Jak się licho chwytać (za Hartmana) [odpowiedź redakcji na końcu tekstu]

Pan jest Asem, pan może wszystko! As pod postacią Walczaka i odwrotnie. Wspaniałe! Wielkie! Zachwycające! – rzucił prof. Milczarek do Asa.

Tu mamy wszystko odwrotnie: bardzo lichą odpowiedź redaktora Szostkiewicza na tekst Jana Hartmana pt. „List do filistrów: nie ma dobrych księży”. To kolejna taka odpowiedź i znowu bardzo słaba. To powinno dziwić: jak taki doświadczony i biegły w słowie otwarty katolik i redaktor może tak licho pisać? Nie dziwi. To najlepsze, co może napisać. Lepiej nie da rady i bardzo możliwe, że katolik lepiej w ogóle nie potrafi, choć redaktor mógłby. Ale do tego trzeba być kimś innym niż katolik, nawet, a może zwłaszcza otwarty.

Jan Hartman pisze mocno, jednoznacznie i bez kompromisów. Dobrze czyni. Po pierwsze dlatego, że poświadcza stan rzeczy: jest, jak pisze. Po drugie dlatego, że do dziś włącznie, kto nie jest katolikiem, ma siedzieć cicho. Jak się odezwie – zaraz obrazi „uczucia katolickie” i będzie ścigany przez drańskie prawo państwowe, które jest tu katolickie, a nie państwowe. Niekatolik nie ma bowiem uczuć, zwłaszcza wyższych, nie można więc nieistniejącego obrazić, więc można w niekatolika tłuc wedle woli i na większą chwałę tzw. Pana.

Hartman pisze o księżach katolickich, redaktor odpowiada w sprawie katolików w ogóle. Pisze więc nie na temat, ale to pozór. Tematem emocji u katolika zawsze bowiem musi być on sam, a nie tylko ksiądz. Gdy się bowiem trafi celnie w księdza, trafia się w wyznawcę. Bez księdza nie ma wyznawcy, bo nie ma religii. Katolik jednak zwykle nie ma o tym pojęcia, mówi z głębi własnej nieświadomości. Tak bowiem działa religia i redaktor Szostkiewicz robi na ten temat nieduży, ale wyrazisty wykład.

Pozostawiam tekst Jana Hartmana w tle, pora przyjrzeć się zawartości odpowiedzi wybitnego katolika otwartego red. Szostkiewicza. Najpierw kolejno cytuję akapity, a pod nimi daję własny komentarz.

Przeczytałem Pańską filipikę bez gniewu i uprzedzenia. Raczej z konsternacją, że słyszę w niej ton, którego się mimo wszystko u Pana nie spodziewałem – ton inkwizytorski. Taki ton uniemożliwia rozmowę. Jeśli nazywa Pan ludzi wierzących pokroju ks. Józefa Tischnera „filistrami”, to oni mogą po lekturze zobaczyć w Panu antyreligijnego fundamentalistę. To jest droga donikąd.

Jan Hartman osądził kler katolicki, jasno stawiając sprawy etyczne. Skoro to dla redaktora inkwizycyjność, słabo się na niej zna. Katolicy się w ogóle strasznie słabo znają na inkwizycji, bo to oni przez 2 tys. lat godzą w innych, mając pełne co do siebie mniemanie, że nic takiego się nie dzieje, a wręcz odwrotnie: to oni są bardzo brzydko osądzani, potępiani i ciągle prześladowani! Dla katów nie ma inkwizycji, jest tylko dla ofiar. Dopiero całkiem niedawno, gdy ofiary już zaczynały się przebijać z głosem bólu, do niektórych (garstki ledwie) wyznawców zaczęło docierać co nieco z pojęcia „inkwizycja”.

Redaktor wykonał przy tym qui pro quo: pomylił rzeczy i osoby, co u wyznawcy jest standardem. To katolicyzm uniemożliwiał i uniemożliwia jeszcze rozmowę jako źródło przemocy i pychy w jednym. To katolicyzm bowiem ma pewność posiadania Prawdy, a nie Hartman i jakikolwiek inny zwykły człowiek, któremu nie roją się boskie właściwości. W ogóle nie jest pewne, czy Jan Hartman łaknie rozmowy, raczej ma za potrzebę i obowiązek dać głos w sprawie, a nie zaraz gadać z katolikiem. Redaktor Szostkiewicz uniósł się bowiem i tak pozostał, co też jest katolickim standardem i po nim katolika poznać: uniemożliwiasz rozmowę! – krzyczy wyznawca do rozmowy – z istoty bycia wyznawcą – niezdolny.

