Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka

23.05.2019
czwartek

Bajka o pszczołach i chrabąszczu

23 maja 2019, czwartek,

Dawno, dawno temu, jakieś tysiąc lat temu, był sobie ul. Ulem rządziła, piękna jak róża, królowa Wanda. Koło Wandy kręciło się wielu kawalerów. Każdy z nich chciał dostąpić zaszczytu dzielenia z królową łoża. Jeżeli któryś z kawalerów był bardziej przystojny i spodobał się Królowej, przyjmowała go w królewskiej alkowie i z takiego krótkiego spotkania rodziły się małe pszczółki. Królowa nigdy nie wiązała się na stale z jednym kawalerem, gdyż nie chciała dzielić władzy z nikim. Owi kawalerowie, zwani trutniami, po spełnieniu zaszczytnego obowiązku zapłodnienia Królowej, byli zabijani przez gwardię Królowej, specjalnie przygotowanych do utrzymywania społecznego porządku w ulu wojowników.

Natomiast prosty lud, składający się z pszczelich robotnic, zajmował się zbieraniem z kwiatów pyłków, które w ulu zamieniał w miód, wosk, mleczko pszczele, propolis i jad pszczeli. Robotnice budowały przemyślne plastry, które wypełniały miodem; zajmowały się noworodkami pojawiającymi się po każdej spędzonej przez Królowa Wandę nocy z kolejny trutniem.

Z pewnością ten ul wyda wam się – kochane dzieci – przedziwny . Ale zważcie, że działał skutecznie, że wszyscy spełniali w nim pożyteczne funkcje, a ilość kręcących się wokół Królowej trutni była ściśle kontrolowana i reglamentowana.

Ale pewnego razu do ula dostał się chrabąszcz. Natychmiast otoczyli go pszczeli wojownicy. Nagabywany przez straż o cel wizyty w ulu, chrabąszcz odpowiedział, że jest on nie z tego świata, ze jest synem boga wszystkich owadów i przyszedł by te owady zbawić. Zapytany o to, czy kwestionuje on władzę Królowej i czy chce obalić system społeczny ula, odrzekł tajemniczo, że jego królestwo nie jest z tego świata i że przyszedł by zaprowadzić sprawiedliwość i zmazać grzech pierworodny, który ciąży na wszystkich owadach od czasu, gdy pierwszy owad zbuntował się bogu, stworzycielowi ziemi, nieba, ula i owada.

W końcu zirytowało to dbających o porządek ula wojowników, wynieśli gadającego chrabąszcza z ula i tam go przy pomocy żądeł przybili do zewnętrznej ściany ula.

Ale wśród ciężko pracujących robotnic, które latały w te i we w te dostarczając do ula kwiatowego nektaru i które mijały użądlonego na ulu chrabąszcza, a które słyszały o tym, ze chrabąszcz był nie z tego świata i chciał zbawić wszystkie owady, narodziła się religia zwana chrabąszczanizmem.
Robotnice wyznające chrabąszczanizm, czyli chrabąszcznice były okrutnie prześladowane, torturowane. Ale raz zasianej w pszczelą duszę wiary nie dało się wytępić.

I wtedy trutnie namówiły Królową, żeby uznała chrabąszczanizm za oficjalną religię ; że oni są gotowi wziąć na siebie obowiązek krzewienia owej wiary, ująć ją w odpowiednie ryty, w ten sposób skanalizować marzenie ciężko pracujących robotnic o sprawiedliwości i szczęściu. No i udało się. Chrabąszczanizm stał się religią pokrzywdzonych robotnic, które pokorą, ciężką pracą zasługiwały sobie na wieczne zbawienie w niebie u boku użądlonego Chrabąszcza, jego Ojca i niejakiego Ducha Świętego. Symbolem oficjalnej religii stał się wszechobecny, użądlony Chrabąszcz.

A w świecie doczesnym ula z nowej religii najbardziej skorzystały trutnie. Jako kapłani po spędzeniu upojnej nocy z Królową, nie byli więcej zabijani przez wojowników. Mało tego, zaczęli dobierać się do co ładniejszych robotnic, a nawet przystojni wojownicy budzili w nich gorące namiętności. Sterroryzowana Królowa przydzielała im z racji pełnienia przez nich odpowiedzialnych funkcji kapłańskich, coraz obfitszej ilości miodu, wosku, mleczka pszczelego, propolisu i.. co najważniejsze jadu pszczelego.

Jako, że pierwotnym zadaniem trutniów przepoczwarzonych w kapłanów był seks z Królowa, więc nic dziwnego, że w ich wypowiedziach rzadko występuje potępianie takich grzechów jak chciwość, obżarstwo, kradzież i inne przesłania użądlonego Chrabąszcza. Za to namiętnie interesują się tym co mała pszczółka ma między nogami, czy się ogląda nago w lustrze, czy się dotyka, gdzie się dotyka i jak to robi. Zaś sami chodzą w sukienkach, a na głowach w zależności od zajmowanej pozycji w hierarchii trutniów noszą przedziwne czapki. Najwyższy w hierarchii truteń nosi się na biało.

Ostatnio w ulu wybuchł skandal. Przez całe lata, wieki tłumiono wszelkie opowieści o tym, że trutnie nie tylko pożerają najwięcej miodu, że zatruwają pszczelim jadem niepokorne pszczoły, ale że gwałcą swymi żądłami niepełnoletnie pszczółki, tym samym podważając przyszłość ula, gdyż to pszczela młodzież jest gwarantem przyszłości ula i nic tu nie pomoże 500+, skoro trutnie dobrały się do tego, tak pieczołowicie chronionego przez robotnice i wojowników, pszczelego żłobka.
Ale trutnie przeprosiły, wyraziły żal i obiecały, że powołają komisje, która się zajmie. Będzie dobrze.

Lewy

18.05.2019
sobota

TWIERDZA nadal OBLĘŻONA …

18 maja 2019, sobota,

Poniosło mnie niedawno na promocję nowej książki, opublikowanej właśnie przez katowicki IPN.  Tytuł nieco przydługi : „Relacje Kościół-państwo na Górnym Śląsku w latach 1945-1989. Konflikt ideologiczny”. To praca zbiorowa pod redakcją dr hab. Adama Dziuroka, naczelnika oddziałowego biura badań historycznych w Katowicach, a jednocześnie specjalisty od tematyki relacji kościoła katolickiego z państwem polskim minionego ustroju.

Miejscem promocji – 4 kwietnia br. – było Centrum Edukacyjne IPN w Katowicach przy ulicy św. Jana 10. To adres znany w Katowicach. Kiedyś mieściła się tam siedziba katowickiego SLD. Teraz  można odwiedzić modną wśród młodych (i nie tylko) knajpkę. Centrum IPN zajmuje III piętro ciekawie wyremontowanego budynku.

Co mnie pokusiło? Ano, goście  specjalni promocji, czyli niedawna czołówka katowickiego Kościoła w osobach: abp seniora  Damiana Zimonia oraz ks. prof. Jerzy Myszora – historyka kościoła. I to właśnie ciekawość ich wypowiedzi  oraz moje śląskie zainteresowania, sprawiły iż pofatygowałem się na prezentację.  A trzeba wiedzieć, iż Kościół śląski ma swój spory udział w historii tej ziemi oraz jej przemianach. Do tego  arcybiskup senior – będący w 85 roku życia – niejedną kartę historii Katowic i regionu zapisał własną ręką bądź osobistymi decyzjami. Na dodatek – jako człowiek już wiekowy – funkcjonował jako znaczący przedstawiciel Kościoła jeszcze za poprzedniej władzy. Czyli – posiada sporą wiedzę o czasach mocno już przeszłych. I nieźle sobie radzi w obecnej rzeczywistości.

