Powrót bumerangu smoleńskiego z okazji 5. rocznicy. A nawet 11.

Notabene! To nie jest błąd w tytule, tylko skrót tekstu napisanego przeze mnie pięć lat po katastrofie. Gdybym do pisania użył inkaustu i gęsiego pióra zamiast klawiatury, to zużyłbym pewnie wiadro atramentu i setkę piór. W przededniu rocznicy podaję tylko garść wspomnień i komentarz.

Wrócił jeden z bumerangów medialnych i dotkliwie uderzył w winnych – pojawił się nowy stenogram rozmów w kokpicie tupolewa i szereg twierdzeń wszelkich komisji obala lub przedstawia w innym świetle. Widać, że moja intuicja sprzed pięciu lat prowadziła do prawidłowych wniosków – niczego nie muszę „odszczekać”.

Tak pisałem w marcu 2018. Zaproponowałem tekst Panu Kowalczykowi, ale nie wykorzystał go.

Minęło kilka lat i nic się nie zmieniło, jedynie zespół idiotów pana Antoniego M. zużył następne miliony na zakup puszek po piwie i parówek, koniecznie w Orlenie, aby wesprzeć Obajtka w gromadzeniu dalszych milionów, prywatnych i „służbowych”. Ponadto skorzystano, pośmiertnie, z doświadczeń piromańskich sławnych terrorystów opolskich (braci Kowalczyków) przy wysadzaniu blaszanych konstrukcji. To wszystko miało przybliżyć upragnioną przez Jarosława K. prawdę o zamachu smoleńskim. Ta, czyli taka jak trzeba, prawda absolutna ma służyć rządzącej partii do umieszczenia głównego winowajcy, współorganizatora z Putinem unicestwienia największej groźby dla istnienia byłego ZSRR, któremu prezydent tysiąclecia groził szabelką już w Gruzji, a potwornie niszczącą przemową w Katyniu chciał dobić odwiecznego wroga, a Tusk zdradził i uratował Putina. Jeden z wiodących psychopatów rządzącej prawicy, niejaki „Roch” Kowalski, zapowiedział w pierwszym dniu obecnej wiosny, że nie spocznie, aż wsadzą Tuska za kraty za zamach smoleński. Jestem ciekawy, kiedy i ja się dowiem o nowej prawdzie i usłyszę o umieszczeniu za kratami żyjących jeszcze winowajców (z dawnej kancelarii prezydenta). O ile mi wiadomo, pan M. jest już niebezpiecznie blisko tej prawdy, ale zużyje jeszcze po kilka milionów rocznie do utwardzenia dowodów, przynajmniej do końca kadencji obecnej władzy. Potem sfinansują patrioci dalsze badania.

Przeczytałem uważnie mój tekst sprzed kilku lat i jest aktualny, nie trzeba niczego zmieniać. Czytelnik może spokojnie wypić puszkę piwa i zjeść parówkę z najbliższej stacji paliw Orlenu, bo nowe stenogramy nie wnoszą niczego do wyjaśnionej wystarczająco prawdy o katastrofie. Napisałem tekst po pojawieniu się tych stenogramów rozmów w kokpicie, uzyskanych dzięki ekspertom prokuratury wojskowej.

Moje komentarze po ukazaniu się nowego stenogramu dźwięków w kokpicie tupolewa:

Sądzę, że szum koło nowego stenogramu ucichnie szybko. Wczoraj było tak dużo gadek w TV, że sobie odpuściłem – na rzecz polskich seriali. Mam to samo przekonanie co niektórzy wczorajsi komentatorzy, no może z drobnym wyjątkiem – udowodniona obecność generała w kokpicie i jego wpływ na zachowanie załogi w ostatnich minutach lotu. Odnośnie do przyczyn katastrofy nic się u mnie nie zmieniło. Komisja Millera, dysponująca takim stenogramem, jaki jej dostarczyli eksperci, wykpiła się w sprawie generała pięknym stwierdzeniem, że nie ma dowodów na bezpośrednią presję z jego strony na załogę tupolewa, a nawet na jego obecność – nielegalną – podczas ostatnich minut w kokpicie. To oczywiście nie wykluczyło jego presji na załogę i „pomoc” przy rozbiciu samolotu, jedynie komisja nie miała na to twardych dowodów. Teraz są, ale może jednak trochę za „miękkie”?