Drobiażdżek o ks. Tischnerze. Onże w związku z działalnością mordercy Józefa Kurasia, znanego jako „Ogień”, orzekł swego czasu w takim tonie: „Kuraś zaciukał trochę owieczek i o co te krzyki?”. Taki wyznawca i ksiądz do skóry i kości. A że o tym, to będzie też przykład, bo w sprawach religii ogłosił całe mnóstwo tez nadzwyczajnie przewrotnych na sposób cyrkowy: „Strasznie trudno będzie Panu Bogu zbawić człowieka, który nie jest wolny i nie jest rozumny. Ten człowiek wciąż jeszcze nie jest sobą. Więc co tu można zbawiać – skórę i kości?”.

Dobry Pan Bóg jest specjalistą od przerabiania ludzi na krwawe ochłapy, więc te połamane kości i porozrzucane na skałach kiszki łatwo może zbawić, bo on może wszystko. Człowiek „wolny i rozumny” to nadzwyczajne wymaganie, którego jakieś 90 albo więcej procent ludzkości nigdy nie spełni, choćby się natężyło. Taka konstrukcja człowieka, o czym ks. Tischner wiedział – stąd ta cyrkowa mowa. Albo nie wiedział, więc się na człowieku, wierze i religii nie znał, choć ciągle mówił oraz z tego żył. I redaktor wie, ale nie powie. Albo nie wie. Ale tak samo dużo mówi.

Następny standard katolicki: kto ma inne zdanie niż katolik, zwłaszcza gdy głosi je bez lęku, z głębokim przekonaniem i mocą, przeraża katolika, bo śle jego podświadomości sygnał: można nie być wyznawcą, nie wierzyć w setki rojeń z katolickim bogiem włącznie, a mieć własne zdanie i godność każącą dociekać, wiedzieć, mocno bronić swego i potępiać zło! Katolickie przecież! Taki ktoś musi być dla katolika „antyreligijnym fundamentalistą”.

Drogę donikąd mamy od 2 tys. lat za sprawą katolików. Nie ma się o co już martwić niekatolik, jest przyzwyczajony. Udaje, że się martwi katolik, taki elegancko otwarty. Bo jak się martwi, to zaspokaja miłość własną przez przekonanie, że jest miły swojemu bogu, który to bóg jest bardzo niemiły, ale ładnie otwarty katolik na to nie jest otwarty.

pozwala Panu wykrzyczeć swoje emocje i racje, ale nie zachęci do refleksji, jakiej Pan po „filistrach” oczekuje. Jeśli takie ma być Pańskie przesłanie, to celu Pan nie osiągnął. Przeciwnie, sprawił Pan ból ludziom wierzącym, którzy mogą się zgodzić z wieloma innymi Pańskimi wypowiedziami dotyczącymi Polski pod rządami Kaczyńskiego, ale tej kanonady nie mogą wziąć serio. Pisze Pan, że „nie ma dobrych księży”, i liczy, że przyklasną Panu ci, którzy dobrych księży, a nawet biskupów, jako żywo spotkali?

Jest więc u red. Szostkiewicza pięknie rozwinięty ciąg dalszy myśli o „antyreligijnym fundamentaliście”: sprawił Pan ból ludziom wierzącym! Niekatolik w typie Jana Hartmana nie oczekuje po wyznawcach, że mu przyklasną, bo jest bardziej rozumny, co go odróżnia od wyznawcy.

No dobrze; to, co powyżej, było o poważnych sprawach, ale w nieco lżejszym tonie wobec red. Szostkiewicza. Teraz pora na ton należny redaktorowi – poważnie o poważnym. Stwierdzenie Szostkiewicza przywołujące czas ostatnich kilku lat, czyli rządów Kaczyńskiego, jest ohydne. To krętackie wyłgiwanie się z nieskończonej ilości zła, jakie od zarania czynią religia, Kościół i wyznawcy, usiłujące ukryć to za Kaczyńskim, bo przed nim niby było lepiej. Nic specjalnego nie ma tu Kaczyński do tekstu Jana Hartmana i istoty sprawy, ale ma dla Szostkiewicza, chytrze wyciągnięty z kapelusza w celu kamuflażowym.

Sam takich spotkałem. Między innymi w kręgu „Tygodnika Powszechnego”: nie tylko Tischnera, ale też Staszka Musiała, autora słynnego tekstu „Czarne jest czarne” o antysemityzmie w Kościele, Andrzeja Bardeckiego, autora tekstu o milczeniu Piusa XII w sprawie Holokaustu. Pan Profesor zna te teksty tak samo jak przełomowy esej katolika Jana Błońskiego „Biedni Polacy patrzą na getto”. Mimo to z zapiekłością, która kojarzy się ze skrajną prawicą, niegodnie drwi z Kościoła otwartego i dezawuuje soborową odnowę katolicyzmu. Trudno mi to pojąć i zaakceptować intelektualnie i moralnie.

