Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka

7.02.2019
czwartek

O tym jak wysłałem Małego Powstańca na bój…

7 lutego 2019, czwartek,

Art. 48. Zasada ochrony władzy rodzicielskiej
1. Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Wychowanie to powinno uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania.
Tyle Konstytucja RP

W tym roku moja córka poszła do szkoły, a ja jako ateista, choć zgodziłem się na chrzest dzieci (w sumie ładna ceremonia – tego brak nam ateistom – ceremonii umocowanych społecznie) jednak chciałem, by w kwestii ,,religia w szkole” było po mojemu. 1.09. w drodze do szkoły zapytałem córkę czy chce chodzić na religię. W sumie nie, ale chce bo chce iść do komunii. Czy wiesz, że oznacza to chodzenie do kościoła bo na religii będą tego wymagać? Jak to? Bez tego nie ma religii i nie ma komunii. No, zdziwienie…

W sumie to ona by tylko chciała iść do komunii bo… koleżanki były…było przyjęcie, były prezenty.  Z tego widać jak pojmują całe zagadnienie dziesięcioletnie koleżanki mojej pociechy…impra i prezenty. Zagwarantowałem więc spodziewane korzyści doczesne i zapał religijny minął. Tyle o ,,jakości” wiary wpajanej na katechizacji koleżankom córki…Kurs interesowności i korupcji? Sam się w ten korowód wpisałem? No niby jak mam wytłumaczyć, że religia to takie bajki, które ludzie sobie wygenerowali by zracjonalizować zagrożenia na nich czyhające na każdym kroku? By jakoś umocować i zabezpieczyć kruchość bytu swojego? Od owych tysiącleci bajki te są wygodne i dla niektórych praktyczne w użyciu więc się uparcie trzymają.

Niby proste: dziecko się wypowiedziało,  na szczęście zgodnie z moim poglądem. Jednak pozostaje niekończąca się debata z moją połowicą: będzie outsiderką a jest tylko dzieckiem, nie zrozumie o co chodzi, że ty na ,,nie”, dzieciaki będą jej dokuczać, po co się wychylać, nauczyciele nie lubią problematycznych dzieci. Racja: jest jednym z CZWORGA dzieci co nie uczęszczają… Na razie dowiedziała się od kolegi, że pójdzie do piekła bo nie chodzi na religię…
W sumie nie jest źle. Na razie? Krytyczny zapewne będzie ,,rok komunijny”.

I tu dochodzę do sedna: Czy miałem moralne prawo wysłać mojego Małego Powstańca na front MOJEJ wojny? Wojny o wolność światopoglądową i o prawo do wychowania dziecka zgodnie z moim światopoglądem? Co gorsza ona ma tylko siedem lat, a stawiam ją przed kwestiami na które odpowiedź (ufam, że prawidłową, czego dowodem jest moja obecność na tym blogu) znalazłem dopiero jako dorosły człowiek. Już teraz dręczy ją kwestia ,,odmienności” od reszty szkolnej braci. A może być gorzej bo, że usłyszy gorsze rzeczy jestem przekonany…

Tu dygresja: prawacki historyk Zychowicz w swoim ,,Obłęd ‘44” napisał rozdział, że jedną ze zbrodni dowódców AK podczas powstania było przyzwolenie na udział dzieci w walce. Coś, co w naszej  optyce jest właściwym dla dzikich watażków w upadłych krajach Afryki albo potworów pokroju Pol Pota nagle zostało ,,przypięte” rycerskiemu powstaniu! I racja! Patrioci oczywiście wskazują, że to wina Niemców bo gdyby nie ich okupacja i Rosjan (gdyby pomogli) to do czegoś takiego by nie doszło. A tak dzieci same chciały… I ów prawak i ja w tym się zgadzamy – oficerowie AK już za to powinni być odsądzeni od czci i wiary. Ale ja też wysłałem…Wszyscy znamy też tych ,,Niemców” i ,,Rosjan” . Kler katolicki za bardzo już nie ukrywa, że przez dzieci chce się ,,dobrać” do słabowiernych rodzicieli. Który kochający swoje dziecko rodzic będzie sprawiał, że oprócz różnych ,,zwykłych” dokuczliwości grupy rówieśniczej dokładać mu jeszcze to? Bo o to im właśnie chodziło, by wmontować się w strukturę w której uczestnictwo jest obowiązkowe i wywlec wszelakich ,,odmieńców” na widelec grupy rówieśniczej.  Tu działa bandycka zasada skinheadów – Nie musisz nas lubić wystarczy nam, że się nas boisz. Każdy boi się o dobrostan swojego dziecka.
Na razie moja pociecha daje radę…

Powstaje pytanie kim są ,,Rosjanie”? Znamy ich…Mam za to absolutny rankor do rządu ,,nieodżałowanej pamięci Pana Tadeusza” za to co nam zgotował. Bo to ON ..Niemców” wpuścił do szkół dla swojego interesu politycznego, mam wdzięczność a rebours wobec Kwaśniewskiego Aleksandra i jego postkomunistycznej kliki  bo ten zachował się dokładnie jak ,,Ruscy na Pradze” – dla własnej wygody ,,nie pomógł”. Nie mam też atencji wobec gwałconego przez PiS Trybunału Konstytucyjnego bo wszyscy wiemy jak on stał na straży zapisanej w Konstytucji ,,neutralności światopoglądowej”. Stał tak bardzo aż ,,Katonowi” Rzeplińskiemu medal z Watykanu przysłano.
To co opisałem to tylko paproch…rzeczywistości wykreowanej przez III RP. Podobno mamy bronić Konstytucji…Dziękuję.

Patrząc na ten paproch widzę, że III RP to jest coś co do obrony się nie nadaje.  Nawet tego nam odmówiono (bo podobno na resztę zwyczajnie nie stać nas było – jesteśmy krajem na dorobku przeca): wolności światopoglądowej.  Ba, na to pieniądze się znalazły choć na tyle innych pożyteczniejszych rzeczy zawsze ich brak. Oprócz tego odmówiono nam: Karty Praw Podstawowych, Konwencji Antyprzemocowej, Konwencji Praw Dziecka. Zresztą nawet jeżeli jakąś konwencję przyjęliśmy to i tak pozostawała ona martwą literą (np. Konwencja Praw Chorych na SM).  Dziś zbieramy ,,plon” – antyzachodniość domagająca się rozwalenia ,,eurosojuza” napiera.

Slawczan

1.02.2019
piątek

Dwie Wieże. Ciśnień

1 lutego 2019, piątek,

Ciągle jest licho, ale robi się coraz ciekawiej. Temperatura wzrasta i ciśnienie rośnie.

Dzieci zwykle bardzo ciągnie do odwiedzania ogrodów zoologicznych. Z dorosłymi jest podobnie. To też dzieci, tylko trochę większe w rozmiarze. Wielu – całkiem zdziecinniałych. Taki ogród to ogród marzeń: co chwilę odkrycia, pełna egzotyka świata zwierząt, a dziecko się ze zwierzęciem świetnie rozumie. Różnice są mocno niepewne.
Ogród dziwów wywołuje mnóstwo fantastycznych doznań i napełnia radością spotkania z naszymi kuzynami w ewolucji oraz daje poczucie poznania, które uruchamia w nas pasje do zgłębiania tajemnic świata. Zwykle jednak wśród tych radości trafiamy w takie miejsce, które nas zasmuca, szokuje i odpycha: jakieś nadęte, krzywo patrzące lub mające odruch sieroctwa zwierzę, osowiałe albo przeciwnie – ciągle agresywnie miota się w żelaznej klatce. Ciasnej, ciemnej i brudnej. Mało kto ma dla niego współczucie, większość się go boi i podejrzewa, że słusznie siedzi w tej żelaznej izolatce.

I oto mamy demonstrację takiej postaci w klatce. Długo krążyliśmy po różnych ścieżkach, ale w końcu zabrnęliśmy do mrocznego kąta i widzimy to exemplum. Postać dobrotliwa, a złośliwa. Serdeczna niby, a mściwa. Rączkę podająca, a nienawistna. Postać mikra, a strasznie nadęta, schowana w krzakach, a trzęsąca wszystkim. Postać niby skromna, a pełna pychy. Taka prawdomówna, że bez pomówień dnia nie wytrzyma. Poczciwa, a chytra. Miły dziadzio, a zestarzały kawaler co w głowę niezawodnie zdzieli. Strateg co planuje 5 ruchów do przodu, które okazują się ruchami do tyłu.
Państwowiec, co się dla Ojczyzny darmo poświęca, bo przecież byłby wziętym warszawskim radcą prawnym. Jest dowód – ma doktorat!

W tych swoich zapiekłościach, nienawiściach, ślepocie i zamordyzmie – smutny w sumie, żałosny i śmieszny na sposób gorzki. Mniemany Napoleon, którym nigdy nie zostanie, mniemany zbawca ojczyzny, który sobą kazi i ośmiesza tak pojęcie zbawcy jak i tą swoją ojczyznę. Miota się, macha pulchnymi rączkami i nóżkami i spluwa, a widać, że nie wewnętrzne życie nim powoduje, a wiatry, których ciśnienie tak z niego uchodzi.

* * *

W „taśmach Kaczyńskiego”, które się dopiero zaczynają rozwijać, wiele można znaleźć i jest co analizować, a przede wszystkim, można zobaczyć wyłaniający się całkiem nieźle obraz całej tej nędznej postaci, jej zasad, rozumowania, środowiska mentalnego i moralnego w jakim się tapla oraz horyzontów.
Wiele jest już i więcej jeszcze będzie na temat komentarzy oraz interesujących opinii. Pozostawiając pewnie na później szersze uwagi, chcę tu się skupić na kilku wybranych aspektach tego, czego się z taśm dowiadujemy, choć niekoniecznie wprost.

Sama idea tych dwóch wielkich wież jest odstręczająco próżna: pomnik i maus-oleum jednocześnie, dwóch braci zlepionych w jedno oraz machina do zarabiania wielkich pieniędzy niby z daleka od polityki i w czystym biznesie, a wśród mętów i realnie po to, by móc obchodzić prawo i pieniądze te w sprawach politycznych móc wykorzystywać. Hipokryzja czystej wody. I na ten pomnik hipokryzji cała Warszawa, codziennie, ma się patrzeć. I w cieniu jego przebywać. Niech się zaziębi i złapie bakcyla od chorego.

Bardzo ciekawe pod względem administracyjnym, architektonicznym, wreszcie i w perspektywie karnoprawnej jest to, że inwestycja Srebrna ma określone parametry: składa się z dwóch wież mających 190 metrów wysokości. Jest projekt obiektu – w każdym razie taki termin się pojawia, widzimy wizualizację kształtu, rozczłonkowania brył, proporcje, pewne detale i wysokości. Z tego już można wyprowadzić wnioski następne: tyle i i tyle kondygnacji, każda kondygnacja ma tyle i tyle metrów powierzchni zarabiającej, tu będą parkingi i będzie określona ilość miejsc przeliczona na powierzchnię zarabiającą. Razem – tyle metrów kwadratowych w budynku. I już można sobie liczyć pieniądze: tyle wydamy, a taką kasę będziemy mieć w postaci zysku. A więc mnóstwo przesądzeń, od których świecą się nam z pożądania oczka. Trump Tower niby w Ameryce, ale co tam za biznesy, Trump to blady Rysiek – Warszawa i Srebrna to prawdziwe życie!
Trump jest cieniem siebie – co widzimy, zaś prawdziwy Trump to Kaczyński. Wiecznie żywy w dodatku dzięki Srebrnej, bo Trump to już trup. No, za chwilę. Teraz Ameryka będzie usiłowała skusić Polskę dwoma miliardami dolarów na założenie polskiej bazy wojskowej w USA, Kaczyński będzie siedział za wielkim biurkiem Zbawcy Narodu, zaś Trump będzie dookoła biurka skakał i się bardzo łasił do Zbawcy.

