Rzeczpospolita a Kościół: bolesna męka

Wyników wyborów bezpośrednio komentować nie bardzo jest sens, robi to już tłum speców, zwłaszcza speców mniemanych, i bada wszystko, czyli zwykle – nic. A ponieważ nic i nic z tego nie wynika, jesteśmy nie tu, gdzie jesteśmy. W ciekawym punkcie rzeczywistości.

Przechodząc do rzeczy dla sprawy wyborów właściwych, należy zauważyć, że Dudę wybrała na prezydenta Maryja Fatimska. Którą tak ukochał nasz Święty Ojciec Święty Jan Paweł II Karol Wojtyła, co pozostał Lolkiem, który nie przestał być Karolem. Otóż Maryja Fatimska wygłosiła przemówienie pod robiącym na niebie fikołki Słońcem w te słowa:

Jeśli Portugalia nie zatwierdzi aborcji, będzie uratowana; jeśli jednak ją zatwierdzi, będzie musiała wiele wycierpieć. Za grzech jednostki płaci osoba odpowiedzialna za jego popełnienie, lecz za grzech Narodu płaci cały Lud. Przecież rządzący, którzy ustanawiają niecne prawa, robią to w imię Narodu, który ich wybrał. Dzisiaj na Portugalii ciążą trzy społeczne grzechy, które domagają się zadośćuczynienia i nawrócenia: rozwód, aborcja i cywilne śluby osób tej samej płci. To wielki kryzys moralny jest przyczyną wszystkich innych kryzysów. W ciele toczonym przez gangrenę, niezależnie od wielości zastosowanych kuracji, dopóki źródło zła nie zostanie usunięte, nie pojawi się polepszenie stanu zdrowia i śmierć będzie jego kresem. Tak samo dzieje się w tkance społecznej – dopóki amoralność będzie grasować niczym śmiercionośna plaga, dopóty cały naród będzie jęczeć i cierpieć katusze. Jednak obietnica się wypełni, gdyż zawsze pozostanie reszta uboga i pokorna, która będzie niczym zaczyn w cieście. Dobro zawsze zwycięża zło i wyłącznie do Boga należy zwycięstwo”*.

Ściśle tak jak Maryja Fatimska wyrażają się gremialnie polscy biskupi z Jędraszewskim – następcą Świętego Ojca Świętego na krakowskiej stolicy biskupiej – na czele, oraz Kaczyński i niejaki Duda, co pozostał tzw. prezydentem i nie przestał się wyrażać. Oraz reszta grupy trzymającej władzę pod wezwaniem. Tak więc Maryja zwycięża w Polsce za pomocą swoich wiernych biskupów, partii o nazwie PiS wraz z Dudą oraz Ludu Bożego.

Jasne jest, że Maryja mówiła o Polsce, a że była akurat w Portugalii, to przymus okoliczności. Gdyby była wtedy nad Wisłą i tak przemawiała, mogłaby być aresztowana przez jakiegoś zaborcę. Jednak należy też zauważyć, że Maryja okazała się niepotrzebnie bojaźliwa. Trzymanie Ludu Bożego w posłuchu miłe jest każdemu zaborcy. No, chyba że obawiała się kuli armatniej albo miny przeciwpiechotnej. To by było zrozumiałe.

Tymczasem mamy – ledwie niektórzy – za mowę nienawiści przemówienia Jędraszewskiego i reszty biskupów; zakonnika doktora Tadeusza Rydzyka; Dudy, Kaczyńskiego, Morawieckiego itd. Sprzeciwiamy się tym samym Maryi, reprezentujemy cywilizację śmierci i trzeba nas słusznie, jako zarazę, wytępić. Mamy już rozwody cywilne i coraz większą masę rozwodów kościelnych, nawet jakąś aborcję udaje się czasem legalnie przeprowadzić i domagamy się, żeby osoby spod znaku LGBT miały pełne prawa ludzkie, jak wszyscy. Nie zgadzamy się na plucie na nie, poniżanie, przemoc wobec i segregację. Potworne i czarne jak sam diabeł kobiety zaprzeczające swojej misji jako naśladowczynie Maryi i drwiąc z niej bezczelnie, urządzają protesty czarnych parasolek i drutów od wieszaka. Straszne to, ordynarne, dowodzące, że jesteśmy Antychrystami wcielonymi!

