Pandemia

Pandemia. Siedzimy w domu, pracujemy w domu. Nie trzeba wcześnie wstawać, bo te pół godziny drogi do pracy i powrót to akurat cała godzina zaoszczędzona. Pracuję zdalnie, całe szczęście, że mogę. O godz. 16, zamiast odbić kartę w biurze, zamykam laptop i mam czas wolny. Czasem drzemka, czasem obiad, jeśli nie zjadłam razem ze śniadaniem. Od rana radio, domownicy pracują poza domem.

Słucham rozmów z gośćmi, opowiadającymi, co tam panie w polityce. Albo w kulturze, sztuce, nauce, ekonomii; mnóstwo tematów, radio w tle wciąż obecne, często bardzo ciekawe, odrywające od nudnego klepania.

Codziennie ktoś inny przepytuje zaproszonych, co z wyborami, kiedy wybory i dlaczego tak się dzieje, codziennie to samo, te same tematy z nowymi gośćmi lub bywalcami. Dochodzą nowe wątki, bo prezes zaprosił (akurat zaprosił! wezwał przed oblicze!) jednego i drugiego z rządu, z ministerstwa tego i owego, coś ustalają, nie ma komunikatu, znów radzą na Nowogrodzkiej, znów wychodzą ciemną nocą. I wałkujemy w mediach temat, i gdybamy, i przypuszczamy, co ustalili, bo przecieków brak lub niepotwierdzone. Nikt już nie wspomina o tym, że niezgodnie z prawem, że zmiany kilka tygodni przed wyborami.

O konstytucji już się nie wspomina, tylko o rozporządzeniu o przeciwdziałaniu pandemii: tego nie wolno, kary kilkudziesięciotysięczne za brak maseczki, środków dezynfekujących. Lotne brygady straży miejskiej, policji, służb sanitarnych sprawdzają, co kupiłeś, gdzie kupiłeś i czy na pewno tego potrzebowałeś. Piwo, papierosy, chleb, jajka, masło i takie tam – może być. Nie budzą podejrzeń.

Ale zachciało się procentów w butelce (w woreczkach foliowych nie sprzedają). Wychodzimy ze sklepu, za chwilę go zamykają, przeliczam pieniądze, sprawdzam paragon i już dopadli, obstapili. Troje ich. Ze Straży Miejskiej? Policja. Bąkają nazwisko i funkcję pod nosem. Zaglądają do torby. Kręcą głowami. Nie podoba im się zawartość. Przyjmują usprawiedliwienie, że urodziny, że sami, że nikogo, ale i żadnych procentów w domu nie ma, a jest co uczcić. Pogrozili palcem, że następnym razem…

Czterdziestka. A może pięćdziesiątka. No, do setki jeszcze daleko, można życzyć i stu lat… Przypomina mi się stan wojenny… wtedy była na kartki i po 13.

Nie jestem w stanie oglądać żadnych wiadomości, gadających głów, dociekania pani, znanej również z kolekcji swoich butów (o kolekcji kapeluszy nie wiem), znów przepytującej gości. Codziennie inna osoba, ale wciąż te same pytania, podobne odpowiedzi, znam je z porannych radiowych audycji. Nic nowego… Biorę pilota, nie ma jej i jej gościa…

Siedzę w domu następnego dnia, już po godz. 16, skończyłam pracę, teraz zaczyna się moje życie. Włączam ulubioną stację telewizyjną. Pierwszy odcinek cyklu „Historia zapisana w muzyce”. Za godzinę następny. Następnego dnia powtórki. Jestem zauroczona, zafascynowana. Oglądam. Zupełnie inaczej układa się w głowie historia świata.

Codziennie wieczorem przywiązuję się do kanapy, oglądam, chłonę. Przez muzykę, słowa wykrzyczane, wyartykułowane zupełnie inaczej odbieram historię; zaczynam lepiej ją rozumieć, bo muzyka ogarnia wydarzenia całego świata, zaczynające się gdzieś w Ameryce, a kończące się w Europie, w Azji, na Bałkanach, północnej Afryce lub Półwyspie Arabskim.

Od niewolnictwa i problemy z rasizmem tu i tam, na tym i innym kontynencie; od wojen światowych na różnych frontach, pracy kobiet; sufrażystek i nadania praw obywatelskich kobietom w Europie. Pierwsze kobiety na uczelniach, ich sukcesy i porażki, lekceważenie ich wiedzy, wciąż obecną kpinę z ich obecności na uczelniach. Niedowierzanie, gdy dostają nagrody… W „Historii…” wreszcie czasy mi bliższe, współczesne!

Lata 60.

Kennedy, pastor Martin Luter King, Robert Kennedy… Rok 1968… Stany Zjednoczone, Francja, Wielka Brytania, Niemcy. Polska. Studenci. Studentki. Kobiety. Antykoncepcja. Prawa kobiet. Równe wynagrodzenia, równy awans. Muzyka. Rock. Woodstock.

