„Gomora”, czyli Kościół

Wczoraj miała miejsce premiera książki „Gomora” prof. Stanisława Obirka, jezuity przez kilka dziesiątek lat, i Artura Nowaka, prawnika reprezentującego wiele ofiar gwałtów dokonanych przez członków kleru, niegdyś ofiary takiego molestowania.

Książki jeszcze nie czytałem, zrobię to chętnie. Tytułem nawiązuje do głośnej już lektury Frederica Martela „Sodoma”, w której autor drobiazgowo pokazuje, jak silnie Kościół katolicki jest przesiąknięty grzechem sodomii i jak wszechogarniające jest w nim łajdactwo wynikłe z wyparcia tego stanu.

Obaj autorzy już sporo o „Gomorze” powiedzieli, wskazując na bardzo ważne i realne problemy, o których dotąd nikt poważnie nie mówił. Zasadniczą zaletą książki wydaje się szerokie, przekrojowe spojrzenie i pokazanie, jak jeden problem generuje i wpływa na kolejne. Takie podejście jest szczególnie rzadkie, tym bardziej więc jestem ciekaw pełnej treści.

Znając omówienie książki zrobione przez autorów oraz ich poglądy z wielu innych wypowiedzi czynionych od lat, zwrócę tu uwagę na niektóre kwestie, pomieszczone tak w książce, jak w wypowiedziach autorów.

Po pierwsze, z tego, co autorzy ujawnili, wynika moja głęboka zgoda na całe mnóstwo ocen, jakie powzięli. Przy tym jednak wielokrotnie, ujawniając jakiś koszmarny problem, popełniają fundamentalny i prosty błąd. Błąd tego rodzaju jest popełniany powszechnie w przestrzeni publicznej dyskusji o Kościele i jest siłą bezwładu i braku aktywnej refleksji powielany nieskończoną ilość razy. A to zawęża pole widzenia, uniemożliwiając zobaczenie rzeczy w pełnym jej wymiarze i sensie. Z oczywistą szkodą dla możliwości naprawy. Zakładając oczywiście, że w ogóle jest co naprawiać i ma to jakikolwiek sens.

Zilustruję to na żywym przykładzie. Artur Nowak mówi tak: „sacrum stało się przedmiotem transakcji”. Oczywiście! Ale nie „stało się”, tylko było przedmiotem transakcji od zarania chrześcijaństwa! To nie w żadnych ostatnich latach, nie za rządów Kaczyńskiego „stało się”. Sacrum było przedmiotem handlu zawsze. Fundamentalna różnica!

Kolejny przykład. Autorzy mówią o „iranizacji religii” w Polsce, czyli czymś takim jak w Iranie: ajatollahowie rządzą państwem z tylnego siedzenia. Analogie z innymi systemami politycznymi, kulturami i religiami bywają ryzykowne, a ponadto w lokalnym grajdole nadwiślańskim niewiele mówią, ale to pozostawiam na boku. Rzecz idzie o sam proces „iranizacji”. Jak w pierwszym przykładzie jest tu ten sam błąd w ocenie. „Iranizacja” nie dzieje się dopiero teraz, jak sugeruje sposób sformułowania, ale stała się kilkanaście wieków temu wszędzie tam, gdzie docierał katolicyzm. Cała Ameryka Łacińska to od zarania rządy zamordystów reprezentujących wprost Kościół, lub taka sytuacja, że Kościół stoi w cieniu za formalnie świeckimi zamordystami. Czyli właśnie „iranizacja” w wersji kontynentu Ameryki Południowej. A to tylko jeden ze wszystkich kontynentów, na których zalągł się katolicyzm.

W historii Polski „iranizacja” nie dzieje się dopiero teraz, a ma kilkaset lat dorobku. Zaś drobne i raczej pozorne zmniejszanie tempa „iranizacji” nie ma w bilansie znaczenia. Autorzy tak formułując problem, może nie całkiem świadomie chwalą PRL, za czasów którego komuchy nie pozwalały Kościołowi się „iranizować”. Kontrast między dniem dzisiejszym a rzeczywistością, powiedzmy, czasów Edwarda Gierka wywołuje nadmierne zafiksowanie na teraźniejszości. Zaś z porównania sąsiadujących ze sobą okresów wynika jeszcze gorszy dla Kościoła wniosek: on sam z siebie nie przestawał się „iranizować”, dopiero po części powstrzymała go brzydka komuna.

Po drugie, Stanisław Obirek zdaje się uważać, że katolicyzm w wydaniu polskim to właściwie nie chrześcijaństwo. I że „polski Kościół jest atrapą”. Z tym poglądem fundamentalnie się nie zgadzam. Nic innego niż właśnie to, co widać w historii Polski, nie było. To, co jest, to właśnie katolicyzm. Innego nie ma, co widać tak samo, gdy się patrzy na globalną całość. Z tego zaś wynikają jeszcze gorsze dla katolicyzmu w Polsce konsekwencje. Jeśli bowiem to nie chrześcijaństwo, to należy zaprzeczyć „tysiącletniej chrześcijańskiej tożsamości Polski” i jej historię oraz kulturę zrewidować. Jeśli zaś jest ta „tysiącletnia chrześcijańskość”, to jest to właśnie katolicyzm, czyli najwyższa emanacja chrześcijaństwa, jak wiadomo od papieża Wojtyły.

Niczego nie zmieniają, nic nie poprawiają, a pogarszają stan rzeczy nieliczni, a może we własnym mniemaniu bardzo liczni „katolicy otwarci”. Którzy sobie wydłubują z katolicyzmu bardzo dla siebie miłe rzeczy, a resztę odrzucają, milczą, wypierają się jej. Ci otwarci katolicy wielbili Jana Pawła II, który razem z kard. Wyszyńskim – jeden święty, drugi półświęty! – zmajstrowali współczesny Kościół katolicki w Polsce, który miałby być niechrześcijański wedle Stanisława Obirka i zapewne wielu „katolików otwartych”, którzy miłują i bliźniego swego i własną obłudę jeszcze bardziej.

Po książce spodziewam się co najmniej minimalnie należytej głębokości i autorów z góry chwalę za podjęty trud – przy moich wybranych uwagach krytycznych. Może też tego – acz spodziewam się mniej – że będzie ważnym „eye opener”, lekturą otwierającą oczy dla ludzi jakoś przyzwoitych, lecz może rozumowo nie dość sprawnych, którzy wcześniej nie przyjrzeli się rzeczy dość poważnie. Jakkolwiek będzie, „Gomora” wpłynie na przyspieszanie rozpadu tego przedsiębiorstwa fundamentalnego oszustwa i nieustającej przemocy.

Tanaka