Uniesienia…

Donald Trump z małżonką opuścił Biały Dom i wsiadł do czekającego nań rządowego śmigłowca. Ten uniósł go w powietrze, kierując się do bazy Andrews, gdzie czekał już specjalny samolot, aby odstawić byłego już prezydenta do jego siedziby na Florydzie. Kochający show polityk nie przekazał uroczyście władzy nad Stanami Zjednoczonymi AP swemu następcy. Odszedł ze stanowiska w stylu urągającym człowiekowi z klasą. Została mu jeszcze tylko kasa.

Ledwo ukrywane wkurzenie i trzymające Trumpa powyborcze emocje raczej nie sprzyjały delektowaniu się obserwowaną z powietrza powierzchnią ziemi. Wewnętrznie zabulgotany, z pewnością nie miał ochoty na tego rodzaju uniesienia. Ameryka Joego Bidena pod skrzydłami samolotu z pewnością go w tym momencie nie cieszyła.

Inaczej ze mną. Kocham przestrzeń i delektuję się widokami ziemi obserwowanej z powietrza. Nieliczne pogodne zimowe dni każdorazowo skłaniają mnie do kontroli i analizy prognoz meteorologicznych oraz obserwacji nieba. Niestety, covidowa histeria pomieszała nam szyki. Władza nawołuje do ograniczania kontaktów i przemieszczania się. Motywowani przez władzę policjanci uprzykrzają obywatelom życie. A zdezorientowani ludzie klną władzę, policję i wirusa. Pogoda zdaje się wpisywać w ten stan ograniczeń.

Jeszcze rok temu wszystko zapowiadało się bardzo dobrze. Koledzy od połowy stycznia 2020 r. bawili na zawodach balonowych w Tannheimer Tal na pograniczu austriacko-bawarskim. Ja w tym czasie pilnowałem balonowego interesu na miejscu – w kraju. Gotów do balonowych lotów z pasażerami nad Śląskiem.

Gotowy do wożenia pasażerów balonem na ogrzane powietrze. W marcu 2020 r. z powodu nieznanego, nowego koronawirusa władze zablokowały możliwość takiego latania. Przez dwa miesiące mogłem tylko z żalem patrzeć na pogodne niebo. I marzyć o lataniu.

Początek 2021 r., sparaliżowany dziwnymi, nie zawsze dobrze przemyślanymi ruchami i decyzjami władz państwowych, wygląda podobnie. Znowu mam więcej czasu na przeglądanie i porządkowanie moich lotniczych staroci.

W ubiegłym roku część mojego lotniczego archiwum trafiła na śmietnik po tym, jak fekalia zalały moją dawną kawalerkę. Stało się tak w niecały rok po wymianie starego pionu kanalizacyjnego na nowy. Stara, oryginalna kanalizacja z lat 70. przez 30 lat nie sprawiła kłopotu. Po wymianie nie trzeba było roku, aby pozostawione tam materiały kwalifikowały się wyłącznie do wyrzucenia. Szefostwo spółdzielni mieszkaniowej na katowickim Tysiącleciu nie ma sobie nic do zarzucenia. Winni – inni lokatorzy, bo nad miarę korzystali w pandemii z kanalizacji. Siedzieli w domu, jedli i s…

Przyznam się, że kiedy w latach licealnych zaczynałem przygodę z powietrzem, nie myślałem, iż po latach najpiękniejsze wspomnienia będę łączył z balonami. Choć wtedy, na początku lotniczej drogi, w ogóle nie planowałem zajmować się czymś tak nieruchawym w powietrzu jak balon. Każdy młody kocha prędkość i czasami wysokość. Ja tak miałem. Plan był prosty. Wpierw szybowce, potem samoloty. I zawodowe cywilne latanie.

Jednak życie – szczególnie to w PRL – potrafiło zweryfikować indywidualne plany. Często okazywało się, że chcieć to nie zawsze móc. Bo tamta władza miała swoje własne długoterminowe kalkulacje i zamierzenia. A lotnictwo należało do najbardziej reglamentowanych dyscyplin. Do tego rządzili nim wtedy wojskowi. I to oni rozdawali karty, często znaczone. Dzisiejsza władza zachowuje się podobnie. Tyle że nazywa to polityką prorodzinną. Polityką dla swoich.