I wszystko już bardzo ślicznie, ale jest kłopot: inwestycja na Srebrnej nie ma nawet „wuzetki”, nie mówiąc o pozwoleniu na budowę. Co to takiego „wuzetka”? Jak to co – ciastko! Nawet znacznie lepsze od takiego z cukierni. Ciastko na miarę 300 milionów euro na te dwie wieże, a następnie tłuste zyski. Wuzetka to bowiem zestaw parametrów techniczno-architektonicznych, wymogów i uwarunkowań dla inwestycji. Wuzetki robi się wtedy, gdy nie ma miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego, czyli popularnie mówiąc – planów urbanistycznych. Plany takie powinny być, bo są one – co do zasady – przejrzystym i demokratycznie sformułowanym dokumentem, publicznie przedyskutowanym i publicznie dostępnym dla każdego. W istocie stanowią zapis polityki materialnego rozwoju miasta. Powinny być spójne między sobą oraz obejmować duże tereny – najlepiej całe miasto, co pozwala mieszkańcom zobaczyć Warszawę w szerokiej perspektywie rozwoju i w długiej perspektywie czasowej. To zaś pozwala warszawiakom mieć wpływ na kształt i sens własnego miasta. Pozwala to każdemu przełożyć politykę rozwoju miasta na własne życie. Zobaczyć siebie w mieście, ocenić, na ile mi się to podoba, gdzie widzę problemy i wyprowadzić wnioski dla własnego życia. Wartość takich spójnych planów jest trudna do przecenienia.

Wuzetka zaś, to dokument dotyczący wyłącznie danego miejsca inwestycyjnego i danego inwestora, w tym przypadku projektu „Srebrna”. Sporządza się ją wtedy, gdy nie ma planu urbanistycznego. Czyli: nie wiadomo co wynika z planu bo go nie ma, więc tworzy się zapisy partykularne, dotyczące wyłącznie jednego punktu w mieście. Ryzyko, że konkretne zapisy w wuzetce powstaną pod dyktando inwestora jest poważne. Praktyka w Polsce jest nieraz taka – i jest to niezwykle naganne oraz fatalne – że celowo nie robi się planów miejscowych właśnie po to by móc mieć wolną rękę we wpisywaniu do wuzetki tego, co się miło dla zainteresowanych skończy.

Zatem – nie ma nawet wuzetki, ale już wiadomo, jakie są różne parametry Dwóch Wież. Dlaczego akurat 190 metrów? Nie 220, nie 160, nie 90 albo nie siedem pięter? Skąd wiadomo, że będą mogły być dwie wieże, a nie trzy, albo jedna, nie prostokątne a okrągłe i tak dalej? Skąd wiadomo, że urząd miasta stołecznego wydając wuzetkę na coś takiego właśnie się zgodzi? Że takie kształty, taka wysokość i inne parametry zabudowy zostaną zaakceptowane przez środowisko urbanistów i architektów Warszawy – wrażliwe na jej kształt przestrzenny, krajobraz, relacje pomiędzy znaczącymi elementami krajobrazu urbanistycznego, funkcjonalność, pojemności i tak dalej?

Oczywiście, można próbować antycypować, można sięgać do różnych opracowań, partykularnych zaleceń, wizji, ogólnego studium miasta, ale to wszystko osobno i razem to nie jest wiążąca inwestora wuzetka. Dopiero ona ma moc formalną i jest podstawą do sporządzenia wszystkich szczegółowych projektów oraz uzyskania pozwolenia na budowę.

Tymczasem Kaczyński stwierdza coś takiego, że jak nie wygramy wyborów w Warszawie, to tej inwestycji nie zbudujemy. Innymi słowy, sugeruje niemal bez możliwości jakiejkolwiek innej interpretacji, że jak PiS (czyli „nie byle jaki Jaki” – używając patentu słownego prof. Woleńskiego) wygra wybory, to choćby ten projekt Srebrnej był w niezgodzie z zasadami, wymaganiami koniecznymi i racjonalnymi; działającymi dotąd uchwałami Rady Miasta – czyli prawem lokalnym; z opiniami urbanistów, środowiska architektów, opiniami mieszkańców, obliczeniami, analizami i praktyką, w tym dobrymi praktykami kształtowania miasta, to się zrobi, wymusi wszystko, by było to i tak, jak w rozmowach na taśmach Kaczyńskiego jest przedstawiane. Albo jeszcze bardziej.
Czy to jest cokolwiek innego niż korupcja moralna i korupcja materialna w najczystszej postaci?

Widać teraz wyraziście, jak ważne jest to, że PiS ze swoim Jakim nie wygrali wyborów w Warszawie. Równolegle coraz ciekawsze są wydarzenia w komisji reprywatyzayjnej Jakiego. Z przesłuchania świadka – prawnika związanego z prywatyzajcą, wyłania się mocno zbieżny z wymową taśm obraz środowiska PiSu. Zaś na ile Trzaskowski okaże się dobrym gospodarzem miasta, to jeszcze inna sprawa.

Nie mniej interesująca jest rola prezesa „unarodowionego” banku Pekao SA. Bank, nie mając formalnie pojęcia o inwestycji, bo z braku wuzetki, ale i innych dokumentów – w tym studium wykonalności (ekonomicznej) inwestycji, a do studium konieczna jest wiedza o ustalonych w wuzetce wymaganiach i warunkach – już deklaruje finansowanie fantazyjnej inwestycji, w dodatku na niespotykanie korzystnych, dla niespotykanie niedoświadczonego inwestora, warunkach.

Pierwsza reakcja pisoidów na taśmy była taka, że pokazują one Kaczyńskiego w znakomitym, wzorcowym wręcz świetle. Nie słychać, by używał brzydkich wyrazów, nie unosi się gniewem, nie namawia do łamania prawa. Zapewne na tych taśmach, a jak można się spodziewać będą kolejne, nie będzie słychać jak Kaczyński przeklina i jak się unosi, bo on na to za ciężki. Co do całej reszty mroczności – to sprawa dokładniejszego wniknięcia w sens tego co mówi i jak mówi.
Przede wszystkim zaś widać z mocą to, że taśmy całkowicie zaprzeczają wszystkiemu czym on i jego janczary od lat karmią Polaków. Już to bystrzy obserwatorzy zauważyli – mafijność w pełnej krasie. Po to trzeba unarodowić wszystko, obsadzić wszystko swojakami i aparatczykami, po to zlepić przedsiębiorstwa rynkowe z rządem, rząd z partią, partię z Narodem, a Kościół kat. sam już lgnie i do takiego Narodu i do takiej partii; partię zaś z fundacjami, te zaś z interesami, by było to, co się z taśm Kaczyńskiego wyłania.

To „wstawanie z kolan” jest sloganem wyłącznie po to w nieskończoność powtarzanym, by rzucić suwerena na kolana w państwie przez PiS ukradzionym. Taką Polskę na dekady szykuje, sił nie szczędząc i darmo – Kaczyński Jarosław. Niech ciśnienie rośnie i niech rozsadzi Kaczyńskiego z jego pisoidami i ich Polską.

Tanaka

29.01.2019
wtorek

Korupcjo, korupcjo, cóżeś ty za pani!

29 stycznia 2019, wtorek,

Że za tobą idą, że za tobą idą chłopcy malowani. PiSowani. Mianowani. Ustawiani.

Korupcja materialna zaczyna się od korupcji moralnej.

Kaczyński Jarosław jest subtelnym prostym posłem z ławy. Subtelność jego poznaje się po tym, że potrafi tą i ową panią w rączkę pocałować. Potrafi też, bez żadnego trybu, na kraj cały zawołać: wy mordy zdradzieckie, zamordowaliście mi brata! Oraz, że Polacy najgorszego sortu. Bo, że wiem, ale nie powiem, że PO i cała reszta to złoczyńcy, zdrajcy, wrogowie i Polska w ruinie to się rozumie samo przez się. Są to – jeden w drugi – dowody subtelności. Mógłby się przecież wyrazić bardziej stanowczo. A poprzestał na tym.

PiS zdobył władzę za pomocą korupcyjnej pieśni nad pieśniami: pieśni o Smoleńsku. Pieśń intonował Kaczyńskiemu, co miesiąc, Macierewicz Antoni. Tacy dwaj oni.

PiS zdobył władzę zapowiedzianą z góry decyzją, bez wnikania w sprawę, że uwali kontrakt z Airbusem na dostawę wielozadaniowych śmigłowców caracal. Zapowiedział, żeby załogi amerykańskiego zakładu Sikorsky w Mielcu oraz brytyjsko-włoskiego zakładu Leonardo w Świdniku, robiące konkurencyjne a nie wygrane w przetargu śmigłowce, zagłosowały na PiS. Razem z resztą związkowców. Bo PiS dba o Polskę i Polaków. Nic nie szkodzi, że zakłady te nie są wcale polskie tylko zagraniczne, a jedynie położone w Polsce. Ważny był przekaz emocjonalny, nie stan rzeczy.

Prosty poseł z ławy wygrał wybory i zrobił co orzekł: utrącił wynegocjowany z Airbusem kontrakt. Fundamentalna konieczność obronna – resztki floty helikopterów wojskowych, głównie poradzieckich acz bardzo dobrych, dożywają ostatnich dni i o ile w ogóle można powiedzieć, że żyją, to żyją dzięki reanimacji – okazała się nieważna. Ważniejszy interes partyjny.

Zatapiając kontrakt, Macierewicz głośno snuł plany budowy wspólnego polsko-ukraińskiego, czyli kozackiego śmigłowca bojowego. Zaś nadwiślański James Bond w ciepłych majtkach i spódnicy – Szydło, Beata Szydło – oznajmił, stojąc dumnie na tle nadwiślańskiego śmigłowca, że Polska nie będzie dłużej krajem magazynów i montowni, a będzie wszystko sama robić. Wiecie: high-tech i know-how.
Airbus zobowiązał się do stworzenia w Polsce centrum wiedzy i know-how w dziedzinie lotniczej. Czyli tego, czego nie mamy, a czego dramatycznie potrzebujemy, by przestać być krajem przykręcania śrubek, co się bardzo Szydło Beacie nie podobało.

Co do kozackiego śmigłowca bojowego wspólnej roboty z Ukrainą, właśnie nadeszła adekwatna wiadomość: zakłady lotnicze, imienia jednego z trzech wielkich konstruktorów lotniczych czasów ZSRR – Antonowa (dwaj inni to Tupolew oraz Iliuszyn), które były zlokalizowane na Ukrainie, ostatecznie zbankrutowały. Już się nie wzniosą w niebo dumne samoloty ze znakiem Antonowa na burcie. Chyba, że rosyjskie. A może chińskie.
Koniec epoki i koniec biznesu lotniczego tego formatu na Ukrainie.
Ale to samoloty. Zaś jeśli idzie o śmigłowce – Ukraina także zademonstrowała co może, a właściwie – nie może: lekko przerobiony śmigłowiec Mi-2, czyli konstrukcję z lat 1950-tych. Mi-2 jeszcze latają w polskiej armii. Od dawna na kroplówce.

Nie ma więc kilkudziesięciu śmigłowców wielozadaniowych dla polskiej armii i nie ma centrum wiedzy oraz know-how w Łodzi. Nie ma też nowych okrętów podwodnych, czyli już żadnego nie ma. Nie ma prawie nawodnych. Rosja ich nawet nie zauważa, ale może Słowacja dostrzeże i się ucieszy. W ogóle mało co jest – całego lotnictwa starczy na 4 godziny walki z Rosją – a jak coś ma być, to za jakieś 20 lat. Tyle czasu – mniej więcej – zajmuje procedura przygotowania, zakupu, szkolenia, dostosowania i wreszcie – osiągnięcia gotowości operacyjnej w przypadku poważniejszych rodzajów broni. Mają być rakiety – amerykańskie patrioty. Już dziś niedzisiejsze, ale nic nie szkodzi: za 20 lat może się dostosują. Tymczasem polska armia nie mogła się uporać nawet z porządnym przeprowadzeniem przetargu na zakup łopatek typu saperka.

Wśród tej bolesnej męki coś się jednak udało: kupić samoloty dla VIP-ów. Macierewicz był bardzo zadowolony. W ramach tzw. „pilnej potrzeby operacyjnej”. Czyli bez przetargu. 2,5 miliarda złotych poszło na wożenie pisowców po niebie. Z tym, że samoloty i tak nie wożą. Kupić kupiono, ale nie przygotowano reszty koniecznej do latania.

Przetarg publiczny to jest podstawowe narzędzie pozyskiwania dóbr i usług przez jednostki finansów publicznych. To uniwersalny i standardowy mechanizm w całej UE i w cywilizowanym świecie. Pozwala na przeprowadzenie przejrzystej procedury, zarówno dla podatnika, finansowych instytucji kontrolnych jak i dla konkurentów ubiegających się o o uzyskanie zamówienia. Dzięki rzetelnej procedurze – opisanej w prawie – oraz konkurencji pomiędzy oferentami, zamawiający może uzyskać najniższą cenę, lub najkorzystniejszy bilans ceny i konfiguracji cech oczekiwanego dobra.