A więc red. Szostkiewicz spotkał „dobrych księży”! W dodatku, zdaje się, kilku. Ci „dobrzy księża” napisali krytycznie to i owo o antysemityzmie w Kościele. W dodatku jest nawet „przełomowy esej” w tej sprawie. Esej z mocą encykliki papieskiej? Nie pierwszego papieża w dziejach, co by załatwiło sprawę na początku i szlus? Słodcy „pierwsi chrześcijanie”, jak tylko się dorwali do władzy w starożytnym Rzymie, zaraz przypasali miecze i zaczęli wsadzać Żydów do gett. Pan redaktor powinien się powołać na tych słodkich pierwszych chrześcijan, bo powoływanie się na katolika albo nawet trzech, co napisali coś w sprawie na boku, bo tylko 15 czytało, a antysemityzm u katolika dalej ma się przyjemnie, po prawie 2 tys. lat prześladowań i mordów to słabe jest, obłudne i filisterskie wzorcowo.

Słówko o tym „dobrym księdzu” jeszcze. Dobry ksiądz jest wtedy, kiedy dobrze służy przedsiębiorstwu. Ma skutecznie sprzedawać produkt pt. „wiara katolicka” za odpowiednie pieniądze i inne korzyści, dbając o umacnianie przedsiębiorstwa na rynku. Wiary i potęgi na wieki. Jak tego nie robi, nie jest dobrym księdzem. „Dobry ksiądz” a „dobry człowiek” to role silnie rozbieżne, na granicy sprzeczności. Jednak redaktor tak „dobrego księdza” przedstawia, żeby czytelnik się zgubił i przeczytał: „dobry człowiek”. Standardowa manipulacja.

Nie powołuje się red. Szostkiewicz na „przełomowe eseje” „dobrych księży” w sprawie systemowego gwałcenia dzieci bożych przez kler katolicki i lud boży katolicki. A może pisać, co chce, więc jednak nic nie pisze. Pan redaktor ma poważne problemy z powoływaniem się i z tymi „dobrymi księżmi”, co od 2 tys. lat są ślepi na bodaj wszystko, co dla ludzi wolnych i moralnych jest koszmarem, zbrodnią, czymś niewybaczalnym. I nie tylko o masowe gwałcenie dzieci chodzi. Rzecz w religii jako takiej, będącej gwałtem na psychice. Chrzest niemowlęcia jest gwałtem na dziecku, na człowieku. Jeszcze nieświadome, niezdolne do wolnej myśli, a więc i niezgody, już jest przymuszone, zdefiniowane i skazane: oto mały katolik! Już nie dziecko. Gdy zaś zechce się uwolnić, zostanie nazwane przez katolików zaprzańcem, zdrajcą boga i ludzi, Judaszem, Antychrystem; tym, przez którego Jezus umarł na krzyżu! Tak bowiem nakazuje katolikom ich Prawda, czyli Absolut – ich bóg. To łajdactwo!

Jan Hartman ma nadto powodów, by drwić z „Kościoła otwartego”, bo jest on strasznie fałszywy i pełen obłudy. Im dłużej się czyta myśli redaktora, tym to bardziej dojmująco oczywiste. Nie ma to jak osobiście dać dowód rzeczy. Obłuda orzeka, że Hartman drwi, dlatego jest obłudą. To kolejny obłudy obrazek, pierwszy był za sprawą „inkwizycji”, już w drugim zdaniu odpowiedzi Szostkiewicza.

Postawieni przed pańskim trybunałem za to, że są katolikami i nie opuszczają wspólnoty kościelnej, cóż mogą odpowiedzieć? Mają się Panu wyspowiadać? Nie ma Pan tytułu do bycia sędzią ludzkich serc i sumień w sprawie tak intymnej jak powody, dla których ktoś pozostaje w tej wspólnocie, choć widzi jej grzechy, błędy, zaniedbania i ich rażącą sprzeczność z Dekalogiem i Kazaniem na górze.

Ojejejejej! W jakie górne tony bije Hartmana red. Szostkiewicz: „nie ma Pan tytułu do bycia sędzią ludzkich serc i sumień…”. Redaktor nadzwyczajnie dobrze wie, aż tak bardzo, że nie wie i robi z tego pokrętny użytek, iż Hartman „nie ma tytułu”, bo nikt go nie ma, i wie również aż tak bardzo, że nie wie, iż każdy jest uprawniony do osądu, co robimy codziennie ze sto razy. Inaczej nie bylibyśmy ludźmi. Zdolność sądzenia, posiadania opinii, formułowania zasad moralnych i krytyki jest rzeczą ludzką i rudymentarną.

