Biskup Szkodoń: wzorcowa mapa katolickiej przemocy

„Gazeta Wyborcza” donosi:

Kraków w szoku po publikacji „Dużego Formatu” w sprawie biskupa Szkodonia.

„GW” tak zażartowała sobie z tego szoku w Krakowie. Kraków sobie jeszcze mocniej zażartował. Nie po to jest Krakowem, nie po to więcej w nim kościołów niż mrówek i nie po to jest stolicą Świętego Ojca Świętego oraz Kaczyńskiego w wawelskiej krypcie, żeby się szokować. Jest jak zawsze z katolikiem: dobrze.

„Wykonujemy wszystkie polecenia otrzymane z Watykanu” – zadrwiła sobie kuria i poszła boki zrywać.

Biskup Szkodoń, zgodnie z zeznaniami ofiary, miał ją przez lata molestować, odkąd była 15-latką. Zarówno biegła psycholog, jak i prokuratura uznały, że zeznania są wiarygodne. Są rozległe, spójne, pełne weryfikowalnych detali, dobrze bronią się od strony psychologicznej. Ale wygładzony termin „molestowanie” nie oddaje w pełni istoty tego, co robił dziewczynce biskup. Wsadzając jej ręce w krocze, gwałcił ją. Nie robił tego w celu ogrzania sobie chłodnych paluszków. A to, co robił jej psychice, także było gwałtem.

Historia tego przypadku tworzy wzorcową wręcz mapę przemocy katolickiej. Nie jest to w żadnym razie historia jakiegoś wyizolowanego osobnika, jak usiłują to przedstawiać sami biskupi i różni „otwarci katolicy”. To historia ukrytego życia organizacji pt. Kościół katolicki. Przemoc ta jest jego niezbywalnym fundamentem od zarania.

Spójrzmy zatem na mapę tej przemocy, jaką tworzy dwoje specyficznych bohaterów: organizacja i całe środowisko katolickie.

Biskup Szkodoń: wrażliwiec. Artysta. Maluje krajobrazy, nieraz nawet przy molestowanej dziewczynce i jej rodzicach. Wieloma dziełami swojego artyzmu obdarza ją i rodzinę. Gdy ją gwałci, szepce podniecony: „Moniczko, Bóg mi ciebie zesłał. Przez ciebie chce mnie nauczyć czułości”.

Nie da się stwierdzić, że to nie Bóg zesłał Moniczkę biskupowi, by ją gwałcił. Odwrotnie: jak coś mówi biskup, zawsze jest prawdą. Jak mówi o tym, czego chce Bóg – mówi prawdę najwyższą. Biskupi i cały kler od 2 tys. lat mówią, czego chce Bóg, i zawsze mają rację. Bóg we własnym słowie daje nadzwyczajną ilość dowodów na to, wraz z pysznymi szczegółami, jak uwielbia gwałcić i mordować. Wszyscy biskupi świata znają to na pamięć. Nie mogą się mylić.

Biskup wtula głowę w piersi Moniczki i mówi do niej: „gładź mnie po głowie i mów do mnie Jasiu, jak robiła to moja mama”.

Biskup Szkodoń, co zrozumiałe, jest nie tylko sprawcą, ale i ofiarą. Kto nie jest tępy i nieczuły na psychologiczną prawdę, w mig to dostrzeże. Coś złego działo się w dzieciństwie biskupa. Zabrakło mu ciepła, tego głaskania po głowie, do którego tęskni w sposób niezaspakajalny. A ma jakieś 70 lat. Cierpi na samotność, poczucie pustki, którą kompulsywnie wypełnia fałszywym, klerykalnym życiem. Jako młodziak wszedł na złą drogę: poszedł do seminarium. Ale zło musiało się zacząć wcześniej. Wrażliwe i utalentowane artystycznie dziecko mogłoby żyć autentycznie i w spełnieniu. Został członkiem kleru i hierarchą. Taki dramat życiowy dotyka niemal każdego, kto zostaje księdzem. To nie dziecko lgnie do księdza, by je gwałcił, lecz odwrotnie: ksiądz w swoim zafałszowanym, kłamliwym życiu lgnie do dziecka. Szuka tego dziecka w sobie, chce się w sobie odnaleźć. Ale nie zdoła. A gwałcąc dziecko, gwałci też siebie.

