Boże Narodzenie: wszyscy wszystkim ślą życzenia

Dzień dobry, cześć i czołem! Jestem wesoły Romek – pardon, Adamek – pytacie, skąd się wziąłem? Jestem wesoły Adamek, mam na przedmieściu domek, a w domku wodę, światło, gaz, powtarzam zatem jeszcze raz…

Dzień dobry, cześć i czołem! Jestem wesoła Ewa – pytacie, skąd się wzięłam, nie spadłam wam tu z drzewa, mam na przedmieściu domek, a w domku wodę, światło gaz, powtarzać jeszcze raz..?

Dzień dobry, cześć i czołem, jestem wesoły Abel – pytacie, skąd się wziąłem, mam na przedmieściu domek… Itd.

Dzień dobry, cześć i czołem, jestem wesoły Kain… Itd.

I tak dalej, tak dalej, śnieg!

I tak samo przez egipską Kleopatrę, Jezusa z Maryją – aż po nas dziś, w Boże Narodzenie 2019. Wszyscy jesteśmy zadowoleni i wszyscy wszystkim ślą życzenia. Biskupi z papieżami i klerem zwykłym znają się ściśle na sprawach tutejszych i tamtejszych. Fachowiec, biskup Asher, dokładnie obliczył dzień i godzinę Stworzenia, ściśle opierając się na Słowie Bożym: 23 października 4004 r.p.n.e. o godz. 09:00. Dobra pora, jeszcze ciepła złota jesień, a właściwie prawie już ostre lato. Zależy, gdzie stworzył – w Krakowie czy w Rio, bo jak w Rio, to stworzył od razu sambę i bossanovę. W każdym razie była to sobota, chyba wolna, i można było pojechać maluchem do lasu na grzyby.

Co jest dobre, a że Stworzenie jest dobre, orzekł sam sam Dobry Pan Bóg, ma swoje dobre konsekwencje: przez 6 tys. lat geny się niemal nie zmieniają w ramach gatunku. Dlatego Jezus i Maria musieli wyglądać identycznie jak Adam i Ewa, w dodatku wszyscy byli „biologicznymi mężczyznami”, bo dla wyznawcy istnieją wyłącznie dwie słuszne płci: biologiczny mężczyzna i biologiczna kobieta. Reszta to obraza Dobrego Pana Boga i wroga działalność LGBT.

W tej sytuacji zadajemy poważne pytanie poważnym wyznawców, bo oni wszyscy są nadzwyczaj poważni: skoro Ewa została zrobiona przez Pana Boga z żebra Adama, to jest genetycznie tożsama z Adamem, czyli jest facetem. To jak to jest, że facet o imieniu Ewa rodzi dziecko? A może urodził facet o imieniu Adam? Pan Bóg osobiście zaprojektował geny i osobiście za każdym razem pilnuje produkcji. Czyli mechanizm genetyczny jest święty i działa absolutnie doskonale, a nie chaotycznie i poza Jego kontrolą.

Jak to działa, że Maryja była kobietą, skoro jej wszyscy przodkowie byli biologicznie prawidłowymi mężczyznami? Ale czy Maryja była na pewno prawidłową biologicznie kobietą? I co miałoby przeszkadzać Dobremu Panu Bogu, że prawidłowy biologicznie facet rodzi dzieci, skoro facet Ewa urodził śliczną dwójkę: Abla i Kaina? Ale zaraz, coś może poszło nie tak, bo ledwo się Pierwsza Dama z Pierwszym Małżonkiem pokazali na scenie dziejów, zaraz konflikcik i Kain zabił Abla. A potem to już ho-ho!

Dobry Pan Bóg stworzył bloba. Blob ma jakieś 720 płci. Większość gatunków zmienia sobie płeć wedle humoru i potrzeby. To czemu nie miałby człowiek mieć choć ze cztery płci ekstra: LGBT i jeszcze kilka na zapas, żeby się nie nudził? Cóż to jest jakiś tuzin przy 720 płciach? Każdy to człowiek i każdemu wolno kochać – jak mówi piosenka. Czemu Dobry Pan Bóg taki niedobry i najpierw sam stwarza sodomicki świat, od pantofelka poczynając, a następnie nakazuje sodomitę kamienować i osobiście morduje, jak mu się coś nie podoba?

