Górniczy stan…

Początek grudnia na Górnym Śląsku, od kiedy pamiętam, oznaczał świętowanie. Przygotowania zaczynały się przynajmniej kilka dni wcześniej. 4 grudnia – w dzień świętej Barbary – mieliśmy kulminację obchodów Dnia Górnika.

Węglowi górnicy, odświętnie ubrani w galowe mundury, brylowali w okolicznych miastach i miejscowościach Górnego Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego. Ordery i medale dzwoniące na piersiach pokazywały znaczenie, jakie władza centralna przywiązywała do ich pracy. W czasach komuny prasa zamieszczała sążniste artykuły o górniczym trudzie i publikowała wykazy odznaczonych orderem Sztandaru Pracy albo różnymi odmianami Orderu Odrodzenia Polski. Różnej klasy Krzyże Zasługi jako masówka były podawane już tylko zbiorczo.

Każdego roku najwyżej odznaczeni spotykali się na uroczystej akademii centralnej z udziałem władz państwa i partii. W świetle reflektorów, w obecności kamer TV hajerzy odbierali ordery. A potem wysłuchiwali poświęconego im koncertu zespołu pieśni i tańca „Śląsk”. Czasami zaszczycał ich zespół „Mazowsze”. A do tego występy elity polskich artystów. Po akademii był czas na wspólną z władzą biesiadę.

Tak kiedyś było.

Dzisiaj górnictwo węglowe nie ma już dobrej prasy. Przodująca kiedyś grupa zawodowa kierowniczej klasy robotniczej raczej przyprawia władzę o ból głowy, aniżeli daje powody do dumy. Jednak władza ma świadomość określonych możliwości tego środowiska – możliwości destrukcyjnych, które jej poprzednicy zdążyli poznać na swej skórze.

Od czasu przemian ustrojowych rola tego środowiska stale maleje. Górnicy odczuwają zmiany. I mają problem z przyswojeniem ich sobie. Działania każdej kolejnej władzy także im w tym nie pomagają. Raczej stwarzają dodatkowy mętlik w ich głowach, nienawykłych do rozwiązywania społecznych i gospodarczych problemów skali makro.

Mamy jakieś dziwne „szczęście” do kwalifikacji zawodowych naszych obecnych elit politycznych. Politycy szczebla centralnego wyraźnie nie radzą sobie z problemami zarządzania państwem w warunkach przywróconego w Polsce kapitalizmu. Mało który polityk posiada odpowiednie merytoryczne wykształcenie i doświadczenie biznesowe, szczególnie w dużym prywatnym biznesie. Bardzo mało jest również biznesmenów z sukcesami, którzy poszli w politykę.

Chwalenie się pracą na kierowniczych stanowiskach w spółkach skarbu państwa raczej zakrawa na kpinę, bo po zniesieniu konkursów na stanowiska w tym segmencie gospodarki większość angaży pochodzi z politycznej nominacji. Decydenci nie pytają kandydatów o kwalifikacje. Decyduje głównie polityczna przydatność i przysłowiowa wierność wobec środowiska partyjnego.

Górnictwo także zostało dotknięte tym problemem. Nie będę się szerzej rozpisywać na ten temat. Wspomniał o nim na sąsiednim blogu red. Jan Dziadul, przedstawiając sylwetkę rzuconego niedawno na górnictwo węgla Piotra Pyzika. Zadałem sobie trochę trudu i sprawdziłem na swoje potrzeby biogram owego zarządcy. I z lekka zmartwiałem. Bo ów niemłody już politykier z humanistycznym licencjatem zdaje mi się idealnym kandydatem do rzucenia go w przyszłości na pastwę losu, a właściwie w ręce wkurzonych stałymi porażkami górników węgla kamiennego.

Kiedy po maturze w 1972 r. wybierałem studia górnicze na Politechnice Śląskiej w Gliwicach, w moich rodzinnych Katowicach (a właściwie pod nimi) fedrowało siedem kopalń węgla kamiennego: „Katowice”, „Gottwald”, „Kleofas”, „Wujek”, „Staszic”, „Wieczorek” i „Boże Dary”.

Oczywiście, jak większość młodych ludzi miałem bardzo blade pojęcie o zawodzie, jaki planowałem wykonywać. Miałem w rodzinie górników i wydawało mi się, że to dobry wybór. Dziadek Ludwik (ojciec mamy)  od 1911 r. fedrował na kopalni „Oheim”, obecnie „Wujek”. Pracował „na dole” przez 46 lat, zanim poszedł na emeryturę. W czasach II RP został sztygarem. Kiedy bywałem u niego z rodzinną wizytą, zawsze z ciekawością i pewną dziecięcą nabożnością oglądałem ozdobny dyplom, jaki otrzymał w 1936 r., w jubileusz 25-lecia pracy na kopalni. Dyplom był szczególny. Przypominał tableau, jakie otrzymują absolwenci szkół średnich, bo opatrzony był fotografiami ścisłego kierownictwa kopalni oraz centralnie większą fotografią jubilata. Powyżej odpowiednia formuła opisująca rodzaj jubileuszu i życzenia kierownictwa dla fetowanego sztygara. I to wszystko opatrzone oryginalnymi podpisami dyrektora kopalni i jego zastępców. Pamiątkowy dyplom robił na mnie ogromne wrażenie.