Lata 70. i 80.

Rock and roll. Europejscy muzycy, artyści w Stanach. Amerykańscy w Europie. Kobiety na estradach z przekazem. Mnóstwo mocnych kobiet śpiewających o swoich i naszych współczesnych problemach: Joan Baez, Madonna i inne, których nazwisk nawet nie zapamiętałam. Mamy to, o czym krzyczałyśmy… nie wszędzie, nie w każdym kraju. Wciąż podważa się nasze prawa. Rasizm nie zmalał. Prawa człowieka nie są wszędzie oczywiste.

W Polsce rodzi się Solidarność. Za chwilę wykreśli ją stan wojenny, ale na razie karnawał trwa. Potem kilkanaście miesięcy w zamknięciu na świat zewnętrzny, choć przecież do nas docierają pierwsze jaskółki. Odwilży.

Na świecie pojawia się HIV, AIDS, choroby nieznane. Umierają na to wielcy tego świata i całkiem nieznani; artyści, muzycy, aktorzy. I zwyczajni ludzie. Wielcy przekazują majątki na badania; znów ofiary, prześladowania tych, co mają lub są tylko podejrzani. Pobicia. Bogaty świat jednoczy się w jednym celu: znaleźć lekarstwo na AIDS. Jest na jedno, nadal nie ma leku na nowotwory. W Polsce kartki na wszystko.

Lata 90.

Rozruchy i rewolucje w różnych częściach świata. Afryka, Azja wyzwalają się z kolonializmu. Umiera socjalizm, komunizm. Rozdzielone po wojnie się jednoczą, inne wyzwalają i ogłaszają niepodległość.

Kobiety znów walczą o równość, wolność i swoje prawa; o to samo walczą homoseksualiści, lesbijki, trans- i biseksualiści. Za jakiś czas określi się ich skrótem LGBT, ale teraz każdy walczy o swoje. Manifestacje w Waszyngtonie, w Nowym Jorku. Jednoczą siły. Nadal protestują przeciw nierównościom. Wreszcie mają śluby, prawa partnerskie, HIV nie jest już problemem, choć nadal nie dla każdego; decyduje portfel.

Wzruszam się, oglądając zburzenie berlińskiego muru, historię Niemiec od 1946 r. Widzę łzy w oczach tych, którzy spotkali się po latach, już siwe głowy, już zmarszczki, już czarna odzież lub wstążeczka – niektórzy nie doczekali. W Polsce nowy ład gospodarczy, społeczny, ekonomiczny. Nowe twarze wszędzie i za jakiś czas znów swary i podchody.

Wchodzimy w XXI w.

Na świecie nowe technologie – u nas pojawiają się niemal jednocześnie z tymi, co na Zachodzie. Spełniają się nasze marzenia, jesteśmy przyjęci i do NATO, i do Unii Europejskiej. Ciężko na to pracujemy, zmieniamy się, zmieniamy prawo, edukację; zdobywamy nowe umiejętności. Znikają brody i wąsy, zmieniamy tureckie swetry na marynarki, nabieramy gładkości i ogłady. I zaczynamy mówić nie tylko po polsku. Dajemy się poznać z naszej najlepszej strony, naprawdę chce nam się zmieniać.

Niestety, nie wszyscy. Nie wszystkim się podoba zmiana, nie wszystkim się powodzi, wielu wspomina nieodległe czasy, zdobywanie, kombinowanie, znajomości, do których dziś się nie przyznajemy lub nie przyznają się do nas.

Zdobywamy uznanie w Europie, świecie; mamy sukcesy – największe w kulturze, ale i ekonomicznie i gospodarczo się dźwigamy, cywilizujemy się z pomocą środków z Europy, stajemy się uczestnikami wielu organizacji równościowych o światowym zasięgu, nie musimy się wstydzić naszych przedstawicieli w tych zgromadzeniach. Zapraszają nas do uczestnictwa w kongresach, mamy się czym pochwalić. Rośnie w nas duma.

Rok 2005-07

Do Sejmu dostają się protestujący do niedawna rolnicy, nigdzie niezrzeszeni, ze swoim przywódcą zapowiadającym, że „Wersalu już w tej izbie nie będzie”. Zaczynamy nową erę, nowy rozdział w życiu publicznym. Za jakiś czas znów w Sejmie zmiana, nikt nowy, ale brak Wersalu daje się we znaki. Nowe rozdanie, przechodzimy światowy kryzys ekonomiczny.

Mamy w Europie dobrą opinię, nasi przedstawiciele są w większości dobrze przygotowani do pracy, a Polacy rozsiani za pracą po całej Europie cieszą się uznaniem. Nasza administracja, sądy, urzędy już od dawna pracują zgodnie z dyrektywami unijnymi, mamy e-urzędy.