MON, już po raz kolejny, pominęło procedurę zamówienia publicznego i oto mamy informację, że kupowane są teraz 4 śmigłowce dla armii. Nie około 50, jak w przetargu wygranym przez Airbusa z caracalem, ale cztery. Bez przetargu, a w ramach „pilnej potrzeby operacyjnej”. Co to oznacza? Ano to, że jednostkowa cena jednego śmigłowca musi być znacznie wyższa przy zakupie czerech, niż przy zakupie 50 sztuk. Z powodu czterech śmigłowców sprzedawca nie stworzy centrum nauki i techniki śmigłowcowej w Polsce. Offset – czyli oczekiwane w przetargu wykonanie inwestycji sprzedającego w kraju kupującego, który powinien być jak najwyższy, będzie zatem bardzo niski lub żaden. Kto ma „pilną potrzebę” nie czeka: bierze co jest na półce, płaci ile żąda sprzedawca i wychodzi z towarem w worku. W środku może być kot.

Kupowanie z „pilnej potrzeby” (co jest pilnego poza łazienką? ) po raz kolejny i znowu w USA, to bardzo złe kupowanie. Uzależniamy się wyłącznie od jednego państwa, a demonstracyjna oczywistość bycia smarkaczem u nowego Starszego Brata pokazuje poziom reumatyzmu u mniemającego o powstaniu z kolan. Inne państwa, w tym zwłaszcza europejskie, otrzymują mocne sygnały: mamy was w de! Jak Polska ich w de, to nie może być inaczej: oni nas też w de. Komu kto bardziej i do czego potrzebny – nie tłumaczę: rzeczywistość krzyczy. Co najmniej od wyniku głosowania: 1:27 w konfrontacji Polska – UE.

Jak nie ma publicznego, przejrzystego przetargu, to jasne jest to, że jest nieprzejrzystość. Lobbyści działają w każdej branży, w wojsku – szczególnie. Jakich środków użyją, by w takich warunkach załatwić kontrakt dla swojego patrona – nie trzeba wyjaśniać.
Że cztery śmigłowce to nie są takie duże pieniądze? Są – bo kupowane po cenie oferowanej, może z symbolicznym upustem, choć i to niepewne. Kupujący nawet nie ma ceny do czego odnieść, bo pozbył się konkurencji. Sprzedawca więc owinie go sobie wokół palca.
Ale na tym nie koniec. Są cztery, czyli tyle co nic, to będzie argument: mamy cztery black hawki, to potrzeba kolejnych black hawków, bo mało. Ale jak mają być black hawki, to nie może być przetargu (znowu: „pilna potrzeba operacyjna”), lub musi być próba ustawienia go pod black hawka, co w przetargu można wyłapać. Co to znaczy – wiecie i rozumiecie. A jakby nie było kolejnych black hawków, a różne maszyny, to bałagan w logistyce, szkoleniach, pracy operacyjnej, remontach – ogromny. I cena eksploatacji rośnie niebotycznie.
Po to właśnie został pomyślany duży kontrakt na helikoptery wielozadaniowe, by było taniej, mądrzej i sprawniej, a korzyści dodatkowe dla gospodarki – jak największe. Nie będzie. Nie będzie też interoperacyjności kupowanych black hawków, bo to innego rodzaju śmigłowce niż caracale i innym zastosowaniu.

W Mielcu – zakładach Boeinga (dawniej E. Wedel, pardon – Sikorsky) robi się tylko gołe „hołki”. Co gołe, to tanie i bez koniecznej wiedzy o tym, co się kryje w oprzyrządowaniu, za które dopiero płaci się grube pieniądze. Kadłub łatwo zrobić, uzbroić go w systemy to już zupełnie inna klasa sprawy i pieniędzy. W ramach pozyskiwania wiedzy i know-how, proces odwrotny. Składy i magazyny nad Wisłą – niech żyją! Wiecznie.
Kupuj polskie, bo dobre! – takie było hasło. Co zgasło. Teraz rządzi w Polsce takie: kupuj amerykańskie!

Właśnie aresztowany został nikomu nieznany Bartłomiej M. M comme Misiewicz. Dzidziuś. Prawa ręka ministra obrony Macierewicza. Misiewiczowi, pomocnikowi aptekarza z doświadczenia, salutowali wysocy rangą oficerowie. Taka korupcja honoru oficera. Polska płaci za honor, oficer odbiera wynagrodzenie.
Zarzuty wobec Misiewicza są natury korupcyjnej. Materialnie korupcyjnej, bo moralności nikt nie sądzi. Przecież nie biskup, co sądzi po sobie. To skrzywione przez PiS i sformatowane przez Rydzyka dzieciątko boże zostaje właśnie rzucone na pożarcie. Starzy wyjadacze wiedzą co rzucić, żeby zostać w cieniu.
O korupcji, będącej istotą zagarniania wszelkich spółek publiczych – wiemy. O korupcji praw i konstytucji – wiemy. O korupcji obyczaju, języka, relacji między ludźmi i eksplozji nienawiści – wiemy. Czy wiemy o jakiejkolwiek branży tkniętej przez pisoidyzm, w której korupcji nie ma?

Kaczyński gadał, że po władzę idzie się nie dla pieniędzy. Powiedział nawet po co się idzie, ale wyraził się dowcipnie, bo jedno powiedział, a odwrotnie zrobił. Teraz powiedział, że władza absolutna demoralizuje absolutnie, ale nie demoralizuje, bo autor tej sentencji wziął i się pomylił. Bo władza nie musi demoralizować.
Mówi Jarosław Kurski w sprawie „taśm Kaczyńskiego”: Jarosław Kaczyński, który zawsze piętnował wszelkie patologiczne układy polityczno-rodzinno-biznesowe, sam stoi na czele takiego układu. Jest jego zwornikiem i mózgiem. Jest wiele innych zbieżności jego działalności w biznesie i w polityce.

Bezwzględnie: Kaczyński to subtelny poseł z ławy z humorem, a nikt w pisoidalnym państwie nie czuje się skorumpowany.

Tanaka

25.01.2019
piątek

Europa – Gdańsk – Adamowicz. My

25 stycznia 2019, piątek,

Był Gdańsk koroną Rzeczpospolitej przez stulecia. Praktycznie cały handel morski wielkiego państwa odbywał się przez Gdańsk. W eksporcie i imporcie. W świat szły głównie surowce, cała produkcja szlacheckiego państwa, do Polski zjeżdżały zaawansowane, przetworzone dobra i wyroby luksusowe. Oraz idee. Ale te nie miały wielkiego wzięcia w państwie, zostawały więc na miejscu, służąc rozwojowi, bogactwu i splendorowi miasta.

Nieszczęsny prowincjonalizm gospodarczy Rzeczpospolitej – sprzedaż surowców, których cena nie mogła być wysoka jako dóbr nieprzetworzonych, niepoddanych poważniejszej obróbce myśli. Z powodu rosnącej konkurencji i doskonalonych metod uprawy ziemi oraz wytwarzania – coraz tańszych, co wymagało coraz brutalniejszego eksploatowania niewolnika pańszczyźnianego, po krawędź biologicznej egzystencji, by każdą kalorię energii jego ciała wykorzystać do produkcji tak, by właściciel niewolnika i dumny nosiciel miana Polak, mógł jeszcze wyjść na swoje i dokupić coś z luksusowych mebli, gobelinów i innych dzieł sztuki, broni, ceramiki, alkoholi, powiększyć pałac czy po prostu przegrać swój majątek wskutek hazardu.

W Polsce zastój, a relatywnie – cofanie się coraz dalej od centrum cywilizacyjnego Europy, rozciągającego się od północnych Włoch, przez krawędź Alp, Francję z zachodem państw niemieckich, po Niderlandy, Belgię i dalej – Anglię oraz promieniującego w kierunku Skandynawii i Bałtyku.
I pomiędzy tymi coraz bardziej różnymi światami – wielkie, bogate, dynamiczne miasto – Gdańsk. Miasto – zwornik. Pełne banków, kantorów handlowych, składów, kupców, pośredników, budowniczych statków, żeglarzy i kaprów; mierniczych, certyfikatorów, inżynierów, fortyfikatorów, meliorantów; uczonych, architektów i artystów. Pełne mnogich religii, narodowości i języków. Z centrum i rynkiem o odrębnie skonstruowanej logice niż w pozostałych, z drobnymi wyjątkami, miastach Polski: nie suchym i centralnie położonym, a wodnym. Popatrzcie na historyczne miasto – całe jest skierowane ku wodzie: rzece i morzu, czyli całemu światu. Ta idea odciśnięta została w konstrukcji miasta.
To miasto zostało oparte na zasadzie nowoczesnego Zachodu: zaufania. Bez zaufania nie ma ani handlu, ani kredytu; nie ma gospodarki, rozwoju ani pokoju. To miasto wielkiego związku, który dziś nazwalibyśmy globalnym – Hanzy. To była wielka średniowieczna machina rozwoju i globalizacji, a Gdańsk jej ważnym ogniwem.

Miasto zupełnie niezwykłe. Jedyne takie w całej Rzeczpospolitej. I polskie i niepolskie, katolickie, ale z czasem coraz silniej protestanckie, luterańskie i innych chrześcijańskich wyznań, włącznie z pierwiastkami mennonickimi. Mennonici, niezwykle ciężką, konsekwentną i twórczą pracą zmienili wiecznie zalewane przedpole Gdańska – Żuławy w to, co ze swoim krajem zrobili Holendrzy: groźny żywioł wody zamienili w atut rozwoju. Katolicyzm tracił na znaczeniu. Protestantyzm okazał się nośniejszy, bardziej sprzyjał handlowi, nowoczesnym stosunkom i nauce. Miasto mające w historii dwukrotnie status Wolnego Miasta.

Rzeczpospolita zapadła się pod ciężarem własnej nieudolności, wsteczności i nieskończonego egoizmu wewnętrznego. Dokonała się jej ostateczna prowincjonalizacja, z której do dziś się nie wydobyliśmy, pomimo chwilowych zbliżeń i zewnętrznego pozoru. Głębokie frustracje niedoleczonych konfliktów, poczucie niższości kompensowane panicznymi eksplozjami agresji i żądaniami, by nas szanowano – za nasz prowincjonalizm przecież – co brzmi żałośnie i ma efekt komiczny. Ta żałosność pustego żądania bez poważnej zasługi zdradza tak silnie maskowaną lichość żądającego. Chce od niej uciec, ale nie może, bo wybiera fałszywe rozwiązania.
Są to manifestacje niedorozwoju i rozdacia pomiędzy usiłowaniami dogonienia nowoczesności a swojskością rojeń o przewagach zespolonych w całość z jedynym znanym więc instynktownym pomysłem na życie: wiarą i zamordyzmem. Wieczna wojna o trumny, kradzież historii by ją przerobić na słuszną i uczynić narzędziem zniszczenia, nędzna katastrofa smoleńska będąca kolejną manifestacją skrajnej nieodpowiedzialności, wbudowana w państwo jako jego filar i ołtarz zarazem, zamieniona w religię i machinę zagłady: brutalnego miażdżenia ludzi mentalnie bliższych Zachodowi czyli dalekich od skrzywionych konstruktorów tej maszyny; dewastowanie nieokrzepłego państwa prawnego i jedynej umowy społecznej – Konstytucji, oto kolejne objawy polskiego niedorozwoju.

II wojna światowa. Gdańsk w strasznej ruinie. Do ostatnich dni walk pełen nieszczęścia – setek tysięcy uciekinierów z Królewca i całych Prus Wschodnich. Którzy zamarzali, marli z głodu, chorób i wskutek ostrzału. Przed wojną miasto o zdecydowanej przewadze ludności niemieckojęzycznej, zaraz po wojnie napełniało się przybyszami z Polski, w dużej mierze z Kresów: Wilna, Lwowa i każdego miejsca, skąd ludzie ruszali ku Ziemiom Odzyskanym, by zacząć drugie życie. Miasto zrujnowane, ale bardzo szybko odbudowywane pomimo głosów, że to teutońskie miasto. Niemców i innych niepolskich rodowodem obywateli zostało niewielu. Wydawało się, że wraz z materialnym upadkiem miasta, zniknie jego niematerialna kultura, ten genius loci, przez tyle stuleci nadający miastu tak swoisty rys i taką unikalność w tej części Europy.

