„Za bardzo to ja Unii nie kocham”

Donald Tusk, wróciwszy na ojczyzny łono by walczyć ze smokiem ssącym smoczka, czyli z Kaczyńskim Jarosławem, zeznał bez przymusu, że przed Jarosławem ostrzegał go tymi słowami rodzony brat onego: „uważaj, Jarosław za bardzo Unii nie kocha”.

Mamy więc pewien serial ostrzegania jednych Kaczyńskich przed drugimi, albowiem jak wieść gminna niesie, ojciec synków, Rajmund Kaczyński ostrzegał ludzkość przed swoimi obydwoma potomkami. Wziąwszy pod uwagę i to, że obaj stanowili jedno i wspólnie ukradli Księżyc, to i Lech „za bardzo Unii nie kochał”. Niestety, Unii nikt o tym nie ostrzegł, a ona sama nie wysłuchała z powagą Rajmunda Kaczyńskiego.

Formalna przynależności Polski do Unii jest swoistym qui pro quo: stronom pomyliły się pojęcia kto jest kim, komu o co chodzi i jaki to ma sens. Unijni politycy mieli naiwne wrażenie, że Polska to taki kraj jak reszta Unii, pełen miłego ludu w środku, który nie jest częścią Europy tylko dlatego, że wcześniej niemiły ZSRR na to nie pozwalał. Polska miała niezbite przekonanie, że Unia jest taka sama jak Polska, tylko trochę większa i znacznie bogatsza, więc da co się Polsce należy: wszystko i za friko, bo Polsce się należy z powodu, że miała taką historię która wymaga składania teraz przed Polska nieustannych darów.

Fundamentem który pozwolił zaistnieć Unii, jest zasada zaufania. O tym zaczęto sobie teraz nieco przypominać, w związku z wyrokiem TSUE orzekającym o nielegalności czegoś co nad Wisłą nazywa się fałszywie Izbą Dyscyplinarną Sądu Najwyższego, jak i fałszywego orzeczenia nieistniejącego Trybunału Konstytucyjnego, a grupy towarzyskiej niewiasty Przyłębskiej, że prawa unijne w Polsce nie obowiązują, bo obowiązuje polska konstytucja.

Pojęcia od setek lat występujące w zachodnim centrum cywilizacyjnym Europy, a będące podstawą stworzenia i działania Unii, są w Polsce nieznane, często nawet z nazwy. Zwłaszcza zaś nieznane z praktyki życia, bo też stanowczo odrzucane. Zaufanie – absolutnie niezbędne do działania handlu, gospodarki, bankowości; równość i wolność – absolutnie niezbędne do kształtowania się więzi społecznych i także rozwiniętej gospodarki oraz praworządności; różnorodność – niezbędna do umacniania więzi, zapewniania godności i elastyczności społeczno-cywilizacyjnej niezbędnej do sprostania wyzwaniom,; pewność danego słowa i demokratycznego prawa – to pojęcia w polskiej historii nieznane, niedziałające, obmierzłe, wręcz wrogie.

W państwie czy kraju, w którym do końca II wojny światowej relacje społeczne, ekonomiczne i polityczne opierały się głównie na wierze katolickiej i uwiązaniu do dworu niedawnego jeszcze właściciela niewolnika pańszczyźnianego, o żadnym zaufaniu jako podstawie stosunków mowy być nie mogło. W kraju w którym pieniądz służył nie budowaniu przemysłu a zaspokajaniu próżności; w którym nauka była podejrzana i niemal zbędna, bo podważała absolutny fundament istnienia: dogmaty wiary i urojenia o potędze Sarmaty oraz niezmienności świata, zaś do gospodarczego szczęścia wystarczała manufaktura i wymiana barterowa; w kraju w którym handel kończył się na Wiśle w Gdańsku, a wiedza o świecie na wiedzy o zaścianku, znikomo mało było i jest tego, co łączy Polaka z Unią i jej fundamentami bytu.

Kaczyński, wraz z milionami jemu podobnych, zalęknionych swoją nieprzystawalnością, zaprzeszłością z epoki smoka wawelskiego, nieposiadaniem niczego sensownego co Unia mogłaby podzielać i co mogło by ja prowadzić ku lepszym czasom, zdjętych jest głębokim i histerycznym lękiem , że w Brukseli zobaczą słomę w butach, choćby były od Gucciego.

Patrzcie, ach patrzcie na te miny nadwiślańskiej nadekspresyjności w Europarlamencie, na tą mowę ciała; wsłuchajcie się w histerię emocji występów słownych naszych Wand i Beat co nie chciały Niemca oraz niemuzykalnych Janków, pospołu uwiędłą piersią i kłamstwem broniących zadawnionych fobii i urojeń. Słuchajcież tych nieświadomie wściekłych na własną historię, czyli własnych ojców którzy potomkom taką historię zafundowali.