Jan Hartman to dobrze określił: kto się znajduje w organizacji gangsterskiej, ma moralny obowiązek z niej wystąpić. Szostkiewicz relatywizuje, czego nie znoszą biskupi i znieść nie może żaden katolik: każdy ma swoje sumienie i nikomu je osądzać! Jak nikomu, to nikomu, sądy państwowe są niczym innym jak bezczelnym zamachem na subtelność sumień i w dodatku „serc”. Żadnego zadawania pokuty przez kler! 20 zdrowasiek za okłamanie mamusi, że synek jest ciągle dziewicą? Haniebna bezczelność sędziego! Należy się 100 zdrowasiek i 20 razów pasem na goły tyłek albo odwrotnie: synku, nareszcie!

Jak coś w organizacji jest „rażąco sprzeczne” z najważniejszymi zasadami, w dodatku przez 2 tys. lat, to się taka organizacje po paru, góra parudziesięciu latach rozwiązuje, bo ona jest do chrzanu, a Kościół – do diabła. Permanentnie niezdolna nie być rażąco sprzeczna. Tak zrobiła PZPR i cała fura podobnych partii oraz jeszcze więcej organizacji i firm, ale Szostkiewicz tak nie chce. Dla siebie chce podwójnej miary. Żeby z jednej albo drugiej strony się wykręcać.

Jest jeszcze gorzej jednak: oto red. Szostkiewicz nie powołuje się na Najwyższego, na Początek i Przyczynę Wszystkiego, na Absolut Dobra, na Boga Żywego, ale na jego syna, którego sam Ojciec, tenże Absolut Miłości, zdradził. Syn zaś wygłosił Kazanie na Górze i tego się złapał licho katolik Szostkiewicz. To bowiem nieodzowna cecha katolika: wydłubać ze Słowa Boga – Objawienia, które jest Jedno, Pełne, Integralne Prawdziwe i innego nie będzie – co mu w danym momencie pasuje. Obłuda, filisterstwo, krętactwo, bluźnierstwo wobec Boga w stopniu absolutnym. A jak się przyjrzeć owemu Kazaniu, to zaczyna blednąć.

Jednak i red. Szostkiewicz, choć jest poważny, to ma zdrowy humor, którym tryska: ktoś widzi poważne błędy, zaniechania, grzechy, widzi rażące sprzeczności i… zna się na Kazaniu na Górze! Na 36 mln katolików w Polsce takich zaawansowanych znawców jest siedmiu, w tym jeden siedzi w ciężkim więzieniu na Sikawie, co jednak nie musi o niczym świadczyć, bo serc i sumień nie da się osądzić – wedle redaktora. Dla takich siedmiu wspaniałych trzymanie organizacji 36 mln to straszna marnacja energii życiowej i pieniędzy podatnika, czyli Ludu Bożego, co się niewątpliwie sprzeciwia Jezusowi, a możliwe, że i jego Ojcu.

Mam wrażenie, że traktuje ich Pan jak członków jakiejś katolickiej PZPR, którą powinni opuścić, widząc zło, które się w niej dzieje. To tak jakby ktoś Pana zapytał, jak może Pan być człowiekiem lewicy, która w swym najgorszym wydaniu ma na koncie totalitaryzm, masowe zbrodnie i systemowe gwałcenie wolności i praw obywatelskich. I że nie widzi Pan, jakie to niesprawiedliwe wobec tych, którzy nie czują się i nie są funkcjonariuszami czy sługami kościelnej nomenklatury i w różny sposób dają temu świadectwo.

Pan red. Szostkiewicz jest uzurpatorem, mając Kościół katolicki za coś lepszego od PZPR. To fatalnie brzydki osąd PZPR, którą redaktor poniża, nie mając przecież żadnego „tytułu do osądzania ludzkich serc i sumień” wielu milionów członków PZPR, a członkowie PZPR oraz byli członkowie bardzo się obrażają na takie poniżenie, chociaż nie mają uczuć katolickich. Identycznie jak Szostkiewicz znajduje uczucia obrazy u katolików na tekst Hartmana.

I znowu jest jeszcze gorzej z odpowiedzią Szostkiewicza. Oto wyciąga porównanie lewicowych przekonań Hartmana z masowymi zbrodniami, gwałceniem wolności i praw obywatelskich, jakich w „swym najgorszym wydaniu” dopuszczały się totalitaryzmy, rzecz jasna lewicowe. Stosując kolejny już chwyt erystyczny, chowa się Szostkiewicz za bezosobowe pytanie: jak można być człowiekiem lewicy, która ma na koncie zbrodnie? I znowu krętacko unika Szostkiewicz odpowiedzi we własnej sprawie: jak można być katolikiem w firmie, co ma na koncie nieskończoność popełnionych zbrodni i codziennego zła czynionych od 2 tys. lat. To nie pytanie, pytanie o to Szostkiewicza byłoby zbyt słabe wobec jego mocy obłudy. A odpowiedzi sam udziela. Nie pytamy głupio o to, co już wymownie wiemy.