Z tego paragrafu o braku dowodów skorzystało już wielu winnych różnych przestępstw. Przypomnę tu taki klasyczny przypadek – uniewinnienie przez polski sąd, absolutnie uczciwy, niezawisły itd., oprawcy śląskiej ludności cywilnej w obozie koncentracyjnym w Łambinowicach (Lamsdorf). Zamordował osobiście i podwładni pod jego rozkazami wielu więźniów, ale zabrakło dowodów!

Inny sąd, chyba bardzo stronniczy, mówił o tysiącach ofiar tego zbrodniarza i chyba go skazał zaocznie, z czego przestępca się tylko śmiał do rozpuku.

Podobno ofiary zbrodniarza nie stawiły się w polskim sądzie – mimo wezwania!!! Leżały nadal spokojnie w prowizorycznych, zbiorowych mogiłach na terenie obozu i nie oskarżały nikogo o swój los.

Żywych ofiar zbrodni polski sąd nie potrzebował do ferowania wyroku uniewinniającego tego „szlachetnego” człowieka, który zawsze stosował polską rację stanu: „Martwy Ślązak (Niemiec) – dobry Ślązak „! Słusznie i po katolicku!

Ten „stronniczy” sąd wysłuchał tych, którzy przeżyli „humanitarne” działanie oprawców, nie miał jednak możliwości ukarania zbrodniarza chronionego przez swoje państwo.

Obecnie żaden sąd nie ukarze tych, którzy się walnie przyczynili do katastrofy smoleńskiej i jeszcze żyją, a samych ofiar nawet nie wzywa, choć na niby były apele „poległych”!

Komisja Millera ratowała wątpliwy honor polskiego „nadoficera” zupełnie niepotrzebnie, bo intuicja i niektóre wcześniejsze obserwacje jego zachowania pozwoliły każdemu myślącemu człowiekowi na wyciągnięcie wniosku o jego wpływie na łamanie wszelkich procedur przez kapitana statku powietrznego. Nawet gdyby nic nie mówił, to presja była. Z nowego stenogramu widać wyraźnie, jak pan dowódca sił lotniczych wyobrażał sobie „wykonanie zadania” – „do skutku”!!!

Jeśli taka informacja ze strony przełożonego nie jest równoważna rozkazowi, to nie rozumiem, jak to inaczej zinterpretować. Czy miał koniecznie powiedzieć po wojskowemu: „Kurwa – ląduj, bo ci obetnę… coś tam”!!!???

Dobrze wychowany człowiek, do tego honorowy, nie powie tak, ale milczy, jeśli jego podwładni łamią wszystkie zasady obowiązujące żołnierzy.

*

Pamiętam taką niby nie presję z moich kontaktów z lokalną władzą, kierownikiem katedry, który akurat wstąpił do partii i z gorliwością neofity ostro zachęcał do naśladowania go, rozdając deklaracje. Trzeba było dużej odwagi, aby nie skorzystać. Mój egzemplarz pożółkł przez kilkadziesiąt lat leżenia w szufladzie, ale po pójściu na emeryturę pewnie posprzątano moje biurko… i tyle!

Gdy w auli było otwarte zebranie partyjne z udziałem sekretarza wojewódzkiego, wtedy nie wydał polecenia niepartyjnym podwładnym uczestniczenia w tym zebraniu (nie miał do tego formalnego prawa) – powiedział tylko, że „sobie nie wyobraża, aby kogoś z nas zabrakło”!

To nie było więc polecenie służbowe i broń Boże jakaś presja, ale byliśmy wszyscy, nie pamiętam, dlaczego?

Nawet byłem zadowolony z tego, bo takich bzdur, jakie plótł I sekretarz, nie wymyśliłby żaden satyryk. Podam jeden przykład: omawiał sprawę pomocy KW dla rolnictwa.

„I proszę towarzyszy, my – Komitet Wojewódzki – kupiliśmy te loszki, pokryliśmy je i rozdali chłopom”!

Ja to już wielokrotnie skomentowałem:

  1. Skoro pracownicy KW musieli sami pokryć te brudne i śmierdzące loszki, to nie chcę być aktywistą partyjnym w KW i
  2. zrozumiałem, dlaczego rolnictwo socjalistyczne upada, skoro niefachowcy wyręczają weterynarzy-inseminatorów w tak ważnej czynności.

PS Pan I sekretarz był człowiekiem potężnej postawy, bardzo męski i pewnie pokrył skutecznie wiele loszek, ale jak sobie radziły kobiety partyjne? In vitro?