Cóż, wiele nowego się nie dowiedziałem. W sferze faktów, biskup senior przypomniał opisane już przez historyków, a znane jeszcze z czasów komunistycznych opracowań zdarzenia jakie dotknęły Kościół na Śląsku po 1945 roku. Zdarzenia szczególne, bo skierowane w śląską hierarchię kościelną czasów II RP, III Rzeszy i wreszcie początków socjalistycznego państwa na Górnym Śląsku.
Z drugiej strony te wspomnienia okazały się wartościowe, dzięki komentarzom i ocenom jakie hierarcha raczył wygłosić, omawiając poszczególne lata i osoby zaangażowane w konkretnych zdarzeniach. Osoby z obu stron tych relacji – funkcjonariuszy partyjnych i państwowych oraz księży. 

O dziwo, bardzo mało uwagi poświęcono w tej dyskusji funkcjonariuszom UB i SB, na których do tej pory wieszano psy, za ich aktywność w relacjach z Kościołem.
Dostało się tzw. księżom patriotom oraz urzędnikom państwowym. Księża patrioci zostali pokazani jako swoiści karierowicze, upatrujący swój awans we współpracy z komunistycznym establishmentem. W przypadku Kościoła katowickiego wiązało się to z przejęciem sterów diecezji po usunięciu biskupów przez władze państwowe w 1952 roku. I rządami nad diecezją do październikowego przesilenia 1956 roku, po którym nastąpił powrót usuniętych biskupów.

Co ciekawe – to zdaniem biskupa seniora – „księża patrioci” nie zostali przez Kościół ukarani za swe podporządkowanie się komunistycznym urzędnikom lecz potraktowani z chrześcijańskim miłosierdziem, jako bracia w wierze, którzy pobłądzili. I umożliwiono im powrót na łono ”matki Kościoła” po odbyciu nałożonej pokuty. Przyznam się, iż owe miłosierdzie oceniałem zawsze w odmienny od biskupiego sposób.

Pytani przez prowadzącego dyskusję  o ocenę urzędników państwowych i politycznych, zaangażowanych w relacje pomiędzy organami i instytucjami państwa ludowego a Kościołem, szacowni goście zadziwili mnie swoimi wypowiedziami. Otóż, okazało się, iż katowiccy kurialiści nie mieli zbyt wielkich problemów z tą grupą. Przyczyną miało być marne przygotowanie merytoryczne owych osób do postawionego przed nimi zadania – podporządkowania Kościoła regułom i prawom socjalistycznego państwa. Przyznam się, iż po raz pierwszy spotkałem się z taką opinią. Czyżby jednak Kościół nie był tak represjonowany jak to dotąd głoszono?
Najlepsze usłyszałem jednak na koniec rozmowy-wywiadu. Prowadzący spotkanie dr Dziurok zadał biskupowi pytanie o ocenę współczesności w porównaniu do czasów PRL. Patrząc na obecną pozycję Kościoła w społeczeństwie, spodziewałem się usłyszeć, iż teraz Kościół polski może oddychać pełną piersią – nie jest prześladowany, może prowadzić swobodnie ewangelizację i realizować przyjętą na siebie misję.
Tymczasem z ust biskupa padły zgoła przeciwne, zaskakujące słowa.

Otóż – jego zdaniem – obecna tzw. wolność niesie Kościołowi jeszcze większe zagrożenie, aniżeli ucisk ze strony komunistycznych władz reprezentowanych przez marnych urzędników. Dzisiejsza swoboda słowa i zachowań rozmijających się z naukami udzielanymi społeczeństwu przez duchowieństwo, jest większym zagrożeniem, aniżeli autorytarna władza komunistów. Kościół musi się bronić przed zalewem owej ponoć opatrznie przez ludzi rozumianej wolności. Religia jest atakowana ze strony rozmaitych liberalnych środowisk, co stawia duchownych przed koniecznością przeciwstawiania się takim poglądom.
A potem przyszedł czas na dyskusję ze zgromadzonymi.

Niestety, prowadzący nie stanął na wysokości zadania, gdyż już po pierwszym pytaniu z sali, które okazało się niewygodne dla wybitnych gości, biskup senior przejął od niego moderację dyskusji, wyznaczając do zabrania głosu inne osoby. I po kilku wypowiedziach publiczna dyskusja została przez niego zdecydowanie zakończona.

Zapytacie pewno o przyczynę takiego zachowania biskupa seniora?
Przyczyna okazała się prozaiczna. Otóż, sporą grupą publiczności obecnej na promocji książki, okazali się klerycy katowickiego seminarium duchownego. Być może mieli stanowić wypełnienie frekwencji? A może rzeczywiście interesowała ich tematyka relacji górnośląskiego kościoła z socjalistycznymi władzami? Tego nie sprawdziłem. Nie było czasu ani możliwości.
Wiem jednak, iż nie mogli usłyszeć wypowiedzi niezgodnych z oficjalnym nauczaniem jakie jest im przekazywane w trakcie seminaryjnego kształcenia i rzeźbienia ich duchowej formacji.
Katowiccy klerycy dowiedzieli się ponownie, iż Kościół w Polsce był prześladowany za komuny. Usłyszeli także, że obecna pseudo-wolność słowa i zachowania jest jeszcze większym wrogiem Kościoła niosącego hasło miłości bliźniego. A przed nim kolejne prześladowania wolnością. Prześladowania rosnące wraz z wolnością społeczeństwa,  w którym mają nieść słowo boże.

W minioną sobotę – 12 maja 2019 roku – w trzydziestolecie odzyskanej wolności w Polsce, dziewięciu diakonów katowickiego seminarium duchownego przyjęło świecenia kapłańskie.
Ponad trzydzieści lat temu, takie święcenia z rąk obecnego biskupa seniora przyjmowało trzy razy tyle osób rocznie. Wolność wyraźnie nie służy Kościołowi katolickiemu na Górnym Śląsku.
Kościół staje się twierdzą coraz bardziej oblężoną, zalewaną wysokimi falami wolności.

zak1953

13.05.2019
poniedziałek

Potwory i spółka

13 maja 2019, poniedziałek,

Film Tomasza Siekielskiego „Tylko nie mów nikomu”. Mam dwojakiego rodzaju odczucia. Jeden rodzaj – to co widzimy i słyszymy dodaje się do już posiadanego rozeznania przez człowieka rozumnego i autentycznego. Nie zmienia go, a wzmacnia i dodaje szczegółów.

Drugi rodzaj jest trudniejszy do nazwania. Fundamentalnie ważny, ale dalece nie dla każdej jeszcze, nawet mocno krytycznie myślącej osoby, łatwy do pojęcia do głębi. Przeszkód w pojęciu jest wiele, zaś jedna z głównych jest taka, że – pomijając niewyjaśniający kolokwializm: to się w pale nie mieści – żyjemy wszyscy, z małymi wyjątkami, w społecznej kulturze katolickiego zakłamania i szantażu porażającego władze umysłu i deprawującej moralnie. Od tysiąca lat.

Ten drugi rodzaj odczuwania zaczyna się od tego, że – odkładając nienależne w tej sprawie zmiękczenie słowa – chce się rzygać. Dalej, pojawia się jakieś lepkie uczucie, że ma się do czynienia ze spotwornieniem sięgającym po dno ludzkiej kondycji. Wreszcie to centralne poczucie: oto Kościół katolicki sam, choć całkowicie nieświadomie – co fundamentalnie niezbywalne dla tego przedsiębiorstwa zaprzeczenia człowieczeństwu, robi demonstrację istoty siebie samego i wpycha ją widzowi do gardła: masz i żryj!

Oto jeden konsekrowany gwałciciel gada, że musiał przez niego działać szatan. Nie jego psyche skrzywiona przeżyciami młodych lat i przerabiania na księdza – urzędnika miłości, ale jakiś byt obcy i zewnętrzny. Wygłasza, nic nie pojmując bo mówi jako trup ludzki wytrzebiony z osobowego autentyzmu, gwałcące znowu słowa pustych przeprosin i sugeruje, że gdyby gwałcona przez niego kobieta wcześniej się odezwała, dostałaby rekompensatę w pieniądzu.