A jednak – nie! Odbudowywanie miasta było zarazem procesem odczytywania i odtwarzania jego niezwykłości: urody materialnej i kulturowej. Niewątpliwie położenie, różnorodność mieszkańców, specyficzność gospodarki opartej o budownictwo okrętowe, wielkie porty morskie Trójmiasta, floty oceaniczne i rybackie, handel zagraniczny na wielką skalę, liczne stosunki z krajami bałtyckimi, otwarcie na świat – to wszystko wzmacniało ponadprzeciętność i rozwój geniuszu miasta. W Gdańsku zawsze się czuło, że granicą jest wyłącznie horyzont na morzu.
Każdego dnia roku, setki i tysiące gdańszczan spaceruje, biega, jeździ na rowerach czy rolkach wzdłuż brzegu morza. Niezależnie od pogody. Przyciąga ich nieograniczoność i ciekawość horyzontu. I bycie wśród innych. To fenomen.

Ta wyjątkowość szybko zaczynała dawać o sobie znać: rok 1970, 1980, dojście do kolejnego punktu zwrotnego w roku 1989. Ale i bardzo bolesne upadki – zwłaszcza Stoczni, tej Stoczni, świętej kolebki Solidarności. Dziś nie brak stoczni w Gdańsku, w Trójmieście, ale to już inne stocznie. Kolebka, jak rewolucjonistka – stała się ofiarą własnego sukcesu.

Paweł Adamowicz. Mógł być zamordowany ktokolwiek z ludzi przeciwnych złej władzy, w dowolnym mieście Polski. Ale to się zdarzyło wlaśnie w Gdańsku. Adamowicz zaczynał z wąskich pozycji, ściśle związanych z prawicą i Kościołem katolickim. Ale z czasem, rok po roku, uczył się patrzyć szerzej, widzieć i rozumieć więcej. Doszedł do miejskiego programu in vitro, do otwartości na mniejszości narodowe, seksualne; na uchodźców i przesiedleńców. Wzmacniał poczucie otwarcia, wolności, wagi mnogości źródeł rozwoju. Stawał się osobą łączącą znacznie bardziej niż dzielącą. Wszedł w wielowiekową tradycję miasta, jego wolności i różnorodności która buduje. Za to wszystko był wściekle atakowany przez słusznych Polaków i słusznych katolików.

Szokujący mord na Pawle Adamowiczu jest wyrazem tej strasznej polskiej choroby: wiecznego zapóźnienia i wiecznych, mrocznych pretensji oraz nienawiści niesionej przez historię, przedkładającej wybór walki na zniszczenie ponad budowę tego co wspólnie dobre i uniwersalne.

Przychodzi gdańszczanom i pozostałym Polakom zdawać kolejny egzamin: czy pójdziemy dalej, ku wolności i będziemy współbudowniczymi współczesnej Europy, jak niegdyś budowniczowie z wielu krajów stawiali cuda architektury świetlistego gotyku, czy wreszcie zbliżymy się trwale do jej centrum z którym rozchodziliśmy się już od późnego średniowiecza, czy staniemy jednym z mocnych filarów Europy, czy też poddamy się terrorowi monokultury Prawdziwego Polaka, monokultury religii katolickiej wyniszczającej swoja jałowością i szantażem, która nie chce nic wiedzieć o innych, a ma się ponad inne i ponad wszystko, czy ulegniemy jej mrocznym rycerzom i damy wszystko zniszczyć tej niekończącej się polskiej chorobie.

Tak nam tego mało i tak tego żywotnie potrzeba: tej protestanckości ducha, tej zasady zaufania ponad wrogość, umiejętności stawiania dalekosiężnych celów i osiągania ich konsekwentną i zgodną pracą. I poczucia, że tylko horyzont jest naszą granicą.

Zwycięży Jurek Owsiak, Paweł Adamowicz, Obywatele i marsz czarnych parasolek, czy Kaczyński z Ziobrą; Rydzyk z biskupami i bruzdy dotykowe na czołach dzieci z in vitro? Zwycięży Gdańsk, czy Srańsk? Staniemy się Europejczykami, czy pozostaniemy mentalnymi nędzarzami?
To Jurek Owsiak powiedział: róbta, co chceta. I ponoście za to odpowiedzialność. I za to jest nienawidzony.
To nasz egzamin. Prawdziwa matura.

Tanaka

19.01.2019
sobota

Polak nienawidzi dziecka swego. I jest zadowolony!

19 stycznia 2019, sobota,

Polska to jest kraj katolicki. Nic bez katolicyzmu i katolika w nim nie zachodzi. Polski katolik jest najwybitniejszym katolikiem Polski, Europy, świata, galaktyki, świata tego i tamtego, a najbardziej – czarnej dziury.

Polak jest katolik, więc nie robi sobie aborcji nawet jak jest tatusiem. Ponieważ Polak miłuje Boga oraz wszystkie dzieci miłuje, a już najbardziej – własne. Miłowanie jest co prawda bezstopniowe, ale nie na Ziemi, tej Ziemi. Oraz nadwiślańskiej.

Z tym miłowaniem to nieprawda. Jest to bowiem prawda obiegowa i pobożna, czyli trzecia prawda Tischnera. Powiem ładnie: fałszywa.
Tak Polak swoje dziecko wychowuje, że nie wychowuje i mówi, że ma się tym zajmować szkoła. Szkoła mówi, że nie ma budżetów, nie nadąża, że dostaje dzieci niewychowane, a od wychowania są rodzice. Rodzice są właścicielami dzieci, dlatego ich nie wychowują, albo wychowują na wzór własnej nędzy i pozoru: nie zadawaj głupich pytań, masz tu smartfona, kompa, idź i się zajmij sobą!

Dziecko idzie i się zajmuje. Czuje, lecz nie umie tego nazwać: zostało zdradzone. Chodzi w szkole na katechezę, czyli lekcje miłowania człowieka przez człowieka. Tego jeszcze nie umie nazwać: zostało oszukane i zdradzone.

Dziecko, zgwałcone przez księdza katolickiego, płacze. Mamusia pyta dziecko: czemu płaczesz, kochanie? Dziecko odpowiada: bo mi ksiądz siusiaka. Mamusia wie jak zareagować – szmatą przez łeb: a won mi ty gnojku z domu! Nie będziesz naszego kochanego proboszcza ani Kościoła Świętego szkalował !!!
Matka zdradziła własne dziecko. Ojciec zdradził własne dziecko. Rodzina zdradziła. Po tym poznajemy, że Polak-katolik miłuje dzieci.

Wskutek szoku wywołanego mordem na Pawle Adamowiczu niektóre samorządy chcą, w pilnym trybie, wprowadzić edukację związaną z rozpoznawaniem języka przemocy, nienawiści i zapobiegania jej stosowaniu. Przeciwko temu rozpętał się krzyk sprzeciwu: katolickie organizacje już instruują rodziców, by wyrażali niezgodę na tą edukację. Bo to lewacka propaganda. To rodzic decyduje o wychowaniu dziecka i robi to najlepiej.
Dziecko nie umie tego jeszcze nazwać: zostało zdradzone i zmienione w obiekt gry.

Rzecznik praw obywatelskich, Adam Bodnar – w którego godzi nieustannie pisowska władza państwowa w ścisłym sojuszu z adekwatnymi mediami – zadał na spotkaniu z dziećmi pytanie: powiedzcie, co was rani? I rozdał kartki. Uzyskał odpowiedzi dzieci, w wieku lat czternastu. Piszą dziewczynki: zewsząd dowiaduję się, że jestem pi..a, ku..a, szmata, zdzira.
Rodzice nie rozmawiają z dziećmi o problemie nienawiści. A niby czemu mieliby, skoro sami są jej źródłem?

* * *

Chcecie poznać, jaka jest dokładna miara naszego spotwornienia? Jak atmosfera nienawiści państwowokatolickiej, wzniecająca podłość w nas degraduje nasze człowieczość, po ostateczność? Oto macie miarę.

Po tym, jak zrezygnował Jurek Owsiak, swoją działalność w WOŚP zawiesił też Łukasz Berezak, najsłynniejszy wolontariusz Orkiestry.
Łukasz ma 15 lat, od siedmiu lat jest wolontariuszem Orkiestry. Zaczynał jako ośmiolatek. Nie wytrzymał, poddał się. Milczał lata, sprawa szlachetności Orkiestry była ponad wszystko. Teraz mówi:
Nie wiem czy wiecie, ale ja tez jestem człowiekiem i może po mnie tego nie widać, ale ja też mam tego wszystkiego dość, ciągłego hejtu i nienawiści.

Powiedziało dziecko, głos zabrała też jego matka, pani Izabela:
Przeszliśmy przez wielką falę hejtu. Zwłaszcza po koncercie, kiedy na Facebooku pojawiła się masa fałszywych kont, na których ludzie zbierali pieniądze „dla Łukasza”. Ludzie zarzucali nam, że żerujemy na dziecku. Pamiętam, jak płakał w zeszłym roku. Podchodził do każdego. Jedni odmawiali, inni wrzucali, ale trafił na pewną starszą kobietę… Nie zostawiła na nim suchej nitki. Obrażała. Łukasz nie rozumiał, o co jej chodzi. Płakał. Ale po chwili ruszył dalej, by kwestować
Chłopiec ze względu na chorobę Leśniowskiego-Crohna i inne schorzenia cierpi na nadwagę. To stało się pożywką dla hejterów.
Dziecko, chore, kwestujące dla Orkiestry czyli dla takich jak ono, stało się celem nienawiści.

System opluwania, pomawiania, kłamstwa, poniżania i nienawiści został wmontowany w system państwa, stał się z nim jednością. Systemowi temu w niczym nie zaprzecza Kościół katolicki, który nieustająco zajmuje się wyznawaniem i praktykowaniem miłości bliźniego i pilnowaniem prawidłowej, czyli katolickiej moralności. Za co każe sobie słono płacić – i jest suto opłacany. Kościół kat. nie tyko nie zaprzecza, ale i czynnie włącza się w ten system pogardy. Bez trudu znajdziecie słowa i gesty biskupów, które to poświadczają. Codziennie i od nowa. I traficie na jego podłe milczenie, gdy trzeba krzyczeć. Polak się budzi, Polak włącza radio, net, czyta fachową prasę, słucha wieści gminnej, idzie do kościoła, a dzieciaki idą na katechezę. I już Polak wie, co dobre jest, a co złe. Przekaz przyjmuje i realizuje.

Państwowy system poniżania i nienawiści został zbudowany wyłącznie przez prawidłowych katolików. Przez Najlepszy Sort Polaka. Cała zaś reszta to najgorszy sort Polaka, który ma zdradzieckie mordy, zamordował brata i nienawidzi Chrystusa.
Każdej niedzieli prawidłowy i państwowotwórczy Polak idzie na mszę katolicką, wyciąga język i gryzie ciasteczko, czyli „Ciało Chrystusa”, a następnie przekazuje dookoła „znak pokoju”. Państwowotwórczy katolik uczestniczy w niekończących się mszach za Ojczyznę. Niekończące się szeregi kleru katolickiego błogosławią tego Polaka i taka Polskę. Zdradzają.

Dziecko to jest coś, nad co nie ma wyższej wartości. Tak słyszymy. Na wojnie, matka zasłoni dziecko przed kulą. W czasie pokoju, w wolnej Polsce – tak mówimy, matka, ojciec, krewni, minister, premier i prezydent ze swoim prostym posłem z ławy – a wszyscy pod przewodem Kościoła kat. – dziecko zranią, zdradzą, zniszczą mu dzieciństwo i przerobią na nienawistnika. Tak jak pierwej zdradzili dziecko w sobie. Z tego dziecka będzie Polak. Polak-katolik.

Ten kraj nazywa się Polska.

Tanaka

Cytaty nt. Łukasza: Onet.pl

14.01.2019
poniedziałek

Cios nienawiści, promień wolności

14 stycznia 2019, poniedziałek,

Paweł Admowicz nie żyje. Został zamordowany. Moja nadzieja, nasza nadzieja sprzed kilku godzin, że wróci do zdrowia, skończyła się.

Prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz, został dźgnięty nożem. Trafił do szpitala w ciężkim stanie, lekarzom udało się przywrócić akcję serca. Bandyta który to zrobił podczas – cóż za perwersja – finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, najlepszej rzeczy jaka się Polakom jako społeczeństwu zdarzyła po 1989-tym, wykrzyczał do mikrofonu: Platforma Obywatelska mnie torturowała. Dlatego właśnie zginął Adamowicz.
Paweł Adamowicz żyje, w tej chwili żyje, jego stan jest ciągle ciężki i życzę mu, by powrócił do pełni zdrowia.

Bandyta swój czyn umotywował rzekomym torturowaniem go przez partię polityczną. Jest jednak inna partia, jej wódz i jej środowisko którzy nie rzekomo, a realnie zdobyli władzę opierając się na monstrualnym kłamstwie smoleńskim, które stało się fundamentem tortury znieprawienia: za pomocą tworzenia podziałów między ludźmi, siania nienawiści, pogardy wobec wszystkich mających inne zdanie niż władza pisowska i rzucania w ludzi kamieniami kalumnii: esbecja, komuchy, agenci, mordercy dzieci nienarodzonych, dżenderowcy, pedały i lesby, zdrajcy Polski i Kościoła w jednym. Nieusuwalnymi znakami tej podłości stały się spotworniałe oczernianiem wrzaski Kaczyńskiego w Sejmie do rzekomych morderców jego brata i słowa o najgorszym sorcie Polaków, którymi wtórował inny człowiek niskiej miary – Duda. By zło łatwiej się szerzyło, musi być – i jest – ten co milczy i ten co podobnie dzieli – Kościół katolicki.

Niedobrze mi się robi od oślizgłych słów obłudnej władzy, która po zbrodniczym zamachu na prezydenta Gdańska udaje troskę o jego życie i współczucie. Tą fałszywość partyjnej i państwowo-katolickiej władzy która jest wytwórcą zła zatruwającego Polaków i katalizatorem parszywości w głowach tak wielu, trzeba dobrze zapamiętać. I zrobić wszystko, co porządny obywatel może i powinien, by tą truciznę zneutralizować i pozbyć się jej na dobre.

Skoro to drastyczne zło się już stało, niech otrząśnie Polaków z maligny. Niech będzie zaczynem tego, co władza fałszywie nazwała powstaniem z kolan, a co jest realnie i prawdziwie niezbędne by być podmiotem w państwie i wolnym obywatelem oraz serdecznym sąsiadem, a nie niewolnikiem fobii i urojeń oraz władzy dusz i ciał.

Jak być jasnym, jak tworzyć wspólnotę ludzi dobrej woli, spontanicznego serca i szczodrego uśmiechu pokazuje Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Która nie jest prywatną własnością Jurka Owsiaka, a dobrem wspólnym Polaków. To wspólne dobro, to najlepsze osiągnięcie, z samej istoty jest tak drażniące nienawistników. Niech Orkiestra nam gra, grajmy w jej składzie i wygrajmy sobie fajną, wolną Polskę i wygrajmy sobie siebie – ludzi wolnych, szczodrych i uśmiechniętych. A wtedy nienawistnicy, pretensjonaci i szantażyści; hodowcy chorób władzy i religii – sczezną.

Tanaka

9.01.2019
środa

Episkopat PRL przewielbia

9 stycznia 2019, środa,

Tako rzecze rzecznik, Episkopatu: Religia zawsze była w szkole, z wyjątkiem około czterdziestu lat czasów komunistycznych. Wyrzucanie religii ze szkoły jest wracaniem do tych czasów.

Rzecze także inne ciekawe rzeczy: Ta propozycja [wykreślenia katechezy z listy przedmiotów lub jej odpłatność ze źródeł niepublicznych, przyp. T.] uderza w zasadę bezpłatnej edukacji. A artykule 70 [Konstytucji] jest napisane, że nauka w szkołach jest bezpłatna.

Gdy prowadzący rozmowę przypomniał, że według projektu ustawy Inicjatywy Polskiej opłat za religię nie ponosiliby wcale rodzice uczniów, a pensje katechetów i księży byłyby opłacane ze środków Kościoła, rzecznik episkopatu odparł: – Rodzice płacący podatki maja prawo, żeby z tych podatków były utrzymywane lekcje religii.

Wreszcie, pytany jak ocenia wynik przeprowadzone w Polsce badania, z którego wynika, że aż 57 procent osób w wieku do 24 lat chciałaby wykreślenia religii z listy szkolnych przedmiotów, odparł: – Jeżeli zapytalibyśmy o nauczanie matematyki, fizyki, to ciekawe, jakie wtedy byłyby wyniki.

Widać jasno, że rzecznik, razem z całym swoim Episkopatem zna się na tym co było zawsze. Co nie dziwi: Kościół kat. zawsze prześladował Żydów. Zawsze kobietę i dziecko miał za podczłowieka. Zawsze usiłował zdominować inne religie, bardzo często siłą i zbrodnią oraz żądał dla siebie lepszych praw niż inni mają. Zawsze uważał, że edukacja jest ludowi zbędna. Zawsze prześladował kacerzy, wolnomyślicieli, sprzeciwiał się nauce, zawsze demonizował masonów itd. itp.
Od zawsze Kościół kat. – czyli kler – roi się od pedofilów, pederastów, gwałcicieli pań i panów dorosłych, dziwkarzy, dzieciorobów produkujących bękarty które porzuca, pornografów, alkoholików, narkomanów, w sumie – wszelkich zboczeńców. Od zawsze kłamie, krzywoprzysięga, daje fałszywe świadectwa ustnie i fałszuje dokumenty, nurza się we wszystkich grzechach głównych, a jak ktoś ma pojęcie o tym „co naprawdę mówi Ewangelia” to widzi, że nieustanie bluźni myślą, mową i uczynkiem przeciw swojemu Jezusowi. I w związku z tym jest Święty – jak od rana powtarza każdy członek kleru i jak stoi w każdej katolickiej książeczce.

Wszystko to stanowi taką samą „zawszość”, o jakiej mówi rzecznik nazwisk dwojga – Ks. Paweł Rytel-Andrianik. A nawet lepszą.

Świat się zmienia, to i „zawszości” się zmieniają. I tu Cud Boski: spośród tych wszystkich „zawszości”, Kościół kat. co raz którąś porzuci – już nie są „zawsze i na zawsze”. Fakt, niemal wyłącznie porzuca pod przymusem niekościelnego świata, ale jakoś porzuca, usilnie je przy tym rozcieńczając.
Takie np. rzezie, szerzenie wiary mieczem, absolutny prymat praw kościelnych nad ludzkimi, sromotnie przegrywana walka z nauką więc zamieniana w lipną cnotę, a nawet – całkiem świeżo co prawda i prawie całkiem fałszywie, półgębkiem i przez maskę wyrażane werbalne deklaracje, że kler niekoniecznie powinien tak masowo gwałcić dzieci – wszystko to dowodzi tzw. elastyczności Kościoła kat. w sprawie wieczności tego, co tu na Ziemi. Z wiecznością tego co w niebie też są kłopoty, ale pozostańmy na Ziemi, tej Ziemi, którą nasz Święty Ojciec Święty tak umiłował.

Skoro mamy takiego fajnego Świętego, przypomnijmy jedną z jego „zawszości”, pod postacią „nigdości”: nigdy w Kościele kat. kobieta nie będzie kapłanem!
Tere-fere! Jak nie będzie, to nie będzie. To i Kościoła kat nie będzie, co niech mu będzie!

Wesołek-rzecznik powołuje się na samą Konstytucję! Znaczy, ceni sobie plugawe prawa stanowione, choć tylko Prawo Boże jest Słuszne i Prawdziwe. SiP, czyli PiS kroczący tyłem do przodu. Taki miazmat wydziela umiłowanie Konstytucji przez episkopat.
Wesołek ów miesza rzeczy i pojęcia, by mu było miło. Art. 70 Konstytucji stwierdza także, że nauka jest obowiązkowa do 18 roku życia. Ponieważ katecheza jest „przedmiotem szkolnym” oznacza to faktyczny przymus realizowania katolickiej indoktrynacji religijnej przez państwo na dzieciach i młodzieży. Wiedza o tym, że faktycznie szkoła będąca instytucją państwa jest podporządkowana Kościołowi kat., a dzieciaki (i rodzice też!) są miękko i twardo przymuszane do uczestniczenia w indoktrynacji i kościelnych ceremoniach w szkole, lub wyjściach w tym celu na zewnątrz, jest powszechna. Łamane są swobody i prawa obywateli oraz zasada świeckiego państwa, bo też i Polska nie jest żadnym świeckim państwem. Prawa negujące uroszczenia Kościoła kat. i równające ludzi, są jednak przez niego negowane, pomijane i przemilczane.

Rzecznik kręci i w tym: Rodzice płacący podatki maja prawo, żeby z tych podatków były utrzymywane lekcje religii.
W czasie, gdy Kościół kat robił wszystko, by Polsce wmusić indoktrynację religijną jako przedmiot szkolny, w czym wybitnie pomagali mu urzędnicy państwa (co pewnie kwalifikuje się do adekwatnie wyartykułowanej „zdrady dyplomatycznej” – jak uwielbiają to nazywać pisoidy wobec Tuska), tworzył wrażenie i gadał, że religia w szkole będzie darmo przez kler uczona. Gdy zaś religia została już skutecznie w edukację publiczną wbita, wyciągnęli – jak zawsze – subtelnie utrzymane rączki po pieniądze: płacić! Prawo nakazuje wynagradzać nauczyciela, więc go nie łamcie! Nasłani przez biskupa „nauczyciele” tyle mają wspólnego z nauczycielami, że nie muszą ani mieć porządnych nauczycielskich kwalifikacji, ani nie podlegają dyrekcji i kuratorium i dyrekcja nie może takim udawaczem dysponować, ani go zwolnić, bo o tym decyduje Kościół kat.

Kościół kat oficjalnie i obłudnie PRL przeklina (czy ktoś widział Kościół nieobłudny?), nieoficjalnie – wielbi. Jak wtedy państwo, tak teraz on sam prawo i głos obywateli traktuje wybiórczo. Religii nie było w szkołach (nie przez cały PRL, a co ciekawsze, była za PRL-u tego bardziej hardkorowego), państwo więc nie płaciło za indoktrynowanie Wszechmogącym i jego mordami w szkołach, ale Kościół kat był monopolistyczną siłą w obszarze niepaństwowym, miał wielki posłuch i miliony osłów. I świetnie sobie radził w wersji „ubogiej”, a ta ubogość także nie jest prawdą, a bardziej mitem. Teraz zaś robi kolejny ruch cerbera własnego uwłaszczenia się na Polsce i Polakach.

Jakżeż nieodrodna, zlepiona w jedną substancję z Kościołem kat. jest obłuda i krętactwo: to, czy obywatele w stu, czy może mniejszej ilości procentów mieliby ochotę na naukę chemii, fizyki, geografii, biologii w szkole, nijak się ma do wmuszonej w szkołę indoktrynacji religijnej. Te pierwsze przedmioty są świeckie i o-świe-ce-nio-we, naukowe, uniwersalne, nieindoktrynujące jakąkolwiek religią, a zajmujące się przede wszystkim faktami i wiedzą konieczną każdemu i każdemu społeczeństwu dzisiejszego świata. I świat – uniwersalnie – to akceptuje. Matematyki i chemii uczą i w USA i w Iranie, na Tajwanie, w Brazylii i w Czadzie.
Episkopat jednak każdym sposobem będzie mamił, że indoktrynacja, niemająca żadnej z cnót tychże przedmiotów, jest takim samym przedmiotem jak tamte. Niskie to, brudne, interesowne, niecnotliwe, ale taka jest istota tej mrocznej organizacji. Innej nie ma.

Kościół kat. ma swobodę otwierania, za swoje pieniądze i swój koszt operacyjny oraz swoich wyznawców, nawet z dotacją państwa, szkoły i inne zakłady edukacyjne. I robi to. Ale żąda od państwa i to ciągle jeszcze dostaje, by wszystkich, wszędzie i na koszt państwa edukować na katolików dewastując przy tym rozum i morale młodzieży. To porażanie młodych ludzi katechezą i cynizmem odbija się czkawką na tym przedsiębiorstwie zawodowej opresji. Zawziętość we wpychaniu w gardło społeczeństwa swoich obsesji i biznesów jest objawem rozpaczy prześladowców człowieka – nie mają lepszych sposobów, niż tłuc taranem w ludzkie głowy, grabiąc przy tym skarb państwa. Dobrym przykładem nie kuszą, bo nie chcą i nie umieją dawać dobrego przykładu, mimo że nieistniejący Jezus ponoć umiał – i nawet demonstrował.