Redaktor ciągle nie może przestać mówić o Kościele katolickim, chowając go w lewicowych organizacjach i totalitaryzmach. Tak jak na początku, tak teraz tym bardziej nie budzi to zdziwienia, gdy jeszcze więcej się od redaktora czytelnik dowiedział o katolicyzmie.

Obrzydliwe krętactwo Szostkiewicza polega na wymownej sugestii porównania stanów nieporównywalnych. Hartman nie jest członkiem żadnej organizacji lewicowej, co się może totalitarnie nie tyle kojarzyć, ale mieć to na realnym koncie; żadna organizacja lewicowa nie jest święta; żadna nie ma autoryzacji boga; żadna nie jest wieczna. Wszystko, co w niej i w związku z nią robią ludzie, robią wyłącznie na sposób ludzki, na ludzkim poziomie, bez żadnego boga. Kościół ma dokładnie odwrotnie: świętość w świętości i Prawda w Prawdzie. A skutki – nieporównywalnie, nieskończenie gorsze niż skutki totalitaryzmów partii politycznych czy jakichś luzackich lewicowych łotrów.

Nie ma tu miejsca, by szczegółowo odpowiadać na długą listę zarzutów, krytyk i insynuacji w pańskim tekście. Formułuje je Pan od dawna w swej publicystyce. Część z nich, choć zapewne i mnie uważa Pan za „filistra”, znajdzie Pan także w moich tekstach – krytycznych, ale nie napastliwych i szanujących konstytucyjną wolność do i od religii. O tej pierwszej Pan zapomina, a nie powinien jako liberał, filozof i komentator polityczny.

Tym razem jednak – z powodu Pańskich inkwizycyjnych zapędów – nie mam nastroju, aby (akurat w dniu, kiedy dowiedziałem się o śmierci śp. Józefy Hennelowej) tłumaczyć, że wierzący nie są hurtem kanaliami, a wiara religijna, chrześcijańska, żydowska czy jakakolwiek inna, nie jest aberracją umysłu i przejawem zniewolenia, tylko decyzją wynikającą z potrzeby ludzkiej, zdolną do współtworzenia kultury i więzi społecznej i zasługującą na zrozumienie i szacunek. Pan i ja przeminiemy, a potrzeba zostanie.

Skoro mógł Hartman długo, może i Szostkiewicz. Ba, musi! Broni siebie i reszty katolików przed atakiem Hartmana, a to rzecz święta, godna i zbawienna. Obowiązek! Tym większy to obowiązek, że Hartman jest filozof, etyk, profesor i gadacz, więc tak cwanie kręci i łga, że można mu niebacznie uwierzyć! Więc każdą tezę Hartmana Szostkiewicz dekonstruuje i pokazuje katolikom ich nędzną zawartość, obnażając gołotę lewicowca i etyka krętacza, co mu się należy jak psu miska. Ale nie, nic z tego! Szostkiewicz nie ma miejsca, nie ma nastroju i nie ma ochoty. Ale odpowiada. Widać, że z ochotą. Która jest bolesną męką, więc sens i treść odpowiedzi są, jak widać.

„Religijna wiara chrześcijańska” – tu Szostkiewicz czyni kolejny wykręt, chowając za nią kler katolicki, o którym pisał Hartman: „nie jest aberracją umysłu i przejawem zniewolenia”. Skąd Szostkiewicz to wie? W dodatku o każdej innej wierze religijnej? Skąd ta pewność trybunalskiego sądu, którą zarzuca Hartmanowi? Nauka ma całkiem dużo już do powiedzenia o skrzywieniach psychicznych i cierpieniach ludzi, którzy przerabiają je na religie i wybitne, słuszne i zbawienne wiary, tezy, kanony przykazania, żądania i wymuszenia – na sobie i innych. Jak trzeba być zniewolonym i jak skrzywionym, by zostać konsekrowanym, by zostać członkiem kleru katolickiego i skąd taka nadreprezentacja wszelkich zboczeń wśród kleru: sodomii, pedofilii, pornografii, robienia dziewicom i sakramentalnym mężatkom katolickim dzieci NN, dziwkarstwa, alkoholizmu, demoralizacji, tępoty i załgania – rzetelni badacze dobrze już wiedzą. Szostkiewicz się tego wypiera, bo na wyparciu polega katolicyzm. Gdyby przestał – runie mu na głowę i pogrzebie. Dlatego w kościołach mówią „pogrzebion”. A chyba wiedzą, co mówią, bo inaczej by nie mówili.

Hartman nie nazywa wierzących „hurtem kanaliami” ani detalicznie kanaliami. Znowu należy przypomnieć, o czym pisze, bo Szostkiewicz krętaczy, by Hartmana wrobić: pisze o klerze katolickim.