Z tej pułapki nie ma wyjścia innego, niż rzucić sutannę, cały ten zakłamany i pełen przemocy Kościół. Ale być członkiem kleru – to mieć liczne przywileje, wygody i żyć w stadzie, gdzie jeden chroni drugiego. Wszyscy są obłudni i cyniczni. I w tym złu samotni. Tak umrą. Przypomnijcie sobie tych przestępców, których pokazali Sekielscy w dokumencie i których pokazał Smarzowski. Jakaż rozpaczliwa, bezradna pustka i samotność.

Tej psychologicznej rzeczywistości i krzyczących wręcz faktów nie dostrzeże większość katolików. Są bowiem szkoleni w apsychologicznych rojeniach o abstraktach, które nazywają fałszywie „prawdą”, „rzeczywistością wiary” i – najważniejsze – „miłością”! Sami są ofiarą przemocy, jak każdy wyznawca religii. Która ich realnie straszy, przeraża, karze, szantażuje, maskując to lipną pociechą w postaci „świętych obrazków” cudów mniemanych i tego, do czego nie ma żadnych uprawnień: obiecanek nieistniejącego nieba. A ponieważ są ślepi, nie widzą tego, co się dzieje na ich oczach. Długo, wyraziście, wręcz demonstracyjnie. Nie chcą widzieć. Pierwej zdradzą własne dziecko, niż przyznają, że są ofiarami kłamstwa. Musieliby odrzucić świat, w którym byli chowani i którym własne dzieci zarażali. Musieliby się wyrzec tożsamości, o której każdego dnia słyszą od biskupów i polityków: Polak = katolik, kto nie katolik, to nihilista, zdrajca, wróg i Żyd.

I tak też ślepi są rodzice Moniczki. Jej rodzina to jednak nie taki podstawowy przypadek, gdy konsekrowany gwałciciel szuka ofiary z dysfunkcyjnej rodziny. Przeciwnie, to przypadek na zaawansowanym poziomie. Rodzina wzorcowa. Oboje rodzice wykształceni. Ba, nauczyciele! Pracujący z młodzieżą, mający fachową wiedzę pedagogiczną i doświadczenie w bliskich kontaktach z młodymi i ich rodzinami. Znający się na ich skrywanych problemach. Od tego jest nauczyciel i pedagog.

Ale rodzice są ślepi. Biskup nadzwyczajnie często dzwoni do Moniczki, zwykle wieczorami: „Monika, biskup do ciebie, wstawaj szybko!”. Biskup jest częstym gościem w ich domu. „Musiał siedzieć obok niej. Nawet jak miał honorowe krzesło przy stole, to przesiadał się do Moniki”. Rodzice się cieszą, że „biskup tak pięknie prowadzi córkę”. Rodzina pobożna: parafia, msze, pacierze, pielgrzymka do Watykanu. Dostają od biskupa „różańce poświęcone przez Jana Pawła II”. Są w siódmym katolickim niebie. Nie każdy ma dostęp do biskupa. Oni mają. Honor i wyróżnienie – czyli zdrada i porzucenie dziecka. Chwilowa nutka niepokoju: siostra babci, zwana „ciocią”, zwraca uwagę. Ale rodziców nic nie niepokoi, to ciocia też się szybko przestaje o cokolwiek martwić. Jest dobrze. I tak całe lata.

Moniczka: skoro Bóg ją zesłał biskupowi, nie będzie Panu Bogu bluźnić, odrzucając jęzor biskupa, który jej wsadza głęboko w usta, ani się wyrywać, gdy jej wsadza łapy w krocze, te same, które codziennie zanurza w święconej wodzie i z drżeniem pełnym czci bierze w nie codziennie „ciało Chrystusa”. Te łapy i te „członki ciała”, o których każdy wyznawca słyszy na mszy – konsekrowani wsadzają w prawdziwie największą intymność i świętość dziewczęcego czy chłopięcego ciała, pouczając przy tym o urojonych świętościach i wymuszając posłuch, bo w ten sposób Dobry Pan Bóg uczy zbrodniarza czułości.

Moniczka jest „posłuszna Panu”. Jak każda prawidłowa katoliczka i każda kobieta. Tak ma być. Inaczej to zdrada Dobrego Pana Boga. I tak jest. Od 2 tys. lat. 2 tys. lat miliony jęzorów sięgają od ust po żołądki wyznawczyń Dobrego Pana Boga. Jest dobrze, słusznie i zbawiennie.

