Rocznica niezbyt sympatyczna

Gdy dziesięć lat temu przeczytałem w internecie, że zbliża się 70. rocznica wybuchu II wojny światowej, to się przeraziłem. Cały czas w duchu miałem przekonanie, ze jestem jeszcze młody, a tu pamiętam wiele rzeczy z okresu przed wybuchem tej wojny – nagle zdałem sobie sprawę, że jestem chyba już starym człowiekiem. Za kilka dni cały świat uroczyście będzie „świętował” 80. rocznicę, ale już nie mam złudzeń – mój koniec jest bliski, koniec mrzonek o młodym duchu i sercu, idą w ślad reszty mego ciała (bez komentarza na temat kondycji tej żałosnej reszty). Pamiętam oczywiście wiele szczególików z okresu przedwojennego, ale związanych z rocznicą wybuchu wojny wymieniłbym dwa zdarzenia, których nie zapomniałem i pewnie będę długo pamiętał.

1) Latem 1939 r. widziałem pierwszy (i chyba ostatni) raz w życiu zorzę polarną, zjawisko niezwykle rzadkie w naszej szerokości geograficznej. Poza tym była u nas powódź, zdecydowanie groźniejsza niż tzw. powódź stulecia. Ludzie mówili: będzie wojna. Nie wiem, ile w tym intuicji prostego ludu czy zabobonu, bo politycy powinni byli ten rozwój wydarzeń bezbłędnie przewidzieć. Obecni politycy powinni się zająć działaniami prezesa, który naśladuje innego dyktatora.

2) Drugie zdarzenie wiąże się z nocą z 31 sierpnia na września owego roku. Obudziło mnie mocne pukanie w okno, obcy głos zawołał: „Leo, Mobilmachung”!

Mój ojciec się szybko ubrał i znikł. Wrócił po trzech dniach w mundurze kaprala Wehrmachtu (stopień z I wojny w służbie cesarza Wilhelma pod Verdun), powiesił mundur do szafy i tyle był w wojsku – zwolniony za podeszły wiek. Nie był to okres późniejszy, gdy takie drobiazgi jak nieodpowiedni wiek i/lub kiepskie zdrowie nie były przeszkodą w służbie dla Fuehrera (Volkssturm). To późniejsze wojsko jechało na front pod hasłem: „Wir alten Affen sind die neuen Waffen”. Dr Google przetłumaczy.

Tak wyglądał dla mnie początek wojny. Zawitała do nas realnie dopiero w 1944 r. bombardowaniami miasta przez aliantów i gehenną ucieczki przed Armią Czerwoną w roku pańskim 1945 przy 30-stopniowym mrozie.

Powojenny powrót z tułaczki obfitował w paskudne elementy dzięki znanemu humanitaryzmowi zwycięzców, odreagowujących miesiącami frustracje wojenne, o przyczynach których nie miałem pojęcia, bo propaganda goebelsowska była prawie tak dobra jak pisowska, zgodnie z hasłem TVN: „Cała prawda, całą dobę!”.

O Sowietach wiedziałem tylko, że są niedobrzy, o Polakach, np. w Bydgoszczy, to samo – i tak się składa, że to pierwsze było prawdziwe (własne obserwacje i relacje bliskich), a po rozmowie z ludźmi z Bydgoszczy na temat „krwawej niedzieli” miałem podstawy sądzić podobnie o Polakach. Amerykanie już ochłonęli po znojach zdobycia Niemiec i zachowywali się przyzwoicie wobec ludności cywilnej. Anglików i Francuzów widziałem dopiero wiele lat później i nie w mundurach.

W zasadzie tyle mógłbym powiedzieć z okazji rocznicy wybuchu wojny. Szczegóły przebiegu wojny, ucieczki i powrotu już opisałem szczegółowo w internecie (głównie w Silesii, ale też na blogach „Polityki”), również moje niezbyt miłe pierwsze kontakty z Polakami po wojnie. To ostatnie zdanie może mylnie sugerować, że nie jestem Polakiem, ale to tylko częściowo prawdziwe. Piszę to, mając „w rozumie” (pamięci) to, co myślałem i czułem w tamtych dniach czy latach.

