Ciernista droga grzechu!

(© Feldkurat Otto Katz i Jaroslav Hasek)

Albo: blaski i cienie życia ateisty.

Gdy z młodzieńczym entuzjazmem w wieku lat 14 – 15 deklarowałem “księdzu po kolędzie”, że przestałem wierzyć w boga, nie myślałem o konsekwencjach bezpośrednich i pośrednich tego kroku. Wkrótce jednak zacząłem je odczuwać. Bezpośrednie były takie, że wieść o mym odszczepieństwie szybko rozeszła się wśród złożonej z ok. 60 rodzin społeczności podmiejskiej uliczki, potwierdzając im oparte na moim niesłowiańskim wyglądzie podejrzenie, że jestem jakiś odmieniec, a więc pewnie żyd. Paru dorosłych/starszawych nazwało mnie parę razy “Ickiem”, dobrotliwie zresztą, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, bo nie bardzo wiedziałem wtedy co to oznacza. Kiedy się dowiedziałem, nie byłem tym zachwycony, ale nie ma tego złego, itp., bo po pierwsze zachęciło do zbadania tzw. korzeni, a po drugie wpoiło mi to na zawsze niechęć i obrzydzenie do rasizmu, do stereotypowania i do przyklejania ludziom etykietek. Na szczęście młodziakom, z którymi się przyjaźniłem (i dziewczynom) przylepienie mi naklejki jakoś nie zrobiło wielkiej różnicy. Byłem parokrotnie nachodzony przez księży i babcie parafialne, bezskutecznie próbujące zawrócić mnie z ciernistej drogi grzechu, argumentami które były dla mnie głupawe i całkowicie nieprzekonywujące. Odczuwałem przez jakiś czas pewne wykluczenie z silnie związanych z polskim życiem codziennym obchodów i imprez religijnych.

Te drobne przykrości były jednak ceną, którą warto było wtedy zapłacić za zrzucenie katolickiego gorsetu.

Przez wiele następnych lat nie analizowałem kwestii psychologicznych czy filozoficznych wiary i ateizmu, cieszyłem się za to uwolnieniem od śmiertelnej nudy i bełkotliwych kazań na niedzielnych mszach. Pozbyłem się gnębiącego mnie we wcześniejszym dzieciństwie dławiącego lęku przed śledzącym każdy mój krok srogim obserwatorem i sędzią w niebiosach oraz wynikającego z tego częstego poczucia winy za drobne i mniej drobne grzechy. Żyłem, uczyłem się i bawiłem, kochałem, poznawałem świat, urządzałem się, emigrowałem, urządzałem się raz jeszcze, podróżowałem, wszystko bez brzemienia wiary, ale i bez pełnego zrozumienia jakie inne brzemię nakłada na mnie ateizm.

Dopiero gdy naprawdę dorosłem i dojrzałem (lepiej późno niż wcale) do lepszego zrozumienia życia i psychologii własnej i społecznej uświadomiłem sobie jaka jest prawdziwa cena niewiary.

Prawdziwy ateista nie może zwalać winy na diabelskie podszepty, za swe błędy, głupoty, potknięcia, egoizm, wykroczenia przeciw moralności czy dobremu smakowi i wychowaniu. Nie może też pozbyć się poczucia winy i wyrzutów sumienia poprzez wyznanie ich księdzu, za co łaska i kilka zdrowasiek, musi z nimi dojść do ładu sam. Nie może liczyć w ciężkich chwilach na opiekę i pomoc wyimaginowanego wszechmocnego “tatusia” w niebiosach, którego, choć z definicji wszystkowiedzącego i absolutnie doskonałego, można jednak przekupić żarliwością modlitewną i chojnymi datkami materialnymi dla jego przedstawicieli na Ziemi. Nie może liczyć na komfort psychiczny i “ciepełko” stada, zapewnianych przez uczestnictwo w rytuałach i obrzędach wśród tłumu podobnie myślących wyznawców. Musi bezsilnie patrzeć na zasłaniane “świętością” draństwa i przekręty aparatu zorganizowanej religii oraz jej sprzeczne z podstawową logiką nonsensy, bez możliwości zbywania ich bezkrytycznym “to tajemnica”. Staje samotnie twarzą w twarz z okrucieństwem życia, z głupstwami i zbrodniami gatunku, bez możliwości pocieszania się, że “taka jest wola boska”, czy “niezbadane są wyroki boskie”, czy oksymoronem “bóg doświadcza, bo kocha”. Wreszcie, nie tylko nie może pocieszać się nadzieją na życie wieczne i nagrodę w niebiosach za trudy i przeciwności życia ziemskiego, ale musi zaakceptować, że prawdziwy dorobek życia – nie sprzęty czy pieniądze, ale wszystko czego się dowiedział i nauczył o świecie, przepadnie w chwili śmierci wraz z jego mózgiem.

Nic dziwnego, że ateiści mogą mieć skłonność do pesymizmu! Ciernista jest droga grzechu!

Po stronie pozytywów są dla mnie sceptycyzm i odruchowy przymus zaglądania pod podszewkę każdej informacji i każdej przelotnej mody. Zwiększona odporność na mity, na syndrom myślenia grupowego, na syndrom potwierdzenia, na mącenie w głowie jakimś “izmem”. Zaspakajanie wrodzonej ludziom potrzeby cudowności i magii literaturą fantastyczną i fantastyczno-naukową, która pozwala uciec od często nieprzyjemnej rzeczywistości “w krainę ułudy” bez traktowania ze śmiertelną powagą zawartych w niej bajek, zamiast uczestniczeniem w nonsensownych obrzędach wymagających płacenia frycowego “pośrednikom” cudowności. Brak strachu przed mękami piekielnymi, co jest drugą stroną medalu niewiary w życie pozagrobowe. A wreszcie, co najważniejsze, przymus opierania swych zachowań na moralności humanistycznej, a nie na relatywistycznej grupowej czy plemiennej.

Wszystko to nie jest łatwe, ale staram się być prawdziwym ateistą. Chętnie płacę cenę niewiary. Jestem pesymistą i mizantropem. Nie mam złudzeń.

Herstoryk