Polska rządzi klimatem i dyplomacją światową

Jeden z najbardziej popularnych i poczytnych pisarzy polskich Jakub Żulczyk nazwał Dudę debilem. Duda nic nie wiedział o istnieniu pisarza Żulczyka, choć się ciągle uczy, jak oświadczył wszem wobec, gdy został prezydentem. Dowiedział się dopiero na tę okoliczność. Niestety, Jakub Żulczyk wie od dawna o istnieniu Dudy i trudno uniknąć refleksji, że właśnie dlatego musiał się tak wyrazić.

Duda w kampanii i jako świeży prezydent stanowczo oświadczał, że węgiel to polskie dobro narodowe i on jest jego strażnikiem. Węgiel kopalny to polska tożsamość i siła mniemana. Twardo trzymał się swego, jak i córka górnika Szydło, obecnie na posadzie w europarlamencie. Jak PiS zaczął rządzić, zaraz wziął się za utrudnianie życia branży energetyki wiatrowej. Nikt mu w pył węglowy nie będzie dmuchał. Taka skamielina.

W tej sytuacji Duda, posypany pyłem z pudru, wystąpił przed monitorem w swoim gabinecie, żeby się o nim wreszcie dowiedział prezydent Biden, który go nie czyta. I przez całe pięć minut nadawał do niego i do świata całego pod postacią przedstawicieli 40 państw, w ramach wirtualnego szczytu klimatycznego, jako wybitny pionier ochrony klimatu i lider dyplomacji światowej.

Żeby prezydent Biden jakoś mógł się rozeznać, kto to taki Duda, tenże Duda przypomniał Inicjatywę Trójmorza. Że Trójmorze wszystko może, wybitnie troszczy się o klimat, a nawet chce realizować cele klimatyczne UE. Duda pochwalił się produkcją autobusów elektrycznych w Polsce. Nie pochwalił się, że idą głównie na eksport – co akurat godne pochwały, lecz nie rząd jest sprawcą sukcesu tej produkcji, a niewiele ich jeździ po kraju. Pochwalił się, że w stosunku do planów redukcji zanieczyszczeń z czasów szczytu w Kioto Polska zrobiła duże postępy, nie pochwalił się, że nie PiS jest autorem tej poprawy, a poprzednie rządy, włącznie z rządem gen. Jaruzelskiego, bo wydział elektrolizy w koszmarnie zanieczyszczającej środowisko hucie w Skawinie zamknięto w 1981 r. Zaś w kolejnych latach, zwłaszcza na przełomie lat 80./90., zamykano inne najbardziej trucicielskie zakłady.

W ramach tego pionierskiego dbania o środowisko w Polsce PiS zmarnował ponad miliard złotych na szaleńczą budowę elektrowni węglowej Ostrołęka. Z góry skazanej na porażkę, bo pod auspicjami Dudy, Szydło i całości PiS, czyli „węgla jako polskiego dobra narodowego i racji stanu”. I porażka nadeszła. Budowę ostatecznie wstrzymano, a teraz będą wydane setki milionów na likwidację tego, co właśnie zbudowano. Polski wkład w dbanie o środowisko poznaje się też po innym szaleństwie: cięciu drzew, gdziekolwiek sięgną łapy PiS, i cięciu Puszczy Białowieskiej wraz z protestującymi ekologami i zwyczajnymi obywatelami, którzy rozumieją rzecz oczywistą i podstawową: to polityka samobójstwa, a nie żadne dbanie o przyrodę i klimat. Przez środek Mazur wymyślono puścić szosę ekspresową, oczywiście z wielką szkodą dla środowiska. O ocalenie Biebrzy i Rospudy trzeba było toczyć walki, bo państwo wyznaje kulturę zniszczenia. Zaś w ramach wielkiego programu „regulacji Wisły i Odry”, czego dotąd dowodem jest zniszczenie Mierzei Wiślanej, wykombinowano stopień wodny na Wiśle, co natychmiast wzbudziło protesty ekologów i tych, co mają głowę do myślenia: to się nie tylko nie dokłada pozytywnie do rozwiązywania problemów ze środowiskiem naturalnym, ale nie tworzy też niczego spójnego w ramach tej „regulacji” i przywrócenia Wisły jako szlaku dla żeglugi śródlądowej. Na taką koncepcję być może od dawna już za późno. Kilka dni temu spławiono Wisłą do Gdańska barkę z sześcioma kontenerami na pokładzie z jakimiś wyrobami, które mogły być i sprawniej, i taniej przetransportowane samochodem, ewentualnie koleją. Uznano to za sukces rządu: sześć kontenerów 12-stopowych, czyli tych najmniejszych.

Kaczyński przegrał nawet ze swoim „suwerenem”: hodowcami zwierząt futerkowych, wielkimi producentami mięsa, czyli likwidatorami gigantycznych ilości czujących zwierząt, oraz myśliwymi strzelającymi z upodobaniem do wszystkiego, co się rusza oraz do siebie nawzajem, by wreszcie przestali się ruszać. Ruch znamionuje życie, a życia suweren PiS nie znosi. Dlatego też uwielbia się na szosach zabijać i wykańczać innych. Popęd śmierci w formie czystej, czyli dążenie do zbawienia w niebie.

Nie pochwalił się Duda tym, że w Polsce ponad 40 tys. osób umiera co roku przedwcześnie z powodu zatrucia środowiska, ani tym, że są jakieś sensowne plany poważnej redukcji tej szokującej ilości bezsensownych śmierci, bo takich planów nie ma. Nie pochwalił się, że ulubioną formą sprzątania po sobie przez Polaka jest wywóz śmieci do lasu albo wrzucanie ich do Morskiego Oka, albo u stóp krzyża na Giewoncie. Nie po to Polak idzie po zdrowie, żeby własnych śmieci nie rzucić pod nogi kolejnym miłośnikom czystej polskiej przyrody.