Analizowałem sytuację ludzi mojej proweniencji – autochtonów z Opolszczyzny – dokładniej po sławnym oświadczeniu prezesika, że „Ślązacy to zakamuflowana opcja niemiecka”! Jest to oszczerstwo zawierające ziarenko prawdy. Nie wolno w czambuł sądzić o wszystkich Ślązakach tego samego i stosować jedną miarę. Prezes obraził chamsko np. Kuca, czyli tzw. polskich Ślązaków z tradycjami powstańczymi, którzy oddawali życie, aby powstała z ruin Polska zdobyła bogaty, przemysłowy Śląsk, który państwo poprzez stuletnią rabunkową gospodarkę uczyniło bombą ekologiczną. Mimo tego poświęcenia napoleonek z Żoliborza uważa, że to on jest patriotą, a nie wspomniani Ślązacy.

Inaczej wygląda sprawa w regionie opolskim. Tam ludność optowała za pozostaniem w Prusach. Czy to byli Niemcy? Niekoniecznie, skoro rozmawiali po polsku, praojcowie nawet nie znali języka niemieckiego. Mam dowód czarno na białym – akt notarialny mojego pradziadka z zakupu nieruchomości pod budowę domu rodzinnego, którego nowsza wersja (ponadstuletnia) jeszcze stoi. Pruski notariusz sporządził akt po niemiecku i po polsku z adnotacją, że obie strony nie znają języka urzędowego.

O fakcie, że mam, jak widać, „polskie korzenie”, dowiedziałem się dopiero jesienią 1945 r., gdy matka wyciągnęła z lamusa polski elementarz, z którego ojciec na przełomie wieków nauczył się sam czytać i pisać po polsku, bo polskich szkół u nas już nie było. Czy przez to natychmiast zapałałem głęboką miłością do Mateczki Polski, upragnionej przez powstańców? Raczej nie, szczególnie dzięki doświadczeniom z pierwszych dni pobytu w szkole, gdzie polscy koledzy przywitali mnie i moich „pobratymców” uderzeniami w czoła z okrzykiem: „Hajl Hitler”! Na nasze szczęście gołą ręką, bo kije baseballowe nie były jeszcze w modzie. O ewentualnej obronie nie było mowy!

Takie zachowanie wobec rdzennej ludności przez szkolne dzieci to miły zefirek w porównaniu z czynami „najeźdźców” we wioskach, gdzie mieszkało wielu powstańców, którzy dla Polski przelewali krew i w podzięce zostali niewolnikami przybyszy ze Wschodu, którzy ich gnoili na potęgę, tak jak tylko jeden człowiek z poparciem władzy może się bezkarnie wyżywać na bezbronnym, przecież dalej słuszne jest hasło: „Człowiek – to brzmi dumnie”! Nie zaskoczyło mnie np., gdy dziewczyna na zabawie oświadczyła: „Gdybym mogła, to zabiłabym wszystkich Polaków moimi trepami”, choć jej ojciec był szykanowanym przez władze pruskie powstańcem pod wodzą Korfantego.

Optowanie za Niemcami przypomina mi głosowanie kurskowego ludu za PiS. „Kradną, ale nam coś kapnęło” (500 plus).

Ślązakom odpowiadał Porządek Prawny w Prusach, Polsce nie dowierzali. Chyba podobnie ład pruski przyjęli poznaniacy do dziś. Nie wszystko było złe dla ludności o korzeniach polskich przed faszyzmem. Władze stosowały taktykę kija i marchewki i zadbały o dzieci, przysyłając Kulturtraegerów prawdziwych, najpierw nauczycieli i administrację, a potem inżynierów, gdy rozwinięto w okolicy przemysł chemiczny. Na drodze powolnych zmian doszło do podziału autochtonów – na wsiach pozostała kultura polska, miasta były zniemczone. Pamiętam bardzo dobrze, jak śmialiśmy się z nieudolnych niemieckich wypowiedzi kuzynów z Cisowy, odległej od mojej Kuźniczki o kilka kilometrów – dziś wszystko Kędzierzyn Koźle, kretyńska hybryda peerelowska, połączenie średniowiecznego miasta z tradycjami z osadą kolejarzy.

