Prolog do zabawy w chowanego

Hulaj dusza, piekła nie ma! Tak mogli zakrzyknąć gremialnie księża, a przynajmniej najważniejsi purpuraci nad Wisłą, gdy nieoficjalnymi kanałami dotarły do nich informacje o likwidowaniu przez Służbę Bezpieczeństwa jej materiałów operacyjnych dotyczących Kościoła i związków wyznaniowych. Generalnie ten pion już od końca 1988 r. nie realizował żadnych ofensywnych działań przeciwko polskiemu Kościołowi.

To była decyzja szefostwa MSWiA PRL, gdzie bezceremonialnie rządził gen. Czesław Kiszczak i kilku jego kolegów z wojska, prowadzący intensywne rozmowy z kierownictwem episkopatu, których skutkiem miała być mediacja ze stroną opozycyjną. A ostatecznym efektem były rozmowy tzw. okrągłego stołu rozpoczęte niebawem – 6 lutego 1989 r. Gospodarzem rozmów był wspomniany gen. Kiszczak, prowadzający się pod rękę z kilkoma biskupami EP. Szczegóły tych debat i spotkań zostały już dobrze opisane i to z każdej strony, więc pominę je w tym tekście.

Najważniejszym skutkiem Okrągłego Stołu były czerwcowe wybory 1989 r., gdy strona opozycyjna – z jednym wyjątkiem – wzięła wszystko, co w tamtym momencie mogła wziąć. Rządzący generałowie jasno rozumieli sytuację i wyciągali wnioski. Wiedzieli, w co i o co grają, bo znali mediatorów i stronę solidarnościową doskonale.

Taką wiedzę mieli zapewnioną z codziennych meldunków i informacji zbiorczych, otrzymywanych ze wszystkich jednostek terenowych. Co się działo w gospodarce? Gdzie pracowano, zamiast strajkować, donosiły wydziały „piąte”. Tych piątek było kilka, bo na gospodarkę socjalistycznego państwa składało się kilka wiodących działów. Podobnie było z „trójkami”. Tylko „czwórka” była jedna jedyna, chociaż zajmowała się wszystkimi Kościołami i związkami wyznaniowymi, jakie funkcjonowały legalnie i nieoficjalnie w ludowym państwie. Takie codzienne meldunki miały sporą objętość, czasami zdecydowanie większą od pożądanych niegdyś codziennych Biuletynów PAP.

I teraz wyobraźcie sobie, że jesteście na miejscu któregoś z generałów: Jaruzelskiego bądź Kiszczaka. Docierają do nich meldunki z całego dnia i z całego kraju. A starsi pewno pamiętają, że w 1988 r. w Polsce się działo. Fakt, na półkach sklepowych bywało skromnie i coraz drożej. Chociaż kto miał w rodzinie ludzi pracujących w handlu, ten sobie w sumie nieźle radził. Ot, czasami trzeba było trochę pokombinować z zamianą dóbr posiadanych na dobra pożądane. Ale było to do zrobienia. Ci mniej zaradni musieli mieć tylko trochę zasobniejszy portfel, bo większość rozmaitych towarów była do kupienia za cenę nominalną z 15-procentową górką dla sprzedawcy. Wiem, bo sam kupowałem i czasami pośredniczyłem w takich transakcjach – ze sklepem, górnikiem spieniężającym zapis z książeczki „G”. I o tym pisały „piątki”.

O nastrojach obywateli pracujących, młodzieży uczącej się i tej unikającej nauki donosiły władzom państwowym „trójki”. To była poważna wiedza – o strajkach w toku, strajkach w planie, o dyskusjach na ulicach, w knajpach czy akademikach. A pisanie o słowach zawsze wymagało wielu słów. Meldunki były obszerne. I liczne, bo od 1981 r. społeczeństwo było mocno rozpolitykowane. Ale czemu się dziwić – obowiązkowa i powszechna edukacja społeczeństwa zlikwidowała powszechny w II RP analfabetyzm, robiąc nawet z ostatniego wiejskiego świniopasa człowieka potrafiącego poskładać słowa w rozumne teksty.

Najciekawsze materiały pochodziły z pionu „czwartego”, który na bieżąco przyglądał się zachowaniom księży i słowom wypowiadanym z ambon i innych miejsc. A Kościół zawsze był miejscem, gdzie posiadano rzetelną i wiarygodną wiedzę o tym, co się dzieje w każdym zakątku kraju. Tę wiedzę z samych źródeł wydarzeń zbierali od swych owieczek parafialni duszpasterze i przekazywali dalej zgodnie z miejscową strukturą. Do tego Kościół w stanie wojennym wyrósł na powiernika przeciwników oficjalnej, ludowej w założeniu i zapisie konstytucyjnym władzy. Diecezjalni biskupi nieraz płacili grzywny wlepiane niepokornym przez kolegia do spraw wykroczeń, zaskarbiając sobie wdzięczność ciemiężonych. Cóż, dzisiaj ich następcy już tego nie robią. Nie słyszałem o zapłaceniu przez biskupa grzywny nałożonej na niepokornego protestanta. Dzisiaj Kościół trzyma sztamę z władzą, przyjmując regularnie obfite „co łaska” od rozmaitych instytucji władzy państwowej.

Ale wróćmy do czasów minionych. W tamtych latach Kościół był dysponentem obfitej pomocy materialnej i pieniężnej płynącej z Zachodu. Każdego dnia TIR-y z pomocą charytatywną przekraczały nasze granice, wioząc różne dobra, rozdzielane potem przez punkty diecezjalne bądź parafialne. Potrzebujący wierni mogli zaopatrzyć się w mąkę, masło, sery czy inne produkty spożywcze. Kto był w zażyłych relacjach z proboszczem, mógł liczyć również na delikatesy z darów. Czasami była to odzież z zachodnich zbiórek dla ubogich Polaków. Sporym powodzeniem cieszyły się kościelne punkty apteczne, gdzie można było otrzymać poszukiwane, trudno dostępne bądź niedostępne leki. W potrzebie trafiali tam nawet towarzysze z miejscowych komitetów rządzącej partii.