Jakieś 25 lat temu, Glemp kardynał Józef oświadczył, że teraz finanse Kościoła powinny być jawne. Komuna bowiem zdechła, czas na normalność. Normalność Kościoła kat. polega na tym, że finanse państwa są dla biskupów normalnie otwarte, finanse biskupów dalej są nienormalne zamknięte tak dla państwa jak i wyznawców. Jest to drwina ze wszystkich, włącznie z wyznawcami, których biskupi w przypływie ochoty na dowcip lub pozbycie się odpowiedzialności nazywają „Kościołem”. Wyznawcy dlatego nimi są, żeby biskupi mogli z nich drwić. Zaś niewyznawcy, a wśród nich obowiązkowo ma być państwo, są od należnej egzekucji standardów rzetelności, uczciwości i równości od Kościoła kat.

Tanaka

5.01.2019
sobota

Sfera nieracjonalna

5 stycznia 2019, sobota,

Witajcie wszyscy na ateistycznym blogu w 2019 roku.
Dobra zmiana zadbała, abyśmy się w ubiegłym roku nie nudzili. Tematów do dyskusji nie zabrakło, o czym świadczyły ubiegłoroczne teksty naszych autorów.
I tak odkładałem to moje pisanie z chwili na chwilę, bo jakże to pisać o rzeczach jakby nieaktualnych,  mało obecnych i mało istotnych w naszym życiu . A za takie zawsze uważałem przesądy czy zabobony.

Cóż, nie ma chyba człowieka, nawet bardzo racjonalnie myślącego, który się z nimi nie spotkał. Przesądy głoszone w naszym otoczeniu, czasami nawet przez osoby bardzo bliskie. Wszak rodzina to  najlepsze i najszybsze źródło informacji z otoczenia, w tym tych najbardziej absurdalnych.

Osobiście jestem na nie odporny. Przynajmniej ja tak uważam. Nie reaguję strachem na widok czarnego kota przebiegającego mi drogę. Nie boję się 13-go, szczególnie tego piątkowego. Dawno temu przestałem bać się beboka* czyhającego w ciemnościach na dzieci, czy też utopka* łapiącego za nogi wchodzących do nieznanej wody i topiącego nieostrożnych wątpiących. 
Na wszelki wypadek nie przechodzę pod rozstawioną drabiną. Nie z powodu przesądu. To już wynik  osobistego doświadczenia. Widziałem spadającego  z wrzaskiem elektryka, kiedy źle postawiona na betonowej posadzce drabina, wyśliznęła mu się spod nóg. W pierwszych chwili nawet wesoło to wyglądało.

Chociaż – przyznam się – w latach 70-ch ub. wieku stosowałem się do zasady nierobienia sobie zdjęć przed lotami. W środowisku chodziła opinia, że takie zdjęcie mogło być ostatnim zrobionym za życia pilota. Była to bujda, a prawda bardzo prozaiczna. Ówczesna, socjalistyczna władza dbała o to, aby obywatele nie robili sobie fotek w zbyt wielu miejscach. Starsi blogowicze pamiętają pewno tabliczki z przekreślonym na czerwono aparatem fotograficznym. Wisiały sobie licznie na rozmaitych budynkach (np. dworce kolejowe, urzędy, komisariaty itp.) czy obiektach np. mostach i wiaduktach, że o jednostkach wojskowych nie wspomnę. Według tej władzy, fotografia lotnicza mogła pomóc wrogom Ojczyzny. Pilnowano więc, aby piloci nie wozili ze sobą aparatów fotograficznych. Lipny przesąd posłużył władzy do walki z potencjalnym szpiegostwem. Mam także inny dowód na nieprawdziwość takiego przesądu. Gdzieś tam w domu mam archiwalny egzemplarz „Skrzydlatej Polski”, gdzie na okładce czasopisma widnieję w kabinie szybowca Bocian wraz z moim uczniem. To było zdjęcie przedlotowe. I chociaż minęło prawie 40 lat, ja nadal żyję. Uczeń ,chyba też. Czyli to nie działa.

Cóż więc  sprowokowało mnie do napisania o przesądach? Wszystko przez radiowe wywiady z prominentami naszego życia politycznego. Otóż, pod koniec lipca ubiegłego roku,  szef centrali OPZZ przyznał się na antenie, że jest przesądny. Zrobił to w wywiadzie dla ogólnopolskiej stacji radiowej. Patrzcie, taka związkowa szycha, a wierzy w przesądy. Co mają robić zwykli ludzie, gdy ich przedstawiciele nie są wolni mentalnie.
W końcu, to i nasz obecny prezydent  Andrzej D . skutecznie łapał padającego na posadzkę Pana Boga, zamkniętego w hostii. Prawda to czy przesąd?

Nie czas teraz na szczegółowe rozważania. Zjawiska nadprzyrodzone to nie moja specjalność. Chociaż, gdybym kiedyś uległ siostrze mego ojca i poszedł do seminarium duchownego, czułbym się wysoce kompetentny do wyrażenia swej opinii. Ale wtedy nie aktywizowałbym się tym blogu.
Jako człowiek racjonalny, traktuję przesądy jako ciekawostkę życia społecznego. Ale znam jeden taki przypadek, który mógł się zakończyć poważnymi konsekwencjami. Fakt, było to dawno temu, a konkretnie jakieś 90 lat temu. A dotknęło mojego dziadka Ludwika, o którym pisałem w tekście o wyzwoleniu Podlesia Śląskiego.

Dziadek Ludwik był górnikiem. Od 1911 roku pracował na dole w kopalni „Wujek”. Jeszcze przed Wielką Wojną ożenił się w Podlesiu Śląskim i tam zamieszkał, aż do śmierci w latach 70-ch. Do pracy najczęściej chodził na piechotę, korzystając z kolei na dystansie Piotrowice-kopalnia.  Przystanek w Podlesiu Śląskim otwarto w 1927 roku. Całe zdarzenie miało miejsce jeszcze za starej Polski, ale przed otwarciem owego przystanku kolejowego. Kolej przez Podlesie Śl. przeprowadziła jeszcze poprzednia (cesarsko-niemiecka) władza.

A wyglądało tak. Pewnego letniego dnia, po całym Podlesiu rozeszła się wiadomość, przekazywana z  kobiecych ust  do ust, iż w okolicy pojawił się diabeł polujący na ludzkie dusze. Stugębna plotka mówiła, iż objawia się nieostrożnym mieszkańcom na łąkach pomiędzy Podlesiem, a Piotrowicami. Robi to zawsze po północy. Pojawia się pod postacią białego konia. Podawano nawet przykłady, kiedy kilku nieostrożnych Podlesian z trudem uszło przed czarnym. A potem oni zaklinali się na wszystkie świętości, że tylko szybka modlitwa i sprawne nogi pozwoliły im powrócić cało do domu.

Dziadek Ludwik był już wtedy racjonalnym trzydziesto-kilku latkiem, ojcem rodziny. I wyśmiewał przestrogi swojej Maryjki, przynoszącej mu do domu kolejne nowiny o czarcich wyczynach.  Jego żona – moja babka ze strony mamy – wiedziała, iż jej mąż tymi łąkami wraca z kopalni do domu. Kiedy to była  popołudniowa zmiana, ten powrót przez puste łąki odbywał się już po północy. 

Długo nic się nie działo. Ale pewnej księżycowej nocy… .  Wracający nocą dziadek doszedł spokojnie do owych łąk. Do domu został jakiś kilometr z małym haczykiem. Nagle, jego uszu doszły dziwne dźwięki. Coś lub ktoś wyraźnie stąpał po łące. Stąpanie było nieregularne. Ale zdecydowanie zbliżało się od tyłu. Słychać było także jego oddech. Głośny  i  wyraźnie nieludzki. Mimo całego racjonalizmu, dziadek poczuł się nieswojo. W pierwszej chwili chciał to zlekceważyć.  Dźwięki były jednak bardzo realne.
Odwrócił się. Jakieś dziesięć metrów od niego stał koń. Biały. Patrzał na dziadka świecącymi oczami. Wypisz wymaluj – Kusy z babskich opowieści. Dziadek poczuł dziwny ucisk w gardle. Przecież takie coś nie istnieje. On nie wierzył w takie historie. Wyśmiewał głosicieli. A teraz?  Stoi przed nim nieprawdopodobne. Stoi, patrzy się na człowieka. I dyszy. I nie wygląda na marę. Czyżby jednak… ? Uczucie braku oddechu narastało.
Nagle zjawa ruszyła w stronę dziadka. Jednak nie był to zwyczajny krok, a jakiś dziwny podskok.
Mara miała krótko spętane przednie nogi. Dziadek wyraźnie widział pęta. Ki czort? Od kiedy to Kusy miałby polować na dusze ze spętanymi nogami? Biały koń zatrzymał się tuż przy dziadku. Na głowie miał jakąś kolorową ozdobę.
I wtedy dziadek go rozpoznał. Piękne zwierzę. Koń z cygańskiego taboru, którego już wcześniej zauważył, chodząc do pracy. Z taboru, który jakiś czas wcześniej, rozłożył się na czasowy pobyt  po drugiej stronie kolejowego nasypu. I wtedy zrozumiał. Cyganie na noc  wypuszczali swoje konie na Podleskie łąki. A plotka o czarcie polującym na ludzkie dusze, skutecznie chroniła je przed ingerencją miejscowych gospodarzy. Przyznacie jednak, iż człowiek o słabszym sercu,  przestraszony takim spotkaniem mógłby zejść z tego świata. Dla dziadka skończyło się chwilą przestrachu. Racjonalnego.

Dzisiaj takie spotkanie z diabłem i to w godzinie duchów jest niemożliwe. Bo prawdziwych Cyganów poruszających się po kraju konnymi taborami już nie ma. Dzisiaj owi Cyganie szaleją po Polsce i Europie furami wyposażonymi w setki koni – mechanicznych. I nie pasą ich skrycie na łąkach. Tych łąk także już nie ma. Zostały zabudowane luksusowymi domkami przez pazernych na wolne tereny deweloperów.
Pozostały jednak przesądy, co potwierdził w radiowym wywiadzie szef OPZZ.

Najlepszego  w 2019 roku.

zak1953

 
1) Przesąd – objaw czyjejś wiary w magiczne, nadprzyrodzone związki między zjawiskami , w fatalną moc słów; zabobon.
2) Zabobon – wiara w tajemnicze, nadprzyrodzone związki między zjawiskami , w magiczną moc słów, przesąd; wykonywanie praktyk magicznych wypływających z tej wiary, opartych na przekonaniu o ich skuteczności. (Słownik języka polskiego PWN 1981, tom III R-Ż, s.887)
*Bebok, utopek (utopiec) – postacie ze śląskich opowieści, służące do dyscyplinowania dzieci.

31.12.2018
poniedziałek

Co będzie

31 grudnia 2018, poniedziałek,

Rok 2018 okazał się kolejnym pasmem coraz dłuższych sukcesów dla Polski i jej mieszkańców.
Poznaje się to po wszystkim, a przed jaką chwilą oznajmił to Publiczności Narodowej pewien narciarz o nazwisku Duda: pięćset plus to sukces światowy!
Tak jak zaczął wyliczankę sukcesów światowych, tak i skończył, bo dokańczać nie trzeba: ustąpił reumatyzm i Polak wstał z kolan.

Kto wstał z kolan, zaraz poczuł się godnie oraz dosyć wygodnie. Rozejrzał się i dojrzał, to i owo. Zobaczmy co dojrzał, bo dobrze jest widzieć i wiedzieć. Zwłaszcza jak się jest nad Wisłą, bo tu widać wszystko odwrotnie.

* Gospodarka wstała z kolan, a nawet podskakuje i jest nadwyżka budżetowa – 10 miliardów Czyja to zasługa? To zasługa Tuska! Nie, nie nie przesłyszeliście się: to zasługa Tuska, a nawet PSL-u.
Powstanie gospodarki z kolan poznaje się po tym, że Morawiecki ogłosił, że straszna podwyżka cen prądu już od jutra, to wina Tuska i PSL-u. W związku z tak straszną winą Tuska, Morawiecki wraz z resztą pisoidów oraz narciarzem Dudą, brawurową robinsonadą w ostatniej chwili zablokowali tą śmiertelnie groźną podwyżkę.
Jak winą Tuska jest to, co pisoidy robią lub czego nie robią od ponad 3 lat, to zasługa Tuska jest nadwyżka w budżecie 2018. Serio: z kryzysu roku 2008 i lat następnych Polska wyszła w miarę obronną ręką.