Jasne jest więc jak to skaczące po niebie w czasie objawień w Fatimie Słońce, że musiała naszej perwersyjnej degeneracji moralnej niszczącej Polskę przeciwstawić się Maryja za pomocą biskupów, Dudy, Kurskiego, TVPiS, Kaczyńskiego wraz ze słusznym Ludem Bożym. Co uczyniła – i to jest bezwzględny dowód na Maryję Fatimską oraz każdą inną. A skoro tak, to jest dowód na Absolut Miłości Bożej. Amen.

Za pomocą Maryi znaleźliśmy się już w sednie problemu bolesnej męki Rzeczpospolitej z Kościołem. To Kościół, religia i mentalność niewolnicza w Polaku są istotą męki, jaką Polska ma z sobą samą od tzw. zawsze, a nie to, o czym tak powierzchownie i często dziwacznie, bo i fantazyjnie mówią różni spece od mówienia na okrągło nie wiadomo o czym. Oni zaś najbardziej nie wiedzą, o czym mówią, choć są z siebie tak zadowoleni. Jeśli zaś coś powiedzą trafniej, to nie o istocie, a o rzeczach drugiego czy piątego planu.

Fantastom szukającym przyczyn problemów nie tam, gdzie się znajdują – co jest zresztą znakiem firmowym Polski jak ten urojony dumny orzeł biały, będący białą kurą znoszącą klatkowe jajka w realu życia – przypomnę, że chłopa pańszczyźnianego spod polskiego pana katolickiego wyzwoliła nie Polska, ale zaborcy. Że jak wyłącznie formalnie ludzie zostali uznani za ludzi, natychmiast do zajadłej walki z wyzwoleńcami rzucił się Kościół katolicki, a do końca II wojny światowej życie polskiej prowincji i teoretycznie wolnego już chłopa było życiem ciągle przy dworze i od dworu zależnym. Nigdy zaś nie nastąpiło wyzwolenie z niewoli religii i jej przedsiębiorstwa, które ma centralę w Watykanie i watykańskie interesy. Wrzaskom Kaczyńskiego, Dudy et consortes na rzekome kondominium niemiecko-rosyjskie nad Wisłą nigdy nie towarzyszą wrzaski w stronę Watykanu i i jego lokalnego oddziału w Polsce. Odwrotnie: Polska własnowolnie, choć po oporze garstki wolnych Polaków, podpisała jednostronną umowę lenną z Watykanem pod patronatem Świętego Ojca Świętego, co nie przestał być narciarzem. I taki stan rzeczy nazywa się powszechnie i bez protestu „umiłowaniem ojczyzny”.

Jedynym, historycznie nadzwyczaj krótkim epizodem uwalniania się Polaka z niewoli był PRL. PRL dawał Polakowi katolikowi ziemię, której nie miał, wysłał go na Ziemie Odzyskane, żeby się uczył cywilizacji europejskiej w porządnie urządzonym do wojny świecie, wysłał Polaka do szkoły, ba, zmuszał go do chodzenia do szkoły, żeby leczyć dziury w głowie i kazał leczyć dziury w zębach; nakładał obowiązek pracy i byczenia się w góralskich lasach i nad kaszubskim morzem na wczasach FWP. I może byłby zrobił PRL z niewolnika obywatela, gdyby nie błąd obciążający intencję: obywatel miał być wolny od niewolnictwa pod panem i Kościołem, ale nie żądał, by obywatel był kompletny i wolny od PRL i nawet brak mu było na to chęci. Czuł bowiem PRL przez skórę, że jest za słaby wobec Kościoła mającego za sobą już tysiąc lat tradycji w niewoleniu oraz gigantyczną, a słabo widoczną infrastrukturę w głowach wyznawców, by jeszcze sobie na plecy wsadzać kompletnego obywatela. Ciężar byłby nie do udźwignięcia. Zaś kulawy obywatel to nie obywatel, a co najwyżej zalążek.

Zaniechaniem i zarazem cywilizacyjną głupotą tzw. wolnej Polski jest obrzydliwe przerabianie PRL na „czarną dziurę” ku absolutowi radości Kościoła katolickiego oraz tępy fantazmat sądzenia, że jak Polak będzie robił, co uważa, to będzie robił to, co najlepsze. Dla niego, sąsiada i państwa, a państwu i umowie społecznej nic do tego. No więc Polak robił to, co uważa Kościół katolicki, i mamy to, co jest najgorsze. Przy takich parametrach wejścia nie ma innego wyjścia. Suma wektorów sił daje wynik, a nie rojenia garstki protoobywatelskich marzycieli cierpiących na refluksy i niepojmujących ich przyczyny.