Ale nie ma co narzekać. Kilka tysięcy godzin w powietrzu to naprawdę wiele przygód i wspomnień. Połowa przypada na balony, którymi zająłem się przez przypadek. A właściwie przez prawo jazdy, jakie zdążyłem wcześniej zrobić. Otóż któregoś dnia w latach 70. klubowa sekcja balonowa miała w planie wykonanie startu balonu gazowego z Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku w Chorzowie. Okazja była urzędowa, zlecona przez komitet wojewódzki PZPR. KW PZPR przy okazji świąt państwowych organizował śląskim robotnikom rozmaite festyny i imprezy we wspomnianym parku. Tak bywało na 1 maja, w święto partyjnej gazety, jaką była śląska „Trybuna Robotnicza”, 22 lipca i inne wymyślane doraźnie okazje. Jedną z atrakcji bywał balon. Wtedy – balon gazowy, taki do lotów w Pucharze Gordona Bennetta, na jak najdłuższy dystans.

To była właśnie jedna z takich okazji. Władza oczekiwała, że w sprzyjających warunkach pogodowych aeroklub wywiąże się z zadania. Tyle że w sekcji balonowej właśnie zabrakło kierowcy. Klub nie miał etatowego kierowcy. A ponieważ już wcześniej wielokrotnie wyjeżdżałem klubowym autem po szybowce, które lądowały w terenie przygodnym, padło na mnie.

I tak jako szybownik zostałem kierowcą sekcji balonowej. Klubową Nysą z przyczepą radziłem sobie dobrze. Po doświadczeniach z długą przyczepą szybowcową krótka przyczepka balonowa tym bardziej nie sprawiała mi żadnych kłopotów. No, może poza technicznymi. Potrafiła się niespodziewanie zepsuć albo stracić koło w czasie jazdy.

I tak w trakcie jednego z kolejnych wyjazdów na lot z WPKiW koledzy baloniarze zdecydowali, że w nagrodę za społeczne jeżdżenie za nimi powinienem przelecieć się balonem. Pamiętam, nie ciągnęło mnie do tego i broniłem się przed ich pomysłem. Bo, jak powiedziałem wcześniej, nie widziałem niczego ciekawego w siedzeniu w koszu zawieszonym pod powłoką balonu. Ale oni już zdecydowali.

Po ponad dwóch godzinach ciężkiej pracy z przygotowaniem balonu do lotu, kilkunastokrotnym przewieszeniu 200 worków balastowych z piaskiem wraz z kilkoma starszymi kolegami zająłem miejsce w koszu balonu. Ok. 30 worków z piaskiem wisiało na zewnątrz kosza, w środku kolejne sześć zajmowało część podłogi. Odważony przez dowódcę balon lekko oderwał się od ziemi i z niedużą prędkością niecałego metra na sekundę zaczął się wznosić. W dole, na ziemi, żegnało nas kilka tysięcy osób, które wcześniej obserwowały przygotowania do startu.

Start był bezszelestny. Balon wznosił się w ciszy coraz wyżej, obierając kierunek na północny zachód, w kierunku Piekar Śląskich i Tarnowskich Gór. W dole, coraz niżej, pełen rozkrzyczanych, rozgorączkowanych ludzi park stawał się mniejszy i mniejszy. Potężne bloki Tysiąclecia także straciły na wielkości. Nawet Stadion Śląski z wysoką wieżą prasową dla gości i dziennikarzy wyraźnie się skurczył. Stałem w otwartej przestrzeni i oparty o burtę kosza obserwowałem spokojnie obrazy, jakie powoli przesuwały się pod nami. Wznieśliśmy się na ok. 1,5 tys. m nad gruntem i pożeglowali ponad śląskimi miastami.

W tym locie nie musiałem niczego robić, mogłem się oddać wyłącznie obserwacji. Pierwszy raz byłem tak wysoko ponad ziemią niezamknięty kabiną. Nie musiałem nawet ubrać spadochronu. Niezbędne na wszelki wypadek spadochrony spoczywały w rogu kosza, tuż obok balastowych worków z piaskiem.

To było zupełnie nowe, niesamowite przeżycie. W ciszy balonu słychać było dźwięki z ziemi. Po minięciu Tarnowskich Gór dowódca balonu obniżył lot do ok. 100 m nad gruntem. Kiedy dolatywaliśmy do wiejskiej zabudowy, miejscowości ożywały. Im bliżej domów byliśmy, tym robiło się głośniej i coraz więcej psów szczekało, a ptactwo domowe dokładało swoje głosy. Gęsi gęgały, kaczki kwakały, kury gdakały. Rozgdakane kwoki nerwowo zaganiały swoje kurczęta do kurników. Również kaczki i gęsi starały ukryć się w kurnikach bądź pod gęstymi przydomowymi krzakami. Czyniły to jednak wolniej i bardziej majestatycznie od kur. Szczekanie i harmider powodowany przez domowe ptactwo prowokowały niektórych mieszkańców do sprawdzenia przyczyn hałasu. Widziałem, jak chodzili i sprawdzali na ziemi, cóż było powodem takiego zachowania. Dopóki ktoś z załogi się nie odezwał, prawie nikt na ziemi nie spojrzał w niebo. Dopiero głos z góry uzmysłowił gospodarzom przyczynę niespotykanego  rozgardiaszu. Niektórzy skorzystali z okazji rozmowy z załogą balonu.

