oraz substancjalnej prawdy móc się posługiwać opresyjną aparaturą państwa, by „katolicyzm był ciągle żywy”, a nawet coraz bardziej. W tym jego pozorna żywość: w pustce i strupieszeniu.

A teraz, drogi czytelniku, wpłać na „Boże dzieło” fundacji w Toruniu księdza dottore, albo innej pokrewnej, co łaska, ale nie mniej niż 5000 złotych. Zaś minister wpłaci – w tym tygodniu – ze 30 milionów. Znowu. I spadaj. Po tym się pozna, żeś katolik.

Tanaka

[1] Zebrane dane GUS, Instytutu Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego, Eurostatu., Opracowanie Polska Grupa Infograficzna: https://kobieta.onet.pl/dziecko/niemowle/juz-co-czwarte-dziecko-w-polsce-jest-pozamalzenskie/z4c0d84