Ale trzymajmy się początków: kto to taki – Adam? Homo Afrikanensis, homo erectus, Neandertalczyk czy homo sapiens sapiens? Co do homo erectusa, wygląda na to, że żył równolegle z homo sapiens i się z nim nie kontaktował, a od Neandertalczyka mamy kilka procent genów. Bo połowę to od banana albo drożdża. Ale homo erectus nie żył 6 tys. lat temu, tylko znacznie wcześniej, i nie urodził się w wolną sobotę. To samo Neandertal, a afrykańska Lucy w ogóle nie miała wolnego, jak to kobieta. Cały czas nic, tylko obrabianie męża i chałupy z dzieciakami. Lucy to była Ewa? Każda z tych istot jest poważna, każda chce móc poznać siebie i swoich bliskich, bo to tworzy jej tożsamość, więc każdej należy się odpowiedź: czy jestem człowiekiem i Dobry Pan Bóg ma dla mnie Wspaniały Plan oraz zbawienie wieczne czy nie? Kim jest mój ojciec i matka – nie ludźmi? I czy Jezus umarł na krzyżu za moje grzechy? A jakie? Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu czy seks pozamałżeński?

Jezusowi, jako postaci arcypoważnej, też należy się odpowiedź: za kogo umarłem na krzyżu – za homo erectusa? Należy mu się też wyjaśnienie ze strony ojca: dlaczego zdradził własne dziecko i wysłał je na śmierć w celu załatwienia osobistych rachunków z ludźmi, których stworzył na własny obraz i podobieństwo, co działa bardzo dobrze: Dobry Pan Bóg opowiada ze szczegółami w swoim Słowie Bożym, jak morduje i ludzie też mordują. Inaczej nie mogą, skoro na to podobieństwo i ten obraz. A jak nie mogą, to nie grzech, tylko posłuszeństwo i nagroda w niebie. To za co umarł Jezus?

Dziś dopiero i z powodów całkowicie niechrześcijańskich, a humanistycznych, ludzie – zgoła nie wszyscy, a wśród nie wszystkich całe tabuny katolików – przejmują się gwałceniem dzieci i molestowaniem aktorek. I jest akcja #MeToo. I wreszcie zaczyna się wychodzenie z szafy i publiczna dyskusja. Dobry Pan Bóg zdradził własnego syna Jezusa. Klasyczna, najbrutalniejsza historia o wymiarze absolutnym. Jakże częsta w rodzinach. Tych wzorowych, katolickich. Dlaczego nie włączyliśmy Jezusa jako ofiarę do akcji i nie jest pod opieką terapeutów, którzy zajmują się podobnymi przypadkami i jest to standardem cywilizacji i prawem człowieka – nie podlegać przemocy, także i zwłaszcza od najbliższych, bo to najtragiczniejsze w skutkach? Religia nam tego odmawia. Wymusza na nas rojenia, wewnętrznie sprzeczne, pokrętne, lecz jedynie słuszne schematy, zawsze skierowane i podporządkowane trzeciemu, szefowi, Dobremu Panu Bogu. Nie możemy poznać Jezusa, nieważne, że nieistniejącego. Nie możemy poznać jego, a w istocie – siebie.

Na poważne pytania nigdy nie dostajemy poważnych odpowiedzi od biskupów, kościołów i wyznawców. Zawsze trafiamy na bezczelność. Regułą jest milczenie, kłamstwa, krętactwa, brutalne ataki albo gadanie o wielkich tajemnicach wiary. Wiary – nieuchronnie – w dwóch prawidłowych biologicznie facetów, co porodzili dzieci i wiarę w zdradzonego. Temu, co nieuchronne jednak muszą się religie przeciwstawiać. Nie chcą ponosić konsekwencji tego, czym są i czego żądają. Zawsze się wykręcają, wiecznie ich urzędnicy są bezczelnie nieodpowiedzialni. Co nazywają najwyższą i świętą powagą.

Kler poważnie wygłasza niepoważne i uzurpacyjne orzeczenia: bez Dobrego Pana Boga nie da się pojąć człowieka! Jedynie katolicyzm zna pełną odpowiedź na to, kim jest człowiek i jakie jest jego przeznaczenie! Oni to wszystko wiedzą, ale gdy te bzdury zacząć dokładniej sprawdzać, zaraz się okazuje, że co chwila jest jakaś Wielka Tajemnica Wiary. Już pierwsza teza jest grandą uzurpacji: nie, nie ma żadnego źródła pewności, że człowiek w ogóle jest pojmowalny, że pojmowanie może i ma być kompletne – i że od tego akurat są biskupi – i że człowiek ma mieć jakąś pozażyciową robotę do wykonania, która w dodatku miałaby mieć jakiś specjalny sens. I te tajemnice są nadzwyczajnie często tam, gdzie nauka i nawet zwykłe doświadczenie dawno już tajemnice uczyniły nietajemniczymi przedmiotami wiedzy.

Mały, a brzemienny w skutki drobiazg: co się stało ze złotem, mirrą i kadzidłem, jakie Święta Rodzina otrzymała od trzech króli? Dary to były nadzwyczajnej cenności i Jezusek z rodzicami byliby krezusami, ale nic z tego nie wyszło. Cała ich historia potoczyłaby się inaczej, może znacznie szczęśliwiej. Poważni wyznawcy muszą mieć poważną odpowiedź. Ale oni nie są poważni. Może się postarają, od święta?

