Kowalczykowie story 06.10.1971. Obchodźmy wszelkie rocznice, ale bez fałszywej narracji!

Ostatni czas obfituje w rocznice, nawet w taką, o której pierwszy raz słyszałem, jak 76-ta rocznica ataku na więzienie i uwolnienie aresztowanych członków AK. Nic mi nie mówiła ta liczba 76, ale kalkulator wyliczył, że to zdarzenie miało miejsce w 1945 roku. Tak mi wyszło z odejmowania. (2021-76=1945).

Zastanawiałem się nad tym, co ja wtedy robiłem na początku września 1945? Nawiązywałem przymusowy kontakt z polską szkołą, usiłując poznać mój drugi język ojczysto-macierzysty, od zera. Gazet nie czytałem, może ich nawet nie było? Radia nie mieliśmy, ukradł ktoś, gdy byliśmy poza domem, to i nie słyszałem o tym bohaterskim czynie, choć nadal nie wiem, z kim Polska wtedy walczyła, bo ktoś nas dużo wcześniej powiadomił w Austrii, ze wojna się skończyła , ponadto później, że Polska jest wolnym krajem i „mieszka” m. in. na Śląsku. Dziś wiem więcej, choć nie za dużo, ale nie będę prosił Gugla o informacje. Skoro PiS wymyślił obchody tej rocznicy to ja nie mam zaufania do aktualnej narracji historycznej.

Moja żona pamięta jeszcze inne wydarzenie – rocznicowe, które mi umknęło, bo byłem zajęty pracą naukową w Paryżu. Nie mając czasu dla żony i siostry zawiozłem je do miejscowości nadmorskiej, gdzie w telewizji widziały faceta z wąsem i grubym długopisem, który coś podpisywał. Nie znając francuskiego, nie wiedziały o co chodzi, ale polski czytelnik mojego tekstu wie doskonale.

Jestem za obchodami uroczystymi wszelkich rocznic, nawet tej z 1-go września, bo forma może być radosna lub bardzo smutna. Są rocznice wydarzeń, ważne dla całego świata, albo ważne dla mniejszych społeczności (ta z grubym długopisem).

Minimalne znaczenie dla świata ma ta z podwójnej rocznicy – 1-szy września – moja Canossa – pierwszy dzień w polskiej szkole. Pamiętam oba wydarzenia z tej daty, a nawet dzień, a raczej noc wcześniejszą (31.8/1.9. 1939). Mocne pukanie w okno i nieznajomy głos woła: „Leo, Mobilmachung”! Ojciec znikł na 3 dni i wrócił do domu nie widząc „wroga”, bo został zwolniony z powodu podeszłego wieku.

Zbliża się rocznica, która być może nie będzie obchodzona uroczyście, albo, co jest jeszcze gorsze, może być zdecydowanie zafałszowana przez aktualne władze, choć jest ważna dla pewnego miasta, a szczególnie dla pewnej uczelni i również mnie bardzo obchodzi:

50-ta rocznica wysadzenia auli Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu przez braci Kowalczyków w dniu 6.10.1971 o godzinie 0.40.

Przestępcy (ułaskawieni przez władze, a nawet nagrodzeni przez PAD’a Orderami) nie żyją, większość świadków też.

Mnie może koronawirus wysłać w zaświaty przed jubileuszową 50-tą rocznicą, więc spisuję moje wspomnienia i opinie, aby się mogły znaleźć w publikacjach uniwersytetu – dla przyszłych pokoleń pracowników i studentów tej uczelni, powstałej na bazie WSP.

Potraktuję ten tekst jako „testament polityczny”.

Ten akapit napisałem rok temu, ale przypuszczam, że nie załatwi mnie covid, bo jestem po dwóch szczepieniach i rocznica jest bliska.

Sądzę, ze mało który proces karny był źródłem tak licznych przekłamań medialnych jak proces piromanów, którzy wysadzili aulę WSP w Opolu, szczególnie wiele lat po tym zbrodniczym akcie, gdy zwyczajnych bandytów niezorientowani politycy nowego nurtu przekształcili w walczących z komuną bohaterów, stawiają im tablice pamiątkowe, próbują na dodatek uczynić z nich „honorowych” obywateli miasta, któremu zniszczyli jedyną salę, w której odbywały się imprezy kulturalne. Kłamią wszyscy, mniej lub więcej, świadomie lub z niewiedzy albo braku profesjonalizmu dziennikarskiego. Kłamią też sami „bohaterowie”, tak jak kłamali od chwili wybuchu do „zatarcia” kary, przez co uzyskali formalnie status dziewicy z bajki Fredry – „…i znów stała się prawiczką, z maluteńką, wąską p… itd. (do rymu)”.