Ja znałem tylko trzy słowa podejrzane o to, że są pochodzenia polskiego: Placek, gonek i gnoutek. Wiedziałem, że matka potrafi szwargotać w takim języku, którego nie rozumiałem. Czyniła to z sąsiadką, gdy miały jakieś tajemnice. Sprytny, jaki już wtedy byłem, wykorzystałem przykłady ówczesnej „dobrej zmiany” (faszyzmu) i powiesiłem kartkę na drzwiach kuchni: „Hier wird nur deutsch gesprochen”! Matce się to nie spodobało i musiałem kartkę zdjąć. Jestem mentalnie niedopieszczonym człowiekiem – nie znałem żadnego dziadka ani babci, pomarli przed moim urodzeniem. Gdy widzę działanie babci i prababci wobec zstępnych, to mi się serce ściska z żalu, że ja takiej szansy nie doznałem. Bardzo późno się dowiedziałem, że matka mojej matki była zdeklarowaną i gorącą patriotką polską do tego stopnia, że historia z nas zakpiła.

W przypadku mojej matki pierwszy dzień w szkole ją nauczył, że już w raju zajmowano się produkcją garnków. Skąd się to wzięło? Nauczycielka powiedziała: „Das Paradis war ein schoener Garten” (Raj był pięknym ogrodem). Polskojęzyczna matka zrozumiała, że chodzi o „garce” – po śląsku garnki.

Ja byłem w gorszej sytuacji, bo nie rozumiałem żadnego słowa. Gdy to opisuję, to zawsze korzystam ze słów niewolnika Kaptaha z książki „Egipcjanin Sinuhe”: „Słowa twoje są dla mojego ucha jak brzęczenie much”!

W nieco lepszej sytuacji był mój starszy brat, bo miał religię i zrozumiał „Jezusa Chrystusa”.

Pisałem o kulturowym rozdźwięku między grupami autochtonów (niemieckie miasta, polskie wsie). To zabawne, bo miało skutki w czasach powojennych. Miasta opustoszały z ludności rdzennej, a we wsi nic się nie zmieniło – na razie! Znałem mnóstwo ludzi z Opola, w którym przebywałem – dorywczo lub stale kilkadziesiąt lat i ani jednego autochtona. Zbrodnicze metody władz spowodowały taką nienawiść rdzennej ludności do Polski i Polaków, iż wtedy, gdy nam wybuchła pozorna wolność i uchwalono ustawę o mniejszościach, te naprawdę polskie wsie stały się opcją niemiecką i to niezakamuflowaną.

Przypomnieli sobie niemieckie nazwy miejscowości i umieszczali na znakach drogowych mimo ostrych ataków polskich patriotów pisowskich. Władze województwa, opanowane przez ludzi nas nienawidzących za samo istnienie, szalały, gdy ludzie próbowali skorzystać z ustawy o mniejszościach, niszczono takie znaki. Hejt w mediach był i nawet jest przemożny. Nie zatrzymał się nawet wobec śląskiego biskupa, jedynego hierarchy, którego szanuję za czyny dla wszystkich ludzi z Opolszczyzny, nie tylko dla nas.

Gdy wprowadził możliwość posługi religijnej po niemiecku, wrogowie szaleli. Było wiele nawet zabawnych sytuacji. Internetu nie było, więc hejter antybiskupowy napisał na cysternach leżących obok szosy: „Nossol do Berlina”! Na to dowcipny kleryk dopisał: „Po nowy, darmowy sprzęt medyczny dla nas”! Tak m.in. dzięki staraniom biskupa Nossola Kędzierzyn Koźle ma dar w postaci urządzenia do rezonansu magnetycznego – magnes załatwił z Japonii. Ktoś szybko usunął cysterny, bo ludzie wiedzieli, jak działa biskup Nossol. Zabronił m.in. klerowi wzbogacić się podczas kolęd, straszna rzecz, sprzeczna z podstawowymi prawdami wiary (złoto, euro i dolary). Poszedł na emeryturę i wróciły koperty podczas pasterskich odwiedzin.

Ubolewałem, gdy „nowy” wsiowy Niemiec tak kaleczył swój język „ojczysty”, że mi uszy puchły, a jestem uczulony na taki fałsz – mam ucho muzyczne i cenię dzieła Goethego, Schillera, a szczególnie górnośląskiego poety Eichendorffa i prozaika dolnośląskiego Paula Kellera…

Ta przewrotka preferencji narodowo-politycznej jest wynikiem tzw. okresu błędów i wypaczeń, do którego władze się oficjalnie przyznały, ale w mentalności Polaków nie zmieniło ani joty – pogarda lub w najlepszym przypadku pobłażliwość wobec najgorszego sortu obywateli Rzplitej. Może teraz będzie zmiana, trwająca kilka miesięcy? Przecież premier i prezes pokochali nagle Ślązaków, zadbali o dodatkowe rozrywki (parada starych leopardów) i przysłali „naszego” kandydata do parlamentu? Sytuacja się unormuje po wyborach w stylu „nihil novi…”.