Po ponad czterech godzinach lotu wylądowaliśmy w pobliżu Lublińca. Lądowanie było spokojne i w sumie łagodne. A jednak w chwili przyziemienia przez powłokę balonu przeszło delikatne drżenie i z otwartego rękawa w dole powłoki do kosza wpadła kula sadzy, która zaczerniła wszystkich na pokładzie i zamieniła mojego nowego, białego T-shirta w ciemno-szarą szmatę. Do tego mocno cuchnącą gazem koksowniczym, jakiego użyliśmy do napełnienia powłoki. To było dla mnie zaskoczenie, bo zawsze kiedy dojeżdżałem samochodem pod balon, był on już spakowany, a koledzy przebrani w inne aniżeli do lotu stroje.

W ten sposób przeszedłem swój chrzest balonowy. Był czerwiec 1978 r. I już wiedziałem, co takiego moi starsi koledzy widzą w lotach balonem.

Od tego czasu zostałem stałym członkiem sekcji balonowej i kiedy tylko mogłem, starałem znaleźć się w koszu jako członek załogi lotnej.

10 lat później – w 1988 r. – klub otrzymał swój pierwszy balon na ogrzane powietrze. Rok później dostaliśmy kolejny, a ja uzyskałem licencję pilota balonu wolnego i coraz więcej czasu poświęcałem lataniu balonami. Tym bardziej że plany zawodowego latania samolotowego nadal nie posuwały się ku szczęśliwemu finałowi.

Balony na ogrzane powietrze niesamowicie zwiększyły nasze możliwości latania. Nie wymagały tyle pracy i przygotowań co balon gazowy. Aby polecieć gazowcem, na startowisko musieliśmy przywieźć 4 t piachu, który trzeba było przesypać do ok. 200 worków, służących do balastowania powłoki w trakcie napełniania gazem lżejszym od powietrza. Ten gaz był zazwyczaj łatwopalny. Na Śląsku był to gaz koksowniczy, używany wtedy powszechnie do zasilania domowych kuchenek gazowych w całej aglomeracji. Poza Śląskiem korzystaliśmy z wodoru. Gaz koksowniczy miał jedną wadę – zawierał sporą ilość sadzy (średnio 15-20 g/m3), co w mieszkaniach powodowało zapychanie dysz w kuchenkach. A dla balonu o pojemności 2200 m sześc. oznaczało ok. 30-40 kg sadzy osiadającej wewnątrz powłoki przy każdym napełnieniu. Ta sadza każdorazowo w momencie przyziemienia zamieniała się w czarną, lotną kulę wpadającą do kosza. Do tego sama powłoka takiego balonu ważyła jedyne 450 kg i potrzeba było minimum ośmiu chłopa, aby ją przenieść lub choćby tylko załadować na przyczepę. Podobna powłoka dla balonu na ogrzane powietrze ważyła zaledwie 90 kg. Różnica kolosalna.

Postawienie balonu na ogrzane powietrze zajmuje czteroosobowej załodze ok. 10-15 minut, po czym balon może spokojnie odlecieć. Gazowiec – kilkunastu osobom – zajmował od dwóch do czterech godzin naprawdę ciężkiej roboty.

Z pewnością niektórzy z was mieli okazję polecieć balonem. Egipt – Dolina Królów czy Kapadocja w Turcji to chyba najbardziej znane miejsca takich lotów. Amerykańskie Albuquerque co roku skupia kilkaset balonów na ogrzane powietrze. Bogatsi mogli przeżyć poranne safari z pokładu dużego balonu w Kenii.

Dzisiaj balony na ogrzane powietrze są wszędzie. Różnych wielkości i zazwyczaj bardzo kolorowe, z daleka zwracają na siebie uwagę. Osobiście po latach sportowego latania zostałem instruktorem i komercyjnym pilotem balonowym.

W prywatnej firmie moich znajomych jestem jednym z pilotów. W naszym klimacie mogę wykonać nawet dwa loty dziennie. Pierwszy – wcześnie rano, tuż po świcie. Drugi – na ok. dwie-trzy godziny przed zachodem słońca. W krajach zwrotnikowych i podzwrotnikowych na ogół można wykonać tylko lot poranny. Popołudniami bywa zbyt gorąco.