Mieć do czynienia z biskupem, zwykle doktorem czegoś, nawet habilitowanym, to mieć równie niemal z reguły do czynienia z troglodytą, tylko wypolerowanym: intelektualnym, mentalnym i moralnym. Do tego często z cynikiem. Neandertalczyk tworzył dzieła sztuki, podobnie homo erectus. To kim jest biskup? Z istoty – dzieckiem we mgle, nieszczęśnikiem, który musi gadać brednie, bo gdy był dzieckiem, jakiś bliski wyznawca uczynił mu wielką krzywdę, nie pozwalając dorosnąć i stać się sobą: poważnym, wolnym, autentycznym człowiekiem. Bredniami musi zastępować nieukształtowanego siebie, nie ma bowiem nic innego. Ból w sobie musi usiłować neutralizować, czyniąc krzywdę innym i kłamliwie nazywając to „bożą misją”. A ponieważ należy do przedsiębiorstwa i je reprezentuje, krzywda ta ma wymiar przemysłowy i globalny. Spośród jakichś 85 mld ludzi, jacy dotąd żyli, pewnie duża większość zaznała opresji religii. Nie można być przez to wolnym i szczęśliwym człowiekiem, który będzie wybierał zwłaszcza to, co wybierają inne gatunki: więcej współpracy i satysfakcji z tego niż wojny.

Z okazji Bożego Narodzenia słyszymy nieustannie te same puste słowa kleru i prawidłowych wyznawców. Nic one nie znaczą, nie ma z nich skutków rzekomo tkwiących w intencjach. I tak od początku wszelkich religii, które w złym świetnie się sprawdzają, a w dobrym nie działają. Nie mogą, bo prawdę zastępują ułudą i blagą. Gdy wzruszamy się małym Jezuskiem na sianie, wzruszamy się sobą. Płaczemy nad naszymi krzywdami i płaczemy szczęściem, gdy coś ważnego i dobrego w życiu dokonamy lub ktoś nam uczyni coś bardzo dobrego. Wzruszamy się Jezuskiem, bo Jezusek to nasze dziecko, które chcemy tylko kochać i nie szczędzić sił, by mogło się rozwijać i rosnąć zdrowe, mądre i szczęśliwe. Ale nieraz to my jesteśmy dla dziecka przeszkodą, jak Dobry Bóg Ojciec dla własnego syna Jezusa. Płaczemy, radujemy się, kochamy, śmiejemy, tańczymy, śpiewamy, jesteśmy artystami jak Neandertalczyk, który czuł potrzebę skrobać na sklepieniu jaskini i mazać ochrą kształty układające się w to, co jest wyrazem nieskończoności w skończonych istotach – nas. Jesteśmy autentyczni, gdy jesteśmy wprost: człowiek do człowieka. Wtedy dobrze go słyszymy, widzimy i czujemy. Nie gubimy tego, co ważne, a ukryte. Bez żadnego pośrednictwa, które ma nas zmusić do bycia uważnym na coś poza nami i jemu podległym, a czyni w rezultacie nieuważnymi na nas wzajemnie. Sami w ten sposób oddzielamy się od siebie, stawiamy między sobą mury za pomocą religii. Zawsze z tego wynika wina i nigdy nie możemy być szczęśliwi. Z tego właśnie żyją urzędnicy religii i tego od nas żądają. To ich zdrada i zbrodnia.

Raptem parę dziesiątek lat temu, wśród bolesnej męki, Kościół katolicki postanowił wykonać aggiornamento: dogonić świat. Tak się wziął za doganianie, że bardziej przeciwnie: kilkanaście lat temu abp Mediolanu Carlo Martini – jeden z najświatlejszych ludzi Kościoła, co wśród biskupów skrajnie rzadkie – stwierdził, że Kościół jest 200 lat za cywilizacją. I tak w kółko i tak od początku i nie będzie inaczej. Taka jego istota.

I to całkiem wystarczy, bo to my jesteśmy: gwiezdny pył, część Wszechświata. Nasze komórki mogły powstać, bo nastąpił Big Bang. I to jest piękne, słuszne i zbawienne w bozonie oraz ateiście niesporczaku. Tu i teraz żyjemy – i tu i teraz kochamy. I mamy wszelkie powody, by jak najlepiej ten czas wykorzystać, nie odwlekając tego do nieistniejących zaświatów.

To na to Boże Narodzenie i każde inne: wszyscy wszystkim ślą życzenia.

I żeby było z wykopem: pa, papapa, pa papapa; pa, papapa, pa, papapa!

Tanaka

Zdjęcie: Prehistoria.blogspot.com. Nawiązania do filmu „Miś” i piosenki Przybory i Wasowskiego „Na całej połaci śnieg”.