Drugi konsekrowany i do tego wielka publiczna figura – Cybula. W innym niż film Siekielskiego miejscu powtarza z dumą: jestem z bardzo katolickiej rodziny, moi rodzice byli bardzo pobożni i wszystko robili w imię Boże. Ja nigdy, przenigdy nie miałem cienia wątpliwości w istnienie dobrego Pana Boga. Do kamery zaś gada: Ojciec Święty (Wojtyła) był tak uprzejmy, że zawsze mnie zaliczał. Zawsze musiał podkreślić moją osobowość, cieszył się z tego.
Jego realną osobowość, odczuwając nieprzemijającą przez dziesięciolecia odwrotność cieszenia się z tego, przedstawia ofiara: Zawołał mnie, choć zobacz, co się stało! Miał penisa sterczącego na wierzchu. Śmierdzącego. Kazał mi wziąć swojego penisa do ręki. Wziął mojego penisa do swojej gęby. Zwyrol.
Konsekrowany Cybula: to było trochę dla humoru, trochę dowcipu. Ale ty zresztą też, śmiejąc się, podjąłeś takie zaczepne, ale nic to nie szło w jakimś złym kierunku. Równorzędnie żeśmy się tym darzyli.

Trzeci konsekrowany gwałciciel: przez niego powiesił się Przemek.
Przez konsekrowanego Jankowskiego powiesiła się nastolatka, która była z nim w ciąży.

Kolejni konsekrowani uciekają, kryci przez kumpli i szefów w znieprawieniu, znikają tu a wyłażą tam i dalej lepią się do dzieci.

Siekielski pyta: wie ksiądz, że ksiądz Adam ma zakaz odprawiania mszy?
Konsekrowany kumpel gwałciciela wie jak odparować bezczelne pytanie: ma zakaz odprawiania w kaplicach publicznych. To moja prywatna kaplica. Dekret biskupa (przysłał go do mnie).
Siekielski: odprawia msze, spowiada, ma kontakt z dziećmi…
Konsekrowany kumpel gwałciciela: tak, tak, bardzo dobrze robi! Biskup schował go tutaj, bo takie są procedury kościelne. Że wam się, kurwa, chce całą niedzielę … Adama ścigać!

Kurwa – jak celnie oddające istotę słowo!

Arcybiskup Głódź: a rzesze ochrzczonych, wyspowiadanych? Czy jest ktoś kto skrzętnie to zliczy? Jedynie Pan Bóg, któremuś służył. On ci to wszystko w pełni policzy.
Arcybiskup Gądecki oświadcza z przekonaniem: Fokusowanie – coż za spec-słowo! – wszystkiego na Kościele do niczego nie doprowadzi!

Wreszcie wychodzi cały Episkopat – biskupi Miziński, Jędraszewski Gądecki i inni: Myśmy się przyzwyczaili do hasła ukutego ideologicznie, mianowicie „pedofilia w Kościele”… Miało poderwać autorytet Kościoła… doprowadzić do tego, żeby zaufanie wiernych do hierarchii czy samej instytucji Kościoła zostało zniszczone. … Tu chodzi o działanie Złego, działanie grzechu pierworodnego.

Wszystko dzieje się tu i teraz. W 2019 roku. Nie pięć, dziesięć lat temu. Teraz, gdy Kościół kat. ma „wzorowe procedury”. Tak, to widać: wzorowe procedury mataczenia, kłamania, nieodbierania telefonów, rozłączania się, nieodpowiadania na pisma, wysyłania dziennikarzy na Berdyczów, przenoszenia gwałcicieli z miejsca na miejsce. Krycia i kłamania, kłamania i krycia.

Nie: nie dajmy się jednak „sfokusować” na ich słowach, choćby się w człowieku żołądek buntował. To jeszcze nie istota, a ledwie opis, choć straszny, zewnętrznych manifestacji głębi.

Nie: to nie sprawa ostatnich 30-40 lat. To sprawa całej historii Kościoła kat. Tym potworniejsza przedtem, że jego władza i bezkarność, oczywistość i masowość gwałtu były absolutne.

Nie: to nie 2 procent kleru jest pedofilami, jak powiedział Franciszek. Kilkanaście, może więcej procent kleru to pedofile i popełniający czyny pedofilskie zbrodniarze.

Nie: to nie wszystkie przypadki gwałtów które zostały wydobyte na światło dnia. Przytłaczająca większość zbrodni pozostaje w cieniu. Ofiary pozostają złamane do końca życia, umarły, nie poznamy ich bólu. Czy jest ktoś kto skrzętnie to zliczy? Jedynie Pan Bóg – jak znowu szyderczo zabrzmiał arcybiskup Głódź.
Konsekrowani gwałciciele nie działali w sposób całkowicie izolowany i incydentalny. Taką mają psychikę, takie – szokujące – potrzeby, deficyty, zżerające ich pragnienia u których źródła jest odmówiona im wolność i człowieczeństwo, którego w końcu sami się wyparli i przekuli w świętość. Zostali naznaczeni chrztem – znakiem oddania w niewolę fałszu. Byli paczeni w domach, parafiach, zostali sformatowani w seminariach, a po nich już pełnia życia między sobie podobnymi braćmi w skrzywieniu.

Nie: człowiek nie jest żadnym podmiotem w Kościele kat. Jest przedmiotem, który jest w użyciu najwygodniejszy wtedy, gdy w środku jest martwy.

Zaiste, istotny pozasłowny przekaz płynie z Kościoła wielką rzeką o wezbranym nurcie, Prawda, która ich nigdy nie wyzwoli: oto my – niszczyciel światów i ludzi. Oto my – zabójcy człowieka w człowieku, czyniący go żywym trupem, niezdolnym pojąć siebie i drugiego człowieka. Oto my – producenci pustych słów, abstrakcyjnych konstruktów; szantaży, zaklęć i przeklęć które nieustannie zaświadczają o swoim wewnętrzym immanentnym złu, a masowa pedofilia kleru jest ledwie jednym z wielu tego przejawów.
Oto my – łowcy skór, obdzieracze, czyniący członków kleru ludźmi bezbrzeżnie, do dna istoty, zakłamanymi i samotnymi! My – deprawatorzy i my – zdeprawowani. My – kaci i my – ofiary siebie samych. Oto my: wzorowe procedury technologicznego perpetuum mobile zła.

Takich nas uwielbiajcie, takich nas tuczcie i nam płaćcie! Oto my – następcy Jezusa, prowadzimy was do Boga który morduje i daje tego świadectwo czyli jest Miłością. Musicie go miłować nade wszystko co istnieje i gorliwie naśladować. Inaczej czeka was piekło, które w was już rozpaliliśmy.

Istne przedsiębiorstwo śmierci które nazywają Życiem.

Tanaka

6.05.2019
poniedziałek

Bezczelność Jażdżewskiego w kraju okupowanym

6 maja 2019, poniedziałek,

W kraju imienia Świętego Ojca Świętego, Maryi Wieczniedziewicy która orzekła w 1608 roku, że ma być nazywana Królową Polski i Jezusa – też Króla Polski, na co dowodem jest blacha w Świebodzinie, oraz prezydenta smoleńskiego który się ruskim kulom nie kłaniał, ten bezczel, to chamidło – Jażdżewski, ośmielił się wyjść przed ludzi i zacytować Konwickiego: W tym nieszczęsnym kraju rządziły duszami ludzkimi przez wieki zdeprawowana religia i sprzedajny Kościół. Religia na usługach państwa, religia kierowana przez głowę państwa. A istotą tej religii była zawsze forma: rozdęta, zabsolutyzowana, zmitologizowana forma. A w tej formie najważniejsze było słowo. Słowo stało się krwawym tyranem, okrutnym zabobonem i bezlitosnym bogiem.
A nawet od siebie coś powiedział: o czarnoksiężnikach i świni w błocie, która lubi się w nim tarzać.

Ale wiadomo: cham i cywilizacja śmierci Jażdżewski nie wyszedł wcale przed ludzi, tylko przed „Wina-Tuska”, który zamordował tego smoleńskiego – i resztę tej zgrai Polaków najgorszego sortu, co zrobiła z Polski ruinę.