Nic też Duda nie miał do powiedzenia w sprawie takich poważnych i realnie wdrażanych programów szybkiego dochodzenia do neutralności klimatycznej w okolicach 2030/35 r., jakie powstają np. w miastach i państwach skandynawskich. Wręcz po sąsiedzku. Nic też nie powiedział, bo nie wiedział, że od dawna w wielu z tych miast i wielu państwach, nie tylko Skandynawii, zamiast ciężarówek z silnikami diesla wyrzucających do atmosfery spaliny śmieci są zbierane za pomocą systemów centralnego odbioru odpadów działających jak odkurzacz i obejmujących całe dzielnice albo wręcz miasta. Co dodatkowo bardzo zmniejsza ciężki ruch w mieście, liczbę wypadków i zapotrzebowanie na miejsce tak pod śmietniki, jak place manewrowe dla ciężkich pojazdów.

Natomiast bardzo się Duda chwalił mgławicowymi obietnicami i chceniami: chcemy to, chcemy tamto… Dotyczą zresztą odległych perspektyw czasowych, daleko poza czas, gdy inne kraje będą środowiskowo neutralne. W dodatku w tej odległej perspektywie PiS od dawna nie będzie już rządził i nie będzie się musiał rozliczać z zaniechań, a Kaczyński będzie od dawna w tzw. niebie.

Nic też prezydent Biden ani inni przedstawiciele na szczycie klimatycznym przed monitorem nie dowiedzieli się o samej istocie rządów PiS: rozwalaniu tego, co całe, o destrukcji i dewastacji będącej fundamentem mentalnym, politycznym i moralnym, nade wszystko zaś głęboko psychologicznym fundamentem tej formacji deformacji państwa, społeczeństwa i jego zasobów. Istnego popędu śmierci.

Za trzy, góra cztery lata ma po Polsce jeździć milion narodowych, katolickich aut elektrycznych. Tak zapowiedział Morawiecki, jak został wicepremierem od gospodarki. Na razie pokazał plastikową makietkę autka. Niedawno zaś dowiedzieliśmy się, że jeśli w ogóle coś się robi z tym autkiem, to już nie będzie to autko klasycznie pasażerskie, ale może jakiś dostawczak, może coś na kształt suva albo trochę tego i owego, a wzornictwo, płyta podłogowa, systemy pojazdu i cała reszta z elektryką na czele będzie nie polskie, a zagraniczne. O ile w ogóle kiedykolwiek coś będzie i Polak zostanie przez policję zmuszony do kupowania takiego czegoś.

W dziedzinie automobilizmu katolickiego mamy wielkie sukcesy narodowe na poziomie światowym i dlatego jest już pełno instytucji państwa PiS z hasłem „narodowy” w nazwie, co się sprowadza do rozgrabiania narodowych środków płatniczych i dóbr pokrewnych. Polska jako mocarz automobilizmu zrobiła już nową Syrenkę, która zanim została zrobiona, była już bankrutem. Podobnie było z nową Warszawą, a ostatnio polskie mocarstwo miało sen o potędze wiktorii pod Wiedniem, więc powstało auto Gran Turismo, znacznie lepsze od Ferrari, Lamborghini i Porsche w jednym, pod tytułem Hussaryia. Jak powstało, tak upadło. Oczywiście, powstało ze składania obcoplemiennych części i zespołów.

Jak po Polsce coś elektrycznego jeździ, to jeżdżą auta producentów, dla których Polska to magazyn i montownia. Co strasznie obrażało niejaką Szydło, więc razem z Macierewiczem i Morawieckim zniszczyli umowę z Airbusem na śmigłowce wielozadaniowe. Airbus oferował budowę w Łodzi wielkiego centrum kompetencji i działalności badawczo-rozwojowej oraz włączenie Polski jako poważnego partnera do działań wielkiego europejskiego i zarazem globalnego koncernu zajmującego się tworzeniem najnowocześniejszych rozwiązań nie tylko w dziedzinie lotnictwa. Nad Wisłą uznano, że lepsze śmigłowce zbuduje sobie Polska sama do spółki z Ukrainą. I oczywiście da im odpowiednio godną nazwę: „husarz”. Ukraina właśnie pokazała, na co ją stać: drobną przeróbkę śmigłowca Mi-2, konstrukcji sprzed ponad 60 lat. Na pewno wysokoekologicznej, bo ze sklejki. Albo może z biodegradowalnego plastiku, jak makietka katolickiego autka elektrycznego znad Wisły.

Zaś pewnie największy sukces ekologiczny PiS to rozwałka służby zdrowia. I program 500+, który jest minusem: Polak za 500+ odmawia mnożenia się, jak mu kazał PiS. Zmniejszanie ilości Polaka w Polsce i zapewnianie mu ekologicznych atrakcji dogorywania w krzakach to wielki sukces Kaczyńskiego i spółki na skalę globalną.

To wszystko razem klimat i ekologia. Wszystkie te ścieżki i dziedziny sumują się do tego, że oszczędzamy coś bardzo ważnego Ziemi i sobie albo przeciwnie: gadając fałszywie i bezmyślnie o trosce o Ziemię, czyni się przeciwnie i zmierza do samobójstwa.

Taki wielki polski wkład w ochronę klimatu, środowiska i polska potęga dyplomatyczna: wszystko urojone. W związku z tym Duda bardzo zadowolony.

Tanaka