Nieznośna Kruchość Bytu

Mam nadzieję, że fani Milana Kundery wybaczą mi parafrazę tytułu jego książki.

Ale do rzeczy. Jadąc dziś 110 km/g autostradą, zaświtało mi nagle, jak kruchy jest mój byt. Wystarczyłby przecież moment nieuwagi, mój albo innego kierowcy (a może zdarzyć się w każdej chwili), by moje auto w mgnieniu oka zmieniło się w kupę pogniecionego złomu, a ja w hamburgera. Idąc łańcuchem myślowym od tego punktu wyjścia, zacząłem rozważać kruchość istnienia w ogóle oraz, w szczególe, cywilizacji i kultury, w której żyjemy.

Wydaje mi się, że przytłaczająca większość ludzi prawie nigdy nie zastanawia się, indywidualnie czy zbiorowo, nad mieczami Damoklesa wiszącymi nad naszymi głowami. Wypadki, katastrofy itp. zdarzają się przecież zawsze innym, nie nam, a jeśli już, wyklinamy na niesprawiedliwość świata, okrucieństwo losu oraz, w przypadku wierzących, na złośliwość szatana.

Groźnie było co prawda zawsze, ale do niedawna bywały to najczęściej zagrożenia lokalne, które, wyjąwszy najbardziej drastyczne kataklizmy, dotykały tylko mniejszy lub większy odsetek populacji, a nie jej całość. Ponadto w cywilizacjach przedindustrialnych większość społeczeństwa żyła z nimi na co dzień, z ziemi, w bezpośrednim kontakcie z naturą, doświadczając wciąż jej wybryków, a więc była w znacznym stopniu na nie przygotowana oraz posiadała umiejętność przeżycia na podstawowym biologicznie poziomie – poprzez wykorzystywanie bez kręcenia nosem wszystkich dostępnych zasobów naturalnych.

Cywilizacja przemysłowa jest jednak globalna, a większość jej populacji mieszka w miastach, odizolowana od natury, zwłaszcza na Zachodzie, i nie posiada, z wyjątkiem śladowego marginesu, żadnych umiejętności niezbędnych do przeżycia/przetrwania w środowisku drastycznie uproszczonym do podstaw biologicznych. Miejskie społeczeństwa konsumenckie są w 100 proc. zależne od globalnych łańcuchów zaopatrzenia w energię, żywność, wodę. Od wyspecjalizowanych usług i od infrastruktury.

Te technologiczne systemy podtrzymywania życia są niezwykle skomplikowane, silnie powiązane, wymagają wielkiego wkładu energii i rzeszy wąsko wyspecjalizowanych, wysoko wykwalifikowanych pracowników do obsługi, są zatem potencjalnie bardzo wrażliwe na zagrożenia, zarówno przez kataklizmy naturalne, jak i wynikające z konfliktów międzyludzkich. Wystarczyłby skuteczny sabotaż produkcji i zaopatrzenia w energię – elektryczność i paliwo – żeby w ciągu tygodnia uśmiercić każdą metropolię. Albo zablokowanie wąskich gardeł transportu czy aparatu przechowywania i dystrybucji żywności.

Pandemia koronawirusa, mało tak naprawdę śmiertelna w porównaniu z, powiedzmy, ebolą, zakłóciła globalne połączenia komunikacyjne i dostawcze oraz zaszkodziła dosyć mocno zachodnim systemom gospodarczym, a zwłaszcza ochronie zdrowia. Tym razem dołek nie był/nie jest zbyt głęboki i (miejmy nadzieję) tylko chwilowy. Odporność maszynerii podtrzymujących życie naszej cywilizacji na zakłócenia ma jednak swoje granice i bardziej śmiertelny wirus czy inna masowa dezorganizacja może je przekroczyć, rozpoczynając reakcję łańcuchową prowadzącą do drastycznej globalnej zapaści, a nawet upadku.

Tymczasem, jak wspomniałem, nawet jeśli ludzie zdają sobie sprawę z kruchości ich bytu, świadomość tego jest tylko jakąś mglistą obawą na n-tej pozycji ich codziennej listy zagrożeń i lęków. Często zastanawiam się, czy jest to arogancja, ignorancja, czy wyparcie (denializm), czy, co najbardziej prawdopodobne, jakaś ich kombinacja.

I tu dochodzę do kwestii religii, wiary i autorytaryzmu. Choć nie jestem ani psychologiem, ani socjologiem, ani żadnym innym logiem, wydaje mi się, że im większe są lęki, poczucie zagrożenia czy niepewności, tym większa skłonność do wiary w jakiś mit religijny czy ideologiczny. Ludzie zdający sobie sprawę z kruchości swego bytu, statusu, dobrobytu chwytają się kurczowo ezoterycznych i bajkowych pewników odpornych na racjonalny materializm ponurej rzeczywistości, szukając pociechy w „życiu wiecznym” czy w „ciepełku” wspólnoty ze swojskim stadem, opartej na opoce „tradycyjnych wartości”, często religijnych. Stają się wówczas naturalnym zapleczem politycznym i/lub elektoratem dla hałaśliwych oszołomów/demagogów/religijnych „gurus” (niepotrzebne skreślić), łykając z bezkrytycznym entuzjazmem zstępującym często w fanatyzm obietnice głoszone przez ich „wodzusia” – powrotu, przy pomocy autorytarnych rządów i surowego ukarania „winnych”, do złotego wieku.

Pierwszymi dwoma dowodami na sensowność tej tezy mogą być głęboka religijność żyjących często na granicy przetrwania społeczeństw przedindustrialnych oraz późniejsza przesadna i uporczywa religijność narodów/grup społecznych mocno poturbowanych przez historię czy też tzw. układy. Jak np. Irańczyków/Persów, no i oczywiście Polaków.

Trzecim jest laicyzacja Zachodu, do niedawna jakże sytego, pewnego siebie, czującego się bezpiecznie w swej kolonialnej i neokolonialnej, militarnej, politycznej, technologicznej i gospodarczej dominacji nad globem. Niepokojące jest, że to odchodzenie od religii wydaje się oparte bardziej na dominacyjnej arogancji niż na prawdziwym oświeceniu umysłów, czego może dowodzić łatwa odwracalność, gdy pozornie laickie społeczeństwa zaczynają szukać schronienia przed niepewnością i wspomnianą wyżej świadomością zagrożenia w mitach narodowo-rasistowskiego populizmu, zmieszanego z tradycyjną religią.

Mimo że większość mieszkańców Zachodu trzyma się wciąż kurczowo tego co zawsze (business as usual) w obliczu zmian klimatycznych, wymierania gatunków, dewastacji środowiska, niemożności kontynuowania niekończącego się wzrostu gospodarczego opartego na konsumeryzmie – rosnąca popularność populizmu i kręcących na nim polityczne lody „wodzusiów” świadczy, że mniej lub bardziej świadomie zdają sobie sprawę, iż krótka era stabilizacji, demokracji, bezpieczeństwa i obfitości może być zagrożona, a nawet dobiegać końca.

Jeśli przysłowie głoszące, że „gdy trwoga, to do boga”, jest słuszne, to gdyby doszło do naprawdę poważnej zapaści cywilizacji przemysłowej, bardzo prawdopodobny byłby masowy powrót do tradycyjnego marksowskiego „opium dla ludu” – religii lub jakiegoś quasi-religijnego „izmu” jako ucieczki od Nieznośnej Kruchości Bytu.

Herstoryk