Każdy lot balonem na ogrzane powietrze jest niepowtarzalny. Nawet lecąc dokładnie tą samą trasą, za każdym razem ma się inne wrażenia. Loty o świcie, tuż po wschodzie słońca, wiążą się często z poranną rosą i miejscowymi mgiełkami, zalegającymi w obniżeniach terenu. Po nocy powietrze jest chłodniejsze i rześkie. Do tego nie występują jeszcze zjawiska termiczne związane z działaniem słońca. Wiatry są stabilniejsze i słabsze na wszystkich wysokościach.

Przed wieczorem powietrze bywa jeszcze mocno nagrzane. Na ogół nie spotyka się też mgiełek, dodających powierzchni ziemi dodatkowego kolorytu. Ponadto występują jeszcze tzw. wiatry termiczne, silniejsze niż rankiem i potrafiące zdecydowanie zmienić kierunek tuż przed planowanym lądowaniem. Loty popołudniowe są jednak wygodniejsze dla większości pasażerów. Nie trzeba bardzo wcześnie wstawać, aby o świcie znaleźć się w powietrzu. Do tego wygrzana słońcem ziemia, parując, wypełnia przestrzeń nad nią rozmaitymi zapachami upraw, drzew czy efektów ludzkiej aktywności. Bywa niesamowicie i zaskakująco.

Balon na ogrzane powietrze zwraca na siebie uwagę. Każdorazowe użycie palnika to spory kilkusekundowy hałas, słyszalny na ziemi z dużej odległości. A palnik używany jest często. Tyle że każdy w koszu szybko przyzwyczaja się do tego hałasu i przestaje na niego reagować. Dzięki współczesnym palnikom zasilanym płynnym propanem bądź propanem-butanem mogę bardzo precyzyjnie pilotować każdy balon. I to bez względu na jego wielkość. Jako pilot muszę tylko pamiętać o specyfice balonu. Im większa pojemność powłoki oraz wielkość kosza, co wiąże się z liczbą zabieranych pasażerów, tym większa bezwładność takiego balonu. Mniejszy balon szybciej reaguje na pracę palnikiem. Dlatego mniejszym łatwiej operuje się w niskim locie, przy ziemi, tuż nad wierzchołkami drzew czy niewysoko nad zabudową.

Balony na ogrzane powietrze od nazwiska francuskich twórców tego typu balonu zwane są Montgolfierami. Innym stosowanym w środowisku określeniem jest grzaniec. Gdyż balon uzyskuje swą siłę nośną dzięki znacznemu podgrzaniu powietrza zamkniętego wewnątrz powłoki. W czasie lotu jego temperatura może wynieść nawet 120 st. C.

Z doświadczenia wiem, że najlepsze widoki są w locie pomiędzy 50 a 200 m nad gruntem. Z tych wysokości widać szczegółowo wszystkie elementy powierzchni ziemi, a w warunkach dużej przejrzystości powietrza widać nawet do 60-70 km w poziomie. Ponadto wszystkie stworzenia na powierzchni ziemi reagują na lecący w tym zakresie wysokości balon i są łatwo zauważalne z kosza. Czasami wznoszę się zdecydowanie wyżej – do 1500 czy 2000 m. Jednak wtedy zacierają się wszelkie szczegóły na powierzchni. Nie widzi się już żadnych zwierząt ani ludzi. Nawet zauważenie sporego samochodu bywa dużym kłopotem dla przeciętnego człowieka. Cóż, odległość robi swoje. Czy to w poziomie, czy w pionie. Kilometr jest kilometrem, czy patrzymy przed siebie, czy pod siebie. Wysokie latanie najczęściej przypomina oglądanie mapy. Tyle że na większych wysokościach można lecieć z większą prędkością niż tuż nad ziemią. Wynika to ze specyfiki ziemskiej atmosfery. Ale to już zmartwienie pilota, który planuje wykonanie danego lotu. Bo do każdego lotu trzeba się osobno przygotować.

Dobre przygotowanie pozwala uniknąć nieprzyjemnych zaskoczeń i osiągnąć stan prawie euforycznego uniesienia i satysfakcji. Takie uniesienie potrafi przenieść naszą psyche w zupełnie nieznane regiony. Nasza Ziemia jest naprawdę śliczna, gdy spoglądamy na nią nawet z niewielkiej wysokości, np. tuż znad wierzchołka drzewa. Nie wierzycie?

zak1953

Zdjęcia: Tomasz Raszka, Adam Gruszecki, lotybalonem.pl