Emerytowany sprawca

Psy wyczuwają człowieka na odległość. Wiedzą, czy to dobry człowiek, czy zły człowiek. Nie bardzo wiemy, jak to robią, choć jakąś ogólną orientację mamy: obserwują język ciała człowieka, patrzą mu w oczy, a przede wszystkim odbierają jego ewaporację chemiczną: hormony stresu, lęku, agresji; emanacje generalne i partykularne. Odróżniają je doskonale od aromatu fiołków dobrego człowieka.

Psem może i nie jestem, choć mam świadectwo od własnego psa, że prawie. Natomiast posiadam niejaki węch obywatelski. Dobry węch czyni obywatela, marny węch go osłabia.

Węch obywatelski nie tylko zasadza się na patrzeniu w oczy, obserwacji ruchu paluszków prostego posła i jego posłanki z jednym, ale wyprostowanym paluszkiem, którym w żaden sposób nie da się paproszka spod powieki wydobyć, zaś znakomicie daje się wydobyć ziejącą ze środka posłanki miłość bliźniego swego. Bardzo dobrze też robi patrzenie w oczka niejakiego Dudy, który swego czasu przysięgał na konstytucję. Węch obywatela opiera się na znajomości i rozumieniu rzeczy i praw podstawowych, co zresztą jest pojęciem formalnym, znanym dobrze w Unii Europejskiej.

Te pojęcia i ich rozumienie są kanoniczne dla obywatela, który ma żądania co do kształtu i istoty państwa i zna swoje obowiązki oraz prawa. Ma więc materiał porównawczy, płaszczyznę odniesienia i może bez większych trudności wywęszyć, czy dany osobnik pachnie życiem, czy śmierdzi trupem.

W żadnym momencie nie miałem złudzeń, że Kaczyński to coś dla państwa i wspólnoty ludzi w nim żyjących cokolwiek dobrego. Jeśli ktokolwiek miał słaby węch, miał też obowiązek nauki: dojść do pewności w trakcie pierwszych rządów Kaczyńskiego, że śmierdzi rozkładem, a nie pachnie wiosną. Zaś najpóźniejszy, ostatni alarmowy dzwonek powinien się był odezwać w każdej niestrupiałej głowie wtedy, gdy Kaczyński zaczął przerabiać katastrofę smoleńską na katolicką siekierę do walenia ludzi w głowy, by po trupach, w tym własnego brata, dojść do władzy politycznej.

Walił i doszedł. Od dnia pierwszego, porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie: Kaczyński będzie przerabiał Polskę na porębę. I – pracowicie, przyznajmy – tak czyni. Całkiem dosłownie.

Kaczyński zastał „Polskę w ruinie”, co było „winą Tuska”. Zatem „podniósł Polskę z kolan”, „odzyskaliśmy wreszcie niepodległość” i mamy własne „Trójmorze”, a Unia „nie będzie nam niczego w obcych językach narzucać”. Zwykłym Polakom Kaczyński „przywrócił godność”. Za pomocą 500 plus, „mieszkania plus”, „edukacji plus”, „emeryta plus” i chyba jeszcze czegoś, ale nie wiadomo czego. Najpewniej – wszystkiego. Przecież rządzi PiS.

Jego sługa Morawiecki orzekł, ze Polska wychodzi już „z pułapki średniego rozwoju”, zaś wcześniej służąca Szydło oznajmiła, że „Polska nie będzie już krajem magazynów i montowni”. Zaprzańca w przysiędze i zdrajcy konstytucji – Dudy w lepszych aspektach nie ma podstaw przywoływać. Takowe nie istnieją. Wszystko to są produkty Kaczyńskiego.

Nigdy jeszcze nie była Polska w tak wyśmienitym stanie. I oto przyszedł wirus – i sprawdza. Sprawdzanie się dopiero zaczęło. A już spadają nie tylko dachówki, ale walą się szczyty, wieże Kaczyńskiego, ściany i filary. Polska idzie w ruinę. Tym razem najdosłowniej. Taka pętla czasu.

Siedzimy i patrzymy na katastrofę, która nas przygniecie. Nie ma w niej nic z pocieszającego piękna. Jest ponura i brudna. Wielu z nas zabije, bardzo dosłownie: na śmierć. Większości zaś przetrąci życie, wywróci do góry nogami, nawet jeśli nie na zawsze, to na całe lata. Zaraza, żeby była prawdziwa, musi się objawić z całą siłą. Ma jednak swoje zalety. Będą liczne i nadzwyczajne zdarzenia: ślepi zaczną widzieć, głusi zaczną słyszeć, śpiący się przebudzą, chromi wyprostują, będzie słychać głosy, a idioci dostaną spadającą cegłą w łeb i zaczną przychodzić do rozumu. Jest też poważna wada: nie będzie Cudu nad Wisłą II – żadnej fruwającej Maryi.