Tylko jedna osoba (pewnie wbrew sobie, dla uzyskania celu) wypowiedziała oficjalnie, we wniosku o kasację wyroku, prawdziwe zdanie:

„Zasadniczym motywem wysadzenia auli Wyższej Szkoły Pedagogicznej były skłonności oskarżonych do destrukcji i fascynacja pirotechniką a także niechęć czy też niemożność zaakceptowania obowiązujących norm współżycia społecznego.”

Tą osobą był Lech Kaczyński – chwała mu za to!

Tym samym Lech K. obdarł sylwetki bohaterów tym jednym zdaniem z blichtru patriotycznego – Kowalczyki to połączenie Breivika z doktorem Bruno, a nie bojownicy o likwidację komuny.

Starszy był nawet pieszczoszkiem tej strasznej komuny i do niego miał pełne zaufanie „komunistyczny” rektor.

„Chłopcy” po prostu lubili podpalić stodołę sąsiadowi, bo dał któremuś z nich w mordę za drobne przewinienie. To taki szlachetny czyn patriotyczny, godny wpisania do tablicy pamiątkowej.

Chcąc obrócić wszystko w żart – po tylu latach – można zmodyfikować słowa Greka Zorby do opisu innej sprawy: „wybuch auli to była piękna katastrofa”!

Mam tylko niewielki zarzut do pana Kaczyńskiego – za użycie terminu „pirotechnika” w miejsce „piromania”. Dziennikarze w swych kłamstwach też przypisywali doktorowi K. umiejętności rasowego, wykształconego pirotechnika, który dokładnie „obliczył” potencjalne skutki ich wybryku. Nie miał takich umiejętności. Jego „wiedza” dała tylko efekt, jaki widzieliśmy, a mogła doprowadzić do potężnej katastrofy – wysadzenia Domu Profesora z wszystkimi mieszkańcami tego domu. Dziwne, ze tak się nie stało!

Ten tekst nie jest felietonem, ani chronologicznym opisem „bohaterskiego czynu patriotycznego”. Są to niektóre z moich przemyśleń, którymi komentowałem treści enuncjacji prasowych po wyjściu braci z więzienia i dorobieniu im korony męczeństwa za walkę o wolność i demokrację. Jest to więc tekst niespójny, występują często powtórzenia, bo moje komentarze były skierowane do różnych osób, od autorów dużych artykułów do komentarzy na blogach Polityki, od których w zasadzie zacząłem, gdy mi to ich wybielanie zbytnio wkurzyło.

Rozgorzała dyskusja na blogach Polityki. Rzecz jasna, nie wytrzymałem i polałem wiadro zimnej wody na gorące głowy gloryfikujące bohaterów. Zostałem poproszony jako „świadek dziejów” o szczegóły. Wtedy czułem się zobligowany do głoszenia prawdy i napisałem „Kowalczyk-story” w trzech częściach, aby nie przekraczać sensownej długości komentarza na blogu.

Napisałem wstępnie: „Kowalczyk-Story – historia bohaterów czy typowych bandytów”?

Zadałem Google’owi hasło „Ryszard Kowalczyk” i wypluł mi artykuł „Bracia Kowalczykowie”. Nie czytajcie tego, bo to stek kłamstw i 200% nierzetelności dziennikarskiej. Już samo przypisanie braci do Politechniki Opolskiej, gdy pracowali na WSP świadczy o „precyzji”. Ja to wszystko przeczytam, odrzucę plewy, dodam moje wspomnienia i was tym uraczę, ale nie tak szybko. Jedno mogę powiedzieć już teraz – to nie są patrioci, a bandyci. Nikt nie konsultował żadnej enuncjacji prasowej z ludźmi z Katedry Fizyki, którzy ucierpieli na tym akcie terrorystycznym, a szczególnie nie pytano autochtonów, których przez pół roku opolska milicja chamsko prześladowała w związku z przyjętą, oczywistą koncepcją śledztwa: Wiadomo, że to zrobili wrogowie Polski – zakamuflowana opcja niemiecka – tzn. Ślązacy…

Teraz skrót Kowalczyk-story (wyrzuciłem wątki osobiste, nie mające znaczenia dla sprawy), napisana i w częściach opublikowana na blogu Polityki w 2013 roku. Nic ująć, ale dodać można i trzeba. Zrobię to w uwagach końcowych.