Rzecz jasna, powody takiej fatalności, takiej mierzwy, ksenofobii, wsobności nie są wyłącznie jednowymiarowe i sięgają nawet atawizmów odziedziczonych po naszych zwierzęcych kuzynach. Jednak jedyną siłą najdłużej, najkonsekwentniej, w sposób najbardziej brutalny, zdemoralizowany, cyniczny i fałszywie się przedstawiającą, która napędza ten życiobójczy mechanizm, jest Kościół katolicki. Nawet z atawizmów nie pozwala się wyznawcy wyzwalać, bo drastycznie przeciwstawia człowieka zwierzęciu, przez co człowiek nie może się wewnętrzne czuć spójny i integralny z przyrodą; nie wolno mu się przyznać do odruchów i instynktów natury, które mógłby poddawać transgresji, a wyłącznie do „grzechu pierworodnego”, „upadku” i „działania Szatana” w nim.

Antysemityzm, pogarda dla innych religii, dla rzekomej „islamizacji Europy”, która ją zniszczy, dla groźby islamizacji Polski, najazdu prymitywnych ludzi, co będą gwałcić Polki, porywać dzieci i przerabiać je na terrorystów; dla Europy jako takiej i jej świeckich wartości, wolności, podmiotowości obywateli, praw człowieka i życia zgodnie z przekonaniami własnymi, a nie wmuszonymi przez jedyną słuszność – jak codziennie od lat słyszymy; za pogardą słów o „migrantach, co roznoszą zarazki i choroby” i zniszczą nimi Polaków, za nienawiścią do wszelkich innych ludzi przerobionych na „obcych”, na „wrogów”, na „Polaków najgorszego sortu”, na nieludzką „ideologię LGBT” – stoi niezawodnie Kościół katolicki. I jego święte pisma oraz Objawienie, czyli Słowo Boże. No i Maryja! A jak ona, to i sam Jezus.

Kaczyński z pomocą Macierewicza wyprodukował katolicką religię smoleńską i został jej bogiem. Religia ta miała kilka świeżych dekoracji – co jest atrakcyjne dla wyznawców – a istotę tożsamą z religią katolicką. Dlatego tak podobała się biskupom, którzy z nadzwyczajną chęcią z tej religii korzystali. Kaczyński wiedział, jak użyć religii od biskupów, którzy od 2 tys. lat wiedzą, jak to się robi. Zrobili interes, biznes i sukces: toporem tej katolickiej religii wzmocnionym Świętym Ojcem Świętym wyrąbali w czaszkach Polaków bramę do sukcesu. I od tej pory z nadzwyczajną komitywą świadczą sobie nieustannie usługi.

Komentatorzy, politycy, liberałowie, badacze i suwereni bez głowy rojący o własnym obywatelstwie europejskim w ogóle tego nie widzieli i nie widzieli religii w religii, bo się w niej urodzili i jako wolni ludzie są dalej niewolni od katolickiego gazu, którego nie widzą, a nim się trują w przekonaniu, że oddychają radośnie. Lali łzy żałobne nad „poległym” bliźniakiem na umowie prezydenckiej i niuchali podekscytowani wizją złapania w skrzydle samolotu Putina śpiącego pod kocykiem wybuchowym imienia niejakiego Biniendy – cudu nauki polskiej wyeksportowanego do kraju amerykańskiego.

W ostatnich dniach bardzo celnie i mądrze wypowiedział się na blogu Jan Hartman w tekście pt. „Nie wolno dialogować z Kościołem!”. Tak: z nienawistnikami się nie rozmawia. Tak, z ludźmi siebie mającymi za posiadaczy i szafarzy wszelkiej i najwyższej, do tego niedyskutowalnej, kompletnej i jedynej Prawdy nie ma dialogu. Z takimi, co mają swoją „wrażliwość chrześcijańską” i „wartości katolickie” – a wedle nich inni nic podobnego nie mają – żadne sensowne porozumienie nie jest możliwe. A że nie jest możliwe, stan rzeczy dowodzi. Naiwniacy, głupki, producenci rojeń, ludzie niepoważni przymilają się Kościołowi, biorą chętnie udział w „dniach dialogu” i chcą się „pięknie różnić” – z czego kompletnie nic dobrego dla ogółu nie wynika, a wynika to, co stale: pogłębianie miłych rojeń po stronie głupków i umacnianie trwałości rządów pana nad niewolnikiem po stronie Kościoła.