Nastąpi narodowa iluminacja: nie koronawirus jest istotą zarazy, ale rządy Kaczyńskiego jako skutek substancji jaką ma w środku. Rządy kłamstwa i oszustwa, rządy poniżania ludzi, rządy gwałtu na prawdzie i prawie, rządy rozbijania i kradzieży państwa, rządy moralnej i materialnej korupcji, rządy niszczenia i tak słabej tkanki spójności społecznej i słabego zaufania wzajemnego, rządy przemocy symbolicznej i faktycznej.

Każda dziedzina istnienia państwa się rozłazi i rozpada; koronawirus ujawni jak rozbite, jak bardzo nieistniejące, a głównie mniemane jest państwo i jak kłamstwo oraz dewastacja sięgnęła wszędzie. Na koszmarze katastrofy w Smoleńsku nauczyli się czegoś bardzo nieliczni, może garstka lotników i obywateli. Zaś bardzo liczni nauczyli się czegoś przeciwnego: pod sztandarem zamachu można zabić państwo dla własnego zysku.

Tusk ponosi winę. W swojej części. Nie on jeden, ale i każdy z poprzednich rządów w jego własnym zakresie. Nikt jednak nie uczynił niszczenia konstytucji zasadą działania, nikt dotąd nie uczynił filarem wewnętrznej przemocy, a poniżania i plugawienia ludzi oraz pojęć głównym modus operandi. Nikt z korupcji moralnej i politycznej nie uczynił fundamentu państwa. Nikt tak ostatecznie nie zadrwił z zasady solidarności i lojalności, ale też nikt nie ujawnił z taką mocą, jak wielkim mitem i blagą, a słabą siłą żywotną była „Solidarność”.

Będą padać setki tysięcy podmiotów gospodarczych. I tych małych – jednoosobowych działalności gospodarczych i tych wielkich też – molochów państwowych w postaci kopalń, firm energetycznych i podobnych. To są wszystko monstra zaprzeszłego już świata gospodarczego, w dodatku zniszczone przez rabunkową korupcję polityczną i przymusowe daniny na rzecz budowania gmachu państwowego kłamstwa przez ekipę Kaczyńskiego. Pada już 500 plus – sztandarowy projekt korupcji politycznej Kaczyńskiego: za „winy Tuska” kolejki do medyka specjalisty były dwuletnie, przed koronawirusem trzyletnie, teraz zaś licznik jest rozbity. Masz swoje lipne 500 plus suwerenie i nie łudź się, że coś ci się należy, bo umowa społeczna – sam ją pomogłeś zniszczyć. Chcesz się ratować, to się ratuj prywatnie i po pierwszym ruchu nie masz już swojego „pięćset”. Nie pojedzie już suweren na wakacje, bo nie będzie wakacji: hotele i pensjonaty w ruinie, kredyty wypowiadane, pracownicy wylatują przez okna. Nie będzie „emeryta plus”, tylko emeryt nędza. Nie będzie lojalnej opieki państwa, tylko bezpaństwie. Czym będzie „edukacja plus”, już się dowiadujemy: sprywatyzowaną klęską, którą próbują ratować nauczyciele za pomocą prywatnych komputerów i rachunków za internet oraz to samo robiący rodzice. Ci, co nie mają, niech spadają.

Nie będzie „mieszkania plus”, będzie „mieszkanie minus”: kto straci biznes, kogo wyleją z roboty, kto zachoruje i nie będzie miał z czego spłacać trzydziestoletnich kredytów, których odsetki zostaną powiększone przez zagrożone banki, pójdzie mieszkać do lasu. Albo w cholerę. Zaś deweloperskie osiedla plus zarosną dzięcieliną. Las jednak już Kaczyński wyciął. Dowie się Polak, jak to zdrowo spać pod gołym niebem i gryźć trawę. „Tarcza antykryzysowa” – drwina z powagi rzeczywistości i demonstracja przez dowód, jak strasznie Kaczyński zniszczył Polskę, zapewni zjadaczom trawy nie więcej niż możność żucia dżdżownic.

Kaczyński doszedł w zniszczeniu bardzo blisko granicy najbardziej podstawowych, będących niezbędnymi do przeżycia, a później odbudowy sił żywotnych państwa i ludzi: zgodę na fakty, na dowody, na prawdę, na lojalność, autentyczną solidarność współdziałania we wspólnym wysiłku bez patrzenia, kto na tym najlepiej wyjdzie i dlaczego ja, a nie drugi lub wszyscy po równo.

Podłość tego, co uczynił i jeszcze uczyni Kaczyński i jego formacja, ale też obrzydliwość podatności na korupcję, sprzedajność, dwójmyślenie i gotowość do wzięcia udziału w kampaniach oszczerstw, poniżania i nienawiści wielkiej części społeczeństwa, pod symetryczną wodzą Kościoła katolickiego – jest bezprzykładna od zamierzchłych już czasów. Ale aktualna ciągle w tym, że aktualne, a wyparte jest w Polakach zniewolenie, gotowe do złoczynienia.

Oto Kaczyński, jak marzył: emerytowany zbawca, ale w lustrze – emerytowany sprawca. Oto jego wymarzona Polska w ruinie. Niech jego imię będzie przeklęte. Oto drwina faktu: to jest nasza Polska.

Tanaka