*

Kowalczyk-Story – historia bohaterów czy typowych bandytów?

Część I

Wprowadzenie i przebieg wydarzeń:

Minęło wiele lat od wysadzenia auli i pewne szczegóły zatarły się w zakamarkach mózgu, ale główne elementy pozostały i pozostaną. Jest to historia dwóch chłopców z mazowieckiej wsi, których głównym hobby było zbieranie i wykorzystywanie materiałów wybuchowych. Szanse mieli ogromne, bo w podwarszawskich lasach niewypałów było w bród.

Starszy brat wyrwał się z tego środowiska, skończył studia i rozpoczął pracę naukową. Miał wpływowego promotora i bez problemów uzyskał stopień naukowy doktora fizyki.

Tu dygresja na temat jego stosunku do nauki:

Oszukiwał promotora w paskudny sposób, fałszując wyniki, na czym go osobiście przyłapałem (dużo wcześniej). To co robił, stawia wszystkie jego prace naukowe pod znakiem zapytania. Fałszerstwo było ewidentne i zamierzone, nie przypadkowe, ale dotyczy takich zjawisk fizycznych, które trudno wytłumaczyć osobom nie z tej branży. Dla miłośników fizyki chętnie opiszę moje obserwacje – tych nie zapomnę!

Brat poważniejszych szkół nie ukończył, więc nawet w PRL awans społeczny był utrudniony bez wykształcenia. Wtedy bandycka natura wylazła z ogłady wykształciucha i postanowił pomóc bratu po swojemu. Włamali się do szkoły, ukradli blankiety świadectw maturalnych i „wysoko kształcony” brat podjął się roli członków Komisji Maturalnej i dyrektora, wypełniając i podpisując bratu upragniony papierek i załatwił mu zatrudnienie w swojej uczelni, daleko od domu.

Dalej wspólnie gromadzili trotyl – takie niewinne urlopowe hobby. Dla rozweselenia Opolan postanowili zniszczyć jedyną salę w Opolu, gdzie mogły się odbyć spotkania wielu ludzi – różnych branż, pracowników i studentów uczelni oraz ludzi z miasta, nawet np. Kabareton w czasie Festiwalu Piosenki i oczywiście również polityczne zebrania. Gromadzony przez lata materiał wybuchowy błagał o zastosowanie i bracia przygotowali bombę, gotując trotyl w kuchni mieszkania w domu profesora, aby ukształtować bombę. Narazili takim nieodpowiedzialnym działaniem na śmierć dziesiątki swoich kolegów i ich rodziny, ale to było zgodne z ich patriotyczną moralnością. Choćby za to należy im się honorowe obywatelstwo Opola. Ja już tam nie mieszkam i nie będę musiał się rumienić ze wstydu. Dzisiaj maszerowaliby za Kaczyńskim i rzucali petardy do Sejmu lub pałacu uzurpatora, prezydenta przez pomyłkę. Wprawdzie byli w duchu bohaterami, ale raczej nie chcieli pójść do pierdla, więc główkowali jak Młynarski – „co by tu spieprzyć”? Mieli różne ciągoty, np. gmach Komendy Wojewódzkiej Milicji, ale to było zbyt ryzykowne. Może w przyszłości, po udanej próbie na swoich śmieciach. Z warsztatu Katedry Fizyki, gdzie pracował młodszy brat prowadziły kanały pod aulę, więc wsadzili tam bombę i kabelki zapłonowe wyszły już na stronie warsztatu. Niby blisko, ale w miarę bezpiecznie. Czekali na jakiś dobry moment. Miał być najpierw Cyrankiewicz. I faktycznie był.

Była inna okazja. Miało być spotkanie milicjantów. Do tego same Kowalczyki i inne oszołomy dorobili interpretację szlachetną – chcieli pomścić ofiary morderców z grudnia 70. Przysiągłbym na „jądra świętych młodziankow”, że taką interpretację dopracowali po fakcie. Rozgryzł ich Lech Kaczyński we wniosku o kasację wyroku.