*

Mogę brać udział w ocenie jakości ekspertyzy. Tak się składa, że jestem laikiem w dziedzinie analizy zapisanych dźwięków, ale wielokrotnie korzystałem z półprofesjonalnych programów do czyszczenia i w ogóle do edycji nagrań muzycznych. Pamiętam z dawnych lat, że eksperci polscy już uwzględnili jeden efekt psujący jakość odsłuchu – częstotliwość napięcia sieci w Moskwie w dniu sporządzenia kopii. Pozwoliło im to odfiltrować zakłócenia powodowane przez sieć, ale ważniejszy krok uczynili eksperci prokuratury, zwiększając częstotliwość próbkowania. To wydobywa praktycznie wszelkie szczegóły, więc szanse dobrego odczytu wzrosły gigantycznie – w gigabajtach o czynnik 14.

Dodatek „naukowy”

Dla mnie – samozwańczego „specjalisty” od pomiaru wysokości – i liczby, i typów wysokościomierzy w tupolewie 154M – następny, krótki fragment stenogramu jest najważniejszy, bo potwierdza moje przeświadczenie zarówno o szwindlach zrobionych przez załogę, jak i o braku współpracy członków załogi w najważniejszych minutach lotu.

W nowym stenogramie nawigator nie mówi po 7 s po raz drugi – 100 – jak pisało w poprzednich stenogramach, tylko 90. To nie jest lot poziomy, ale obniżenie o 10 m przy opadaniu samolotu o 7X7=49 m, co jest tak samo nieprawdopodobne. Poprawnie (z jednostkami) wygląda to tak: 7 m/s x 7 s = 49 m.

Pilot tego nie zrozumiał. Pewnie zapomniał o tym spadaniu i myślał, że leci prawie poziomo. Tak chyba było, bo zwiększył i tak już za dużą szybkość opadania jeszcze bardziej, bo nie chciał przelecieć poza lotnisko. To znaczy jednak, że koniecznie chciał lądować, a gadkami o odejściu na drugi krąg tylko mylił kolegów i „wyrozumiałą” komisję Millera. Jej wniosek, że pilot wcale nie chciał lądować, tylko udawał zaglądanie przez okno na wysokości 100 m nad pasem lotniska, można uznać za absolutny fałsz. Ta przemożna chęć wykonania zadania bojowego była jasna dla ludzi rozumnych od około 150 m, gdy pilot zamiast łagodnie wyrównać lot, aby opadanie skończyć na 100 m, nie zmniejszył szybkości opadania „bombowca”, a później jeszcze zwiększył szybkość opadania, będąc jeszcze niżej. Gdyby u pilota zwyciężył rozum, a nie tchórzostwo, nie byłoby katastrofy. Piszę o 100 m, choć znawcy mówią, że pilot miał tylko to fałszywe świadectwo do 120 m. Za wykonanie zadania bojowego pilot oczekiwał awansu i faktycznie! Kilka dni po rozwaleniu samolotu i zabraniu ze sobą do grobu setki ludzi – został awansowany!

Przeglądałem cały stenogram, szczególnie uważnie z ostatnich minut, aby się zająć najbardziej newralgiczną pomyłką w myśleniu – tych kilka razy powtarzanych danych o wysokości samolotu (100 m) mimo szybkiego opadania.

Jest istotna różnica miedzy starym a nowym stenogramem. Nawigator nie powtarza wysokości 100 m dwa razy w odstępie 7 s, a druga wartość jest 90 m. To też idiotyzm, czyli wpływ opadającego stoku, ale nie lot poziomy. Nawigator powinien był się zdziwić, że wskazówka przyrządu się prawie nie porusza. Inna istotna różnica to udział DSP w pracy załogi. Czasem ekspert nie był pewien przyporządkowania i zaopatrzył symbol DSP znakiem zapytania, ale nie w najważniejszych wypowiedziach.

Poza tym faktycznie nie ma rewelacji – poza udokumentowaniem strasznego burdelu, dzięki ciekawskim ludziom w kokpicie, chyba pasażerowie? Warunki pracy fatalne, złe zgranie załogi i nad wszystkim królująca niekompetencja załogi musiały dać znać o sobie.

Mamy dowód na to, że żaden z członków załogi nie znał instrukcji tupolewa. Z czego to wnoszę? Nikt nie zaprotestował, gdy pilot ustawił szybkość opadania zakazaną przez producenta, a wszyscy usłyszeli jej wartość.

Piloci nie znali dobrze funkcji guzika „uchod”. Gdyby przed wylotem z Warszawy sprawdzali jego działanie (widziałem i słyszałem działanie w wideo z lotu Moskwa-Murmańsk), wiedzieliby, że manetki gazu w ułamku sekundy idą do końca, a nie czekaliby 7 s! Nie wiedzieli, że bez specjalnej metody ustawiania (niezawartej w instrukcji) guzik nie daje efektu nad lotniskiem bez ILS, i chcieli odejść w automacie.