Dlaczego „Kościół” piszemy od wielkiej litery? Inne są gorsze? Tradycja i norma językowa? Też i znacznie więcej oraz nie w tej kolejności: najpierw jest wdrukowanie klękania, a następnie pojawia się norma językowa, która jest „poprawna”, i kto napisze na maturze kilka razy „kościół katolicki” – odpada za błędy. Poprawność, błędność, norma, tradycja – wszystko to katolickie, wszystko wdrukowane w mózgi. Niepoddane dyskusji, nieoprotestowane, nieodrzucane. Gremialna zgoda.

Nie zgadzamy się – znowu mniejszość społeczeństwa – na opanowanie przez Kaczyńskiego sądów, trybunałów, prokuratur, policji, urzędów, ustaw i wreszcie gwałt na konstytucji czy gwałt na języku przeflancowanym na jego odwrotność? A właściwie dlaczego się nie zgadzamy? Przecież zgadzamy się na ukradzioną szkołę, ukradzione sądy, prokuratorię, policję, urzędy, prawa, dochody, normy, zwyczaje, tradycje, język, moralność, prawdę – przez kościół katolicki.

Po krótkiej przerwie czasów PRL kościół katolicki znowu siedzi w środku szkoły państwowej, jest za to opłacany, ale za nic nie odpowiada przed polskim państwem. Gwałci w ten sposób państwo, sens edukacji i moralność. Wprowadza uczniów w dysonans poznawczy i moralny, co rodzi cyników lub mękę psychiki: hipotetycznie uczeń ma się w szkole uczyć myślenia, ale się nie uczy, to ciągle marzenie ściętej głowy. Na najważniejszym z przedmiotów – indoktrynacji katolickiej – uczy się niemyślenia, a wiary w… co, no właśnie? Nawet nie wiary w to, co jest napisane w „Objawieniu”, czyli Biblii będącej niebieską książeczką, a wyłącznie wiary w starannie wybrane i spreparowane kawałki tego rzekomego objawienia, które przygotował kościół katolicki pod przewodem Wojtyły, co pozostał papieżem i nie przestał być Świętym Ojcem Świętym będącym Lolkiem, który za pomocą dedykacji już wykrzywił „Objawienie” – zdradzając tym samym swojego boga – by mu pasowała do interesu i własnego skrzywienia.

I tak manipulowany, oszukiwany, demoralizowany i wdrażany do automatyzmu niby-myśli i niby-czucia oraz zachowań uczeń ma wyrosnąć na niezależnie i krytycznie myślącego człowieka, ba – obywatela? Który następnie nie podda się łajdackim oszustwom polityków i kleru, „bo ma swój rozum”, więc zbuduje wolne i sprawiedliwe państwo? Wolne żarty, a w istocie – kpiny. Jednak te kpiny liberałowie i „otwarci katolicy” wciskają innym w mózgi pierwej wcisnąwszy je we własne. I jakże się z tym czują szczęśliwi i jakże się dziwią: czemu jest, jak jest? A tak bardzo chcą, żeby zwyciężył liberał i demokrata, a nie zamordysta i postać formatu mniej niż zero. Nie, nie chcą, oszukują. Chcą żyć w ułudzie i zakłamaniu katolickim.

Do szkół wsadził katechezę minister Samsonowicz drogą instrukcji ministerialnej. Co na to Trybunał Konstytucyjny, ale najpierw co na to ówczesny rząd – z urojenia polski, a realnie służący ponownej katolicyzacji, czyli kradzieży Polski przez kościół? „Zasłużony dla demokracji” – czyż nie? Minister i profesor wyznaje po wielu latach: nie myślałem, że to się tak skończy. Jakże to – nie myślał? Niemożliwe! Gdy wsadzał kościół katolicki do szkoły, myślał nadzwyczajnie intensywnie! Gdyby mu wtedy ktoś powiedział, że zachowuje się bezmyślnie, uznałby to za potworną zniewagę. W sądzie i przed bogiem by przysiągł na głowę żony, dzieci i swoją, że nadzwyczajnie myślał i był to szczyt jego profesorskich możliwości intelektu. A po latach, dalej rojąc o swoim myśleniu, wyznaje, że nie myślał.