A jednak o swej pracy dziadek mówił bardzo mało. Wiem, że kiedy wracał po szychcie, temat był w domu zamknięty. Dziadek wolny czas poświęcał ogrodowi z sadem, jaki od podstaw stworzył po ślubie z babką. Posadzone tam drzewa owocowe były jego oczkiem w głowie. W ten sposób uciekał od tematu kopalni, która dawała mu niezłe utrzymanie. Lepszym źródłem informacji okazała się babka oraz starszy brat mamy, który także podjął pracę na dole na „Wujku”. Onkel Paweł w czasie grudniowych zdarzeń 1981 r. nadal tam pracował. Był na kopalni w czasie strajku górników i był świadkiem wydarzeń 16 grudnia 1981 r.

To dziadkowe milczenie zrozumiałem dopiero po przyjęciu na studia, które rozpoczęliśmy dwumiesięcznymi praktykami pod ziemią. Jako katowiczanin trafiłem wraz z klasowym kolegą z LO na kopalnię „Kleofas”. Mieliśmy okazję poznać pracę najważniejszych działów kopalnianego dołu. Bardzo często z łopatą w ręku pomagaliśmy przy rozmaitych pracach. Byliśmy też wykorzystywani do odwracania uwagi pracowników mających problemy z dyscypliną, szczególnie palaczami, którzy pod ziemią popalali, co było bardzo poważnym wykroczeniem w metanowych kopalniach. Studenci robili na dole szum, a w tym czasie sztygar-opiekun łapał delikwenta na gorącym uczynku.

Nie zostałem inżynierem górniczym. Podziemne praktyki sztygarskie otworzyły mi oczy na specyfikę pracy w tym zawodzie. Aby się upewnić, że mam rację, po pierwszym roku studiów wziąłem urlop i zatrudniłem się w oddziale wydobywczym kopalni „Wujek”. Prawie rok fedrowałem na poziomie 680 m pod katowickimi Panewnikami.

W tamtym czasie pracowało się sześć dni w tygodniu w wymiarze 46 godzin. Kopalnia pracowała na trzy zmiany: poranną, popołudniową i nocną. Zmiany dzienne fedrowały węgiel, zmiana nocna wykonywała wszystkie prace przygotowawcze do eksploatacji dziennej: zabudowywano pola wydobywcze stałymi stojakami, przestawiano transportery zgrzebłowe Samson tuż pod ścianę węgla.

To był czas młodego jeszcze Gierka w polityce. Po okresie Gomułki miało być lepiej. Gierek zwrócił się do społeczeństwa z wezwaniem o pomoc w realizacji tego planu. Dlatego na kopalniach wszyscy gonili z wydobyciem. Węgiel był wtedy podstawowym polskim surowcem eksportowym. Wydobycie zdecydowanie rosło i zbliżało się do 200 mln ton rocznie.

I widać było czasami próby chodzenia na skróty, co różnie się kończyło. Takim skutkiem był zawał w 120-metrowej ścianie węgla. Uratowało nas opanowanie kierownika oddziału. Potrafił zmobilizować uciekających z walącej się ściany górników do szybkiego zabudowania większej ilości stojaków, które powstrzymały powiększanie się strefy zawału.

Pewnego dnia bryła kamienia ze stropu zabiła górnika z naszego oddziału. Kierownik do czasu wyjaśnienia sprawy przez inspektorów Okręgowego Urzędu Górniczego został zawieszony w obowiązkach. To był ostatni czynnik, który zaważył na mojej decyzji. Nie wróciłem na politechnikę. Znalazłem sobie interesujący kierunek na uniwersytecie.

Górnictwu węglowemu kibicowałem już tylko jako obserwator. Studiując, dorabiałem pisaniem w związkowym dwutygodniku „Górnik”. Na potrzeby kilku cykli tematycznych odwiedziłem większość śląskich i zagłębiowskich kopalń. Zdobyte doświadczenie owocowało i pozwoliło mi unikać pisania głupot o pracy ludzi i działalności kopalń.

