Od życia do śmierci: 10 sekund

Iran szybko przyznał, że jest odpowiedzialny za strącenie pasażerskiego samolotu własną rakietą przeciwlotniczą.

Za zupełnie nietrafne uważam sądy, że łatwo było uniknąć tego tragicznego zestrzelenia, wystarczyłoby bowiem popatrzeć na niebo. Gołym okiem, przez lornetkę czy radarowy monitor. Wniosek płynący z takiego oglądu jest taki, że tylko skrajni idioci, terroryści i degeneraci mogli coś takiego zrobić.

Odkładam na bok bliższe rozważania, czy są w tej sprawie jacyś terroryści i czy na pewno są to ci, na których się powszechnie, bo w dominującym przekazie medialnym, pokazuje paluchem. Istotą sprawy z tymi kluczowymi 10 sekundami, jakie upłynęły od momentu zarejestrowania obiektu w powietrzu do decyzji skutkującej śmiercią ludzi na pokładzie samolotu, jest zupełnie co innego. Nie dobrze widzące oko, lornetka czy jakiś identyfikator elektroniczny, ale ludzka psychika jako czynnik główny, a konkretnie jej zawodność oraz zawodność sprzętu jako czynnik dodatkowego ryzyka katastrofy.

Naiwnością jest mniemanie, że człowiek „widzi to, co widać”. W stanie psychicznej równowagi każdy widzi nieco inaczej niż dowolna inna osoba patrząca na to samo. Nieidentycznie postrzega się kolory, kształty, wzajemne relacje, wielkości, poczucie dystansu. Widzi nie oko, a mózg, mózg zaś, odbierając impulsy z siatkówki, dokonuje ich obróbki, dołączając emocje i ocenę. To są od dawna oczywistości psychologii: jedna osoba weźmie ciemny kształt za rozwiniętą rolkę papy, inna za czającego się na nią potwora. Znamy to z ery przedpsychologicznej: „nie taki diabeł straszny, jak go malują”. Albo odwrotnie: lekceważymy to, co jest poważne. Epoka smartfonów dostarcza każdemu poręczny dowód: włazimy na dach wieżowca, żeby sobie zrobić piękną słitfocię na tle dla znajomych i płacimy za minutową towarzyską atrakcyjność lotem na łeb, na beton i na własne życzenie. Czyli jesteśmy zadowoleni.

W stanie silnego stresu, a w sytuacji irańskiej musiał on być skrajnie silny, ryzyko błędu staje się tak wielkie, że może być niemożliwe jego uniknięcie. Przykładów nie brak. Znany jest przypadek zestrzelenia przez dowódcę amerykańskiego niszczyciela w Zatoce Perskiej irańskiego samolotu pasażerskiego Airbus, w którym zresztą rolę odegrał element wyrachowania po stronie amerykańskiej, wręcz cynizmu. Znany jest przykład zestrzelenia koreańskiego samolotu pasażerskiego, który wleciał głęboko w przestrzeń powietrzną ZSRR, a którego przyczyną były błędy ludzkie, wydawałoby się, niemożliwe do popełnienia. Koreańska załoga źle ustawiła kompas, co nie miało prawa się zdarzyć, bo była bardzo doświadczona, ale się zdarzyło. Miała się upewniać o położeniu samolotu w przestrzeni, ale się nie upewniała. Leciała „na pamięć”. Radziecka obrona przeciwlotnicza uznała, że to wrogie wtargnięcie na jej terytorium, w dodatku w pobliżu wrażliwych obiektów wojskowych, bo w rejonie tym ciągle krążyły amerykańskie samoloty szpiegowskie. A wryta głęboko w pamięć każdego żołnierza historia setek takich wtargnięć, znanych ze sławetnego przykładu zestrzelenia samolotu szpiegowskiego U-1 z Gary Powersem, wytwarzała przeświadczenia skrajnie utrudniające zimny obiektywizm oceny. Musiała się w końcu stać taka tragedia.

Warto sobie przypomnieć paradoksalny zbieg podobieństw katastrofy obecnej z jeszcze inną: w 2001 r. Ukraina zestrzeliła rakietą przeciwlotniczą nad Morzem Czarnym niedaleko Krymu rosyjski samolot pasażerski Tu-154. Urządzano ćwiczenia wojskowe i nikt nie pomyślał, że niewolno ich robić w okolicznościach dających choćby śladowe ryzyko trafienia w taki cel. Ten tragiczny błąd nie stał się nauczką: później w Donbasie nie pomyślano o tym, by zabronić lotów w pobliżu niebezpiecznego rejonu.