Zaraz się odezwali Polacy najlepszego sortu, którzy wstali z kolan i odbudowali Polskę, przywrócili jej godność oraz wiarę w węgiel kamienny; postawili sto tysięcy pomników Jana Pawła II, no i skasowali dżender z aborcją i unijną szmatą: mały prezes, duży minister od nauki i szkolnictwa wyższego wraz całą resztą prawdziwych Polaków i jeszcze większy episkopat, ciężki od najprawdziwszych biskupów: to mowa nienawiści oszalałego lewactwa, to atak na Kościół czyli na Polskę! Pod sąd z chamem i won z nim z polskiego domu!

Jak ci pierwsi tak zaraz, to na to też zaraz się zgłosił rektor Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie cham wygłosił co wygłosił przed Tuskiem, z państwowo słusznym słowem potępienia Jażdżewskiego, którego słowo „rażąco odbiega od standardów dialogu”. Za rektorem i jego zastępca powiedział co trzeba, a za nimi rzeczniczka Uniwersytetu: „Uniwersytet nie zamyka przed nikim drzwi, ale nie planujemy w bliskiej przyszłości organizowania podobnych spotkań wspólnie z Liberte”.
Nawet Schetyna się zorientował, że na taką bezczelność należy pryncypialnie zareagować.

Słowem: jak to w życiu rodzinnym w kraju okupowanym. Polska roku 2019 jak Francja roku 1819. Wtedy, we Francji, było tak samo: źli ludzie, zdrajcy ojczyzny i Boga mieli czelność mówić jak jest i na to się nie zgadzać, żądając nowego kształtu stosunków i wolnego państwa którym nie będzie rządził Kościół, czyli kłamstwo i zniewolenie.

Leszek Jażdżewski powiedział to, co konieczne i co jest rozumnie oczywiste oraz przyzwoite. Jeśli w ogóle pojęcie przyzwoitości ma zastosowanie w sprawach państwa i tak zwanego narodu – a wedle okupantów Polski nic bez tego nie istnieje, bo Bóg, honor i Ojczyzna, czyli niewolnik, stosy trupów i rozpaczająca Matka Polka – to Jażdżewski pokazał tą przyzwoitszą twarz Polaka. Który, po stu pięćdziesięciu latach od teoretycznego uwolnienia od niewolnictwa pańszczyźnianego, chce wreszcie być realnie wolnym i stanowić o sobie. To zaś oznacza, że wolnym od drugiego i największego opresora: Kościoła katolickiego.
Ta przyzwoitość ma jednak siedzieć cicho w kraju okupowanym. Gdy zaś da o sobie znać, jest to straszna bezczelność, uzurpacja i nienawiść. W kraju okupowanym bowiem rządzi Prawda co wyzwala i miłość bliźniego – czyli jednostronne transfery konkordatu.

Mówiąc przyzwoicie, popełnił jednak Jażdżewski konwencjonalny błąd języka, gdy stwierdził, że Kościół stracił moralny mandat do tego, by sprawować funkcję sumienia narodu. Jeśli bowiem stracił, to ją wcześniej sprawował, zaś Jażdżewski zrobił tu pewne domniemanie: sumienie było dobre. Skoro zaś sprawował funkcję sumienia narodu, to naród się na to godził – co oficjalnie jest treścią polskiej tożsamości narodowej. Gdyby zaś miał się nie godzić, na co nie ma dobrych dowodów a są jednoznaczne i nie do odparcia za zgodą i dumą z tego – i cóż to był za historyczny „naród”, jak nie wyłącznie szlachcic – to czym jest ten naród którego sumienie definiował i nim tak długo rządził – i dalej czyni wszelkie usiłowania – Kościół, za pomocą zdeprawowanej religii i sprzedajności? Zgoła nie tym, za kogo się przedstawia.

Źródło nadziei na zmianę widzi Jażdżewski przede wszystkim w Polkach. Pewnie ma, w cześci, rację, widzę to podobnie, ale z dodatkową uwagą. Owszem, realna zmiana na lepsze może bowiem pochodzić od najbardziej uciśnionych, którym najwięcej się odmawia i pierwszych potępia. Nie postawił jednak kropki nad i: to mężczyzna zawiódł kobietę, Polak zawiódł Polkę, a teraz spodziewa się od niej ratunku. Ale i sama Polka nie zbuduje wolnej Polski. Bez mężczyzny który zdoła się wyzwolić od własnej, uzurpacyjnej i wstecznej roli i jej dorównać, nie będzie to budowla zrównoważona i trwała.

Tanaka

1.05.2019
środa

Wspólnota i sromota

1 maja 2019, środa,

1 maja: Święto Pracy, May Day, Uniowstąpienie i traktory zdobędą wiosnę. Każdy powód dobry, przy czym z traktorami najlepiej ostrożnie: kreta i skowronka szkoda.

Unia Europejska to fenomen i wielki eksperyment: czy po wiekach podziałów i wojen uda się zbudować wspólny dom? Od późnego średniowiecza, może jednak wcześniej, bo historia sięga jeszcze czasów Cesarstwa Rzymskiego, zachód i wschód Europy kierowały się częściowo lub zupełnie innymi zasadami cywilizacyjnymi i inne mechanizmy rozwoju działały.

Francja – Anglia – Niemcy, wielowiekowi rywale i wojownicy, pomimo konfliktów, miały ze soba bardzo wiele wspólnego: podobieństwo cywilizacyjne. Ledwo się skończyła najkrwawsza z wojen Europy, już Francja i Niemcy zaczęły szukać porozumienia, i jednocześnie Francuzi z Brytyjczykami podjęli wielki, trudny i bardzo udany projekt, nie bez powodu tak nazwany: concorde.

Dzisiaj Francja i Niemcy stanowią trzon Europy i są gwarantami jej stosunkowo dużej stabilności, pomimo działań różnych harcowników. Brytyjczycy mają problem z własną historią i rolą, nie neguje to jednak ich wspólnotowych doświadczeń, a może się stać podwaliną pod rolę i pozycję w niedalekiej już przyszłości.

Szczególnie ciekawe wydają się być osiągnięcia cywilizacyjne i wspólnotowe państw strefy północnej i związanej w bardzo dużym stopniu z morzem i takimż modelem cywilizacyjnym: poczynając od Holandii (Belgia również?), aż po Finlandię. Umiejętności współżycia, dokonywania trudnych, kompromisowych wyborów i mających za fundament zasadę, że każdy na kompromisie wygrywa; ciągle jeszcze obecny, zwłaszcza wśród Skandynawów duch niemal plemienny, który mocno łączy, ale też nie wyklucza – to bardzo mocny i pozytywny wkład w europejską tożsamość i stabilny filar konstrukcji wspólnoty. A także punkt odniesienia i coś do nauki.

Odległość między tymi, którzy umieją ze sobą rozmawiać, spierać się o coś poważnego, tworzyć dobre kompromisy raczej niż ścigać się o to kto ma więcej fobii, kto przewodzi w niewiedzy i złej woli a Polską, jest odległością międzyplanetarną.

Potoczna opinia o Zachodzie z czasów zanim Polska stała się członkiem Unii była taka, że ci to mają dobrze, są bogaci, a my im zadrościmy, więc też chcemy być z nimi i dostać tyle co oni. Należy nam się, za nasze cierpienia i naszą godność Polaka. Mało kto jednak myślał o tym i rozumiał to, że nie ma nic za darmo. Na to co miała Unia trzeba zapracować, a praca trwa wiele pokoleń i wymaga daleko idącej zgodności. Cierpimy na syndrom świeżego wyzwoleńca – z niewolnictwa i głodu: nachapać się ile się da, co się nie da zjeść – zakopać, z innym się nie podzielić i na niego szczekać, zaś samemu do wspolnej kuchni nie dołożyć: ani produktów, ani pracy.

