Wiesiek, Wiesiek, jaki Wiesiek…?!

Wiesław Gołas. Film „Chudy i inni”. Reż. H. Kluba 1966.

Zmarł Wiesław Gołas. Pisząc to, czuję, że tekst o nim nie będzie dość udany. A to dlatego, że tak udany był Gołas. Ponad zwykłe słowa, a słowa niezwykłe nie chcą mi się w głowie urodzić. Może trochę się rozkręcę w trakcie.

Jestem dzieckiem telewizji. Gdy się urodziłem, w moim domu stanął telewizor. Wraz z telewizorem zjawił się Wiesław Gołas. Zjawili się też inni aktorzy i twórcy. Wielu z nich było i jest tak jemu podobnych w kunszcie aktorskim i sztuce bycia, że o Gołasie zwykle myślę zbiorowo. Gołas, czyli Kabaret Starszych Panów, Gołas, czyli Dudek, Gołas, czyli Dzięcioł, Gołas, czyli Tomuś i jego krowa.

Sam Gołas wiele razy mówił o swojej roli Papkina, w której dla aktora do zagrania jest wszystko. I wszystko zagrał. Kabarety, które wymieniłem, są całymi światami, pozostawiam je teraz jako tabliczki na drzwiach wejściowych, a zwrócę uwagę na drobny, a mocny do nich kontrapunkt: drobną scenę, w jakiej wystąpił w filmie „Jak być kochaną” z Barbarą Krafftówną.

Warszawa, okupacja. Ona przechowuje w mieszkaniu ukochanego. Do jej domu wchodzi niemiecki żołnierz. Spodobała się, poczuł głód kobiety, a jest panem życia i jest kulturalny, udaje więc przed sobą ćwierćminutowy flirt, zmusza do wypicia wódki, po czym pokonuje jej bezradny opór fizyczny, w trakcie cynicznie karcącym tonem, mówiąc: „no, mała, nie przekomarzaj się, ja nie mam czasu na te wasze różne figle”.

Gwałci ją, a po wszystkim spocony, podciągając gacie, rzuca na nią przez ramię spojrzenie i podsumowuje: „mmmm, nawet jesteś przyjemna…”.

Ten wesołek Gołas zagrał tak dogłębnie wstrząsającą i wiarygodną rolę, która mówi wszystko. A użył tak niewielu środków aktorskich. To zapewne szkoła kabaretu, gdy w krótkiej piosence czy skeczu tak wiele wyrażał tak skromnymi środkami w tak krótkim czasie. Ale przede wszystkim: talent, warsztat, głębia.

Gołas umiał wyrazić miną wszystko w tym samym momencie, w tym stany całkowicie sprzeczne. Zadowolenie, ale zawód, bezradność, ale stanowczość, bystrość, ale głupkowatość, rozmarzenie, ale konkretność, śmiech, ale smutek. Skalą możliwości mimicznych przewyższał go bodaj tylko inny Wiesiek: Michnikowski. Obaj mieli coś z mima.

Dawno już temu, oglądając jakąś krótką telewizyjną retrospektywę występów Gołasa, zobaczyłem go w roli strażnika więziennego potrząsającego pękiem kluczy, podskakującego na kanapie niczym małpa i komuś odburkującego: Wiesiek, Wiesiek, jaki Wiesiek…?!

W tej strukturalnej części mnie samego, która jest stąd, znad Wisły, mam polską kulturę. Reszta mniej ważna. A Wiesław Gołas – i grono jemu podobnych – jest w jej samym środku. Jako dziecię przedkomunijne, takiego Gołasa natychmiast i bez wahania kupiłem. I nie nie oddam nigdy, bo mam go w sobie. Dokąd ja idę, on ze mną podąża.

Tanaka