Pominięta rocznica…

20 marca 1921 r. Górnoślązacy – głosami 59:41 – zagłosowali za pozostaniem w ramach państwa niemieckiego. A przecież Polska tyle zrobiła, aby pokojowo, na dyplomatycznej drodze, zapewnić ludowi śląskiemu swą nową, superdemokratyczną konstytucję z 17 marca. Marcowy plebiscyt okazał się dla władz w Warszawie wielkim rozczarowaniem. Planowane uroczyste Te Deum laudamus trzeba było odłożyć na później.

Tak zakończyłem mój poprzedni tekst przypominający stulecie plebiscytu na Górnym Śląsku.

Gdyby w tamtym czasie demokracja była zwyczajowym sposobem załatwiania spraw, Ślązacy już 21 marca 1921 r. mogliby odetchnąć z ulgą, kończąc polityczno-wojskowy maraton, z jakim mieli do czynienia od lata 1919 r., kiedy to rozpoczęły się rozmaite działania wokół państwowej przynależności ziemi moich przodków. Dotychczasowe władze powróciłyby na swe urzędy i życie potoczyłoby się swoim tokiem. Fakt niezaprzeczalny – Górny Śląsk byłby wtedy nadal rządzony z Berlina, chociaż nie byłoby to już Cesarstwo Niemieckie, a Republika Weimarska, która zastąpiła przegrane, upadłe cesarstwo, którego władca Wilhelm II po abdykacji osiadł w Holandii.

Tak się nie stało. Wynik górnośląskiego plebiscytu nie satysfakcjonował władz w Warszawie. Głęboko rozczarował także polityków francuskich, inspiratorów całego zamieszania. I trudno im się dziwić. Bo z wyjątkowo prostej, wydawałoby się, sprawy zrobił się problem możliwy do rozwiązania wyłącznie drogą siłową.

Kalkulacje Paryża i Warszawy na bezkrwawe przejęcie Górnego Śląska wzięły w łeb za sprawą brytyjskiego sprzeciwu jeszcze z 1919 r., kiedy Brytyjczycy poczuli się zagrożeni francuskimi planami na Europę i świat po Wielkiej Wojnie. Stąd zwycięskie mocarstwa podjęły decyzje o przeprowadzeniu plebiscytów w kilku newralgicznych ówcześnie miejscach. Wynik górnośląski uzmysłowił zainteresowanym górnośląską kasą, że bez rozgrywki zbrojnej się nie obejdzie, bo ewentualny podział Górnego Śląska podług wyników głosowania zapewniłby Polsce dodatkowe ziemie rolne, których odrodzona Polska i tak miała w nadmiarze. Natomiast przemysł – skupiony w miastach, które opowiedziały się za pozostaniem w dotychczasowej strukturze – nadal pracowałby dla Niemiec.

A to byłaby głównie porażka Francji – polityczna i finansowa. Francja, która na sojuszu z carską Rosją straciła spore pieniądze i oddanego sojusznika, postawiła na odrodzoną Polskę. Rzeczpospolita po odparciu bolszewickiego zagrożenia z 1920 r. wydawała się dobrym kandydatem do rozgrywania Niemiec. Polacy golcy okazali się wysoce chętni do przyjęcia pomocy finansowej i materiałowo-technicznej w postaci francuskiego uzbrojenia. A pamiętamy, iż tzw. Błękitna Armia Józefa Hallera przybyła do ojczyzny z pełnym francuskim wyposażeniem, które przydało się w wojnie z bolszewikami i opanowaniu Wileńszczyzny w 1920 r.

Jeszcze przed plebiscytem władze polskie podpisały z Francją tajną umowę o współpracy wojskowej i współdziałaniu przy rozbiorze terytorium Niemiec. Porozumienie zapewniło stronie polskiej pełne finansowanie wszelkich poczynań skierowanych na oderwanie Górnego Śląska. Wojciech Korfanty starał się działać na forum politycznym, zapewniając polskim władzom wojskowym czas na przygotowanie działań zbrojnych, które formalnie miałyby być zrywem zbrojnym śląskiej ludności, jakoby niepogodzonej z wynikiem marcowego rozstrzygnięcia.

Sześć tygodni po marcowym plebiscycie – w nocy z 2 na 3 maja 1921 r. – rozpoczęły się działania zbrojne. Do historii przeszły pod nazwą trzeciego powstania śląskiego (tak przynajmniej nazywa się te działania w polskiej narracji historycznej). Aby zachować pozory śląskości owego zrywu, Korfanty ogłosił się dyktatorem powstania i mając za dowódcę sił powstańczych Wielkopolanina hrabiego mjra Macieja Mielżyńskiego. Skuteczność miała zapewnić zakrojona na szeroką skalę akcja dywersyjna w głębi terytorium plebiscytowego. Nosiła wymowną nazwę: „Mosty”. Jej zadaniem było przecięcie szlaków komunikacyjnych, którymi na front powstania mogłyby przybyć zmobilizowane siły niemieckie, aby stawić opór stronie polskiej. Grupą dywersyjną, liczącą 46 osób, kierował polski oficer kpt. Tadeusz Puszczyński, występujący pod pseudonimem „Konrad Wawelberg”. Ludzie „Wawelberga” wysadzili siedem mostów. Jako ciekawostkę można przypomnieć udział w tej grupie por. Stanisława Baczyńskiego, ojca Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, poety poległego w powstaniu warszawskim 1944 r.

Nie będę szczegółowo opisywał działań powstańczych. Literatura tematu jest dosyć dobrze znana i obszerna w zakresie polskiej narracji. Chętni bez problemu znajdą liczne opracowania majowych działań zbrojnych.

