Abepe pognębiony…?

Ordynariusz katowicki abp Wiktor Skworc ustąpił ze stanowiska w Radzie Stałej Konferencji Episkopatu Polski i z przewodnictwa tamtejszej Komisji ds. Duszpasterstwa.

Więcej, wystąpił do papieża Franciszka o wyznaczenie mu biskupa koadiutora, który przejąłby jego obowiązki i wkrótce zastąpił go na piastowanej funkcji ordynariusza archidiecezji. A trzeba to jasno powiedzieć – abepe Skworc jest osobą absolutnie sprawną fizycznie i intelektualnie, niewymagającą opiekuna w sprawach codziennych ani bieżącej obsługi biurowej instytucji, jaką jest katolicki Kościół katowicki.

A jednak Skworc zdecydował się na takie kroki. Desperacja, zmęczenie atakami? Być może jest to ucieczka do przodu, odbierająca argumenty oponentom? Nie wiem.

Niemniej – przyznam – jestem pod wrażeniem jego decyzji. To rzadko spotykany, tak zdecydowany krok polskiego purpurata, podejmowany bez presji kurialnego otoczenia czy państwowej prokuratury. Osobiście – znając życiorys i sporo faktów z życia katowickiego arcybiskupa – uchylam kapelusza, chociaż akurat ten człowiek nie budził we mnie admiracji. Nie dostrzegałem w nim cech budzących uznanie czy szacunek. Ot, gładki, wymuskany, zawsze zadbany kościelny biuralista do spraw wszystkich, z nieścieralnym uśmiechem samozadowolenia na twarzy. Kościelny urzędnik sukcesu.

Wielu znanych polskich biskupów, o których bywało głośno na medialnych i politycznych szczytach, nie zdobyło się nawet na słowo przeprosin, chociaż smród ciągnących się za nimi spraw potrafił obalić nawet twardzieli i zaprawionych wyjadaczy kościelnych tajemnic. A tu nagle abepe Skworc ogłasza rezygnację i jakby rejteruje z pola walki.

Cóż, Skworc jest mi znany od końca lat 70. Oczywiście, to znajomość stricte formalna. Trudno nie słyszeć o stałym towarzyszu katowickich biskupów, rządzących dużą instytucją w latach sporego fermentu społecznego i politycznego na Górnym Śląsku. Nigdy nie zamieniłem z nim towarzysko nawet słowa. Chociaż już po jego powrocie z Tarnowa do Katowic miałem sposobność wymienić z nim uścisk ręki w trakcie jakiejś imprezy poświęconej Kościołowi katolickiemu na Śląsku, którą zaszczycił obecnością. Bo dbał o formalny autorytet, prestiż środowiskowy i dobrobyt materialny swego Kościoła.

Jak wspomniałem, w obecnym ordynariuszu ks. Skworcu nigdy nie dostrzegłem czegoś wielkiego, zdecydowanie wyróżniającego go spośród katowickich księży. A jednak czymś musiał błysnąć w trakcie seminaryjnej nauki w Wyższym Śląskim Seminarium Duchownym z siedzibą w Krakowie. Co to było? Tego nie wiem. W żadnym oficjalnym opracowaniu, żadnej jego biografii nie znalazłem takiej informacji. Jednak niedługo po otrzymaniu święceń kapłańskich ówczesny ordynariusz katowicki bp Herbert Bednorz skrócił mu pierwszy wikariat i powołał na osobistego sekretarza, a wkrótce uczynił go kanclerzem kurii diecezjalnej w Katowicach. Dla osób orientujących się w niuansach funkcjonowania Kościoła instytucjonalnego w Polsce taki szybki awans mógłby być niezłą i czytelną informacją o osobie nominowanej.

Oto młody ksiądz, ledwo dwa lata po święceniach, awansuje w hierarchii najbardziej skostniałej instytucji świata zachodniego. A ks. Wiktor nie był ani krewnym ówczesnego ordynariusza, ani nie mówiono o jakimś jego zacięciu naukowym. Ba, katowicki biskup Herbert był znany z surowości i ascezy w podejściu do wyznawanej wiary, tępił też nepotyzm, jakże obecnie modny w kręgach władzy państwowej. To coś zauważone przez starego biskupa zdaje się mówić o cechach młodego księdza, powodując jego wybór i późniejsze awanse. Ale to odległe czasy, zamykające się w końcówce Gierka.