Wedle Szostkiewicza wiara religijna wynika z „z potrzeby ludzkiej”. Zniewolenie ma swoje potrzeby i aberracje mają swoje potrzeby. Kto drugiego niewoli, wywołuje w nim określone potrzeby. Wyjaśnia to bardzo dobrze nauka, ale i wybitny naukowiec – abp Michalik. On z naukową fachowością określił, że jak dziecko w katolickim domu jest niewolone, to lgnie do człowieka, do księdza. I ten ksiądz nie ma wyjścia: musi je zgwałcić. Ale nie jest niczemu winny, skoro dziecko samo lgnie, a ksiądz przecież chce dobrze. Inny znawca rzeczy, też dobry ksiądz, niejaki Cybula, orzekł fachowo u Sekielskiego i orzekł milion razy w konfesjonale: jak nie ma wytrysku, to nie ma grzechu! Pilnował więc z księżowską starannością, żeby gwałceni chłopcy nie mieli wytrysku, na co pomaga niezawodnie księżowska metoda: w odpowiednim momencie odmawiać koronkę do Matki Boskiej. Jak nic katolik otwarty Szostkiewicz był pewien, że konsekrowany Cybula Franciszek to dobry ksiądz. I jak nic zmienił zdanie, że teraz mianowicie niedobry. To jak rozróżnia niedobrych od dobrych, że wie, iż takich spotkał?

Od Hartmana nie dowiadujemy się bezpośrednio nic o Szostkiewiczu, co go wyraźnie smuci, a chyba też obraża, więc sam się przedstawia – ku radości ateisty, który w ten sposób dowiedział się, co wie o Kazaniu na Górze Szostkiewicz. Od Szostkiewicza dowiadujemy się mnóstwo bezpośrednio o Hartmanie: ton inkwizytorski; można w nim zobaczyć antyreligijnego fundamentalistę; sprawił Pan ból ludziom wierzącym; robi „kanonadę”; z zapiekłością, w dodatku niegodnie drwi z Kościoła (otwartego! czyli z zamkniętego nie drwi); stosuje insynuacje; dezawuuje; postawił katolików przed swoim trybunałem; traktuje katolików jak członków PZPR; jak może być człowiekiem lewicy, skoro ta ma na koncie zbrodnie?!

Dalej to już nie mam miejsca, nie chce mi się i nie mam nastroju odpowiadać, co mnie niebezpiecznie zbliża do red. Szostkiewicza.

Więc już krótko na koniec: otwarty katolik objawia, że tak wiele wie o sprawach wiary, że zdumiewająco niewiele. Im więcej wie nauka i działanie swobodnie dociekającego umysłu, tym mniej wie katolik Szostkiewicz. Nie wie, że wiara nie bierze się ze świadomości i jej potrzeb, a głównie z nieświadomości, z głębokich, wypartych, złych doznań. Które, żeby jakoś z tym żyć, trzeba wyprzeć, przerabiając na sublimat cudowności, kalejdoskopowości, świętości i fruwających aniołków. Kto jednak nie jest świadomy, nie grzeszy. Katolik musi zawzięcie trzymać się nieistniejącej „wolnej woli”, która mu się zdarza raz na 20 lat, i świadomości będącej warunkiem niezbędnym wolnej woli.

Katolik Szostkiewicz zgadza się na potworność wiary katolickiej: grzech pierworodny, czyli zemstę Absolutu Miłości na człowieku po ostatniego człowieka na Ziemi, a może i we wszystkich Wszechświatach równoległych oraz przekątnych. Zbrodniarz Hitler był mały pikuś: mścił się tylko do trzeciego pokolenia. Nie mógł Absolut Miłości być równie miły jak Hitler? Co za durne pytanie! Jasne, że nie mógł, co dokładnie w Objawieniu wyjaśnił. Objawienie zaś zna dokładnie katolik Szostkiewicz. I bardzo mu się podoba, bo inaczej być nie może.

Tanaka

Odpowiedź na wpis pana Łukasza Lipińskego, zastępca redaktora naczelnego „Polityki” (poniżej)

Panie redaktorze,

Czytam Pana wpis z pewnym zdziwieniem. Uważam bowiem, że jest to wpis będący ogólnikiem, że pomija istotę trzech wpisów: Hartmana, Szostkiewicza i mojego, oraz odnosi się Pan nierównoważnie i w tonie pobrzmiewającym cokolwiek fałszywie.