Artykuł w sieci p.t. „bracia …podkładają bombę” zawiera mniej błędów niż wpis „Bracia Kowalczykowie”, który roi się od błędów, ale i tam są przekłamania. Rzekomo Jerzy sprawdził, że wybuch nikomu nie zaszkodzi. Znam lokalizację i wiem, że to było fizycznie niemożliwe. W tym czasie portier obowiązkowo sprawdzał stan rzeczy obchodząc m. in. Koło auli, a Kowalczyk z kanału pod aulą nie mógł wiedzieć, gdzie się znajduje. Portier miał szczęście i Kowalczyk nie został mordercą.

Rankiem w „Day X” przychodzę do pracy i milicja mnie nie wpuszcza, nie podając powodu. Użeram się z nimi, ale nadbiegł student, o którym wiedzieliśmy, ze jest z SB i kazał mnie wpuścić, ale przez nasze warsztaty, omijając budynek główny. Od strony Katedry widziałem, co zostało z auli, choć zbrojenie i akermany trzymały się dzielnie. W literaturze nie wspomnieli, że została rozwalona podstacja elektryczna i moje palniki plazmowe były martwe. Miałem ważną i terminową pracę zleconą z Instytutu Metalurgii Żelaza w Gliwicach, a prądu nie ma. Walczyłem jak lew z milicją i rektorem, aż mi podciągnięto oddzielny kabel (moc blisko 1 MW), to wcale nie takie proste. Po tygodniu lub dwóch mogliśmy kontynuować naszą pracę – tak Kowalczyk zwalczał komunę!!! Przy okazji zrozumiałem gorszą sprawę. Przy oglądaniu żałosnych resztek podstacji spotkałem oficera MO prowadzącego śledztwo. Był to szwagier mojego szwagra – niby nie rodzina, ale się znaliśmy dobrze i on mi wyjawił oczywistą oczywistość: aulę wysadzili Ślązacy – neofaszyści i taka jest hipoteza śledcza, bo wynik jest ustalony jak u Macierewicza, trzeba tylko znaleźć tę kanalię wśród ŚLĄZAKÓW. Niezbyt profesjonalna opolska milicja miała jednak drobny sukces – znaleziono końcówki drutów zapłonowych i ustalono miejsce – Katedra Fizyki. Przesłuchiwano i inwigilowano więc od tego momentu tylko autochtonów z Katedry Fizyki. Przy okazji przyciśnięto porządnego Polaka ze wschodu, bo znaleziono w szafie taki sam drut. Potrafił jednak wykazać, że kupił drut w Domu Towarowym i dali mu spokój. Ślązaków gnojono dalej i to w perfidny sposób – teczkami. Grożono ujawnieniem elementów wstydliwych, jak orientacja seksualna lub skoki w bok itp. Ja w zasadzie miałem spokój – szwagier szwagra to jednak dobra rzecz. Chodzili za nami jak cienie, pytali nawet proboszczów o morale… i nic! Miesiące mijały, władze PRL naciskały, a wyników nie ma. Wtedy przysłali Monka, pardon, fachowców z Warszawy i Gdańska. Zajęli cały hotel w pobliżu i odrzucili wstępnie oczywistą oczywistość, zadając sobie pytanie: Czy wśród przyzwoitych Polaków nie mogą się znajdować wrogowie ludu? Objęto badaniami środowiskowymi wszystkich pracowników Katedry i znaleziono rysy na szlachetnych obliczach porządnych Polaków z mazowieckiej wsi. Zbierali niewypały, podpalili sąsiadowi stodołę, a co najbardziej podejrzane, byli pierwsi i najlepsi przy gaszeniu pożaru i przy odgruzowywaniu auli. Jak głębokie było zaufanie rektora do Kowalczyka może pokazać fakt, ze powierzył mu kierowanie strażą obywatelska, aby ci źli Ślązacy nie powtórzyli tego aktu terroru. W tym momencie chyba popełnili pierwszy błąd – Ryszard mógł w tej straży usunąć te cholerne druciki. Teraz czytam, że po tych wywiadach podłożono podsłuch u Kowalczyków. To tylko częściowa prawda. Podłożono podsłuch wielu innym. Mój kolega 5 lat czekał na założenie telefonu i miał zawsze odmowę. Nagle mu założono telefon! Po co? Zabawne momenty też bywały. My już znaliśmy naszych opiekunów, a oni nas też. Podobno podszedł pewien pan do kolegi i poprosił go, aby wreszcie poszedł do domu z kawiarni w domu profesora: „Panie, mój zmiennik czeka”! Gdy ktoś jechał służbowo do Warszawy miał zawsze swój cień za sobą. Siedzę kiedyś w ekspresie – jechałem po paszport do ministerstwa – wchodzi konduktor i zwrócił uwagę na moją legitymację (doktor). „Panie doktorze! Proszę pójść ze mną, bo z tyłu kobieta zasłabła”! Zanim mu wytłumaczyłem co i jak odezwał się sąsiad – miał taką wąską legitymacje: „To nie jest doktor medycyny, daj mu pan spokój”! Przyjrzałem mu się dobrze i go też poznałem. Kowalczyki już byli aresztowani. Pytałem, po co mnie śledzi, skoro macie podejrzanych. On się wyparł i powiedział, ze ma sprawę i wróci tym samym ekspresem. Załatwiłem paszport, a urzędniczka mówi, że mi się należy dieta podróżna. „Kupi Pan żonie rajstopy!”. No cóż, zgodziłem się, ale nie mogłem pobrać diet , bo bank o12.00 zamknęli. Ja do hotelu ZNP, biorę na drugi dzień diety i wsiadam do ekspresu. Kogo widzę? Mój cień. Gęsto się tłumaczył, choć mnie to było obojętne, miałem najgorsze spotkanie z milicją za sobą. To spotkanie też zawdzięczałem Kowalczykowi, który skłamał w śledztwie, że ja go wprowadziłem do Komendy, którą chcieli też wysadzić. To za długa historia.