Wiktor Skworc był kanclerzem katowickiej kurii diecezjalnej w burzliwym czasie przełomu lat 70./80., gdy jego szefem był wspomniany ascetyczny bp Herbert. Stan wojenny, powrót Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego do Katowic, czas głośnych wydarzeń na Górnym Śląsku, aż do upadku PRL. To okres jego kanclerzowania. Następca bp. Bednorza, ówczesny proboszcz katowickiego Kościoła Mariackiego, a wcześniej wicerektor WŚSD w Krakowie – ks. Damian Zimoń – przejmując w 1985 r. diecezję katowicką, pozostawił ks. Wiktora na jego kanclerskim stanowisku. Widać, że kurialny urzędnik ks. Skworc wydawał się niezastąpiony i akceptowalny dla nowego szefa.

Kanclerz katowicki jako kurialny urzędnik był człowiekiem pierwszego kontaktu na linii władza państwowa i samorządowa a kuria. To przez niego przechodziły wszystkie oficjalne dokumenty i kontakty personalne. Towarzyszył ordynariuszowi we wszelkich oficjalnych wystąpieniach i spotkaniach z wiernymi i władzą publiczną. Jak by nie patrzeć, to spory kawał wiedzy i doświadczenia, tak o Kościele miejscowej, jak o regionalnej władzy.

Ciekawostka. Wiktor Skworc w początkach pełnienia funkcji kanclerza kurii katowickiej został przez jednego z funkcjonariuszy miejscowej SB zarejestrowany w charakterze tajnego współpracownika. Informacja ta wyjdzie na światło dzienne po upadku PRL i likwidacji Służby Bezpieczeństwa. Całą rzecz na podstawie zachowanych dokumentów archiwalnych opisał i upublicznił dr Adam Dziurok z katowickiego IPN. Muszę powiedzieć, że zrobił to rzetelnie. Przejrzał i opisał każdy zachowany papierek z teczki TW pseudonim „Dąbrowski”, w tym rachunki zakupów towarów, jakie z funduszu operacyjnego SB funkcjonariusz miał wręczać ówczesnemu kanclerzowi w formie nagrody bądź wynagrodzenia za współpracę.

O dziwo na żadnym z dokumentów nie ma podpisu księdza kanclerza. Jedyny podpisany kwit to zobowiązanie do zachowania dyskrecji rozmowy, jaką MO przeprowadziła z młodym jeszcze księdzem sekretarzem biskupa po jego zakupach w sklepach dolarowych Pekao, gdzie za dolary i bony walutowe nabył większą ilość dóbr luksusowych, dostępnych wtedy obywatelom polskim w tzw. eksporcie wewnętrznym. Starsi blogowicze z pewnością pamiętają sklepy Pekao, przemianowane potem na Pewex, gdzie za waluty obce (dolary, marki RFN, funty brytyjskie czy franki francuskie i inne) można było kupić rozmaite produkty o ograniczonej dostępności rynkowej. W ten sposób ludowe państwo ściągało z rynku twardą walutę, potrzebną mu na zakupy towarów z kapitalistycznego Zachodu.

Wracając do TW ps. Dąbrowski, muszę zaznaczyć, o owej rozmowie oraz wszystkich innych, jakie już jako kanclerz kurii ks. Skworc przeprowadził z oficerem SB, powiadomił ówczesnego przełożonego bp. Bednorza. Wyraźnie napisał o tym wspomniany badacz z IPN, przywołując zapiski Herberta Bednorza. Tym niemniej oficjalna publikacja IPN kwalifikuje ks. Skworca jako oficjalnego tajnego współpracownika służb PRL. Przestudiowałem wnikliwie to dzieło polskiej polityki historycznej i doszedłem do absolutnie odmiennych wniosków. Ale nie będę bawił się w prostowanie urzędowych opracowań IPN ani poprawę wizerunku naszego obecnego arcybiskupa.

Już po zmianach ustrojowych w kraju ks. kanclerz Skworc, znany osobiście papieżowi z Polski, został przez niego wyniesiony do sakry biskupiej i mianowany ordynariuszem tarnowskim. Myślę, że jednym z podstawowych argumentów awansu – poza osobistą znajomością – była świadomość organizatorskiego, biurokratycznego doświadczenia w zarządzaniu strukturą diecezji.

Jako biskup tarnowski ks. Skworc wykazał się aktywnością w mobilizowaniu wiernych i wdrażaniu nauk Kościoła. Medialne przekazy wyraźnie pokazywały ponadprzeciętny poziom mobilizacji miejscowych wiernych w sprawy Kościoła tarnowskiego. Tamtejsza diecezja w wielu sprawach wyróżniała się religijnym zaangażowaniem i ortodoksyjnym konserwatyzmem na tle reszty Polski. Najpewniej udział ordynariusza z Katowic w tym betonowaniu tarnowskiego środowiska społecznego był wyróżniający.