Okazało się, że nie trzeba było oszukać TAWS zafałszowaniem najważniejszego wysokościomierza cyfrowego przed pierwszym pilotem, tylko według instrukcji wyłączyć niepotrzebne alarmy. Brak szkolenia i nieznajomość istotnych informacji z instrukcji były przyczyną krachu – typowe polskie niedbalstwo. Plus oszczędności w niewłaściwym miejscu – za drogi symulator. Organizatorzy lotu dołożyli rezygnację z rosyjskiego lidera – „z KGB”, który nie zgodziłby się na śmierć dla Polski (zaoszczędzili podobno 15 tys. zł).

Z ogromnej liczby wątków chciałbym wybrać jeszcze dwa, które są zresztą związane:

1) Czy załoga tupolewa zamierzała lądować na tym kartoflisku i

2) czy kontrolerzy naziemni są winni katastrofie i jeśli tak, to w jakim stopniu i konkretnie przez jakie działanie lub jego zaniechanie?

Nie byłem pewny, czy dobrze rozumiem pojęcie „lądowanie”, i podparłem się definicją dra Google’a. Lądowanie – będący zwykle ostatnim etapem lotu złożony proces sprowadzenia statku powietrznego na lądowisko.

Zainteresowani mogą w sieci znaleźć fazy lądowania i zestawić realia lotu z wymogami. Ja to zrobiłem, ale tu opuszczam.

Jak wyglądały naprawdę fazy lądowania w Smoleńsku?

Tak naprawdę zaistniała tylko pierwsza faza lądowania, przeprowadzona zgodnie z check-listą – podwozie, światła, może jakieś klapy i na pokładzie polecenie zapięcia pasów, podobno lekceważone przez wielu VIP-ów, z DSP włącznie.

Miałem żal do premiera Tuska o zaatakowanie projektu raportu MAK, bo moralnie jedynymi winowajcami są polscy piloci, a formalnie nie można oskarżać kontrolerów, których udział w pierwszej fazie lądowania skończył się (na jakiś czas) komendą wyrównania na 100 m, bo dalsze fazy już nie miały prawa nastąpić w tych warunkach i kontrolerzy mogli tylko kląć i stukać się w czoło, jak im samolot na radarze znikł w jarze, bo fizycznie nie widzieli nawet jego świateł w tej mgle. Nawet próbowali ratować sytuację okrzykiem, ale było za późno.

Pozostaje poszukiwanie odpowiedzi na drugie pytanie – o winę rosyjskich kontrolerów naziemnych.

Nie znam zarzutów, jakie im postawiła polska prokuratura wojskowa, bo rosyjska uważa (chyba słusznie), że nie przyczynili się w sposób istotny do katastrofy. Kontrolerzy byli systematycznie okłamywani przez kapitana statku – już od samego wejścia do strefy Smoleńska.

Nasi herosi powietrzni mieli być na 5 tys. m, gdy padło pytanie kontrolera, czy są na wysokości do poprawnej glissady – a nie byli! Okłamali! Byli wyżej! To był początek pięknej współpracy wojskowych – wzajemne okłamywanie się i niemówienie tego co trzeba według procedury: „Kwitancju nie dawali”!

Na bazie kiepskiej aparatury kontroler czasem przesadził, mówiąc „na kursie i ścieżce”, a załoga nie zdradziła swojego położenia w celu kontroli, taka zabawa w głuchy telefon. Polska załoga nie znała lub nie respektowała rosyjskich procedur, a kontrolerzy nie powiedzieli – „mamy was w d…, jeśli nie chcecie współpracować”. To ich jedyny błąd. I tak powiedzieli raz prawdę, że nie ma warunków do lądowania. Załoga nie uwierzyła i postanowiła sama sprawdzić… i sprawdziła! Nie było warunków! Nie pamiętam, jak to udowodnili.

Skoro kontrolerzy nie wyrazili zgody na lądowanie, to wszelkie manewry załogi na wysokości niższej od decyzyjnej nie obciążają ich konta i nie są winni katastrofy. Nasza prokuratura się po prostu wygłupia wzorem Tuska, który nie zaakceptował projektu raportu MAK, bo obrażał honor polskich lotników. Co za fatalny brak informacji u premiera „dzikiego kraju”, w którym jest tylko „ch. d. i kamieni kupa” lub istnieje tylko „teoretycznie”. Czyżby był aż tak ślepy? Mógł wleźć na jakiś komin (na tym się zna) i się rozejrzeć!