Jest to słuszną oczywistością, że blogi mają swoją specyfikę i nie będę wątku rozwijał. Za trafne, lecz też uogólnione uważam stwierdzenie, że nie należy się atakować ad personam. Dam Panu przykład, uprzedzając, że nie jest to ukryta krytyka blogera Szostkiewicza. Jeśli ktoś skłamał, nazwiemy jego czyn kłamstwem. Jeśli skłamał znowu, w dodatku w podobnej sprawie i niedługo po pierwszym kłamstwie, nazwiemy to także kłamstwem, choć zapewne zaniepokoi nas powtórzenie kłamstwa. Jeśli ktoś skłamie 3, 4, 10, 50 raz, powiedzenie po raz pięćdziesiąty o notorycznie popełnianym kłamstwie, że oto osoba skłamała, będzie zupełnie nietrafne. Notoryczne kłamstwo przestało być izolowanym kłamstwem, a stało się cechą osoby: oto kłamca! W takich warunkach nazwanie kogoś „kłamcą” nie jest żadnym „atakiem ad personam”.

Pominął Pan istotę trzech wpisów. Jest to oczywiste, podobnie jak to, że w ogóle nie odniósł się pan do charakteru wpisu blogera Szostkiewicza, do jego licznych wyrażeń wprost trafiających w Jana Hartmana, które znajdzie Pan zarówno w samym tekście Adama Szostkiewicza jak i moim, podane in extenso, akapit po akapicie, z moją oceną oraz U-ZA-SAD-NIE_NIEM ocen. Nie zrobił tego bloger Szostkiewicz wobec blogera Hartmana.

Proszę przyjąć do wiadomości, że oceniam tekst Szostkiewicza tak jak napisałem. Jestem nim do głębi oburzony. Obłuda, stosowanie podwójnych miar, zarzuty stawiane przez Szostkiewicza Hartmanowi gdy sam stosuje to co mu zarzuca; haniebne kojarzenie niezrzeszonego w żadnej partii o totalitarnej przeszłości Hartmana podczas gdy Szostkiewicz pozostaje katolikiem – członkiem organizacji mającej absolutnie nieporównywalnie wiecej przemocy i zbrodni na koncie niż ktokolwiek na Ziemi i mającej przemoc za nieusuwalny fondament istnienia, jest nie do przyjęcia i dałem temu należny wyraz. Uważam, że to samo było Pana obowiązkiem, czego Pan nie zrobił.

Oczekuję po Panu, że Pan się odniesie – w porządku rzeczy i wedle przyczyny – do koszmarnych słow blogera Szostkiewicza. Nie zrobił Pan tego dotąd, ale zrobił Pan coś całkiem innego: postanowił mnie pouczyć w sprawie, w której i Pan się znalazł wskutek takiej właśnie reakcji.

Nie, proszę Pana, Szostkiewicz nie dokonał żadnej „deeskalacji” swoim wpisem. To nie jest rzetelne stwierdzenie z Pana strony. Zaś sama „deeskalacja” nie jest pojęciem mającym być bezwzględnie stosowanym w polskim życiu publicznym. Szczucie przez rzeszę biskupów i kler katolicki wraz ogromnym tłumem katolików (razem więc przez przedsiębiorstwo nazywające siebie kościołem katolickim) na wszelkich ludzi inaczej myślących, mających własne wartości i poczucie godności, a morale wrażliwość nieraz znacznie wyższe, skutkujące czuciem się przez tych dobrych LUDZI gwałconymi podludźmi, doprowadzanie do samobójczych śmierci zaszczuwanych spod umownego akronimu LGBT i znaku tęczy, nie uprawnia do żadnej „deeskalacji”. Mamy głęboki konflikt kulturowy i cywilizacyjny, a nade wszystko, rozgrywający się na poziomie nieświadomym. Polacy są w swojej wielkiej części obciążeni niewyznaną, nieprzepracowaną i nieuwolnioną traumą zniewolenia, które nie skończyło się z uwłaszczeniem niewolnika pańszczyźnianego i trwa nadal. Wściekłość z jaką „inni”, „obcy”, „nieprawidłowi”, „zwolennicy cywilizacji śmierci”, „Antychrysty”, „żydy” są atakowani, bezpardonowa wobec nich przemoc i nienawiść jednoznacznie tego dowodzą. Sprawcami tego koszmaru zła są w 95% KATOLICY, proszę Pana.

Dałem Panu zaledwie wycinkowo mały przykład sprawy, by nie wydłużać wypowiedzi. Taka „deeskalacja” niczego nie rozwiązuje, ale służy stronie silniejszej, posługującej się przemocą i niszczącej ludzi, a także Polskę jako wspólnotę. To zły koncept i oczekiwanie jej jest niedobrym pomysłem. Użycie przez Pana w nieuprawniony sposób terminu „deeskalacja” powinienem nazwać mniej miękko. Zrobiłem tak, by „deeskalować”, co – możliwe, okaże się po skutkach – jest błędem. Ale może nie. Jak jest powiedziane: trzeba wierzyć w człowieka, koleś!