Mając bardzo wiele do czynienia z nacjami o których wyżej wspomniałem, doświadczyłem tego, co w Polsce nie jest możliwe. Holendrzy, zalewani od wieków przez morze, na początku XX wieku podjęli decyzję o zamknięciu wielkiej morskiej zatoki na północy kraju, by woda przestała ich wreszcie topić i niszczyć to, co zbudowali. Mieli świadomość, że nie zrealizują tego wielkiego, cywilizacyjnego wręcz projektu w ciągu jednego cyklu wyborów do parlamentu.
Ledwo projekt rozpoczęli, wybuchła I wojna światowa. Spowolnili prace, ale ich nie zatrzymali. Po wojnie przyspieszyli. Przyszła II Wojna Światowa – Holendrzy postępowali jak w trakcie pierwszej. Po wyzwoleniu mieli wiele dylematów: co odbudowywać, w co inwestować, jak wiele i w jakiej kolejności. Prac nie tylko nie przerwali, ale przyspieszyli. I właściwie, do końca XX wieku, czyli raptem kilkanaście lat temu, prace jeszcze były realizowane, choć były to już działania finalne. Parafrazując tytuł powieści Márqueza, nie „Sto lat samotności”, a sto lat działania wspólnoty obywateli.

Cztery, może pięć pokoleń Holendrów było w ten projekt bezpośrednio zaangażowanych. Pradziadkowie podejmowali decyzje ze świadomością, że obciążają nimi swoich prawnuków, bo i oni będą płacić podatki na ten wielki projekt. Dzieci, wnuki i prawnuki nie zanegowały decyzji przodków, ale kontynuowały prace i ponosiły konsekwencje dawnych decyzji. Pradziadowie mieli świadomość, że ich wysiłek i ich pieniądze nie dadzą im bezpośrednich korzyści – efekty przyjdą po dekadach i w dodatku wcale nie są pewne, bo będą zależeć od tak wielu niewiadomych, w tym od konsekwencji potomków. Mieli jednak zaufanie do swoich dziedziców, bo ich wspólnota działała.

Zbliżają się wybory do parlamentu UE. Kaczyński ze swoimi janczarami nagle zaczyna pałać miłościa do Unii. Unia bowiem Polsce daje.
Co Polska daje Unii, co dobrego, wzmacniającego wspólnotę ludzi daje – nie ma jak napisać: nie ma o czym i na samą myśl niedobrze się robi.

Słychać częste nawoływania, żeby „nie dzielić Polaków” bo „potrzeba nam jedności”. To głosy naiwne i właściwie – puste. Polakom nie potrzeba żadnej jedności i żadnej wspólnoty, gdyby bowiem potrzebowali, to by ją zrobili. Nie robią. Kaczyński to wyczuwa, wie, ma na to badania: największe pole do odnoszenia sukcesów ma w dzieleniu, wzmacnianiu nienawiści i wydobywaniu tej przyschniętej na wierzch i takim w niej dłubaniu, by siknęła obficie ropą. Kłamstwa, podziały, nienawiść, ślepota, niewiedza, fobie, przekupstwo – z tego żyje i z tego żyją Polacy o podobnie skrzywionych umysłach i zdeprawowanej etyce. Jaki rachunek za to przyjdzie zapłacić – nieważne, ważne, by rządzić i chapać.

Żadnych wielkich projektów cywilizacyjnych w Polsce nie będzie. Coś było w PRL-u, nawet sporo, ale PRL to czarna dziura, zło wcielone, właściwie – nie istniał jako Polska. Istnieje za to niewyzwolony niewolnik w Polaku: od swojej tożsamości pańszczyźnianej, od prawdziwego swojego właściciela, ale też od mniemanego; od swojego wiecznego wroga – Kościoła katolickiego.

Nie będzie więc ani Centralnego Portu Lotniczego, ani spójnego programu tworzenia dróg żeglugi śródlądowej i energetycznie oraz środowiskowo odpowiedniego wykorzystania systemu rzek; ani spójnej, konsekwentnej, wolnej od fobii polityki zakupów i budowania armii; ani porządnego, nowoczesnego, otwierającego wolność i własność siebie w młodym człowieku szkolnictwa, godnego systemu emerytalnego i pracy dodatkowej czy dobrej – cóż za ironia w słowie – służby zdrowia.

Wojna w Polaku musi trwać. Dawne sprawy nie zostały załatwione jak powinny, zakleiliśmy je plastrem z napisem: „nie dotykać”, a nawet gorzej: mamy za święte to, co ropieje i śmierdzi. Jest wojna, muszą być ofiary – jak to w „cywilizacji miłości”.

Gdy przyjdzie przesilenie, miniemy punkt przegięcia – o ile tak będzie w przewidywalnej przyszłości – coś większego, poważniejszego i lepszego zacznie być możliwe. Ale to sprawa kolejnych pokoleń. I niepewne. Dopóki Polak będzie się zachłystywał nadętym i fałszywym pojęciem „Naród” obsrywając przy tym ulicę i realne będzie zespawania Kościoła z państwem i państwa lenna eksploatacja – nic takiego się nie zdarzy. Wspólnoty nie ma i nie będzie, są wyłącznie słowa za którymi niewiele, a z perspektywy krajów o których mówiłem wyżej – nic nie stoi.

W tej sprawie będziemy za chwilę wybierać europosłów, a za nieco dłuższa chwilę posłów na Sejm.

Tanaka

27.04.2019
sobota

Nie jesteśmy w stanie udowodnić Twojego istnienia ani nieistnienia?  Ojej!

27 kwietnia 2019, sobota,

Tanako, pozazdrościłem Ci zakwestionowania wypowiedzi takiego tuza dziennikarstwa jak pan Szostkiewicz i zakwestionowałem kawałek modlitwy pana Diderota, którą przywołuje pan Szostkiewicz.

„żadnymi rozsądnymi sposobami nie jesteśmy (…) w stanie udowodnić ani Twojego istnienia, ani Twojego nieistnienia”.

Z tych słów zrobiła się mantra powtarzana publicznie przez wierzących harcowników. Oczywiście, że nie da się eksperymentalnie udowodnić ani istnienia, ani nieistnienia Boga, w taki sposób, w jaki się udowadnia funkcjonowanie prawa Archimedesa. Ale kiedy ktoś mówi, że „żadnymi rozsądnymi sposobami nie jesteśmy (…) w stanie udowodnić ani Twojego istnienia, ani Twojego nieistnienia”, można by pytać, jakie to sposoby są rozsądne. Czyżby tylko eksperymentalne? W takim razie nikt nie udowodni istnienia wielu innych rzeczy, np. miłości, współczucia, przyjaźni itp. Bo na przykład te stany bardzo łatwo udawać.

Ale jest rzecz o wiele bardziej ważka od tego, co powiedział Diderot i akceptował prof. Kołakowski: Bóg, którego istnienia bądź nieistnienia nie muszę udowadniać, bo nie mam takiej potrzeby. Bóg nie dla świata, nie do żadnego udowadniania czy wymachiwania nim publicznie, lecz Bóg prywatny. Ten, który JEST wyłącznie we mnie i dla mnie. Lub go NIE MA. Otóż we mnie go nie ma i nigdy nie było. Był tylko w wyobraźni w dzieciństwie, ale się zmył. 60 lat temu, może ciut później. Zdałem sobie sprawę z tego, że nigdy obecności żadnego Boga w sobie nie doświadczałem. Były we mnie wyłącznie słowa, którymi mówiono mi o Bogu, o aniele stróżu, o Matce Bożej, o świętych. Nie doświadczałem w wyobraźni żadnych desygnatów tych słów, żadnych świętych postaci ani ich wizerunków innych niż te, które widziałem w kościele lub na obrazkach. Nikt z obrazków do mnie nie przyszedł, nie przemawiał, nie pouczał, nie groził, nie chwalił, nie ostrzegał i nie mówił, że mnie chroni, kocha – czytałem tylko cudze słowa o chronieniu i kochaniu. Nigdy nie objawił mi się Bóg, który, jako wszechobecny, jest niby wszędzie. Po okresie kilkuletniego postępującego obojętnienia na sprawy religijne, zapanowała we mnie religijna cisza i trwa do dziś (Gadam, rzecz jasna, o religii, bo to był ważny kawałek życia, ale teraz to tylko zwykły temat poznawczy i prywatne śledztwo w sprawie oszustwa).