W oczach Moniczki „biskup jest święty, przemawia przez niego Bóg”. Moniczka dostaje od biskupa specjalny obraz: Matkę Boską Sprzątającą. Matka Boska na klęcząco sprząta podłogę, nad nią stoi Pan Jezus. Maryja, absolutny wzór kobiety dla katoliczek i katolików, szoruje podłogę. Synek, mężczyzna, stoi nad matką i sprawdza, jak idzie jej robota. Katoliczka wie, gdzie jej miejsce w Kościele. Milczy i szoruje. Do dziś.

Kuria: Moniczka biega regularnie do domu biskupa. Biskup mieszka przy Kanoniczej. Gdy wchodzi, nikogo z kurialistów to nie dziwi. Normalna sprawa. Cóż w tym dziwnego, że młoda – dziecko prawie – dziewczyna regularnie odwiedza biskupa w prywatnym mieszkaniu. Na pewno razem się modlą i oglądają obrazki z Ojcem Świętym.

Biskupa do Moniczki zawoził osobisty kierowca. Też normalna sprawa.

Kuria milczy, kuria nic nie wie, kuria kryje. Gwałcona Monika 10 miesięcy temu zawiadomiła prokuraturę. Kuria nic nie zrobiła. Dopiero teraz, dzień przed publikacją artykułu na temat, abp Jędraszewski zawiesił biskupa Szkodonia.

Inna ofiara konsekrowanego pedofila, dziewczynka, była porwana, przetrzymywana i regularnie gwałcona w domu kościelnym przez członka chrystusowców. W domu tym pełno było innych konsekrowanych. I też nikomu nic nie przeszkadzało, nikt nic nie zrobił. Ofiara wygrała w sądzie milion złotych odszkodowania, ale teraz chrystusowcy składają odwołanie. Bo ofiara była gwałcona „prywatnie”. W zgwałconym przez PiS i biskupów sądzie może odbiorą sobie ten milion.

Moniczka należy do ruchu oazowego. Najbardziej prawidłowi z prawidłowych katolików. Jakże biskupi są z nich dumni. Ciągle o oazowcach słychać: oto przyszłość Kościoła! Gdy po latach Monika zacznie nieco stronić od biskupa, przeczuwając coraz wyraźniej, że jest coś nie tak, biskup wybiera jej męża z oazy. Moniczka posłusznie wychodzi za mąż, a biskup udziela im ślubu w ornacie z napisem „Kocham Cię”. Mąż, wzorowy katolik oazowy, przez biskupa specjalnie prześwietlony pod kątem prawidłowości, tłucze ich dziecko. Gdy Moniczka skarży się biskupowi, ten jej przypomina święty kanon katolicki: nie wolno ci odejść, odpowiadasz za jego zbawienie! I wyjaśnia praktycznie, jaki jest sens życia katolickiej kobiety: „w Jabłonce jak chłop przywali w sobotę w oko żonie, to w niedzielę ładnie idą razem pod rękę do kościoła”.

Oczywiście! Milion katolików w Polsce wali żony przez łeb sześć dni w tygodniu, z kopa w dzieciaka, ale w niedzielę na mszę wszyscy idą grzecznie i godnie, ubrani w najlepsze ciuchy. Żona ozdobą jest męża, dzieci jego dumą. Ozdobą żony jest złamany nos, po którym widać, że rodzina jest „tradycją święta”. Rocznie na śmierć zatłuczonych jest przez katolickich mężów jakichś 400 katoliczek w samej tylko katolickiej Polsce. I jest dobrze. Tak musi być w katolickim kraju.

Rodzice Moniczki to pedagodzy. A bp Szkodoń jeszcze większy pedagog!Święcenia kapłańskie dostał od Wojtyły, biskupem zrobił go Jan Paweł II. Obronił doktorat z pedagogiki rodzinnej na KUL. Wojtyła chciał, żeby zrobił habilitację. Biskup zasiada w radzie ds. rodziny przy episkopacie. Naucza, jak panować nad pożądliwością i zachować czystość. Myjąc po wszystkim łapy w święconej wodzie i polecając się opiece Bożej. Jakiż piękny pedagogiczno-rodzinny i święty komplet.

Prokuratura stwierdza, że sprawa się przedawniła. Nie ma sprawy.

