Góral a jego koń

Piosenka Skaldów się za mną wlecze. Właściwie jedna jej zwrotka. To pewnie z powodu tej zimy.

Pędzą, pędzą sanie

Góralskie koniki

Hej, jadą w saniach panny

Przy nich janosiki.

Prawda, że pięknie i ckliwie? Ten łagodny klimat i koniki góralskie z taką miłością i uczuciem wymienione.

Siedziałem na nocnym dyżurze, jak zadzwonił kolega. Ja w Lublinie, on gdzieś w drodze między Ciechanowem a Warszawą. Nudził się i chciał pogadać, zdać relację z tego co w ciągu dnia zdziałał. Coś zaczął smędzić o polityce, ale kiepsko się gada jak rozmówca nie wykazuje w tym kierunku zainteresowania. W pewnej chwili tęsknota za górami mu się włączyła. Dość osobliwie. Bo zaczął o sytuacji biednych koni, tak eksploatowanych bezwzględnie przez górali na drodze do Morskiego Oka, że aż padają jak muchy.

Nie ulega wątpliwości, że od kilku lat latem w telewizorach relacjonuje się te bardzo spektakularne wydarzenia. Przyczyny takiego stanu rzeczy są rozpoznane i podobno coś się z tym próbuje robić. Ograniczenie czasu pracy koni, wspomaganie elektryczne wasiągów i inne takie. Z jakim skutkiem, to się zobaczy.

Ale wracając do rozważań kolegi. Zrobił mi porównanie, jak to ciężko pracują konie ciągnąc wóz załadowany 25 osobami, a jak lekko idzie im zimową porą, kiedy przyprzęgnięte są do sanek, jadących gładko po ubitym śniegu lub lodzie. Tak, praca koniem zimą jest znacznie znośniejsza niż latem.

-Zaraz, powoli, po jakim lodzie?

-No, po oblodzonej drodze, bo po lodzie to dopiero się sanki gładko ślizgają. Jak na łyżwach.

Ja. Wiesz. Nieszczególnie znam się na góralach, ale wyobrażam sobie, że gdybym był góralem, to raczej nie wyprowadzałbym zaprzęgu na oblodzoną drogę. Łyżwy na lodowisku to przyjemność. Nie wiem tylko czy dla konia to też taka frajda. Poza tym za duże ryzyko.

On. Przecież są podkute.

Ja. No są. Tylko co z tego? Zwłaszcza jak jedzie z górki. Po śniegu to co innego. Jak mówiłem, nie znam się na góralach. Ale mam wrażenie, że góral może zaryzykować, że koń mu padnie ciągnąc załadowany wóz po asfalcie. Ma stratę. Ale jak się pośliźnie na lodzie i złamie nogę, będzie musiał wezwać weta, żeby go uśpić. Nie, nie weta, konia. To już dodatkowy koszt, wcale niemały.

Tu z głupoty, albo chęci zaimponowania, wrzuciłem: łatwiej toczyć wóz na kołach niż ciągnąć sanie, bo opór przy toczeniu jest mniejszy niż ten wynikający z tarcia.

Po co mi to było?

On. Że nie, bo opony łyse, piasty nie nasmarowane i skrzypią. Droga pełna wybojów i tych 25 ludzi na wasiągu.

Ja. No przecież można iść pieszo, rower wypożyczyć albo hulajnogę.

On. Daleko, nudno, żadnych widoków. Gdzież tak iść i iść jak można pojechać?

Takie tam nocne rozmowy. Trochę podkpiwałem, ale na koniec tak mnie naszło. Ładna i miła ta troska o góralskie koniki. Ale czy któremuś z tych zatroskanych, w tym i jemu, przyszło kiedykolwiek do głowy, żeby może nie dosiadać się na 25, albo nawet na 20 czy 16? Zwrócić się do ludzi: ludzie, jebnijcie wy się w te durne łby i nie pakujcie się w dwudziestu pięciu na wóz. Przecież ten koń po kilku kursach się przewróci. Że góral nie pojedzie z piętnastoma? Pojedzie. Może z bólem serca, ale pojedzie. A jak nie pojedzie, to … z nim. Niech stoi.

Paradox57