Szkoła wróciła. A z nią religia w szkolnej ławce

Starszy syn kolegi od września bieżącego roku rozpoczął edukację szkolną. W szkole bardzo mu się podoba, chociaż czasami lekko się nudzi, gdyż w przedszkolnej „zerówce” opanował już sporą część programu I klasy i potrafi sobie przeczytać większość treści drukowanych, a nawet pisanych odręcznie. Ma jednak pewien kłopot. To religia w szkole.

Ta religia stała się powodem domowej wojny. Kolega jest absolutnym ateistą. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, iż czasami ateistą wojującym, zdecydowanie mniej tolerancyjnym ode mnie. A jednak jakiś czas temu ożenił się z dziewczyną wychowaną religijnie i te tradycje regularnie praktykującą. Powiem więcej, zgodził się nawet zalegalizować swój związek z wybranką przed majestatem katowickiego katolickiego księdza, który przed ołtarzem połączył ich „nierozerwalnym węzłem małżeńskim”. Cudzysłów umieściłem z powodu dosyć wybiórczego traktowania przez Kościół owej nierozerwalności związku, co pokazała sprawa małżeństwa prezesa TVP Jacka Kurskiego.

Jednak faktem jest, iż kolega żeniąc się ze swą wybranką dla świętego spokoju, podpisał się pod dokumentem, w którym formalnie wyraził zgodę na religijne wychowanie ewentualnych dzieci w duchu zasad religijnych Kościoła katolickiego. Cóż, mając córkę z wcześniejszego – świeckiego – związku, nie planował kolejnych dzieci. Okazało się, iż nowa żona miała inne plany. I po kilku latach bezdzietnego związku okazała się brzemienną. Na świat przyszedł syn. Dwa lata później kolejny. Kolega obudził w sobie późny instynkt ojcowski i poświęca synom sporo czasu.

Obaj chłopcy są bystrymi, inteligentnymi obserwatorami życia i szybko wyłapali różnice w zachowaniach rodziców i podejściu do metafizyki. Twardo stąpający przez życie kolega dosyć szybko musiał wyjaśnić synom, dlaczego nie chodzi z mamusią do lokalnego kościoła. Wyłożył im na tyle przystępnie, że zaczęli się mamie stawiać, przymuszani do niedzielnego udziału w nabożeństwie.

A już gorąca wojna zaczęła się rozkręcać na całego, gdy okazało się, iż jedne z zajęć w pierwszej klasie szkoły podstawowej nazywają się religia i dotyczą ewangelicznych opowieści. I choć pani katechetka jest osobą niczego sobie, do tego grzeczną i kulturalnie snującą zlecone jej opowieści, młody szkolnik stanął okoniem. A ponieważ już wcześniej z wyjaśnień ojca powyciągał osobiste wnioski, zaczął pani katechetce zadawać rozmaite, niewygodne pytania, rozbijające religijną narrację. I czynił to konsekwentnie na każdej lekcji, co doprowadziło do rozmowy dyrektora szkoły z matką, która wcześniej podpisała wniosek o objęcie syna zajęciami z religii. Wniosek podpisała tylko matka chłopca. Ojciec podpisu nie złożył, bo od początku uznawał czas poświęcony na religię za zmarnowany.

O dziwo w trakcie rozmowy matki z dyrektorem pierwszoklasista zabłysnął elokwencją i spytał dyrektora, czy religia jest nauką. I tutaj dyrektor w obecności matki wyraźnie stwierdził, iż religia nauką nie jest, chociaż jest prowadzona w szkole jak inne przedmioty, co spowodowało lekkie zapowietrzenie się koleżeńskiej małżonki. Wyczuła wyraźnie mężowską inspirację synowskiego oporu, co dała odczuć po powrocie do domu. Religia wykładana w szkole ex catedra stała się powodem zaognionych rozmów domowych.

Kolega udaje, iż jest poza tym sporem. Obecna żona wiedziała przecież, kogo bierze sobie za męża. Miała świadomość jego areligijności, by nie rzec – ateizmu. Przez lata małżeństwa samotnie bądź z rodzicami uczestniczyła w praktykach religijnych. Jemu to nie przeszkadzało, odbywało się obok codziennego życia. Pojawili się jednak chłopcy, których kiedyś nie planował. I teraz problem dotyka go bardzo wyraźnie. W bezpośredniej rozmowie przypomniałem mu zgodę na religijne wychowanie ewentualnych małżeńskich dzieci, jaką podpisał w obecności księdza udzielającego mu sakramentalnego ślubu. Jak by nie patrzeć, to złożył jasną deklarację, iż nie będzie się sprzeciwiał, jeśli połowica będzie chciała posyłać swe dzieci na religię. A ona twardo obstaje przy swoim wyborze.

Ba, nakreśliła perspektywę czasową religijnego chowania synów na najbliższe lata. I wyraźnie sygnalizuje chęć doprowadzenia obu synów minimum do etapu pierwszej komunii. To oznacza trzy lata zajęć religii w szkole dla każdego. Ponieważ młodszy syn kolegi jest dwa lata młodszy, zanosi się na pięć lat domowych dyskusji i problemów związanych z religią w szkole.

Według informacji, jakie otrzymał kolega od dyrektora szkoły, podobna sytuacja dotyczy jeszcze kilku osób w szkole. Większość rodziców dla świętego spokoju i uniknięcia wytykania swych dzieci przez religijne koleżanki i kolegów zapisała pociechy na szkolną ewangelizację. W ten sposób odsuwają na czas nieokreślony problem z przedmiotem niebędącym nauką.

Kolega na razie się nie poddaje. Podpisu pod wnioskiem o udział syna w zajęciach religii nadal nie złożył. Myślę, że będę jeszcze świadkiem, a być może i uczestnikiem kolejnych dyskusji w poruszonej kwestii. Osobiście lubię sobie pogadać na rozmaite sprawy, w tym o religijnym zabarwieniu. W końcu moja osobista ciotka wymarzyła sobie, aby jej bratanek został księdzem. I przez lata wytykała mi, czego się wyrzekłem swym oporem.

zak1953