Feler

Nie mam pojęcia, czy chwyci. Jeszcze bardziej nie mam pojęcia, czy zachwyci. Ale od dłuższego czasu łapie mnie wk…w. Kiedy słyszę przepychanki dziennikarzy z co wybitniejszymi umysłowo przedstawicielami wiadomej partii w sprawach tzw. mniejszości. I że kobieta to osoba z macicą, stworzona do konkretnych zadań. Stworzona, wyobraźcie sobie. Jakoś nie słychać od nich, że facet to tylko osoba z fiutkiem. Przerost ego? Wszystkie te odwoływania do wyższych wartości (z jednej i drugiej strony, tyle że inaczej pojmowanych). Odwoływanie się do przyzwoitości, sumienia, racji naukowych. Jakby nie można było konkretnie.

Oczyma wyobraźni i uszami tejże widzę i słyszę taką panią Olejnik czy inną Zaleską, jak mówi w oczy panu na W. czy panu na T., że przecież każdy z tych supersamców ma w sobie znaczący (aż 50-procentowy) udział kobiety. Co sobie myśli, że on od dwóch facetów? Dwa męcizny w jednym łóżku, panie komisarzu. Albo że z jednego plemnika bez udziału kobiety haploid jeden?

Racja, bozia go zrobił. Bozia nie ma nic lepszego do roboty, tylko stwarzanie takich niedorobionych.

Te wszystkie do wyrzygu powtarzane obrzydliwości na temat osób nieheteroseksualnych, binarnych czy trans. Próby liczenia płci. To jest ciekawe zjawisko. Liczą, liczą i jakby nie liczyli, wychodzą im dwie. Archeolodzy im to powiedzieli. Albo do trzech zliczyć nie potrafią.

Bardzo wąsko pojmują to, co naturalne, chyba że to nieuki, co bardzo prawdopodobne. O ślimakach nie słyszeli? O hermafrodytach? Albo o pielęgnicach? No, o tych to chyba jednak nie.

Cały świat roślin wyjmują z tego, co naturalne? Bozia im to powiedział? Powiadają starożytni Rosjanie, że jak człowiek gada do bozi, to jeszcze w porządku, ale jak bozia takiemu odpowiada, trzeba delikwenta odziać w kaftan z długimi rękawami.

Widzę czasem (w wyobraźni, rzecz jasna), jak pani Monika przynosi do studia urwaną gdzieś po drodze gałązkę jabłonki umajoną kwieciem i podtyka takiemu przed nos, prosząc o określenie płci. To mógłby być ciekawy eksperyment. Męska? Ale jak męska gałązka? Przecież rodzaj żeński. A może męska, bo sztywna i twarda? Dajcie, panowie, spokój. W waszym wieku? 24/7 do końca życia? Chyba że nie doceniam.

Ale może jednak żeński? Bo ten kwiat tak delikatnie rozchylający, te, no, płatki. Dobra, wystarczy, zaczyna zatrącać o pornografię, jak pomyślę, że jeszcze zajrzą do tego kwiatka, zobaczą te wszystkie pręciki i słupek, wyobrażą sobie, co taki pyłek robi na znamieniu.

Ale problem zasadniczy pozostaje. Tyle że żadne opinie naukowców, psychologów, seksuologów, biologów nie przenikną do tych rycerskich nieprzemakalnych czerepów. Proszę państwa, nie tędy droga. Bajkę im trzeba napisać. Mniej więcej tak.

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma morzami. „Chwila. Czy aby na pewno już istniały? Ależ tak. Przecież zrobiłem je już wcześniej”. Jako się rzekło, żył, był sobie jeden staruszek. A właściwie to staruch, wredny, ponury i mściwy. W dodatku strasznie się nudzący, bo stworzył, co sobie wymyślił, a nie miał do kogo gęby otworzyć. Właściwie to miał. Stworzył już przecież gadzinę od pantofelka po żyrafę, tyle że nie rozumiał, co ta gadzina mu odpowiada.