Dopiero wiele lat później, jako niereformowalny ateista, zainteresowałem się Biblią, w której znalazłem niezliczone dowody na to, że i starotestamentowy Bóg Jahwe, i udający jego syna Jezus to tworzony nie przez domniemanych bogów, lecz przez ludzi spektakl – niekoniecznie w złej wierze – obcowania z wymyślonym, a nawet wytęsknionym światem nieistniejących abstraktów: DOBRA, MORALNEGO PIĘKNA, POKOJU, BEZPIECZEŃSTWA, NIEŚMIERTELNOŚCI. Same słodkości i ani jednego bożego okrucieństwa, barbarzyństwa, dzikości, złodziejstwa, mordowania, oszukiwania, mściwości.

Modlitwę Diderota mam za tak samo niepoważną jak prowadzone na maglowym poziomie rozmowy wierzących z niewierzącymi o istnieniu/nieistnieniu Boga. Niepoważną, ponieważ oderwaną od źródeł konkretnej religii. To modlitwa do uogólnionego, myślowego konstruktu mającego niewiele lub nic wspólnego z biblijnym okrutnikiem Jahwe. Względnie zasadnie można rozstrzygać o istnieniu/nieistnieniu tylko konkretnych bogów na podstawie krytycznej analizy źródeł religii, w których ci bogowie są głównymi osobami dramatu. Tam można wyczytać w bogach czysto ludzkie nielogiczności, sprzeczności, niekonsekwencje, boską niemoralność, nieporadność, niedoskonałość Doskonałego, niedorzeczności itp. – można pokazywać czarno na białym, że każdy bóg w każdej bez wyjątku religii pochodzi od człowieka, a nie odwrotnie.

Istnienia zaś lub nieistnienia BOGA ABSTRAKCYJNEGO, jakiegoś demiurga, absolutu, siły sprawczej, Inteligentnego Projektu, czyli boga, który nie ma żadnych właściwości, rzeczywiście nie da się udowodnić. Ale da się znaleźć źródło tak głupiego pomysłu jak szukanie dowodów istnienia/nieistnienia czegoś, czego ludzkość nigdy nie doświadczyła, a zna wyłącznie ze słów – podobnie jak zna baby-jagi, krasnoludki, wilkołaki, trolle. Starożytni wymyślili mnogich bogów z zagrożeń, lęków i niewiedzy, natomiast myśl o abstrakcyjnym absolucie wzięła się z niemożności oderwania się od tego, z czym się jest oswojonym. Psychika człowieka była od tysięcy lat skażona domniemanym istnieniem człekopodobnych bogów. Ale poziom intelektualny i moralny tych bogów z czasem stawał się dla coraz sprawniejszego umysłowo człowieka żenujący – nawet dla ciut trzeźwiejszych wierzących. Mój przyjaciel, mocny katolik i ojciec czwórki synów, zwierzał mi się, że nie może zrozumieć, jak wszystkomogący niebieski Ojciec mógł posłać na śmierć Syna i po co, skoro jednym błyskiem bożej myśli mógł sprawić, że wszyscy staliby się bezgrzeszni bez jakiegoś głupiego i niepojętego odkupiania.

Abstrakcyjny bóg, siła, absolut czy jak go zwał, nie jest tworem wyobraźni starożytnych ludów, lecz współczesną myślową konstrukcją wyabstrahowaną z idei bogów w konkretnych religiach, z powietrza skażonego bogowością. Jest obsesyjną syntezą, nieuprawnionym uogólnieniem bogotwórczej i bogobojnej myśli wystraszonych ludzi szukających ratunku przed śmiercią i spragnionych jakiejś logiki w istnieniu świata i wszechświata. Na gruncie judeo-chrześcijańskim to tylko wyższy myślowy konstrukt przykrywający żenującego choleryka i dzikusa Jahwe.

Podsumujmy.

Sam dla siebie nie potrzebuję żadnego udowadniania nieistnienia Boga, bo nigdy jego istnienia ani istnienia czegokolwiek nadprzyrodzonego nie doświadczałem. Choć bałem się diabłów i ciemności, ale to nie było przecież DOŚWIADCZANIE diabłów. W dzieciństwie doświadczyłem tylko ludzkich słów o Bogu i przekonania o istnieniu Boga, ale nie doświadczyłem Boga. Mój kolega z jednego pokoju w internacie nie doświadczył w swej ateistycznej rodzinie nawet słów o Bogu. Żył więc od urodzenia do śmierci bez Boga. A przecież główną treścią Biblii są relacje Boga z ludźmi. Biblijny Bóg może wszystko, wie wszystko, widzi wszystko i jest wszędzie. Ale z paroma miliardami ludzi, w tym z moim kolegą i ze mną, nie wszedł w żadne relacje – po prostu może wszystko, ale do nas nie dotarł. Może zabłądził.. To jest fakt, nie interpretacja, i zarazem jeden z wielu ROZUMOWYCH dowodów nieistnienia Boga judaizmu i chrześcijaństwa.

Pombocek

24.04.2019
środa

Szczerski

Jak działa ratowanie Europy przez katolika znad Wisły

24 kwietnia 2019, środa,

Pan Szczerski wymyślił katolicki paszport dla Polaka. Bardzo słusznie. W Polsce wszystko jest bowiem katolickie, włącznie z elektrycznością, co jest całkiem brzemienne: właśnie katolik rozjechał katolika na pasach i katolik skopał pedała na przystanku tramwajowym, po czym katolik wrócił do domu i rozmazał swoją sakramentalną małżonkę katolicką na podłodze, bo się troszkę zdenerwował – pedrylem i małżonką.
Czytaj całość »

21.04.2019
niedziela

Tak zwany zajączek

21 kwietnia 2019, niedziela,

Ledwo człowiek z domu wyjdzie na słoneczko i żeby piękne okoliczności przyrody sfocić, zaraz go spotka katolicka przygoda świąteczna.
Oto dziarska staruszka z kijkami z mniej dziarskim staruszkiem z trudem nadążającym za dziarską, wyszedłszy właśnie z kościoła widzi mnie (podmiot liryczny) focącego owe okoliczności. Nie przerywając swojej dziarskości zamachała energicznie jednym kijem i gromko, na całą ulicę pełną współwychodzących, krzyknęła nawet nie spojrzawszy na podmiot liryczny:
fotografowanie bloków chyba na pewno jest karalne!
Po czym uzupełniła równie gromko i fachowo: co za bezczelność!
W tej sytuacji przyrodniczej, jako podmiot, odpowiadając na pozdrowienie musiałem się zachować lirycznie:
A Pan Jezus zmartwychwstał! Christos woskriesie! Woistinu woskriesie!
Taka prawda.

Wiosna robi to na co ma ochotę, czyli to samo co Jurek Owsiak. W związku z tym przyroda dostaje bzika i szaleje na całego. W tej sytuacji należy zauważyć, że gdyby Jezus był się urodził nie na pustyni, a w swojej ulubionej Polsce, zamiast się umartwiać i nieprzyjemnie żywot zakończyć, ułożyłby się pod jakimś kwitnącym drzewkiem, na dowolnie wybranym boku, po czym wesół jak pliszka łykał z kieliszka.

Niezawodnie, wskutek takich doznań, Jezus stałby się sobą czyli ateistą. Ateiści, występujący pod nazwą pogan, mieli za święty zachwycający widok krajobrazowy, oszałamiającej urody wypiętrzoną skałę, dorodne stare drzewo, gaj lub rzekę. Jednak Jezus nie mógł się stać sobą, bo tak go urządził Bóg Ojciec który go uprzednio przewidział dla załatwienia swoich interesów z ludźmi, a Jezus się nie zbuntował. Taki posłuszny synek. Co się niedobrze zaczęło to i dalej bardzo źle się potoczyło: święte dla ludzi wolnych miejsca zostały skradzione, znieprawione i zamienione na mroczne miejsca krzyża, a czciciele piękna rozgromieni.