Jesteśmy w żałobie po wielkiej stracie – zginęło mnóstwo dobrych ludzi, posłanek, posłów, urzędników, zginął też prezydent z małżonką.

Nastaje 2015 r. Urząd prezydenta obejmuje zupełnie nieznany były urzędnik z kancelarii tragicznie zmarłego prezydenta. Od razu po wygranych wyborach zapowiada, że będzie niezłomnym prezydentem. Że nie będzie notariuszem i niczyim zakładnikiem. Chyba zapomniał, co zapowiadał. A zapowiadał, że podniesie Polskę z ruin. Od tego momentu mamy koniec świata. Wybory wygrywa ugrupowanie brata zmarłego prezydenta. Od tego momentu codziennie jesteśmy świadkami nieznanej w naszej kulturze zmiany pojęć; słowo zupełnie co innego znaczy, niż dotychczas znaczyło, a czasem nic nie znaczy. Prawo ustanawia się w nocy, w jeden dzień. Kraj się zmienia; do głosu dochodzą grupy naszych rodaków, którym zatyka się buzię i liczy ich głosy za 500 zł, nie żądając od nich nawet pracy.

Społeczeństwo się podzieliło, jedni są za, inni przeciw. Skaczemy sobie do gardeł, w mediach wylewa się fala hejtu, jakiego nie widzieliśmy całe dziesięciolecia. Może z braku internetu.

Znów Kościół zabiera głos – gdy trzeba zabrać prawa kobietom – lub siedzi cicho, gdy trzeba by upomnieć rządzących lub, o zgrozo!, katolików! Tych, co na wiarę bez przerwy się powołują.

W Polsce gminy uchwalają strefy wolne od LGBT, całe województwa ogłaszają, że mają sumienie i konstytucyjne prawa kobiet to nie u nich. Dekomunizuje się pomniki, ulice, place; ale i anektuje się ważne miejsca, by je zabudować „pomnikami ku czci”.

Oglądam „Historię zapisaną w muzyce” i żal mnie ogarnia, bo czy to całe stulecie walki i wojny o prawa człowieka, prawa kobiet, walka z rasizmem, walki religijne i inne incydenty kapiące krwią lub zniewoleniem poszły w naszym kraju na marne? Jeszcze niedawno protestowaliśmy pod sądami, stawaliśmy w ich obronie, maszerowaliśmy z parasolkami… Wypaliliśmy się?

Na proteście w obronie swoich praw w czasie epidemii było nas kilkadziesiąt, następnego dnia kilkaset, trzeciego było nas 700-800 osób, z maseczkami, w przepisowych odstępach półtora do dwóch metrów. Policja wypytywała o cel, „za czym kolejka ta stoi”, ale interwencji i użycia siły finansowej czy fizycznej nie było. Może się da? Czekamy na wybory prezydenckie?

Pandemia – po pierwszych dniach strachu, obaw, zabezpieczania się w Biedronce, zaopatrywania w maski i rękawice oraz środki czystości – uspokoiła się już nieco, oswoiliśmy się z jej obecnością, z narzuconymi nam ograniczeniami. Nie ufamy rządowi, władzy; mamy wrażenie, że wróciły czasy, gdy „wszystko rosło w siłę, a Europa zazdrościła nam sukcesu”, parafrazując hasło z lat 70.

Osobiście nie wierzę rządowi, zabezpieczam się, bo życie mi miłe i ma wciąż swoje barwy, bo nie chcę przysparzać pracy lekarzom i ochronie zdrowia.

Nadchodzą wiadomości, że powietrze tu i ówdzie jest wolne od smogu, na drzewa wróciły ptaki, na polanach pojawiły się duże zwierzęta, ba! Nawet płyty chodnikowe porosły zielenią w miejscach dotąd codziennie zadeptywanych.

Mam nadzieję, że ten czas wyciszenia zmieni nas; zmieni nasze postrzeganie świata, przestaniemy pędzić ku nie wiadomo czemu, ale już widać, że i bez tego dajemy sobie radę. Oczywiście, ten czas wyciszenia dla jednych dla innych jest dramatem. Mnóstwo ludzi straciło pracę lub pewność jej utrzymania; do obaw o zdrowie doszły obawy o przyszłość, dochody, edukację… Nikt jednak nie przypuszczał, że ten niewidoczny, ale obecny wirus zatrzyma świat.

A świat nagle się zatrzymał i gdy ruszy znów, mam nadzieję, że wiele się zmieni. W nas samych, w naszym środowisku. Jakoś nie mam jednak złudzeń, że w naszym kraju zasypią się podziały, władza nie będzie pazerna na swoje przywileje i insygnia. Nadal będą i MY, i ONI.

Już tak mieliśmy: w kwietniu 2005 r. Krótko trwało… Wybuchło ze zdwojona mocą.

Konstancja