Kościół od stuleci stoi ponad prawem. Jednym zaledwie ze skutków tego stanu rzeczy jest wiecznotrwała masowa zbrodnia gwałcenia dzieci przez kler. Który do dziś nie jest z tego choćby w przybliżeniu rozliczany sprawiedliwie i w ogóle nie jest rozliczany kościół katolicki. Obłudnicy mniemający o własnej „otwartości” zawzięcie twierdzą, że to się działo tylko kilkadziesiąt lat i że to pojedynczy członkowie kleru robili i nie ma to nic wspólnego z kościołem katolickim.

Edwin Bendyk, z którym chętnie się w wielu rzeczach diagnostycznych zgadzam i zgodzę się z częścią jego spostrzeżeń i tez z tekstu blogowego „Wybraliśmy”, pisze tak: „Zwycięzcy muszą zrozumieć, powtórzę, że na takiej polaryzacji można wygrać, ale nie można skutecznie rządzić. Pokonani, że w Polsce nie da się wygrać wyborów, zapominając o tej Polsce, którą słabo widać z metropolii i dużych miast. Czas porzucić język wzajemnej pogardy, żadna ze stron nie ma monopolu na definiowanie wizji polskości i polskiej przyszłości. Uznanie tego nie oznacza kapitulacji z języka wartości, u którego podstaw leży choćby przekonanie o uniwersalnym znaczeniu praw człowieka, zasad państwa prawa, rozdziału państwa i Kościołów, świeckich źródeł norm kierujących życiem publicznym”.

Po pierwsze, zwycięzcy nic nie muszą zrozumieć i nie zrozumieją najważniejszych rzeczy. To poza ich światem. Oczekiwany mus rozumienia jest oczywistą naiwnością.

Po drugie, pokonani też nie muszą nic zrozumieć i niewiele zrozumieją, jak się nie uwolnią sami od zniewolenia pod kościołem katolickim i nie zrozumieją, co powiedział Jan Hartman: żadne, nawet ciche dialogi niewolnika z panem do niczego prócz pogłębiania permanentności klęski nie prowadzą. „Czas porzucić język wzajemnej pogardy”? – o to mam już do Edwina Bendyka mocną pretensję formalną i równie mocną do diagnozy: nie ma żadnej symetrii, nie było i nie będzie. Żadnej „wzajemnej pogardy” nie było. Była, jest i będzie wyłącznie jednostronna pogarda, a jeśli opozycja, machając rozpaczliwie w walce o życie piąstkami, trafiła przeciwnika, to było w tym więcej przypadku niż metodycznej walki, a trafienie było nadzwyczajnie zasłużone i było tych trafień tak mało, że nie dziwi przegrana słabeusza i frajera.

Po trzecie, cóż to za myśl: „żadna ze stron nie ma monopolu na definiowanie wizji polskości i polskiej przyszłości”. Jedna strona, katolicka, ma absolutny monopol, ma wizję, ma definicję. I ten monopol podświadomie akceptuje opozycja, dlatego tak nieporadnie się zachowuje, nie pojmując, co robi. Zgadza się na rządzący katolicyzm, ale roi sobie, że niby się nie zgadza. Jej przesłanie, argumenty, emocje – wszystko to jest rozmemłane, wewnętrznie niespójne, niepewne, jakoś kulawe i dlatego nie może przekonać ani przeciwnika, który powinien się spotkać z pięścią, a nie smarkiem z nosa, ani nie może mieć dość mocy, by upewnić potencjalnie własnych wyborców, skoro się mota i to się czuje. Nic nie słyszymy o niedyskutowalnym świeckim fundamencie państwa, rządzonego przez społeczną umowę konstytucji, równość w prawach i odpowiedzialności, a co najwyżej to, że może należałoby nieco zwiększyć prawo kobiet do aborcji, albo żeby może na czas pandemii indoktrynacji było w szkołach nieco mniej, bo samorządy mają mniej pieniędzy na płacenie kościołowi za usługę demoralizacji uczniów i oduczania ich myślenia.