Więc, drogie dziadki, wylazł jednego ranka do ogródka, wykopał bryłę gliny i ulepił sobie z niej człowieka. Nazwał go jakoś tak: Feler. I bardzo był zadowolony ze swego dzieła. Chociaż chyba nie do końca. Feler musiał mieć dodatkowe żebro, co mocno zakłócało symetrię. Wyjął więc to żebro. Taaa, żebro w garści, szkoda rzucić psom do gryzienia, a recykling jeszcze nie był w modzie. Coś z tego wystrugam, zwłaszcza że Feler marudzi, że mu nudno w samotności. Jakby Jego wszechobecność mu nie wystarczała. Więc wystrugał. Mówią, że kobitkę. Którą nazwał Fajlura. Ale że niby jak kobitkę? Przecież każdy w miarę ogarnięty sześciolatek skuma, że w procesie klonowania z chłopa może być tylko chłop, a z baby baba. Tyle że baby jeszcze pod ręką nie miał. Więc to musiał być chłop. I był chłop. Powstał ambaras, żeby nie powiedzieć obrzydliwość, grzech i kara boska. Bo jak to tak: dwa męcizny w jednym łóżku, panie komisarzu. Dzieci z tego też nie będzie.

Dygresja taka. Nie mógł tej laski też z gliny ulepić? Z wybrakowanej części musiał klecić? Żeby chociaż lepszego materiału użył. Na przykład mózgu. Chyba nie mógł. Bo cóż pozostałoby Felerowi bez tego kawałka? Cały intelekt poszedłby się p…, znaczy chciałem powiedzieć, do Fajlury. I po dygresji.

Nie za bardzo to wyszło. Tylko co dalej? Recykling? Nic z tego, jeszcze nie wymyślił. A i pracy trochę szkoda. I tu dochodzimy do sedna. Taki straszny przedrostek „trans”. Ale co staruch będzie się bawił w terapie hormonalne i chirurgię. Zresztą pewnie jeszcze o tym pojęcia nie miał, bo i skąd? Poza tym długo by trwało, a miał dedlajn. Potem musowo się rozliczyć z projektu. Inaczej Unia każe oddawać środki i może przyłożyć karne odsetki. Trzeba było dokonać ingerencji na najbardziej podstawowym poziomie. Podmienić Fajlurze Y na X i po sprawie. W każdej komórce. Problem rozwiązany.

Pomyślał i zrobił. Odtąd, drogie dziadki, wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Jak w raju.

Ha, ha, ha, uśmiałem się jak norka. Chcielibyście. Dwa nagusy w ogródku. Bez Netflixa. I pan Jacek Kowalczyk LA jeszcze nie wymyślił, a Tanace do głowy jeszcze nie przyszło, że mógłby zostać biskupem. Nie ma tak dobrze, żeby nie mogło być gorzej. Jako się rzekło, staruch był mściwy i zazdrosny. Po kolejnej nieprzespanej nocy, kiedy wojerował swoje dzieło, wypadł i wrzasnął: Wont mi z ogrodu zbereźniki, hucuły. Będziecie mi tu roślinność trawiastą i kwiatową wygniatać, jabłka z drzew otrząchać. Krety przynajmniej robią to dyskretnie, pod ziemią, nie tak publicznie. A i te przez hałas i łomoty uciekają gdzie pieprz rośnie. Wynocha, a odziać mi się przystojnie. Liści dostatek.

Koniec bajki. Mam nadzieję, że niczego nie pomieszałem. Morału też nie będzie.

Jak? Że już to gdzieś przeczytaliście? Że popełniłem plagiat? Co to za problem. Tak się przyjęło, że każdy czerpie pełnymi garściami. Byle źródła cytował. A tego źródełka chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Zresztą ciężko by było, bo to i autor niepewny, i data publikacji. Co do miejsca też dużo wątpliwości.

Zupełnie na boku. Pomyślałem, że należałoby tym wszystkim paniom i panom uświadomić, że te wszystkie określenia, których tak chętnie używają, mężczyzna, kobieta, małżeństwo, to wszystko umowne. Ktoś wymyślił. I gdyby tak zebrać całe to grono, nie patrząc na wygląd, w modną wśród socjologów kohortę, można by określić ich płeć mianem chujoza. Może by się przyjęła.

Czego się znowu czepiacie? Że już coś tak nazwano? I co z tego? Znaczenia się zmieniają, a nie chce mi się główkować i wymyślać czegoś równie adekwatnego. Zresztą sami możecie pokombinować.

Paradox57