Zarysowałem ogólny obraz, nie będę pisał o moich poglądach, bo ujawniłem je dokładnie dawno temu w Silesii – wszystko, a właściwie duża część, jest w archiwum tego portalu.

Inne zdarzenia (rodzinne) w konsekwencji wybuchu wojny?

Napisałem, że trzy dni po wybuchu wojny ojciec awansował w karierze wojskowej do roli cywila. Nie zerwał jednak zupełnie z wojskowością – zaproponowano mu pracę w RKU (oryginalnie WBK) w Koźlu jako cywilny pracownik wojskowej instytucji. Porzucił krawiectwo i machnął na dłużników, którzy mu nie zapłacili za wykonane usługi. Z pensji był w stanie wyżywić rodzinę. Kupił nawet odbiornik radiowy typu Pionierka o dumnej nazwie „Volksempfaenger” (taki VW radiowy). Stanął jednak przed wyzwaniami:

1) Nazwisko sugerowało pochodzenie polskie, co nie było przez szefów mile widziane. Wtedy był powszechny trend zmiany nazw na niemieckie – w nazwiskach i przy nazwach miejscowości. Zmiana nazwiska była zalecana, ale nie przymusowa, jak się tłumaczą niektórzy oportuniści. Ojciec – w zasadzie typu tyran domowy – pierwszy raz zapragnął demokracji i nam kazał decydować. Nasi kuzyni już byli Goldbergami, mój brat miał chętkę na Goldsteina, niestety zabrzmiało to zbyt żydowsko, a to się kłóciło z następnym wyzwaniem – wykazanie aryjskiego pochodzenia. Brata przegłosowaliśmy, nazwisko zostało i włos nie spadł z głowy tatusia.

2) Jak wykazać aryjskość? Trzeba zbudować tzw. drzewo ginekologiczne i przyjrzeć się nazwiskom. Ojciec się namęczył, wykorzystując archiwa świeckie i kościelne (RODO jeszcze nie było znane) i doszedł do początków XIX w., to wystarczyło. Z dokumentów wiem, że większość nazwisk krewnych i powinowatych było polskich, lekko dopasowane do niemieckiej pisowni przez urzędników Bismarcka, np. „ł” zamieniano na 2 „l”. Bruździły mi w tej masie polskiej tyko Schneider i Winkler, więc mały procent krwi niemieckiej może być i we mnie, ale to niepewne, trzeba dokładniej prześledzić koniugacje. Prawdopodobnie coś jest w naszej rodzinie, bo występują dwa krańcowo różne typy. Według pewnego atlasu zdjęć nauczycielka zaliczyła mnie do „Ostische Rasse” – czyli Słowianin, a mojego brata do „Nordische Rasse”, a więc Germanin. Podobnie jest z siostrami, dwie blondynki, dwie brunetki – wszystkie kochane przez Kiepurę.

Kilka tygodni temu umarła kuzynka i w jej rzeczach znaleziono dwa brudnopisy mojego ojca – 32-stronicowy formularz, w którym rozstawiono po kątach całe pokrewieństwo, materiał do sporządzenia wspomnianego drzewa genealogicznego. Nikt nie wie, jak ten dokument z początku wojny dostał się do kuzynki niemieszkającej z nami. Nawet zabrała papiery do Szwabii, nie mówiąc pozostałym kuzynkom o tym skarbie.

Brudnopis z fatalnym pismem ojca nie zachęca mnie do studiowania tego formularza – czegoś tak durnego nawet pisowska administracja by nie wymyśliła. Chętnie przekazałbym stronę tytułową z instrukcją historykom Śląska, żądano idiotycznych informacji, często niemożliwych do uzyskania, np. czy prapradziadek miał zdrowe uzębienie itp. kategorii informacji. O dzieciach podobnie – wszystkie istotne cechy przy urodzeniu. Podziwiam ojca, że się nie złamał, przeszedł na Goldsteina i przyznał się do rasy semickiej. Chyba komory gazowe nie były jeszcze gotowe.

Antonius