Kościół: uzdrowienie w pięciu prostych krokach, które zawsze działa!

W Polsce wrze! Wrze intensywne życie intelektualne. Tuzy, a nawet giganci myśli katolickiej obficie wypowiadają się o tym, czy w Kościele katolickim jest kryzys, a jeśli jest, to na ile poważny, a jeśli poważny, to co robić, by Kościół był zdrowy, bogaty i piękny jak zawsze. Bogaty – oczywiście! – w bogactwa duchowe, o których katolik zawsze rozmawia, a nie te, o jakich katolik nigdy nie rozmawia.

To bardzo słuszne i zbawienne, gdy toczy się takie intensywne życie intelektualne w Kościele, bo Kościół to w ogóle jest życie i zbawienie wieczne. Dzięki temu myśleniu następuje nieustające „pogłębianie rozumienia Ewangelii”, które to pogłębianie następuje już dwa tysiące lat. Tu jednak natrafiamy na pewien zgrzyt inicjalny. Albowiem Ewangelia jest zaledwie drobnym fragmencikiem Słowa Bożego i jeśli coś powinno być pogłębione u katolika, to wyłącznie całe Słowo Boże, a nie tylko drobniutki kawalątek. Bo jak kawalątek, to jak znaleźć dobrą odpowiedź na kryzys Kościoła i religii w Polsce i na całym świecie bożym?

Nasi mili giganci myśli katolickiej i ozdrowieńczej tym się jednak nie zrażają i prą dziarsko do przodu. Nie brakuje w mediach ich światłych myśli. Wylewają się nie za kołnierz i nie do mnisich kapturów, ale z monitorów. Oto właśnie odbyła się w Wirtualnej Polsce debatka takich gigantów: zakonnik Paweł Gużyński, ksiądz profesor Kobyliński, ksiądz doktor Studnicki, znawca mediów, no i pan doktor Tomasz Terlikowski! Jest moc naukowa!

Zagaja dziennikarz: czy polski Kościół odzyska zaufanie wiernych? Jak wypalić grzech pedofilii, jak to zrobić?

Dwa głosy z czterech. Najpierw ksiądz profesor Kobyliński, który od dawna sygnalizował problem gwałcenia dzieci przez konsekrowanych, jeszcze zanim sprawa stała się szeroko publiczną sprawą.

Dla niego dramat pedofilii jest bolesny, ale to tylko maleńki fragment o wiele większego problemu: kondycji moralnej i duchowej Kościoła w Polsce i innych krajach. Najpierw trzeba się zatrzymać i postawić rzetelną diagnozę, bo inaczej z tego piekła nie wyjdziemy. „Zauważmy, że od kilku lat powtarzamy te same rzeczy i jest raczej gorzej niż lepiej” – konkluduje ksiądz profesor Kobyliński.

Drugi głos naukowy daje ksiądz dr Studnicki, znawca mediów. Zgadza się z księdzem profesorem Kobylińskim: to kryzys wiary. Trzeba sprawiedliwości, czyli pociągnięcia do odpowiedzialności i ukarania winnych! Oraz szczerości, czyli prawdy! Wewnętrznej komunikacji trzeba! Kościół od wieków mierzy się z najgłębszym kryzysem, czyli z grzechem. W związku z tym wypracował dobrą receptę, czyli pięć warunków dobrej spowiedzi. „Recepta, wydaje mi się, jest, ale oczywiście trzeba pytać o głębokie przyczyny. Tyle że nie umiemy jej zastosować we wspólnocie i instytucji kościelnej” – konkluduje ksiądz doktor Studnicki.

A więc mamy bardzo ładne naukowe otwarcie: najpierw trzeba postawić rzetelną diagnozę – rzecze ksiądz profesor, ale już mamy bardzo dobrą i skuteczną receptę, a teraz trzeba się zastanowić nad głębokimi przyczynami – orzeka ksiądz doktor.

Bardzo głęboki kryzys mamy od stuleci, czyli grzech, ale dopiero teraz mamy kryzys, tylko nie mamy diagnozy kryzysu, choć mamy świetną i prostą receptę. Co prawda tej prostej i skutecznej recepty „nie umiemy zastosować we wspólnocie i instytucji kościelnej”, ale nic nie szkodzi, by dalej powtarzać, że receptę mamy i ją proponujemy. Kryzysu w gruncie rzeczy też nie mamy, bo jak coś jest „najgłębszym kryzysem” od tylu stuleci, to nie ma żadnego kryzysu, tylko standardowe środowisko życia. Kryzys to sytuacja wyjątkowa, a nie codzienny tok rzeczy od dwóch tysięcy lat.

Z pięciu koniecznych warunków dobrej spowiedzi, a ta spowiedź to nie jakaś gadka szmatka, ale sakrament pokuty i pojednania, ANI JEDNEGO warunku Kościół katolicki nie był i nie jest w stanie wypełnić. Pada już na pierwszym: szczerym rachunku sumienia. Jako przedsiębiorstwo oszustwa niezdolny jest ogarnąć zła, jakie czyni, ślepy jest na nie. W związku z tym niemożliwe jest wzbudzenie równie szczerego i dogłębnego żalu za uczynione zło. Nie może być zatem mowy o „mocnym postanowieniu poprawy”, a samo wyznanie grzechów jest z góry fałszywe. I wreszcie finał niemożliwego: żadne „zadośćuczynienie bliźniemu swemu” nie nastąpiło i nie nastąpi.