Koniec części pierwszej.

*

Kowalczyk-Story – historia bohaterów czy typowych bandytów

Część II

Profil psychologiczny bohaterów czy bandytów?

Bracia bardzo różnili się od siebie. Ryszard był spokojny, ale wesoły i dowcipny, opanowany – chyba, że go coś bardzo wkurzyło. Był powszechnie lubiany i długo po ich aresztowaniu nikt z kolegów nie wierzył w ich winę, sądziliśmy, że to zwykła prowokacja milicyjna, aby się wykazać przed władzą centralną, która łaknęła ukarania terrorystów.

Podobno Ryszard był szkolonym komandosem (jakieś berety), ale nie wiem czy to prawda. Krążyła anegdota o jego sprawności fizycznej. Podobno przechadzał się wieczorem z żoną i zaczepiali ją chuligani. Ryszard grzecznie poprosił, aby przeprosili żonę, a gdy nie chcieli, znaleźli się wszyscy w szpitalu, a Kowalczyk kontynuował przechadzkę. To nam imponowało i nawet sobie to wyobrażam plastycznie (coś jak mój ulubieniec Seagal).

Gdy pojawiły się pierwsze przecieki, że jednak coś ta „k…a” nie gra zwalono winę na młodszego brata. Ten był niekontaktowy, zamknięty i chyba wspaniałym obiektem badawczym dla ambitnego psychiatry. Po latach plotka była wręcz przeciwna, podobno motorem był jednak ten starszy. Na ten temat „nie mam wiedzy”.