Nietrafnie Pan uczynił przywołując tu Szostkiewicza jako „znanego publicystę”, dziennikarza, od wielu lat piszącego o sprawach religii i kościoła katolickiego. Adam Szostkiewicz jest wystarczająco znany jako wieloletni publicysta i wiadomo nie tylko czytelnikom blogów „Polityki” kim jest. Nietrafność jest – co najmniej – poczwórna: po pierwsze, nijak się to ma do fatalności tekstów takich jak omawiany: bycie „znanym publicystą” nie chroni od błędów. Po drugie, „znanego publicystę”, dziennikarza itd, obowiązuje wyższa miara staranności i wyższa odpowiedzialność, a żadna „deeskalacja” jaką Pan podsunął publicyście dla poratowania tego nie zmieni. Po trzecie, przywoływanie tu Szostkiewicza z jego tytułami sprzeciwia się zasadzie równego i bezstronnego oceniania rzeczy; postawił go Pan ponad mnie, co mi sie bardzo nie podoba z powodów merytorycznych, a Pan nie ma do tego tytułu, tak jak nie ma Szostkiewicz, który jednak Hartmanowi zarzuca brak posiadania tytułu. Po czwarte zaś, Szostkiewicz – o ile mi wiadomo – pisze jako bloger, a nie jako persona na poziomie „członka kolegium redakcji”. Gdyby tak czynił, powinien był to oznajmić w postaci wizytówki na blogu: pisze do was persona bardzo oficjalna. Ale jest i piąta sprawa: Prawda, obowiązująca zawsze i wszędzie katolika, w tym jego sumienie. Niekatolik nie ma sumienia, w ogóle nic nie ma, więc ma dobrze i proszę to mieć na uwadze.

Kłopot z blogerem Szostkiewiczem, publicystą Szostkiewiczem, członkiem klegium itd oraz posiadaniem dosyć znanych przekonań jest też taki, że nie wiadomo kiedy i w jakiej roli działa, co Pan mimowolnie potwierdza. Na blogu „Listów Ateistów” wielu blogowiczów sprawy wiary, religii, historii, wiedzy o charakterze weryfikowalnym, znajomość innych kultur i standardów ma bardzo dużą, a stosunek do spraw poważny. Z osobami tego rodzaju trzeba uważać, proszę Pana. Pisanie byle czego i byle jak, kręcenie, mijanie się z faktami, stosowanie dwójmiary, dwójmyślenia, fałszywe zagrania i bycie na bakier z prawdą o rzeczach rodzi poważne ryzyko: można być równie poważnie i równie zasadnie skrytykowanym. Lub co może gorsze, ale zależy dla kogo: słusznie wykpionym lub uznanym za osobę niepoważną w swoim mniemaniu o powadze i w sumie śmieszną. Moim zdaniem tacy blogowicze są specjalnie cenni, choć jest jednocześnie powiedziane, że wszystkie dzieci są nasze.

Jest Pan zastępcą redaktora naczelnego. Zmienił mi Pan tytuł tekstu na blogu, co mi się nie podoba; narusza to moje autorskie prawa, w tym integralność tekstu. Nie wpisał się Pan jako komentator. Nie zwrócił się Pan do mnie z propozycją umieszczenia swojego wpisu. Proszę przyjąć do wiadomości: udzieliłbym Panu miejsca, chyba z przyjemnością. W ten sposób mógłbym w lepszych warunkach Panu i czytelnikom powiedzieć co sądzę o Pana słowach, a i Pan – jak sądzę – czułby się zgrabniej. Byłby to najlepszy, w dodatku utrzymany w duchu „deeskalacji” sposób.


Od redakcji

Blogosfera ma to do siebie, że żywi się dyskusją, różnorodnymi opiniami i polemikami. To sól tej formy twórczości internetowej. Blogerzy piszą to, co chcą, kiedy chcą; na blogach jest miejsce na różnego rodzaju „myśli nieuczesane”.

Ta wolność blogosfery ma jednak swoje granice. Taką granicą są ataki ad personam: nie na poglądy innej osoby, ale bezpośrednio skierowane na adwersarza. Ten wpis w nieuprawniony sposób atakuje redaktora Adama Szostkiewicza, publicystę i dziennikarza od lat zajmującego się m.in. tematyką kościelną, nie tylko na łamach „Polityki”. Tego rodzaju atak dziwi tym bardziej, że dotyczy tekstu red. Szostkiewicza, w którym nawołuje on do uspokojenia debaty, jak się to mówi w języku dyplomatycznym: deeskalacji.

Polemizujmy ze sobą, nawet ostro i emocjonalnie, bo sprawy dotyczące religii czy Kościoła budzą silne i uzasadnione emocje. Ale nie atakujmy personalnie innych, bo takie praktyki – jak napisał red. Szostkiewicz – prowadzą nas donikąd.

Łukasz Lipiński, zastępca redaktora naczelnego „Polityki”