Te przypadki rożni od poprzednich to, że nie było tu specyficznie stresowej sytuacji. A jednak różne strony popełniały błędy wręcz nadzwyczajnie proste: superdoświadczony kapitan jumbo-jeta nie przestawił kompasu – jak to możliwe? I nikt inny z kilkuosobowej załogo tego nie zrobił! Jak to możliwe, żeby w tak skrajnie nieodpowiedzialny sposób urządzać strzelanie poligonowe? A jednak tak zrobiono.

Amerykanie za pomocą dronów zabili już sporo tysięcy przypadkowych ludzi w co najmniej kilkunastu krajach świata. Weselników we wsi, dzieci jadące do szkoły autobusem, pasażerów taksówek z kierowcami, ludzi na targu. Teraz dokonali następnego zabójstwa. Mordercze strzelanie rakietami w cel w krajach, które zwykle nawet nie wiedzą, że to się odbędzie. W dowolnym momencie, w dowolnym niemal kraju, dowolny cel uznany przez USA za interesujący może zostać zaatakowany. I będą to robić dalej.

W takich warunkach stałej presji psychologicznej, gdy nie zna się dnia, miejsca ani godziny, każda osoba czy obiekt może być uznany za zagrożenie. To nie ma znaczenia, czy mały, czy duży, jaki ma kolor i gdzie jest. Każdy może zobaczyć, co mu stres dyktuje. A jak się doda obowiązek: musisz bronić (kraju, sprawy) za wszelką cenę! Jak się doda rozkaz, jak się doda reżimy działania sprzętu, odległości i pozycje pozwalające przechwycić i zniszczyć cel oraz inne uwarunkowania, to muszą być błędy, muszą być trupy i kolejne eskalacje konfliktów i wojen.

Śrubowanie metod podejmowania decyzji nic nie pomoże. Jeszcze wyższy poziom automatyzacji – też nie. Warunki do decyzji i decyzje o ataku podejmują ludzie. Trump, człowiek nieposiadający kwalifikacji do podejmowania tak poważnych decyzji – a może żadnych decyzji innych niż egotyczne – podjął ją. Myślenie o skutkach nie istnieje. Widać to anatomicznie także w raportach samych Amerykanów pokazujących, jak spieprzyli i rozwalili Irak i Afganistan, jak rozpieprzają Syrię, a wcześniej – Wietnam.

Po drugiej stronie są ci, co mają zadanie niedopuszczenia, żeby na ich kraj czy na ich ludzi spadały rakiety czy bomby.

Jedyna droga minimalizująca ryzyka katastrof to zrobienie wszystkiego, by nie dopuścić do pierwszego kroku w agresji. Jak to się stanie, łańcuch błędów natychmiast rusza. Tworzy się sytuacja nieuchronna, bez mała obiektywna. Ale to subiektywne działania konkretnych ludzi rozpędzają maszynerię, którą później tak trudno choćby zwolnić. Im większy kraj, tym większa jego odpowiedzialność. Nie Iran jest tu głównym odpowiedzialnym.

Współczesne ataki, państwowy terroryzm, wojny – prowadzą państwa pełne chrześcijan przede wszystkim, a regionalnie z dużym udziałem wyznawców islamu. Wszyscy uważają swoje religie za religie pokoju, a siebie za jego głosicieli – słowem i czynem. Co widać.

Są błędy i zbrodnie na mniejszą skalę. Możliwe, że świat to wytrzyma, choć to niepewna hipoteza: przemoc rodzi przemoc, a ta nakręca mechanizm prawdopodobieństwa Armagedonu.

Przypomnę jeszcze inny przykład zdarzenia, najwyższy w skali. W czasie największego zimnowojennego napięcia między USA i ZSRR za czasów Reagana oficer nadzoru rakiet nuklearnych w Związku Radzieckim odmówił wykonania rozkazu uruchomienia przeciwuderzenia nuklearnego. System komputerowy ocenił, że USA właśnie odpaliły wiązkę rakiet nuklearnych na ZSRR. Oficer ten doszedł do wniosku, że to musi być błąd automatycznego systemu w ocenie. Miał rację: bardzo specyficzna konfiguracja czynników meteorologicznych spowodowała mylne ich skojarzenie z atakiem nuklearnym.

Rzecz bez mała niemożliwa: w warunkach skrajnego stresu oficer podjął właściwą decyzję. Ocalił ludzkość. Żyjemy, nadal żyjemy.

Jak długo? Kiedy rachunek prawdopodobieństwa oparty na naszym szaleństwie wyznaczy taką konfigurację błędów, że znikniemy z powierzchni ziemi?

Tanaka