Biskup, pedagogicznie i stojąc w Prawdzie, wszystkiemu zaprzecza. To nie on, a Monika jest wszystkiemu winna: „Monika się mści”. Bo biskup się nie zgadzał, żeby odeszła od sakramentalnego męża oazowego, który tłukł dziecko i Monikę. Winny jest też ojciec: „do zemsty na pewno namawiał ją też zawzięty ojciec”. O którym Monika mówi, że nigdy nie był zawzięty.

Biskup wie, czego chce Dobry Pan Bóg, bo jest naukowiec od pedagogiki i rodziny: „Są psychologowie, psychiatrzy, którzy są takimi doradcami. Jest moda wracania nawet do wieku przedszkolnego, że niby ojciec miał molestować wtedy córeczkę. Wykorzystuje się takie historie dla usprawiedliwienia siebie, choćby rozwodu, że coś poszło nie tak w małżeństwie przez to, że się było molestowanym w dzieciństwie, a nie było”.

Tymi słowami biskup wrócił do własnego dzieciństwa. Zadał kłam sam sobie. Jest biskupem i nigdy już nie będzie sobą.

„Robimy wszystko, żeby przełamywać obojętność” – zadrwił prymas Polak.

„Boleśnie dotknięty doniesieniami” poczuł się kard. Dziwisz. Najlepszy znawca wszystkich utajnionych bolesności pedofilii kleru na świecie. W związku z tym nic nie poczuł bolesnego w życiu ofiary, o której nic nie miał do powiedzenia. „Wszyscy oczekujemy, że zostaną one [zarzuty] rzetelnie i szybko wyjaśnione” – rzucił szyderczo Dziwisz i poklepał się radośnie pulchnymi rączkami po udach.

Mapę przemocy katolickiej domyka kolejny ksiądz. Gdy dziennikarze chcieli się dowiedzieć, dokąd to się „oddalił” bp Szkodoń, dowiedzieli się prawdy o sobie: „pan nie jest dziennikarzem. Pan jest dziennikarską kurwą. Wynoście się stąd!”.

Konsekrowany, jak biskup, sięgnął do swojej wypartej biografii, mimowolnie ujawniając prawdę.

Wszyscy ci konsekrowani, bez wyjątku, ujawniają mimowolnie wypartą prawdę o sobie. Demonstrują przez swoje krętactwa trupią pustkę umysłu wytrzebionego z życia, autentycznych uczuć i wartości przez skłamane „prawdy”, którymi ich karmiono od dziecka, przez seminaria, zakony i całe życie konsekrowane. Demonstrują cynizm moralny, który mają za najczystszą moralność. Demonstrują, jak bardzo są odcięci od ludzi, jak nic nie wiedzą, nic nie rozumieją z ludzkiego życia. Bo żyją rojeniami o nieistniejącej i we wszystkim sztucznej Matki Boskiej, Jezusa i tabunu „świętych”. Nie są w ogóle zdolni, bo też im nie wolno być zdolnym, do autentycznych relacji z innymi. Oni nad wszystkimi górują, nakazują, potępiają, łudzą, rozliczają i inkasują. Są odcięci od siebie, zmechanizowani, tępi. Uwięzieni w klatce, którą sami sobie zbudowali: tych wszystkich „prawd wiary”, świętości, przemodleń, czającego się zewsząd grzechu, z największym spośród nich: grzechu pierworodnego, który jest zemstą Dobrego Pana Boga na każdym i na wszystkich, po ostatniego człowieka na Ziemi.

Współdzielą to wszystko z niemal wszystkimi współbraćmi w konsekracji. Zarazili kłamstwem i przemocą, dobrze ukrytą, bo uwewnętrznioną i okadzoną dymem z kadzielnic, bez mała wszystkich katolików.

Żeby ten system katolickiej przemocy mógł tak skutecznie działać, musi działać na wielu płaszczyznach jednocześnie, a jedna chroni drugą. Musi wciągać, szantażować, oślepiać prawie wszystkich, czyniąc z nich współsprawców zbrodni, a co najmniej biernych, porażonych obserwatorów. W żadnym razie to nie są czyny „prywatne” pojedynczych członków kleru. To demonstracje działania maszynerii przedsiębiorstwa, obraz jego istoty.

Ktoś pyta: czemu Polacy tacy wredni? Ten ktoś to na pewno ufoludek. Miejscowi wiedzą. Ale nie powiedzą. Dobrze im tak.

Tanaka

Cytaty: „Duży Format”, „GW”, Onet