I już by się katom ludzi wolnych udało, ale ci wolni mają jak przyroda: odradzają się. Jako wyznawca przyrody i widoków piękna, mam i ja swoje cudne miejsca i cudne okoliczności przyrody. Oto dwie z nich. Jedną stworzyłem sam, druga została stworzona znacznie wcześniej przez innego wyznawcę przyrody. Przed tą drugą ludzie od lat przystają, patrzą się nie mogąc oczu nasycić, robią zdjęcia jako i ja robię. Z pierwszą okolicznością zaczyna się dziać podobnie: zatrzymują się, oczu nie odrywają, słowa zachwytu same płyną i bywa, że ten i ów przyklęknie. W ten sposób zostałem uświadomiony, że jestem założycielem bardzo porządnego – bo ateistycznego – kościoła. Jako stworzyciel życia, choć nie Nieba i Ziemi, mam dzięki temu znacznie lepsze przeżycia niż cała duchowość franciszkańska oraz watykańska reszta.
Nikt co prawda nie daje na tacę ani nie mam konkordatu, ale cóż znaczą te ziemskie interesy, gdy się ma przed sobą nieustającą niebiańskość.

Życząc Ci, czytelniku, wesołego zajączka, zapraszam Cię do onego kościoła. Gap się wedle woli oraz rób co chcesz. Wstęp darmowy, a pedofilia kleru tu się nie zdarza.

Tanaka

15.04.2019
poniedziałek

Kto się zbliża i kto puka nam do drzwi?

15 kwietnia 2019, poniedziałek,

Nie, nie, to nie ten o którym myślicie i w ogóle czemu o nim myślicie? Przecież on tak się zbliża, że ciągle się zbliżyć nie może i tak puka, że nie ma żadnego pukania. To taka dynamika na sposób statyczny, ruch bezruchu oraz istnienie nieistniejącego. Ten poziomy pion Wojtyły.
Ale jest coś innego.
To jest, a jakby go nie było. F-35 – samolot którego nikt nie widzi. Tak mówią. Taktyczny, myśliwski samolot piątej generacji. Stealth. Niewidoczny, dla radarów i dla tego co go widzieć nie ma. Najnowsze urządzenie do zabijania made in USA.

Zatem, do drzwi się zbliża Pentagon ze swoim F-35.

Stworzenie samolotu F-35 kosztowało gigantyczne pieniądze. Ściślej: kosztuje, bo ciągle mu się zdarzają różne wypadki, ciągle pojawiają się niesprawności różnych systemów. Pomimo wydania przez amerykańskiego podatnika kosmicznych pieniędzy, samolot jest dalej niedopracowany. Kilka dni temu będący w posiadaniu Japonii F-35 rozbił się w oceanie.

Nie tylko jednak dopracowanie i produkcja pochłoną masę pieniędzy, ale i jego eksploatacja. W dodatku samolot ten wymaga niezwykle skomplikowanych i czasochłonnych operacji przy wymianie silnika. Jest to jeden z bardzo ważnych parametrów użytkowych samolotu taktycznego, bo w warunkach bojowych szybkość i prostota operacji technicznych na ziemi ma często znaczenie decydujące dla zwycięstwa lub klęski. Tymczasem wymiana silnika w F-35 trwa 36 godzin. Półtorej doby pracy na okrągło, co w warunkach wojny jest często nieosiągalnym luksusem. Zaś wymiana silnika na podobnej wielkości i zbliżonej klasy francuskim samolocie Rafale trwa … trzy godziny.

W tej sytuacji Polska jest niezwykle zainteresowana jak najszybszym kupieniem niebotycznie drogiego i niedopracowanego F-35. Taka Polska.
Podobno Polska puka do drzwi USA w tej sprawie, a administracja Trumpa naciska na Pentagon, by przyspieszyć negocjacje z Polską. Porozumienie bardzo się Trumpowi przyda. No i Polsce: 1 września, na osiemdziesiątą rocznicę wybuchu II Wojny Światowej, na którą nie zaproszono Rosji, Trump z Kaczyńskim pod postacią zapewne Morawieckiego a może i z dodatkiem Dudy uścisną sobie rączki na Westerplatte ogłaszając podpisanie kolejnego kontraktu stulecia, a może już 1050-lecia chrztu Polski: dostawy sprzętu do prowadzenia kolejnej wojny. Oczywiście – z Rosją.

Gorąca polska ochota na to, żeby jak najszybciej stać się właścicielem F-35 oznacza, że Polska ma wybitną ochotę zapłacić za wszelkie niedoróbki i za badania które miałyby te niedoróbki wyeliminować. Takie są realne konsekwencje kupowania niedojrzałego produktu. I – znowu podkreślę – mowa o samych kosztach zakupu, nie zaś utrzymania i eksploatacji, które w przypadku tak skomplikowanego i zupełnie niepasującego do wybitnie zgrzebnej rzeczywistości polskiej armii działającej w zupełnie innym wymiarze, także będą horrendalnie wysokie. I łatwo może się to skończyć kolejną katastrofą, na odpowiednio wielką skalę.
Polska, po kupieniu przez MON widzialnych dyspozycyjnych samolotów pasażerskich dla VIP-ów, bodaj już dwa lata temu, ciągle nie może ich używać. Nie ma bowiem odpowiednio przeszkolonych załóg i pewnie nie tylko tego. W ten sposób, w miarę tanio, samoloty te okazują sie niewidzialne. Wygląda to na oryginalny polski patent: skok cywilizacyjny. W tym przypadku – w dół.

Byłby to kolejny zakup z pominięciem procedury zamówienia publicznego, które pozwala na osiągnięcie maksimum korzyści z zakupu za minimalną (w danych warunkach) cenę. Jeśli się jednak z góry przesądza, że ma to być określony produkt, nie ma możliwości prowadzenia procesu odpowiednio zbijającego cenę zakupu, nie ma możliwości uzyskania odpowiedniej transparentności procesu, nie ma jak porównać ofert. W rezultacie, nie wie się co się kupuje – bo nie ma produktu z czym porównać – i nie chce się przy tym wiedzieć, jak bardzo się przepłaca.

Ostatni wielkoskalowy przetarg w segmencie obronnym odbył się za rządów PO. Dotyczył zakupu wielozadaniowego śmigłowca. Wygrał śmigłowiec caracal Airbusa, ale – jak wiemy – jeszcze zanim PiS doszedł do władzy już oświadczył, że kontrakt uwali. I uwalił, w czym prym wiódł Macierewicz i jego Berczyński, który jest jak F-35: niewidzialny. Był, w „podkomisji smoleńskiej” a nie ma. W ramach niebytu sam się pochwalił, że miał dostęp do tajnej dokumentacji, do której dostępu nie miał prawa mieć – i kontrakt uwalił. Sam zaś wcześniej pracował dla amerykańskiego konkurenta Airbusa – Boeinga. Od tej pory Polska uwielbia kupować tylko w USA i bez przetargu.

Okazuje się, co się za Kaczyńskiego okazuje nieustannie, że Polska to niezwykle bogaty kraj, oraz niesamowicie innowacyjny. Finansuje bowiem najbardziej zaawansowane badania wojskowe. Z tym, że u kogo innego i kto inny na tym skorzysta. Ale Polska – jak zawsze – będzie miała z tego dumę, honor i zwycięstwo moralne. Tak trzeba mieć, gdy się przegrywa z samą sobą, a do tego z Rosją.