Taka pozycja kleru w społeczeństwie musiała mocno denerwować rządzących. W końcu to oni chcieli być tą dzierżącą rząd dusz władzą. A tutaj protest za protestem. Strajk za strajkiem. Słowu byle księdza wielu ufało, na słowa generałów wielu pluło. To musiało szarżę boleć. Stąd chcieli wiedzieć o wszystkim, co się w tym Kościele działo. Może liczyli, że znajdą tam tę pożądaną złotą informację – jak pomyślnie rządzić społeczeństwem.

I dlatego funkcjonariusze „czwórki” musieli chodzić na nabożeństwa, słuchać głoszonych kazań i treści intencji. Bo w każdym kazaniu mogło być to poszukiwane słowo, otwierające ludzi na świecką władzę. Ba, przyglądano się zachowaniom i postawom poszczególnych księży i biskupów, aby znaleźć tę uwielbianą przez ulicę. Postawę, którą generałowie mogliby przyjąć jako swoją i zyskując tym samym powszechną akceptację.

Niestety, jednostronnie ukształtowani funkcjonariusze nie potrafili wyłuskać tych pożądanych postaw z szerokiej gamy zaobserwowanych księżowskich zachowań. Bo chodzić „na boki” szefowie potrafili i bez brania przykładu z księdza zastępującego parafiance jej męża górnika pracującego na nocnej zmianie czy też udzielającego nocnego pocieszenia młodej wdowie. Kierownictwa resortu nie rajcowali także duchowni noszący tęczową bieliznę. Czasami coś ich bardziej zafrapowało, bo ściągali do centrali wszystkie zgromadzone materiały. Ale wyraźnie i tam nie znajdowali tego poszukiwanego modus vivendi, bo nie zmieniali swych zachowań, a rzeczony duchowny nagle, bez zachowania regulaminowego terminu, zmieniał miejsce swej posługi.

Kościół jako instytucja z wielowiekową tradycją miał sporo czasu na wypracowanie metodyki działania w przypadkach sytuacji nietypowych, gdy młodzi albo i starsi duchowni dali się poznać swym owieczkom z niecodziennych zachowań. Wewnętrzny system informacji w miarę szybko pozwalał rozpoznać zagrożenia, aby podjąć stosowną decyzję personalną. To środowisko zawsze posiadało niezłe rozeznanie w mocnych i słabszych stronach poszczególnych pasterzy. I chociaż na zewnątrz wykazywało się zawodową solidarnością, to w wewnętrznych relacjach tajemnice szybko trafiały do kurialnych uszów. A wtedy reakcja biskupa była błyskawiczna. Nagłe przeniesienie do innej jednostki w ramach diecezji, kara przez awans, np. studia zagraniczne w kościelnej uczelni, przeniesienie do innej diecezji w ramach porozumienia między ordynariuszami. A czasami było to bezterminowe zamknięcie w zakonie klauzurowym, czyli takim bez zewnętrznych kontaktów. Podobne zachowania można było zauważyć w nowym filmie braci Sekielskich „Zabawa w chowanego”, który w sobotę 16 maja miał swoją internetową premierę. Czyli w Kościele od czasów PRL nic nowego.

Dumając nad treściami pokazanymi w nowym filmie Sekielskich, dostrzegam swoisty czas wolności, jakim dla Kościoła stała się likwidacja materiałów operacyjnych pionu czwartego Służby Bezpieczeństwa. To, co się zachowało, to głównie materiały przekazane wcześniej do archiwum. A więc dokumentacja spraw z rozmaitych powodów zakończonych, bez zamiaru bieżącego z nich korzystania. Wszystko, co zawierało jakieś smaczki, albo zostało formalnie skasowane, albo trafiło w ręce zainteresowanych, powodując późniejsze akty wdzięczności i pomocy zwolnionym ze służby funkcjonariuszom.

Obserwując losy części kierownictwa MSWiA z czasów PRL, można dostrzec swoisty stan zawieszenia w postępowaniach prokuratorsko-sądowych. I trwało tak przez długie lata, póki dawni szefowie socjalistycznego państwa dreptali po tym świecie. W skórę dostali tylko szeregowi funkcjonariusze. Myślę, że było to skutkiem wpływów, jakie w obecnej rzeczywistości ma Kościół instytucjonalny. W przeszłości biskupi potrafili się dogadać z generałami w kłopotliwych sprawach, podobnych do ukazanych w filmie Sekielskich. Nie pamiętam takich spraw sądowych z czasów PRL. A i obecnie ciężko przebijają się one do naszej publicznej wiadomości. A jeśli już coś się dzieje, to sprawy ciągną się niemiłosiernie długo. Być może zgodnie z zarządzeniem obecnego ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego w jednym. Biskup Janiak, a i inni ordynariusze potrafią się poruszać po ścieżkach religii i polityki. Jeśli coś przykrego miałoby ich spotkać, to przykrości tej nie sprawi im władza państwowa. Bo z nią zawsze potrafili się dogadać. Pytanie, na jaki kompromis pozwoli im biały ojciec z Watykanu. Czy papież Franciszek wie, że piekła nie ma? Większość duchowieństwa to wie.

Prolog do filmu braci Sekielskich miał swój czas jeszcze w PRL.

zak1953