Pani Teresa w Londynie i życie na polskiej nizinie

Jadąc dziś autem zagranicznym z bakiem niepełnym przez swojskie państwo pełne katolickiej miłości bliźniego, wysłuchałem kawałka audycji w radiowej Dwójce o ważnych przygodach życia pani Teresy, która sama o nich opowiedziała na antenie.

Otóż pani Teresa wspólnie z przyjaciółką w połowie lat 70. znalazła się w Londynie. Miasto je zachwyciło. Najsilniejsze bodaj wrażenie miały takie, że jest otwarte dla wszystkich. Przyjaciółka pani Teresy tak się tą otwartością zachwyciła, iż poznała Anglika, po czym nastąpiło dziecko i rodzina. Może w odwrotnej kolejności. W każdym razie przyjaciółka pani Teresy zaczęła zmieniać swoją perspektywę życia na londyńską.

Przyszedł czas, by posługiwać się autem. Gdy się nim posłużyła bodaj po raz pierwszy, nastąpiły natychmiastowo katastrofalne skutki: z wielkim hukiem, zgrzytem blach i trzaskiem sypiących się jak groch kawałków szyb wjechała z rozpędem w auto z Brytyjczykiem w środku. Tak wjechała, że się w aucie zakleszczyła. Jej bezapelacyjna, wyłączna i wielka wina.

Posiadaczka polskich, katolickich doświadczeń od dziecka oraz posiadaczka polskiego prawa jazdy od razu wiedziała, co będzie: facet z rozbitego auta wyjdzie, podejdzie i zacznie bluzgać i urągać jej najstraszniejszymi wyrazy, przyjedzie milicja-policja i będzie kontynuacja w tym samym stylu, plus ciężkie konsekwencje wszelkiego urzędowego rodzaju.

Po wygramoleniu się – z trudem – z rozbitego auta brytyjski obywatel faktycznie podszedł do przyjaciółki pani Teresy i rzekł: czy nic się pani nie stało, jak się pani czuje, zaraz postaram się pani pomóc.

*

Słuchając opowieści pani Teresy, słuchałem równocześnie polskiej rzeczywistości katolickiej drugiej połowy sierpnia 2021 r. – na granicy Polski i Białorusi uwięzieni zostali uchodźcy z Afganistanu. Nie po raz pierwszy, nie tylko przy białoruskiej granicy, nie tylko Afgańczycy. Dzisiejsi Afgańczycy na polskiej granicy są skutkiem 20 lat niesienia wolności Afgańczykom przez USA i koalicję z czynnym udziałem Polski i jej wojska, które walczyło o pokój i bezpieczeństwo Polski za pomocą strzelania do Afgańczyków w Afganistanie. Jakby nie strzelali, toby się Osama Bin Laden z kolegami zadomowił nad Wisłą, co byłoby bardzo przykre dla polskich katolików.

Polski żołnierz ma swoją dumę i swój honor oraz posiada honor i godność państwową, który odpowiednio niesie – z brodą do góry. Nie jest natomiast jasne, czy umysł ma uniesiony, czy opuszczony. Są poważne powody do przypuszczeń, że im broda z nosem oraz maską wyżej, tym umysł niżej.

Honor, godność i całą resztę polskiego katolicko-państwowego żołnierza poniżył podobno Władysław Frasyniuk, oceniając stanowczymi słowami ich zachowanie wobec uchodźców. Tak oświadczył niejaki Błaszczak, minister obrony narodowej od Kaczyńskiego, i złożył zawiadomienie do prokuratora Ziobry.

*

Czytam rozmowę Macieja Maleńczuka [MM] z Dorotą Wysocką-Schnepf [DWS] w dzisiejszej „Wyborczej” pt. „Cyniczni, podli, do cna okrutni. Kalkulują, że to paliwo wyborcze”. Maleńczuk o stosunku rządu do uchodźców”.

Kilka cytatów w sprawie.

DWS: No więc właśnie, przecież tam, w Usnarzu, rozgrywa się dramat trzydziestu paru osób, a polskie władze rozciągają drut kolczasty i będą budować 2,5-metrowy płot na granicy z Białorusią, nie boli pana serce, jak na to patrzy? MM: Ja już ładnych parę lat temu mówiłem, że Polacy to faszyści.

MM: Polska armia sama się bardzo stara, żeby sobie ten honor odbierać. To są wszystko ludzie, którzy mówią bardzo dużo o honorze, a później ten test honoru oblewają.

DWS: Mamy teraz takie oburzenie na słowa Sikorskiego, na słowa Frasyniuka. Ale za to jak padały takie słowa jak kanalie czy gorszy sort, to tak nie protestowali ci, którzy się teraz oburzają. MM: – Ależ oczywiście! Oni wstyd i chamstwo osiągali we wszystkich możliwych płaszczyznach politycznych i obyczajowych. Chwyty różnych wałków, oszustów, przygody Kuchcińskiego itd., wszystko zamietli pod dywan, nie wiadomo jakim kosztem. A potrafią się oburzać, że ktoś jedno słowo mocniej powie, albo że ktoś powie „wypierdalać”, bo już ma dosyć. To się nazywa odwracanie znaków. Najbardziej prorządowy poranny program rozrywkowy, całkowicie prorządowy, nazywa się „W kontrze” – to się nazywa odwracanie znaków. To jest takie bezczelne, w żywe oczy.

*

Mówiąc o „odwracaniu znaków”, Maleńczuk powiedział o katolikach. 95 proc. polskich żołnierzy to katolicy. 95 proc. Afgańczyków zabitych przez polskie wojsko to zabici przez katolików. 95 proc. polskiej władzy to władza katolików, a nawet więcej: razem z episkopatem i resztą to jak nic w 99 proc. katolickie chrześcijaństwo, czyli Prawdziwa Polska. Katolik szerzy miłość bliźniego swego i jest jej chodzącym, żywym wzorem. Codziennie rano składa takie oświadczenie woli i zamienia je w czyn, a przez sen też jest katolikiem. Katolik posiada katolicką godność. Polak jest w 95 proc. katolikiem.

Te 5 proc. jest tak śmiesznie drobne i nieznaczące, że w ogóle pomijalne. Polak Syryjczykowi, Afgańczykowi, Polak uchodźcy, Polak Polakowi, czyli i sobie samemu, katolikiem i bliźnim. Takim, że nic, tylko blizny i rany gorejące im. Jezusa Chrystusa, Pana naszego. Amen.

Tanaka