Nigdy nie żałowałem decyzji o rezygnacji z zawodu górniczego, chociaż po 1981 r. praca w górnictwie dla wielu osób zyskała na atrakcyjności związanej z możliwością przejścia na emeryturę po przepracowaniu 25 lat pod ziemią. A kwota tej emerytury nie jest zależna od wielkości odprowadzonych do ZUS składek.

Spora grupa obecnych górników jest przekonana, że ten przywilej mają „od zawsze”. Wielokrotnie zdarzyło mi się rozmawiać z takimi młodymi emerytami, którzy starali się mnie przekonać, że tak było zawsze. Z ich świadomości wyparowała informacja, iż to rząd gen. Jaruzelskiego przeforsował zmianę w przepisach. A wszystko po to, aby kupić sobie spokój. Na próżno. Górnicy pomogli upaść rządowi generała.

Po zmianach ustrojowych przywileju emerytalnego bronili jak niepodległości. Tyle że w warunkach kapitalistycznych okazało się, że coraz trudniej sprzedać z korzyścią węgiel kamienny.

Z powodu wyeksploatowania wszystkich płytszych złóż trzeba było schodzić coraz głębiej pod ziemię. 1000 m przestała być rzadkością. A im głębiej, tym trudniej i tym drożej wydobywa się każdą tonę. Okazało się, iż  sztuka nie polega już tylko na wydobyciu. Sztuką stało się korzystne sprzedanie drogiego w wydobyciu węgla.

W czasach II RP, gdy spora część polskich kopalń znajdowała się w prywatnych rękach, kierownictwo na problemy ze sprzedażą reagowało redukcją zatrudnienia. W obecnej tzw. III RP górnictwo pozostało w rękach państwowych. Jednak zarządzający skarbem państwa politycy nie są w stanie radzić sobie z płynnością cen i zmiennością zapotrzebowania na rynkach światowych.

Wyjściem z sytuacji okazało się zamykanie najbardziej deficytowych kopalń i przenoszenie załóg do innych zakładów. Paradoksalnie wcześniejsze emerytury pozwoliły zmniejszyć zatrudnienie w branży.

Władze opracowały także program odejść z górnictwa. Chętni pobrali sowite odprawy, które wydali w różny sposób. Jedni zainwestowali w small-biznesy. Inni wydali na zachcianki, przejadając szybko relatywnie spore jak na polskie warunki kwoty. A potem zostali z rękami w nocniku.

Odnoszę nieodparte wrażenie, iż rządzącym zabrakło konsekwencji i zwyczajnej wyobraźni w realizacji opracowanych programów. Przedstawiciele rządzącego obecnie ugrupowania głośno zamanifestowali przywiązanie do krajowego węgla, którego mamy ponoć jeszcze na 200 lat. I który zamierzają wykorzystać do końca. Tak przynajmniej szepcą w uszy swego elektoratu.

Dodatkowo mają problem ze zrozumieniem światowych i unijnych trendów w branży surowców energetycznych w świetle rosnących zagrożeń ekologicznych. A unijne programy przewidują wygaszanie wydobycia i likwidację energetyki węglowej. Polski rząd staje w poprzek tym programom. I robi polskim górnikom przysłowiową wodę z mózgu.

Tegoroczna Barbórka dzięki kolejnej – czwartej – fali covidowej nie będzie miała zbiorowych i głośnych oficjalnych obchodów Dnia Górnika. To zapewni rządzącym chwilowy spokój i czas na odwrócenie uwagi od rosnących problemów. Najwyższa w Unii inflacja, gwałtownie rosnące ceny energii elektrycznej, ciepła, wywozu i utylizacji odpadów oraz czynszów zapowiadają wiele ciekawych wydarzeń.

Być może jeszcze w tym roku węglowi górnicy pojadą do Warszawy, aby wyegzekwować od rządu dodatkowe pieniądze na podwyżki i rekompensaty inflacyjne, których Polska Grupa Górnicza nie posiada. Według specjalistów PGG jest faktycznym bankrutem – w przeciwieństwie do Lubelskiego Węgla, który radzi sobie dużo lepiej.

Minister Jacek Sasin stara się robić dobrą minę do złej gry. Na razie rzucił na odcinek górniczy wiceministra aktywów w osobie licencjata Piotra Pyzika. Pan Pyzik ma też jakoś spacyfikować żądania wypłaty dotacji dla górnictwa bez zgody Komisji Europejskiej.

Czyli będzie ciekawie. Na szczęście dla Sasina dobrze się dzieje w górnictwie miedziowym. KGHM rozpoczyna budowę kopalni miedzi Głogów Głęboki 1340 m.

Mamy Dzień Górnika 2021. Na obchodach zawsze śpiewano: Górniczy Stan niech żyje nam. Niech żyje nam Górniczy Stan.

Czy jako obywatele nadal mamy powody do takich słów? Nie odpowiem…

zak1953