Po czwarte: „Uznanie tego nie oznacza kapitulacji z języka wartości…”. Oznacza! Mamy właśnie stan permanentnej kapitulacji, nigdy na serio i konsekwentnie niepodjętej próby – PRL ledwie w części spełniał te warunki! – trzęsących się nóg, zawrotów głowy i womitacji ze strachu na samą myśl, że należy głośno żądać i doprowadzić do uwolnienia się państwa od kościoła.

Po piąte: „Nie wystarczy pogardzać tymi, którzy w odpowiedzi na szok zmian uciekają od wartości oświeceniowych, szukając sensu i oparcia w tradycji, religii, w Kościele. Jedyna skuteczna strategia to pokazanie, że wartości otwartego, szeroko rozumianego społeczeństwa liberalnego są najskuteczniejszym zestawem wyposażającym do podróży w nieznaną przyszłość”.

„Szok zmian” występuje od stuleci, a od ponad stu lat szok jest permanentny: wojna za wojną, w Europie i świecie, a w Polsce ponoć wojną był cały PRL. Polak tak już wzwyczajony do szoków, że z nudów posypia, oglądając „Kiepskich”, czyli siebie. Niewolnik pańszczyźniany jest do szoków przyzwyczajony jak wół do kieratu. Kto „ucieka”? Żeby móc uciec, najpierw trzeba się znaleźć w miejscu, z jakiego się później ucieka. To w jakim miejscu znalazł się Polak i katolik? Poznał może Europę, jej sens, wartości, zasady, wolności, inkluzywność, spójność społeczną, prawa obywatelskie, a wśród nich prawo do edukacji rodzinnej i seksualnej oraz aborcji? Widział, jak „ideologia LGBT” biega po ulicach Hamburga, Sztokholmu czy Lyonu i porywa Polakom dzieci na gwałcenie? I tak się tym wszystkim przeraził, że uciekł do biskupów i Kaczyńskiego? Rzecz w tym, że Polak i suweren nic takiego nie widział, nie poznał, nie doświadczył, bo nie jest w ogóle w stanie, choć stać go było dotąd na „all inclusive” w Egipcie. Patrzy, a nie widzi. Bo ma umysł wykrzywiony swoim zniewolonym stanem: wiarą, religią i demoralizacją czynioną przez kościół katolicki. W takich warunkach żadna „jedyna strategia” nie zadziała i trzeba mieć znacznie lepszą, bo nieopartą na fantazmacie, a rzeczywistości strategię: wyczyszczenia własnych głów i sumień z katolicyzmu i robieniu wszystkiego z nieustępliwą determinacją, „aby Polska była Polską” – jak roił do góry nogami katolik Pietrzak, a nie lennikiem Watykanu. I to jest warunek konieczny, choć niewystarczalny. Tak: „pokazanie, że wartości otwartego, szeroko rozumianego społeczeństwa liberalnego są najskuteczniejszym zestawem wyposażającym do podróży w nieznaną przyszłość”. Żeby pokazanie mogło zadziałać, niezbędna jest praca nad wyrzuceniem katolickiego niewolnika z Polaka. A demonstrator sam najpierw musi być od niego wolny, inaczej nie będzie wiarygodny.

Na koniec: tytuł wpisu wziąłem od ukochanego Anatole’a France’a. W oryginale jego książki tytuł brzmi: „Kościół a Rzeczpospolita”. To rzecz o bolesnej męce rodzenia się Francji świeckiej i wolnej od kościoła. Bolesna męka trwała dobre sto lat. Męka mogłaby trwać pewnie w nieskończoność, nic się bowiem przełomowego nie zdarzyło w tej męce przez dziesiątki lat. „Dopiero kompromitacja sił umiarkowanych po paśmie afer na czele z gigantyczną aferą panamską utorowała drogę zdecydowanym zwolennikom rozdziału, którzy porzucili półśrodki i przeprowadzili rozdział konsekwentny i skuteczny”.

Jeszcze nie zaczęliśmy prawdziwej bolesnej męki. To, co mamy, to ledwie rozgrzewka. I żadna afera nie jest aferalna, ale spływa po kościele, rządzie i suwerenie jak woda święcona po kaczce. Zatapia tylko frajerów z zegarkiem. Będziemy się męczyć jeszcze sto lat z okładem, czy sprawimy, by któryś z czytelników tego tekstu jeszcze dożył wolnej Polski jak wolna Francja?

Tanaka

* Za sekretariatfatimski.pl