* Przypisanie sobie zasługi nie propagandowej a realnej, wymaga głębokich zmian w strukturze gospodarki. I rzeczywiście – państwowotwórcze pisoidy ogłosiły, ustami nadwiślańskiego Bonda w broszce pt.„Szydło, Bełata Szydło…”, że Polska nie będzie dłużej państwem magazynów, hurtowni i montowni, a państwem kompleksowej produkcji, od A do Z. W związku z tym, nadwiślański James Bond w broszce wywalił Airbusa z jego podłym „caracalem” z Polski. Po czym sam został wywalony. Ale nie za wywalenie Airbusa, o nie. Raczej za broszkę. Dzisiaj, jak się kogo spyta co to takiego Szydło, odpowiedź jest jasna: „proszę jeszcze raz powtórzyć pytanie…”

* W tym samym czasie nadwiślański Tarzan Morawiecki ogłosił, że już za lat parę nad Wisła jeździć będzie milion rodzimych i katolickich aut elektrycznych. Im bliżej do owej daty tym bardziej aut nie ma. By coś jednak było, firma Autosan, która życie zawdzięcza państwowej kroplówce z nadwyżki budżetu, odebrana właśnie została Polskiej Grupie Zbrojeniowej – autobus wojenny to wybitna konieczność, i wciśnięta innej firmie żyjącej z kieszeni obywatela, co robi prąd w elektrowniach – PGE. Kto się zna na pakowaniu węgla będącego Polską Racją Stanu do pieca w elektrowni, ten się musi znać na tym samym co Toyota, Nissan i jeszcze parę firm nienadwiślańskich: jak się robi elektryczne auto. Od tej chwili Pan Jezus już się zbliża, już puka do mych drzwi. Pukanie się w czoło na takie przypadki nie pomaga.

* Ministerstwo Obrony Narodowej jest od obrony Polski. Albo jakoś tak, ale powtarzam to na odpowiedzialność Jana Hartmana, bo sam nie mogę dojść do tego, od czego jest to ministerstwo. Ono samo stara się iść zgadującemu na rękę, więc właśnie ogłosiło wypuszczenie w polską przestrzeń miejsko-wiejską jakichś stu trumien w typie sarkofagu a pod nazwą „ławka”, z muzyczką i słuszną pogadanką patriotyczną w środku oraz niepodległością. Na stulecie Niepodległości.
Ministerstwo to ma wielkie trudności nie tylko i nie tyle z wypracowaniem jakiejś zbornej strategii obronno-wojennej oraz niewyrzucaniem najlepszych oficerów, nie tylko i nie tyle z zakupem helikopterów transportowych, okrętów nad i podwodnych zwłaszcza oraz nierobieniem wypadków ze skutkiem śmiertelnym wśród pilotów MiG-ów 29, ale ma ogromną trudność z zakupem łopatki w typie saperki. A ostatnia trudność jest należycie symboliczna dla onego ministerstwa: czy ktoś tu ma łopatkę? Bo nie da się powiedzieć – rozum.

* Nieustające sukcesy pięćset plus w polskiej dyplomacji światowej są powszechnie znane, czego dowodzi to, że nikt się z Polską już nie liczy jako z poważnym partnerem, a znany nad Wisłą Władimir Putin złożył życzenia noworoczne „przywódcom światowym” z uwzględnieniem Mołdawii, Kuby i Słowenii, ale pominął narciarza Dudę.
Tu pominięcie działa z precyzją winy Tuska: im mniej Putin zwraca na nas uwagę, tym większe nasze światowe znaczenie oraz większa groźba dla jego zamiarów.

Lista ta jest długa, jej składowe nieźle znane. Wszystko to jednak właściwie są drobiazgi, gdy patrzy się na to w izolacji i kończy wzruszeniem ramion. Te wykwity znamionują głęboki proces: regresu państwa i Polaków. Jeszcze nieukształtowane poczucie podmiotowości i obowiązku z nim związanego, a już cofanie się do stanu przedobywatelskiego. Negowanie Konstytucji – jedynej spisanej umowy społecznej, wprowadzanie ustaw z nią sprzecznych i zachowań ją odrzucających, zamienianie Trybunału Konstytucyjnego w ciało wasalne, sądów w przesądy podległe władzy, norm w objawienia rządu odpowiedzialnego nie przed parlamentem i obywatelami a przed prostym posłem z ławy głęboko skrzywionym, to powrót nie do żadnego PRL-u, jak nieodważeni publicyści sądzą, ale do stanu uświęconego: pana i chama. Protoobywatel niewolnikiem władzy to cel dążenia pisoidów i biskupow w jednym. Reszta to tło sprawy.

Jest taki obraz Paula Gaugina: Skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy?

Źródło: wikipedia

Z tej triady pytań nie znamy odpowiedzi na dwa pierwsze. Nie chcemy ani wiedzieć, ani na wiedzę się zgodzić, chętnie zaś oddajemy się rojeniom. Nie znając dwóch odpowiedzi nie możemy ani nadać kierunku zmierzaniu, ani się zorientować dokąd właściwie zmierzamy.
Czy prosty poseł z ławy i jego rząd mówią Polakom dokąd zmierzamy? Słyszymy wyjaśnienia dokąd, na jakiej podstawie i co nam to zagwarantuje?
Od polityków czegoś się spodziewajmy, inaczej oni nas urządzą o niczym nie uprzedzając. Ale czy oni sami wiedzą – dokąd? Odpowiedź jest jasna: nie wiedzą, choć w swoich rojeniach są tego pewni. Nie wie też tego Polak: ani skąd się wziął, ani kim jest, ani o co mu chodzi, może poza jednym – żeby było lepiej. Na czym to „lepiej” polega?

Telewizja PiS nadaje taki program: Wielki Test o… O tym, co pisoidom pasuje. Rok 2019 jest rokiem wielkiego testu. Polak zdaje Wielki Test o sobie. Będą wybory do parlamentu, będą decyzje do podjęcia. W takim stanie przygotowania, a może raczej nieprzygotowania w jakim się znajduje, będzie zdawał. Czy widzi, słyszy, rozumie, docenia powagę tego co się dzieje i długofalowych skutków? Czy jest podmiotem, czy przedmiotem obróbki i uzależnienia od władzy, niewolnikiem w pisowskim państwie przeciwobywatelskim?
Okaże się, już znacznie poważniej – bo wytwory państwa pisoidów mamy przed oczami – kim jest Polak, i o co mu chodzi. Będzie zdawał z siebie. Czy to będzie matura, czy całkiem co innego, w nadchodzącym roku dowiemy się.

W związku z Nowym Rokiem czegoś sobie życzmy. Ja życzę kontaktu ze sztuką. I z rzeczywistością.

Tanaka

25.12.2018
wtorek

Na dwa głosy: Święta ateistów i Opowieść wigilijna

25 grudnia 2018, wtorek,

Święta ateistów

 
Ze zdumieniem zauważyłam  już w połowie października czekoladowe figurynki Mikołaja i duże litery alfabetu w supermarkecie, przypominające o listopadowym przybyciu Sinterklaas no i o świętach. Komercyjna machina reklamowa rusza coraz wcześniej. W listopadzie pracuje już pełną parą. Dekoracje wystaw,oświetlenie ulic, natrętne reklamy no i nieznośnie wszechobecna świąteczna  muzyka, która prześladuje w każdym centrum handlowym. Zaczyna się odliczanie czasu, do grudnia,w którym w zatłoczonych sklepach  powinny padać rekordy wydawania pieniędzy na wszystko, co najczęściej jest niepotrzebne.

Przypominam sobie święta w domu rodzinnym,które oczywiście miały dla dziecka swój urok – bo choinka, prezenty, aromaty z kuchni.
Ale była druga strona medalu. Zapracowana mama w małej kuchni,ciągły pospiech, nerwowość, zniecierpliwienie i jakiś sprzeczki zmęczonych rodziców. Zawsze brakowało czasu, zawsze trzeba było jeszcze coś robić na ostatnią chwilę – bo przecież chodziło o 12 wigilijnych potraw!  (których jednak nikt do końca nie był w stanie spróbować,bo ileż można na raz zjeść ) Potem szybko mijały te dwa świąteczne dni, a do końca tygodnia zjadało się potrawy, których było o wiele za dużo i w sumie nie miało się już na nie ochoty.
Po nadmiernym ożywieniu przychodziło zmęczenie i ulga, że to już koniec. A to wszystko w imię bardzo naiwnej, starej legendy o gwieździe, stajence, żłobku i dziewicy, która urodziła syna…

W pewnym momencie w miarę dorastania postanowiłam sobie, że kiedyś we własnym domu wszystko będzie  wyglądało inaczej, bez gonitwy i zmęczenia. Udało mi się to zrealizować, ponieważ wyjechałam z Polski do kraju, w którym religia nie ma takiego wpływu na życie obywateli, jak w Polsce.
Oczywiście święta jako takie istnieją, patronuje im Kerstman, handel zarabia ile się tylko da, ale legenda o stajence jest obecna jedynie w bardzo nielicznych kościołach.

W kraju protestanckim nie obchodzi się wigilii,więc kobiety nie są zmuszone trzymać się tradycji organizowania wieczoru przeładowanego specjalnymi  potrawami. Nie ma jasełek w przedszkolach, nikt nie organizuje wigilii szkolnych. A wolne od pracy dni świąteczne nabrały od dawna świeckiego charakteru i dają możliwość  odpoczynku i spotkań w gronie rodzinnym lub przyjaciół. Odbywa się to często w restauracjach,co pozwala uniknąć gorączki przygotowywań kulinarnych. Otwarte teatry, sale koncertowe, kabarety, a w drugi dzień świąt nawet duże centra handlowe – oferują swoje usługi. W Holandii o wiele łatwiej jest przebrnąć przez ten czas, łatwiej też być ateistą.

Ale myślę, że i w Polsce można oderwać się od bardzo męczących tradycji świątecznych, szczególnie trudnych dla kobiet. Właśnie one mogą wiele zrobić w tym kierunku, stopniowo  wprowadzając w domach  zmiany i odchodząc od przymusowego rytuału, na korzyść odmiennego  organizowania tego czasu. Możliwości jest wiele.
Bo któż to w końcu powiedział, że koniecznie trzeba się spotykać przy rodzinnym stole właśnie w te dni ? Dlaczego trzeba sobie wtedy składać zdawkowe życzenia, brzmiące najczęściej płytko i nijako?Dlaczego kupować sobie wzajemnie jakieś drobiazgi, z którymi nie wiadomo co potem zrobić? Dlaczego objadać się i pić bez umiaru, a potem wsiadać do samochodów, powodując wiele wypadków.? Dlaczego zamiast przyjaźni i życzliwości tak często wybuchają wtedy rodzinne kłótnie… ??
Ci,którym zależy na tradycji świątecznej– niech ją sobie zachowają. Ale są inni, którzy chcieliby inaczej.
Niech więc wyzwolą się od tych męczących schematów – życzę im tego z całego serca.
Niech Wszystkim towarzyszy  prawdziwe ciepło i życzliwość, których  mamy  wokół tak mało.
 
basia.n
 
P.S. mam specjalne życzenia  dla kilku blogowiczów,których wymienię w kolejności alfabetycznej:
@ act,@Antonius,@Orteq,@Stachu39,@wujaszek wania,@wbocek
A dla Wszystkich mały muzyczny prezent

Vangelis – Mythodea Movment 6

* * *

Opowieść wigilijna : po drugiej stronie lustra

Wezwanie przyszło na wiosnę 1981. Od razu poczułem liczne dolegliwości, zwłaszcza w okolicy kręgosłupa. Nic lepszego nie udało mi się wymyślić. Dolegliwości zrobiły należyte wrażenie na komisji poborowej, po czym otrzymałem najwyższą kategorię zdrowotną oraz jednorazowy bilet do Kielc. W początkach maja zjawiłem się w Kieleckiej Brygadzie Łączności, aby odsłużyć swój przepisowy rok w służbie Ojczyzny. Było gorąco, dosłownie i w przenośni. Lato było piękne i słonce prażyło w czasie przemarszów z kompanijnego hotelowca do stołówki. Festiwal wolności nabierał przyspieszenia. Ze wschodu napływały pomrukiwania. W głowie obracałem pytanie, czy w czasie przysięgi wojskowej mam wymienić sojusz z Armią Czerwoną? Tak, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. W czasie przysięgi coś tam wymruczałem. Być może do dziś jestem sojusznikiem Rosji, na podobieństwo Antoniego Macierewicza?