Mały dodatek dla miłośników fizyki i zasad działania przyrządów w „spadających” samolotach.

W moich rozważaniach związanych z ostatnimi sekundami lotu „Polish airforce 101” tylko wspomniałem o tym, że pilot ustawił szybkość opadania bardzo dużą – 7 m/s, ale w pewnym momencie jeszcze ją zwiększył. Nie chce mi się odszukać w raporcie, do jakiej wartości, bo wartości szybkości opadania, obliczone na podstawie zawartych w stenogramie czasach i wysokościach, podawanych regularnie przez nawigatora, są wprost makabryczne, nijak nie przystają prawdopodobnie do wartości odczytywanych z wariometru, który służy do wskazywania prędkości pionowej statku, czyli prędkości wznoszenia się lub opadania. Działa na zasadzie pomiaru zmian ciśnienia statycznego.

Wygląda na to, że poszerzam zakres mojej wiedzy o jeszcze jeden przyrząd, służący załodze do prawidłowego lotu – pod warunkiem że obserwuje ten przyrząd. Co widziałby pilot, gdyby w ostatnich 10 s spojrzał na wariometr?

Wyjaśni nam to tabela, którą sporządziłem na podstawie nowego stenogramu. Zaokrągliłem podane czasy do dziesiątych części sekundy i opuściłem minuty i godzinę, bo były takie same w tak krótkim czasie.

Czas (s) wysokość (m)

  1. 100
  2. 90
  3. 80
  4. 70
  5. 60
  6. 50
  7. 40

54.5 30

  1. 20

Reszta jest milczeniem lub „przyglebieniem”.

Widać z tej tabelki, że przez pierwszych 7,1 sekund samolot obniżył wysokość o 10 m, co daje prędkość opadania ok. 10 m/7,1 s = 1,4 m/s, choć pilot ustawił 7 m/s. Co wskazałby wariometr? Na pewno tyle, na ile pilot ustawił ten parametr, a więc ok. 7 m/s. Skąd taki idiotyzm? Samolot leciał prawie równolegle do opadającego stoku jaru i pomiary wysokości z radiowego przyrządu sugerowały, że spada bardzo wolno! Tu pięknie widać to zbrodnicze szkolenie i przyzwyczajenie wojskowych lotników do atakowania wroga na podstawie wysokościomierza radiowego.

Pilot nie patrzył na tak ważny przyrząd i chyba nikt z załogi, ani DSP, bo zauważyliby, że coś dziwnego się dzieje. Pilot obawiał się, że przy tak wolnym opadaniu przeleci przez lotnisko i nie wykona zadania… i ustawił jeszcze większą szybkość opadania (dokładnie odwrotnie do potrzeby). Jeśli znów bazować na danych z tabelki, to średnia szybkość opadania w obszarze od 90 m do 20 m wynosiłaby (90 m-20 m)/(55,4 s-42,3 s) = 11,7 m/s, zdecydowanie powyżej dozwolonego maksimum z instrukcji.

Ostatnia uwaga:

Na te wszystkie rozważania, szukanie wyjaśnień dziwnych danych z przyrządów i ocenę sytuacji, zagrożenia i dobrych rad, jak postąpić, ja miałem wiele godzin, sumarycznie nawet pięć lat, a w samolocie załoga miała na to sekundy lub minuty!

Dlatego szkoli się pilotów w symulatorach, tworząc na niby groźne sytuacje, aby szybko podjęli prawidłowe decyzje w krytycznych momentach, bo katastrofa w symulatorze tylko szkodzi wysokiemu ego pilota (drzwi stodoły…), a koszty są minimalne, tzn. nie tego szkolenia, ale tej konkretnej katastrofy (trochę prądu).

Wygląda na to, że prokuratura wojskowa też zrozumiała tak prostą sprawę i prześwietliła metody szkolenia pilotów w owym „elitarnym” z nazwy pułku, ale z dziadowską siatką płac.

Na koniec zwracam uwagę na temat celowości przypomnienia tak prostych rozważań fizycznych o doprowadzeniu do katastrofy przez słabo szkoloną załogę. Zbliża się kolejna rocznica tego wydarzenia i można się spodziewać ponownego hejtu fanów panów M. i K. 10 kwietnia, bo pandemia nie przeszkodzi w marszu hańby, o legalność to już zadbał minister zdrowia, ogłaszając lockdown akurat do 9 kwietnia, aby broń Boże nie zakłócić tych szemranych „cyklicznych” wygłupów.

Antonius