Oni muszą być nieufni i wręcz wrodzy pojęciom i cywilizacji tak im obcej, niepojętej, rządzącej się od dawna przeciwnymi im wartościami. Tą paniczną wrogość muszą w sobie pieścić nienawiścią do poznania i do wiedzy. Wiedza i poznanie bowiem niszczą pewność urojonych bytów, obnażają głupotę, nędzę karłowatości i wstyd zapóźnienia. Robią więc to, co im tak dobrze z tożsamości znane: jedną ręką wziąć za pysk – jak przypominał Nikodem Dyzma, a wolną ręką chwycić za wór z pieniędzmi zostawiony w zaufaniu przez gospodarza na stole – i w nogi! Lub też wziąć Unię na drugą znaną sobie i doskonale opanowaną metodę: jęków i płaczów dziada proszalnego, którego wszyscy dookoła biją i nim poniewierają, więc dziad wyciąga łapę po finansową rekompensatę za krzywdy zwłaszcza moralne, która zawsze jest za mała i im więcej da dobrodziej, tym nikczemniejszy się ma czuć że dał zbyt mało, więc wciąż stawkę ma pod szantażem powiększać złudnie licząc na to, że wreszcie się wypłaci. Nie z Polakiem takie numery!

Czy Unia już zaczyna trzeźwieć co do Polski, a w Polsce więcej niż garstka dorasta do bycia sobą, czyli obywatelem, więc i przeciwieństwem Kaczyńskich? Ostatnie zdarzenia na linii Bruksela – folwark nadwiślański są w każdym razie zarówno mocnymi dowodami na realny stan stosunków jak i równie dobrymi argumentami na rzecz koniecznie poważnego i stanowczego działania. Dalej zwlekać nie wolno i stanowcze fakty muszą się zmaterializować.

Kaczyńskiego niszczy poczucie własnej żadności. Własnej zaprzeszłości i fałszywości. Tuska – choć ten nie jest wybitny lecz uznawany, akceptowany, obyty i przy tym w przeszłości bezczelnie beztroski luzak – za to nienawidzi. Pycha wzięta z panicznej małości strasznie go rozdyma. Tak bardzo przy tym potrzebuje miłości której nie ma, a która upewnia w istnieniu i wywyższa, że ją usiłuje zamordyzmem wymuszać. A że Unia patrzy na to krzywo, „za bardzo Unii nie kocha”, co jest bardzo gładkim eufemizmem braciszka swojego brata, bacznie dbającego o glansowanie jego wizerunku. Jak wiadomo, z wzajemnością, aż po rozkazy, by policja poniżała, szarpała i ciągała po betonie placu przed schodami do nicości obywateli z wieńcami które honorują rzeczywistość a nie fałszywość urzędowego uwielbienia.

I tak mają jego janczarzy i pozostali nosiciele dręczących kompleksów. Iluż z nich niczego zawodowo i prywatnie poważnego nie zdziałało, nie zostało dobrze przez powagę życia zweryfikowanych, iluż – przez tą nicość właśnie , bo ona zapewnia brak skrupułów i gotowość na każdą podłość – trafiło na najwyższe miejsca władzy, której nikczemnie używają, by bez żadnego powodzenia w leczeniu usiłować się z kompleksów wyłgać dorobkiem w zamordyzmie i mściwością na sobie poddanych. Dowolna karta nazwisk przypadkiem otwarta jest pełna takich żałośnie podłych oraz śmiesznych typów. Innych niemal nie ma.

Tu nie rządzi żadna racjonalność, żadna świadomość, żadne fair play i cywilizowane reguły, których spodziewała się po Polsce Unia, urządzona procedurami, kanonami, tym co wypada i nie wypada, dorozumieniem, zaufaniem, dorobkiem stuleci. Tu rządzi głęboka, nieuświadomiona psychologia, zasada odwetu za stulecia, palące trzewia kłamstwa o własnych wielkich przewagach i cnotach które są urojeniem i okazują się katolicką przemocą i poniżaniem, przez wieki, ludów, narodów i każdego z osobna we właściwy mu sposób.

Kto chce pojmować, szukać klucza, coś realnie na lepsze zmienić, musi zejść do tego piekła. Przyznać się, że istnieje, zbadać je i na starannym badaniu opierać diagnozy i działania. O ile cokolwiek ma się zmienić w przewidywalnej przyszłości. A jak ma się zmienić samo z siebie, to sto lat będzie za mało, a pewność skutku taka, że będzie inny niż się zdaje.

Unia Europejska to Freud, Jung, Adler. Współcześnie – Alice Miller. Więc coś z Adlera, jako przesłanie do koniecznej roboty i Unii i znośnego Polaka – bardzo a propos bardzo małej postaci i jej gatunku: „człowiek od wczesnych lat dzieciństwa przeżywa – z powodu swoich braków – poczucie małej wartości, które kompensuje dążeniem do przewagi i mocy nad innymi”.

Tanaka