Ponieważ Polska jest taka bogata i taka nowoczesna pod przewodem wstecznika Kaczyńskiego, ma też 500+ na krowę i 100+ na świnię. I na całą resztę. To znaczy – ma mieć. Nie ma jednak na to, co decyduje o rzeczywistym postępie i nowoczesności: na lecznictwo, na opiekę, na niepełnosprawne dzieci, na wieczny kryzys w alimentach, na nierówność szans, na infrastrukturę ( na odejście od energetyki węglowej, na mega-giga lotnisko, na milion aut elektrycznych za 3 lata, na komunikację lokalną; zaś sam program rozwoju infrastruktury rzecznej opiewający na 80 miliardów znika jak sen złoty, a zostanie katastrofa przekopanej Mierzei Wiślanej), nie ma na edukację i nauczycieli. Żeby było jeszcze gorzej, nie ma nawet na wojsko, na które ponoć Polska ma. Oto bowiem minister obrony nakazał właśnie wojsku oszczędzać.

Jednak powiedzieć, że to Pentagon się do nas zbliża i puka nam do drzwi to właściwie nic nie powiedzieć. W istocie, to ani ten, co go mamy na myśli się zbliża i nawet niespecjalnie Pentagon.
Psychiatra już się zbliża, już puka nam do drzwi…

Tanaka

9.04.2019
wtorek

Smoleńskość – objaw zderzenia cywilizacyjnego w nas

9 kwietnia 2019, wtorek,

Dziewiąta rocznica katastrofy komunikacyjnej w Smoleńsku. Dziewiąta rocznica szokującej, bezsensownej, zawinionej przez ludzi cierpiących na immanentną polską chorobę śmierci 96 osób.
Dziewiąta rocznica kłamstwa smoleńskiego, tej monstrualnie potwornej hańby użycia ludzi, ich śmierci w celu zdobycia władzy przez Kaczyńskiego. Nadto jest powodów, by mieć go za człowieka wykluczonego spośród ludzi godnych szacunku, ten należy do najważniejszych.

O przebiegu katastrofy, jej okolicznościach i przyczynach wiemy wszystko co ma szersze znaczenie. Jest to jedna z najdokładniej przebadanych katastrof w dziejach lotnictwa. Mówiąc „wiemy” mówię o ludziach zgadzających się na rzeczywistość faktów, nauki, rzetelności badawczej, powagi i nie zdeprawowanych moralnie.
Wiemy to dzięki dwóm raportom, a na polski użytek, dzięki bardzo fachowej i wykazującej cywilną odwagę grupie badaczy tworzących państwową komisję. Eksperci ci zostali zmuszeni przez państwo do wykazania odwagi cywilnej, co w żadnej mierze nie powinno się dziać, ale się stało.

Poczuwam się do obowiązku głośnego powtórzenia tego, że polskie państwo opuściło polskich, reprezentujących państwo przecież, ekspertów komisji. Nie chroniło ich przez najwścieklejszymi, najohydniejszymi, pełnymi pomówień i kłamstw atakami ze strony zdeprawowanych lub oślepionych wyznawców politycznej katolickiej religii smoleńskiej, która już od pierwszych dni po katastrofie stała się narzędziem do wyrąbywania w polskich głowach drogi do władzy politycznej, ekonomicznej i psychologicznej, bądź wzmocnienia fundamentu władzy już posiadanej, jak robił to Kościół kat., wsadzając trumnę z prezydentem Kaczyńskim w wawelskie podziemia i eksploatujac smoleńskie kłamstwo.
Ale nie tylko państwowych badaczy opuściło państwo polskie. Opuściło ludzi słabych na rozumie i moralności, niezdolnych do samodzielnego rozróżnienia rzeczy, wydało ich na pastwę oszustów. Opuściło także ludzi rozumnych pozwalając, by zostali sami. Państwo polskie, to nie do odparcia – ich, nas, zdradziło.

Patrzyłem ze zgrozą, poczuciem horroru i czując oburzenie na polskie państwo, gdy dr Maciej Lasek samotnie stawał, tydzień po tygodniu i rok po roku, przed kamerami i mikrofonami broniąc wiedzy o faktach, broniąc uczciwości i godności ludzi ustalających co i z jakich przyczyn się stało.
Pojęcie „winy Tuska” stało się niemal żartem i kpiną, jednak ta sytuacja najpoważniej pokazuje – niestety – realną winę Tuska. Nie mam jak i nie mam powodu mu tego wybaczyć. Rzecz bowiem idzie o państwo.

W tym miejscu chciałbym zrobić wyjątek, za którego twarz uważam Ewę Kopacz, która znalazła się w centrum tego nieopisywalnego horroru po katastrofie, stawała przed rodzinami tych, co leżeli w workach, albo szczątkami nie do poznania tych, których tak bardzo chcieli rozpoznać, choć woleliby, by ich bliskich w ogóle tam nie było. I ona została za swoją nadzwyczajna postawę opluta, zmieszana z błotem przez drani. Lecz przecież i ona sama, gdy została premierem, nie sprostała zadaniu wobec jakiego się znalazła.

Powinniśmy przy tym mieć w dobrej świadomości to, że ta katastrofa i to osamotnienie, którego twarzą stał się jeden obywatel i jeden rzetelny badacz, jest manifestacją zderzenia cywilizacyjnego w Polsce: immanentnej polskiej choroby nieodpowiedzialności, zgrywy, rojeń, mitów osłaniających złodziejską gangsterkę tak rozplenioną i mającą takie wzięcie, przeciw postawie niewielu: godnej, jasnej, nacechowanej wiedzą, poczuciem obywatelskiego obowiązku i etyką postawy. „Zło dobrem zwyciężaj” – słychać nieustannie z ust biskupów, co jest drwiną wziąwszy pod uwagę historię Kościoła kat. i jego dzisiejsze manifestacje. Mimo tej drwiny, tędy jednak prowadzi droga ku lepszej rzeczywistości stosunków nad Wisłą. Tak postąpił dr Maciej Lasek i polska komisja.
I w tym sensie sam Tusk także jest ofiarą tego zderzenia, co go jednak w niczym nie usprawiedliwia. Miał bowiem być w Drużynie Pierścienia.

Warto zauważyć i docenić, a jest to zasadniczo ważne, coś jeszcze. Oto bowiem, w tym zderzeniu cywilizacyjnym nad Wisłą zobaczyliśmy co to znaczy siła argumentu i nauki; rzetelność, odwaga cywilna i postawa obywatelska. Zobaczyliśmy wyraźnie jak bardzo jasność różni się od ciemności i poznaliśmy definicję obu. Możemu czuć, jak bardzo chcemy pierwszego i jak bardzo wyjść z drugiego. A to lekcja nie do przecenienia i warta wykorzystania.
Wreszcie, dzięki doktorowi Maciejowi Laskowi i jego ludziom, otrzymaliśmy swoistą Narodową Lekcję, całkiem za darmo i – jak sądzę – przystępnie podaną, choć wymagającą wzięcia w niej udziału. W społeczeństwie w którym umiejętność krytycznego myślenia jest zjawiskiem silnie deficytowym, wiedza techniczna skąpa, zdolność do tworzenia syntetycznego obrazu całości na podstawie zrozumienia zbadanego zjawiska jest bodaj rzadsza od białego kruka to coś cenniejszego nie tylko od złota, ale zwłaszcza cenniejszego niż rojenia o nieistniejącym Wszechmogącym. I to jest wielkim kapitałem. Nie zmarnujmy go.

Jakże jest czego zazdrościć i jakże jest co mieć w podziwie w społeczeństwach, w których zasada ‘win-win’ – korzyści i satysfakcji wspólnej jest powszechna i na niej społeczeństwa te opierają swoje cywilizacyjne osiągnięcia, dobrostan i satysfakcję z życia. Wiele z tych społeczeństw jest w Unii Europejskiej i są to nasi bliscy sąsiedzi. Ale przecież nie spadło to na nich z nieba, bo z nieba zupełnie co innego spada. Sami na to zapracowali i należnie się tym cieszą.
Jeśli i my chcemy się cieszyć czymś takim nad Wisłą, podobną robotę mamy do odpracowania. Długą, konsekwentną, pełną cierni i ciosów jakie zadawać dalej będą ci, co mają się za Prawdziwych Polaków i są prawidłowymi katolikami.

Tanaka