Warto tylko przypomnieć, iż do 7 maja 1921 r. oddziały powstańcze zajęły tereny plebiscytowe do tzw. linii Korfantego. Szybkie postępy wynikały z usunięcia z terenu plebiscytowego wojsk niemieckich. Strona polska zajęła Kędzierzyn oraz Górę św. Anny – znane miejsce kultu religijnego. I gdyby nie mobilizacja sił niemieckich, które po pierwotnym zaskoczeniu ruszyły do odbicia zajętych obszarów, polski zysk terytorialny byłby zgodny z planem Korfantego i Francuzów. I chociaż Niemcy – a konkretnie głównie Bawarczycy – ustępowali polskim powstańcom ilością zbrojnych, skutecznie zaczęli wypychać agresorów.

W efekcie Korfanty musiał prosić o pomoc sojusznicze siły rozjemcze nadzorujące obszar plebiscytowy. Gdyby nie francuska interwencja na szczeblu rządowym, mogłoby się okazać, iż III powstanie zakończyło się wycofaniem sił powstańczych za oficjalną granicę z Polską. Francuzi, grożąc Niemcom interwencją wojskową, zmusili ich siły do zatrzymania się. Jednocześnie siły francusko-brytyjsko-włoskie rozdzieliły siły walczących stron na miejscu – na Śląsku.

5 lipca 1921 r. zaczął obowiązywać formalny rozejm. Większość powstańców zdała broń i powróciła do domów. Do pracy zabrali się politycy. Oczywiście, czynili to z należnym sobie ceremoniałem i tempem.

12 października 1921 r. w genewskim hotelu przy Quai du Mont Blanc z widokiem na Jezioro Genewskie grupa wyznaczonych przez Ligę Narodów fachowców od polityki ogłosiła wynik prac nad wyznaczeniem nowych granic, dzieląc zwartą dotąd strukturę Górnego Śląska na dwie części: zachodnią należącą nadal do Niemiec i wschodnią, która przypadła Rzeczpospolitej. Przebieg tej granicy czasami w sposób niesamowity dzielił miejscowości i szlaki komunikacyjne. Tak ustalona granica stała się do czasu wybuchu II wojny przyczyną wielu zadrażnień w stosunkach polsko-niemieckich.

20 października 1921 r. Rada Ambasadorów zaakceptowała decyzję Rady Ligi Narodów. Podział Górnego Śląska stał się faktem. Republika Weimarska musiała odstąpić duże obszary powiatu lublinieckiego (cały południowy wschód), spore obszary powiatu tarnogórskiego z ich najcenniejszymi uprzemysłowionymi terenami, znaczną część powiatu bytomskiego, południową część powiatu zabrzańskiego oraz raciborskiego. W całości Polska otrzymała powiaty katowicki, chorzowski, pszczyński i rybnicki.

Decyzją z 20 października 1921 r. przynależność państwową zmienił obszar o powierzchni 32 tys. km kw. Choć to zaledwie 33 proc. obszaru plebiscytowego z ok. 1 mln mieszkańców (42 proc. ludności), to przyznane Polsce tereny objęły 76 proc. kopalń węgla, 50 proc. koksowni, 82 proc. kopalń rud cynku, 50 proc. hut żelaza i praktycznie wszystkie kopalnie rud żelaza.

Sto lat temu odrodzona Polska otrzymała ogromny majątek, do którego powstania nie przyłożyła ręki ani nie wydała nań jednej marki polskiej. Za polskie działania w kierunku pozyskania tego majątku zapłacili z góry Francuzi.

Realizując postanowienia polsko-francuskiego porozumienia z 1 marca 1921 r., 25 lutego 1922 r. powołano zatem przyrzeczoną sobie wcześniej francusko-polską spółkę „Skarboferm”, która błyskawicznie zaczęła eksploatację zdobycznego majątku. „Skarboferm” stał się największą w Polsce firmą węglową, która stała za budową portu w Gdyni, aby sprawnie ekspediować wydobyty z kopalń węgiel. Udziałowcami „Skarbofermu” zostali po połowie polski Skarb Państwa i francuscy przedsiębiorcy skupieni w Société de Gestion d’Intérêts à l’Etranger. Połowę kapitału zakładowego wpłacili Francuzi, natomiast drugą połowę… również Francuzi, w formie pożyczki do zwrotu przez Polskę. Polacy oddali szybko, już w 1927 r., gdyż przejęte za friko, gotowe, działające kopalnie to był po prostu złoty interes. Stanowiskiem przewodniczącego Rady Nadzorczej nagrodzono za zasługi „powstańcze” Korfantego. To nie było jedyne źródło jego bajecznych profitów, bo dostał również etat prezesa Rady Nadzorczej Banku Śląskiego SA. Za wydatne przysłużenie się akcji zmiany właściciela stanowisko w Radzie Nadzorczej objął również gen. Henri Le Rond, francuski przewodniczący Międzysojuszniczej Komisji Plebiscytowej. On także przytulił miłą sercu sumkę wypracowaną trudem śląskich robotników.

Sto lat temu decyzja o podziale Górnego Śląska potroiła dochód narodowy II PR. O tym sukcesie po upływie wieku jednak było cicho.

Polski premier w przeddzień wspomnianej rocznicy pojechał do Strasburga, aby domagać się od Unii pieniędzy. Bo one się Polsce zwyczajnie należą, jak psu miska – jak głoszą czynniki rządowe…

zak1953