Wśród żelaznych dowodów jest na to dowód z Karola Wojtyły, który pozostał Świętym Ojcem Świętym Janem Pawłem II. W 2000 r. „wyznał grzechy Kościoła” przed światem, nic nie wyznając z mocy oszukańczej niemożliwości. Czy jednak uczynił „zadośćuczynienie bliźniemu swemu”, co jest niezbędnym finałem pokuty i pojednania? Nie, i sprawa jest oczywista. Pierwej musiałby się Kościół puścić w samych skarpetkach. Morze kłamstw, krzywd i przelanej krwi, jaką ma na rękach Kościół, jest tak wielkie, że żadne zadośćuczynienie nie jest z istoty swej możliwe. Po pierwszym roku działalności przekroczył granicę nienaprawialnego zła i od tej pory jego sumę przez dwa tysiące lat powiększa. Drogi powrotnej nie ma.

Kościół zadośćuczynienia nawet nie podjął, bo we wszystkim oszukuje. Człowiek jest dla niego marnym przedmiotem, lichym dodatkiem do Boga, bo zawsze, wszędzie i we wszystkim na pierwszym miejscu jest Absolut Miłości, Miłosierdzia i Przebaczenia. Dekalog na pierwszym miejscu ma przykazania jemu poświęcone, a zadośćuczynienie najpierw ma być jemu uczynione, nie człowiekowi. Ten stoi na końcu kolejki i doczekać się nigdy nie może.

Przez dwa tysiące lat to święte przedsiębiorstwo przemocy żyło w kłamstwie, żyło z kłamstwa i czynionego zła. Dopiero dziś, gdy nienawistne Kościołowi prawa człowieka zaczęły dawać rezultaty zgodnie z zasadą kropli kapiącej na głaz, zaczyna być dostrzegalne dla wielu to, co od dawna jest jasne dla niewielu: jak nieograniczone i jak absolutnie fundamentalne jest zło, które się nazywa Kościołem katolickim i religią. Co do zasady – każdym Kościołem i każdą religią, choć niewątpliwie istnieje margines cieniowania.

Kościół przez te swoje dwa tysiące lat nie miał i nie stworzy narzędzi do postawienia trafnej diagnozy co do siebie samego. Diagnoza taka z istoty byłaby zafałszowana stronniczością. Ci, co są w środku, są ślepi, głusi i porażeni moralnie. Nie mają więc tym bardziej środków wyjścia z kryzysu. Który kryzysem nie jest, a jest samą istotą przedsiębiorstwa. Rzetelne wypełnienie pięciu prostych kroków pokuty i pojednania zlikwidowałoby Kościół katolicki.

Ponieważ niemożliwa jest trafna diagnoza w wykonaniu Kościoła katolickiego, diagnozę tę stawia świat pozareligijny. Leczyć Kościoła nie będzie, są znacznie ciekawsze i godniejsze rzeczy do zrobienia. Niech potwór skona. Tak działa ewolucja, ponoć wymyślona przez samego Dobrego Pana Boga, który jednak o ewolucji nic nie wie, bo mu się zupełnie pokićkała kolejność stworzenia. No i stworzył koronawirusa, dla dobra człowieka oczywiście, z którym to wirusem usiłuje walczyć Kościół, walcząc tym samym z Dobrym Panem Bogiem.

Tymczasem Kościół stanowczo walczy: w Krakowie właśnie uruchomił kolejne sanktuarium. Niewątpliwie jako lekarstwo na ten kryzys. Wszystkie te wyobrażenia, gigantyczne wysiłki intelektu katolickiego i esencji moralnej; znakomite podpowiedzi, dobre rady i metody ordynowane na kryzys sumują się do księdza Bashobory. I to są dla niereligijnego, a przytomnego oraz niezdeprawowanego świata same dobre wiadomości: potwór zdycha. Jako że wielki, długo jeszcze będzie zdychał. Do dawnego życia, pożerania i plucia ogniem już jednak nie wróci. Wszystko idzie w jedną, nieodwracalną stronę, cokolwiek jeszcze wybitni naukowcy katoliccy wydumają i ile paciorków odmówią dobrzy parafianie, którzy tylko chodzą do kościoła grzecznie co niedziela, tylko dają na tacę i od dwóch tysięcy lat podsuwają do gwałcenia księżom własne dzieci, gwałcąc je zresztą na zmianę z klerem.

A nade wszystko ci mniemani diagności i mniemani swojego przedsiębiorstwa lekarze ślepi są na to, jak są śmieszni, żałośni i smutni. Są ofiarami zła i jego sprawcami, choć za głosicieli „Miłości Bożej” i „Dobrej Nowiny” się mają. Od tej refleksji powinni byli zacząć. Nieświadomi tkwienia od urodzenia w toksycznym świecie – niczego nie zdziałają, choć może się starają.

Tanaka