Co było pierwszym objawem, że nie znaliśmy naszego kolegi? Sprawa niby błaha, ale w światku akademickim niezwykle istotna. Ryszard potrzebował do znalezienia niewypałów dobrego wykrywacza metali. Skonstruował go na bazie najlepszego miernika z naszej katedry. Były dwa, austriackie Unigory 4. Jeden miałem ja, drugi kolega. Kowalczyk ukradł mu ten miernik i technik odpowiedzialny za przyrząd zapłacił wysoką sumę. To było haniebne, bo mógł pożyczyć miernik na urlop, nawet ja bym mu pożyczył mój. Niepotrzebna była informacja, do czego mu miernik był potrzebny. Mógł skłamać! Wszyscy korzystaliśmy nieoficjalnie z mierników, po Czernobylu latałem wkoło swojego domu i mierzyłem natężenie promieniowania, choć władze zakazały takich pomiarów. Milicja znalazła ten miernik podczas przeszukania i pokazała tej osobie poszkodowanej. Nie wolno jej było tego mówić, ale i tak wyciągnęliśmy tę informację. To zburzyło nasze zaufanie, bo jest niewybaczalne – to chamskie złodziejstwo. Wiele później wyszły inne drobiazgi. Mieliśmy kontakty z Wrocławiem i koledzy przekazywali różne materiały naukowe dla mojego przyjaciela, który pracował w jednym pokoju z Kowalczykiem. Te materiały nigdy nie dotarły do przyjaciela. Więc znowu złodziej i to tak żałosny, bo to były drobiazgi, które jemu nie były niezbędne (takie kryształki). Od tego czasu nie szanowałem go więcej i chyba reszta kolegów też nie. Dlatego obrońcy bohaterów nigdy nie pytali żadnego z nas, co sądzimy o doktorze K., bo to nie pasowałoby do etosu bohatera, walczącego z komuną – i okradającego kolegów? Niektórzy koledzy śledzili dokładnie przebieg procesu i dobiło nas to fałszowanie matury i kradzież dokumentów – niezbyt bohaterskie i nie związane z komuną. Spalenie stodoły sąsiadowi też nie jest czynem godnym bohatera. Powinno się te wszystkie informacje umieścić na planszy honorowej i w uzasadnieniu przyznania Ryszardowi honorowego obywatelstwa miasta Opola, któremu zabrał na długi czas jedyne centrum kulturalne!!!

Mnie Ryszard wrobił jeszcze w inny sposób. Moja żona załatwiła mi przez uczennicę, milicjantkę, że odbito mi kilka rysunków na ksero (wówczas były 3 kserografy w województwie, pilnowane, aby nie było lewej literatury). Nie miałem chodów w Komitecie Wojewódzkim PZPR, do Nysy, gdzie w ZUP’ie był drugi, było daleko, a komenda milicji dzięki żonie była rozwiązaniem. Pracownik załatwił mi przepustkę i zrobił nieodpłatnie (!!!) kilka odbitek. Pytałem go, czy mogę się przyznać do źródła, on się zgodził. Wtedy Kowalczyk prosił o skontaktowanie z tym panem. Poszliśmy do holu przed dyżurką, gdzie każdy obywatel miał prawo wejść, oficer dyżurny zadzwonił, pracownik wyszedł z nami, poszliśmy do najbliższej knajpy, gdzie ich zostawiłem. Gdy Kowalczyka pytali, czy chciał wysadzić inne obiekty, przyznał się, że i Komendę Milicji. Zapytany czy był w budynku, potwierdził i powiedział, że ja go tam wprowadziłem. Wezwano mnie na kilkugodzinne przesłuchanie i miałem kłopoty. Pracownika zwolniono, a uczennica żony nie dostała awansu mimo dobrze zdanej matury. Nie było to ładne i zupełnie niepotrzebne, bo do środka budynku wprowadził go pracownik, a nie ja.

Koniec części drugiej

*

Kowalczyk-Story – historia bohaterów czy typowych bandytów

Część III

Działalność aparatu ucisku i „sprawiedliwości” wobec „bohaterów”.

Sprawa Kowalczyków była rozdmuchiwana przez media i sądy do aktu terroru w walce z komunizmem, czy władzą ludową. Postawiono im też szereg bzdurnych zarzutów, co skutkowało tak surowymi wyrokami, a tak naprawdę był to kosztowny wygłup piromanów. Może prawdą była też chęć uzyskania profitów za działalność wywrotową przez wrogów władzy ludowej i dlatego dokumentowali swoje przygotowania. Zachowali się niekonsekwentnie w zeznaniach, ale to mogę zrozumieć, choć moje przesłuchania były prawie Wersalem, a ich pewnie urabiano nieźle. Na pewno wyroki były niewspółmierne do czynów, a zamiary trudno udowodnić. W porównaniu z Ambergoldem straty finansowe (4 lub 5 milionów) to pikuś (pan pikuś). Powinni wyjść po kilku latach głębokiego przemyślenia swojej głupoty i do końca życia próbować odpracować straty z pensji. Tak musiał postępować mój ojciec, który z pensji krawca w pracowni kolejowej płacił państwu polskiemu odszkodowanie wojenne.

Zrobiono z nich bohaterów i skorzystali z transformacji ustrojowej.

Byłem jednak zszokowany, gdy Ryszard po wyjściu z więzienia miał taką hucpę i próbował wrócić do nas do pracy. Myślę, że dalsza współpraca bez zaufania nie była możliwa. Znalazł zatrudnienie w „bratniej” uczelni i dotarł do emerytury.