Gdyby nie ksiądz pedofil, obecny abp Skworc miałby wszelkie powody do dumy. Niestety, wychowanie wyniesione z seminarium duchownego oraz wpojona weń kurialna praktyka postępowania administracyjnego spowodowały, że jako ordynariusz postąpił w sposób szablonowy. Zachował się jak typowy korporacyjny CEO napotykający problem natury społeczno-moralnej. Z zimną, wyuczoną urzędniczo obojętnością próbował rozwiązać i zamknąć problem. Postąpił tak, jak obaj jego wcześniejsi szefowie z Katowic czynili w podobnych sprawach. Nie odszedł też ani o krok od nakazów wiekowej praktyki Kościoła instytucjonalnego. Tyle że czasy akurat się nieco w Polsce zmieniły i standardowe zachowanie ordynariusza okazało się mało humanitarne, nawet jak na warunki polskie.

Nie mam powodu współczuć obecnemu arcybiskupowi katowickiemu. Już dawno zauważyłem, że niewiele w nim ciepła i empatii w relacjach z otoczeniem. W końcu zwykłym księdzem żyjącym codziennymi problemami parafian był raptem dwa lata. Potem, z każdym rokiem aktywności kurialnej, jego ego było wynoszone w górę. Wyżej i wyżej. Jego zwyczajowa grzeczność i kultura osobista są raczej przejawem zajmowanego stanowiska w światowej korporacji niż wewnętrznego ciepła i człowieczeństwa. Widywany przez wiernych abp Skworc jest produktem swoistego protokołu zachowań hierarchii kościelnej i oczekiwań wyznawców KK. Wystarczy popatrzeć na innych purpuratów. Od razu widać podobieństwa w zachowaniach. Gesty, słowa, spojrzenia. Gdyby nie osobnicze różnice w wyglądzie, można by się pomylić co do tożsamości duchownego.

Abepe Skworc nie wykazał się we wspomnianej sprawie pedofilskiej humanizmem. Pokazał wyuczoną urzędniczą sprawność i obojętność. Czy okazał się gorszym księdzem od Juliusza Paetza, Marka Jędraszewskiego, Henryka Jankowskiego i innych, których nazwiska ostatnio wypływają w bulwersujących społecznie i moralnie sprawach? Myślę, że nie. W końcu nie słyszałem, aby osobiście molestował seminarzystów czy ministrantów. Nie słyszałem jednak o żadnych jego krokach przeciwdziałających patologiom w Kościele, o których miał wiedzę. Jako urzędnik przyjął to do wiadomości, przechodząc nad tym niejako do porządku dziennego. W ramach korporacyjnej solidarności starał się ukryć kryminalne poczynania konfratrów. Jak Aniela Dulska zamiatał sprawy pod urzędniczy dywan.

Stały komentator spraw kościelnych redaktor Adam Szostkiewicz uważa, że abp Skworc kończy karierę kościelną w niesławie, ale bez kary. Bo według niego trudno za nią uznać samodymisję i zobowiązanie się hierarchy, że wpłaci z własnej kieszeni pieniądze na wydatki związane ze „sprawami wykorzystania seksualnego”.

Abp Skworc spotkał się także z krytyką i wezwaniem do ustąpienia za strony dawnych opozycyjnych działaczy związkowych z Piekar Śląskich, z którymi w peerelowskiej przeszłości współpracował.

Jaki będzie realny skutek? Zobaczymy za jakiś czas. Jak jednak wspomniałem, owa formalna samodymisja może okazać się ucieczką do przodu. I obecna niesława może okazać się argumentem na rzecz pochwały abp. Skworca za wykazaną samokrytykę i dbałość o czystość instytucji, której poświęcił jak na razie ok. 55 lat. Bo porównując go z hierarchami, trudno pokazać innych, którzy formalnie z własnej inicjatywy zgłosili chęć odejścia, zanim jakieś gremia nie wystąpiły z żądaniami kary. Gulbinowicz, Głódź czy inni do odejścia zostali zmuszeni decyzją Watykanu. A co z polskimi organami sprawiedliwości? Wygląda, że zagrzebały się błocie urzędniczego formalizmu i politycznych decyzji kierownictwa partii skrajnej prawicy, które obecnie trzymają w swych rękach stery formalnej sprawiedliwości.

zak1953