Po trzymiesięcznym maszerowaniu, obsługiwaniu radiolinii, i składaniu kałasznikowa, nadeszło pytanie, w jaki sposób nie dać się wysłać do tak zwanego zielonego garnizonu? Mój ojciec wpadł na pomysł, wsiadł do samochodu, i w biurze przepustek Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Łączności w Zegrzu poprosił o rozmowę z zastępcą dowódcy do spraw kadrowych, którego nigdy wcześniej nie widział na oczy. Pan major wysłuchał pana profesora, po czym wysłał tak zwane „zapotrzebowanie” do brygady w Kielcach. Tym sposobem moja dalsza służba odbywała się w Zegrzu niedaleko rodzinnej Warszawy. Cała ta operacja nie spowodowała przekazania żadnych środków finansowych, co może się wydawać niepojęte z dzisiejszego punktu widzenia.

Praca, jak to praca. Była to pierwsza i ostatnia praca w mojej karierze, do której każdego dnia przychodziłem w krawacie i wyprasowanym garniturze. Pokazywałem przyszłym oficerom wojsk łączności, jak staczają się kulki po równi pochylej, jak się huśta wahadło, i pomagałem im zgłębiać tajniki elektromagnetyzmu. Robiłem dokładnie to, co młody fizyk robić powinien. Wczesnym popołudniem jechałem do Warszawy do domu, ubrany po cywilnemu.

Az w końcu przyszedł ten dzień. Wcześnie rano mama nastawiła radio na pełen regulator i tak się dowiedziałem. Stan wojenny? Co ja mam robić w takiej sytuacji? Od razu pojechałem na ulicę Mokotowską do siedziby regionu Mazowsze, żeby się czegoś dowiedzieć. ZOMO właśnie odjechało. Szyby wybite, w powietrzu gaz łzawiący, na ulicy sporo ludzi. Ktoś przytomny powiedział „chowamy sprzęt poligraficzny”. No, to do roboty. Pomagam wynosić, podjeżdżają samochody, wynosimy powielacze, samochody odjeżdżają w nieznanym kierunku. Po godzinie czy dwu zaczyna mi świtać, ze chyba właśnie robię coś bardzo głupiego. Jadę na Pragę, i po krótkim oczekiwaniu podążam do Zegrza autostopem. Wchodzę do jednostki, idę do budynku kompanii, i słyszę groźny tekst „Podchorąży, gdzie dotąd byliście, to jest dezercja, poniesiecie surowe konsekwencje nieobecności!”. Spokojnie odpowiadam: „Nie mogłem dojechać, spałem do południa, potem stałem i machałem na szosie, aż się ktoś zlitował.” (Mam pewność, ze sierżant nie ma pojęcia, co się dzieje za murami.) No, dobrze. Tu macie mundur polowy, tu macie karabin, tu jest trzydzieści sztuk ostrej amunicji. Odmaszerować.

Ciemno, mroźno, spokój, nic się nie dzieje. Na dziedzińcu stoi ażurowy maszt radiolinii. Wielki talerz anteny jest skierowany w kierunku Warszawy. Warczy generator prądotwórczy. Studentów Szkoły Oficerskiej gdzieś wywieziono. Na ich miejscach mieszka ROMO, czyli dojrzali mężczyźni, na oko czterdziestoletni, w niebieskawych polowych mundurach. Na ramionach naszywki „Milicja”. My podchorążowie patrzymy na nich w stołówce. Jedzą posiłki przy sąsiednich stolikach. Każdego dnia są wożeni autokarami gdzieś w kierunku Warszawy, gdzie podobno są jakieś strajki. Oficerowie polityczni coś nam o tych strajkach tłumaczą, ale nikt ich nie słucha, nawet oni sami.

W pokojach w naszym hotelowcu, tuz obok naszych pokojów, skoszarowani są pułkownicy, porucznicy, i zawodowi podoficerowie. Idąc korytarzem słyszę cichy szmer. Tutaj BBC, tam Głos Ameryki, a czasami nawet Wolna Europa. Wieczorami słuchają tego samego, co i ja. Też chcą wiedzieć, co się dzieje w kraju. Nikt nic nie zauważa, nikt nic nie słyszy. Nikt nie zadaje żadnych pytań. Nikt nie wie, co będzie dalej.
Patrole. Trzeba czymś zająć ten cały tłum wojskowych, którzy nie maja nic do robienia. Jest siarczysty mróz. Przemierzamy nasz szlak bojowy od bramy jednostki, na dół przez osiedle, aż nad brzeg jeziora, gdzie stoi garnizonowa kotłownia. Ogrzewa całą jednostkę. Wchodzimy do kotłowni całym patrolem: major, porucznik, sierżant albo plutonowy, podchorąży czyli ja, oraz ze dwu żołnierzy służby zasadniczej. Z całej grupy oni są najlepiej uzbrojeni. Mają po trzy pełne magazynki, a ja tylko jeden. O zawodowych wojskowych szkoda nawet gadać. Mają tylko pistolety. Wchodzimy do kotłowni i dowódca patrolu pyta „Pali się?” „Ano się pali” – odpowiadają palacze. „A dobrze się pali?” „A dobrze, nie można narzekać.” Chodzi o to, żeby zostać w cieple jak najdłużej. Po kilku minutach wychodzimy. Garnizonowa kotłownia jest najczujniej chronionym obiektem militarnym w Zegrzu. Tak było aż do nadejścia odwilży.

Most przez Bugo-Narew. Przy wjeździe na most rozstawiony został namiot albo może dwa. Koło namiotu krzyżaki zbite z desek i oplecione drutem kolczastym. Na wypadek, gdyby przyszło zablokować szosę, żeby nie mogły przejechać samochody. Koksownik, przy nim zmarznięci żołnierze. Skład podobny, jak na patrolu. Dość szybko nauczyłem się rozpalać koksownik i do dzisiaj wiem, że wcale nie jest łatwo utrzymać go w stanie rozżarzonym. Zimno jak diabli, i prawdę mówiąc nudno. „Teraz zatrzymujemy czerwone.” – rozkazuje dowódca przyczółka. Zbliża się czerwony samochód. Macham lizakiem, samochód się zatrzymuje, opuszcza się szyba. Nie muszę nawet prosić o dowód. Otwieram na stronie ze zdjęciem. Oddaję bez czytania nazwiska. Na pewno nie „Bujak”, a nawet jeśli tak, to na pewno nie ten. „Bagażnik poproszę.” Kierowca otwiera, w środku jakieś części. Może to części do powielacza? Ale skąd mam wiedzieć, jak jest zbudowany powielacz? Części do kałasznikowa poznałbym od razu, ale te wyglądają jakoś inaczej. Nie będę studiował konstrukcji tego urządzenia. A może w bagażniku jest bibuła? Na odprawie kazali szukać bibuły w bagażnikach. Rzeczywiście, leżą jakieś gazety. Ale skąd mam wiedzieć, czy to bibuła, jeżeli bibuły nam nie pokazano? Gdyby pokazano, to pewnie bym sobie przypomniał, że w moim pokoju w Warszawie mam tego ze dwadzieścia kilogramów. Mógłbym nawet trochę przywieźć dla podratowania statystyki. Ale jak tu szukać czegoś, co nawet nie wiadomo, jak wygląda? „Proszę zamknąć bagażnik” – instruuję kierowcę. „Nie ma niczego w bagażniku” – rzucam w stronę majora. „W porządku, niech jedzie” – mówi major, nie oddalając się od koksownika. Jest stanowczo za zimno na osobiste kontrolowanie.

Zbliża się wieczór wigilijny. Karpie przywieziono. Czekają w wiadrach i w miskach w koszarowym sklepiku. (W socjalizmie każdy większy zakład miał taki sklepik, i koszary też go miały.) Mało kto kupuje, bo żołnierze zawodowi nie idą na noc do domów. Cywilni pracownicy dydaktyczni są na przymusowym urlopie. Jest wczesne popołudnie. Mijam sklepik. Przed sklepikiem karpie. W środku nikogo poza sprzedawczynią. Przystojna, więc się do niej uśmiecham. Ona pyta z nadzieją: „Może pan coś kupi?”. Kupię, czemu nie. Ten, i ten, i może jeszcze ten. Przekładam karabin na drugie ramię, płacę, i wychodzę z dwiema plastikowymi torbami. W torbach karpie. Ruszają się, bo są jeszcze żywe.

W tył zwrot. Idę na mój wydział, pukam do biura dziekana. Proszę wejść. Obywatelu pułkowniku, mam problem. Problem się rusza, więc nie muszę więcej wyjaśniać. „Chciałbym zawieźć rodzinie.” Pułkownik blednie. „Podchorąży, nie macie przepustki.” Spokojnie mówię: „Mam. Nikt nam nie unieważnił. Widocznie zapomnieli.” „Ale nie macie ubrania cywilnego.” „Mam ubranie cywilne, bo przyjechałem po cywilnemu.” Cisza. „A co zrobicie z karabinem?” Na to ja, bez chwili namysłu i najzupełniej poważnie: „Zostawię pod łóżkiem w hotelowcu”.
To go przekonało. „Dajcie mi ten karabin, magazynek, i ładownicę.” Podałem, on wziął, i schował do szafy pancernej w tyle gabinetu. Zasalutowałem, odwróciłem się energicznie, i zza pleców usłyszałem cichy głos: „Nie dajcie się złapać, podchorąży.”
Po pól godzinie, po cywilnemu, z karpiami w torbach mknąłem autostopem w kierunku Warszawy. Saska Kępa, puk, puk. Rodzina w komplecie. Radość. Karpie poszły na patelnię. Kolacja wigilijna, jakby nie było stanu wojennego. Wcześnie rano znowu do Zegrza, znowu autostopem. Przepustka, jakby nigdy nic. Barani wzrok moich kolegów podchorążych w biurze przepustek przy bramie. Pól godziny później, w mundurze polowym, melduję się u pułkownika. „Obywatelu pułkowniku. Rodzina pozdrawia i dziękuje. Ja też bardzo panu dziękuję.” Spokojna odpowiedz pułkownika: „Tu macie karabin.”

Gdyby mnie złapano, to pułkownik mógł mieć nieprzyjemności. Nie mógłby się wyprzeć karabinu w swojej szafie. A jednak zaryzykował. Nie miał z tego nic, poza dobrym uczynkiem, który niech mu będzie zapisany w niebie. Chciałbym mu podziękować, ale po tylu latach nie pamiętam jego nazwiska.

Wszystkie opisane tu wydarzenia są prawdziwe. Nic nie zmyśliłem. Moja rodzina do dziś pamięta tę Wigilię stanu wojennego. A ja do dziś pamiętam, jak stałem przy koksowniku. Stałem, marzłem ja i koledzy, marzli także żołnierze służby zawodowej od majora do podoficera. Staliśmy tak solidarnie, choć nie można powiedzieć, że staliśmy z własnej woli. Nie zadawałem pytań ani im, ani sobie, po co było to stanie. Widocznie w wojsku tak musi być. Jedni każą stać, a drudzy stoją na mrozie. Może czekaliśmy na robotników z Żerania, którzy mieli przyjść piechotą i zdobyć przyczółek? A może zaatakować kotłownię kilofami? A może ukraść trochę wody z jeziora zamarzniętego na kość? Staliśmy tak i czekaliśmy przy moście nie wiadomo na co, a razem z nami czekało kilkaset tysięcy żołnierzy na innych mostach, stacjach kolejowych, lotniskach, tunelach, skrzyżowaniach, stacjach telewizyjnych, i zakładach pracy. Czekaliśmy na kogoś, kto nigdy nie przyszedł. Nikt nam nie powiedział, na kogo czekamy.
Wiele lat później zacząłem podejrzewać, że ten ktoś wtedy nie przyszedł właśnie dlatego, że myśmy na niego czekali.

narciarz2