W tej całej historii największym przegranym była jego rodzina. Nie chciałbym wiedzieć, co wycierpiała żona i chyba miał dzieci, ale tego już nie pamiętam. Zmarnował im życie swoją głupotą, a żona wiernie go wspierała i czekała na niego, choć jej życie żony „wroga ludu” musiało być katorgą w małym mieście, gdzie wszyscy się znają. Coś o tym wiem z mojej młodości. Mafia wykończyła mojego ojca, przypinając mu etykietkę wroga władzy ludowej i odczułem to nawet w szkole, gdzie natychmiast skreślono mnie z listy stypendiów jako „pomiot” wroga klasowego, którego nie wolno wspierać.. Nie miałem szans na studia, a nawet matura stała pod znakiem zapytania.

Koniec części trzeciej, ostatniej?

*

Uwagi końcowe:

Wiele idiotyzmów już stało się faktem. Miasto Opole uhonorowało bandytów tablicą pamiątkową, nazwą ulicy i pewnie za miesiąc, w 50-tą rocznicę zbrodni, Opole zostanie częściowo umajone kwiatkami na ich cześć, a w odbudowanej auli rektor wygłosi laudację na cześć opryszków i piromanów, dziękując im za możliwość ładniejszego budowania auli. Wstyd i hańba!

Próbowałem zainteresować prawdą o „bohaterach, walczących o wolność i demokrację” czasopismo uniwersyteckie „Indeks”, ale mój pogląd na sprawę nie odpowiadał obowiązującej narracji hist(e)orycznej i nie został aprobowany. Nie dziwi mnie to, tak się dzieje nie tylko w UO a w całej Polsce. Nie interesowały mnie zabiegi skazanych braci o ułaskawienie, ani wrzaski ich fanów, którzy się wygłupiali, bo nie mieli pojęcia o sprawie. Podobno nawet Romaszewski się starał, człowiek, który po zmianie ustroju wyliczył w złotówkach swoje prawdziwe lub urojone zasługi przy uzyskaniu wolności Polski. Mógł poradzić Kowalczykom wystąpienie o odszkodowanie, przynajmniej równe stratom uczelni (5 milionów). Haniebne hołdy dla bandytów, których chcą niektórzy Opolanie, dochodzą do mnie ostatnio, ale hejty w Internecie, skierowane do prezydenta Zembaczyńskiego (dawno temu) za hamowanie bałwochwalstwa, są straszne i świadczą o kiepskim zdrowiu psychicznym atakujących..

To już przeszłość! Opole już jest w rękach bandytów, nazwa ulicy, tablica w ratuszu i honorowy pogrzeb. Nie wiem, dlaczego władze Politechniki tak skromnie uczciły swego pracownika, ich przyjaciela, bo wroga ich wroga, czyli UO – wyrosłego z WSP bez WSI, co było marzeniem przyzwoitych profesorów opolskich i arcybiskupa Nossola, ale połączenie było niemożliwe, bo pozostałby tylko jeden rektor – straszna sprawa!

Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie zdumiewa. Los skazanych bandziorów poruszył serca przedstawicieli wszystkich opcji politycznych. Pochylali się nad nim władcy PRL, KTÓRE GO SKAZAŁY, podobno nawet Rakowski, później tuzy pierwszej Solidarności jak Gwiazda i Walentynowicz, nawet wspomniany Romaszewski, a w ostatnim czasie pisowcy, którzy dokończyli triumfalny wjazd pospolitych przestępców do historii miasta, ba! Polski a może Europy? Nikt nie chce znać prawdy, bo popsułaby image bohaterów – złodziei, fałszerzy dokumentów, podpalaczy czy piromanów. Niech im ziemia lekką będzie, ale z ratusza należy usunąć tablicę i ulicę nazwać inaczej, aby wszelki ślad po nich zaginął. Na więcej nie zasłużyli.

PS

Po odmowie publikacji Kowalczyk-story w najwłaściwszym źródle publikacji (uczelniany Indeks) pomyślałem o lokalnych czasopismach opolskich. „Trybuna” odpada, jest w rękach Obajtka, więc napisałem mail do naczelnej redaktorki Gazety Wyborczej w Opolu – niestety nie ma odzewu. Czyżby strach i autocenzura w tzw. „wolnych” mediach???

Antonius