Dialog Olgi Tokarczuk z kremówką i martenowskim piecem

W sobotę w Sztokholmie laureatka nagrody Nobla Olga Tokarczuk powiedziała tak: „siłą Polski jest literatura, nie węgiel”. Teza brzmi bardzo poważnie, bardzo frapuje i budzi nadzieję, opiera się jednakże na fundamencie założeń oraz istnienia apriorycznych konieczności. Przyjrzymy się zatem bliżej tak ważkiemu stwierdzeniu tak wybitnej autorki.

W czasie gdy pani Olga wygłasza te słowa, wygaszany jest ostatni piec martenowski w hucie im. Lenina – w aktualnej RP, imienia Sendzimira. Będącej własnością globalnego koncernu stalowego pochodzącego z Indii. Nie opłaca się. Resztówka po niegdysiejszej sile i dumie gospodarki PRL, która zapewniła powojenne odżycie. Wygasza się go po wyborach. Żeby było ciszej nad trumną.

Olga Tokarczuk ma rację. Siłą, niezbędną do życia i do przeżycia wspólnoty społecznej i państwa, jest najpierw zdolność do postawienia trafnej diagnozy rzeczywistości, a następnie stworzenie środków zmiany, które zostaną skutecznie wdrożone. Nie da się działać w warunkach idealnych, bo społeczeństwa nie da się wymienić na inne, będą to więc zarówno środki naprawy, jak i budowy całkiem nowego gmachu życia. Rzecz tym trudniejsza.

W tej pierwszej dziedzinie literatura ma możność i zdolność postawienia trafnej diagnozy. Czego nieraz dawała przykład. Na niwie literatury polskiej – mam mocne przekonanie – nie ma lepszej diagnozy polskiej rzeczywistości od „Lalki” Bolesława Prusa. Choć nie brak dzieł zbliżonej klasy. Niechaj więc Olga Tokarczuk będzie podobnym co Prus diagnostą. Późniejszym o jakieś 130 lat, a ciągle mającym do czynienia z podobnymi problemami polskiej rzeczywistości, z jakimi zmagał się Prus.

Najbardziej oczywistą, boleśnie tłukącą w głowę konstatacją na temat stanu polskiej rzeczywistości jest to, że gdy inni idą do przodu, nieraz się – co oczywiste – potykając, świat w tylu polskich głowach wciąż tkwi w okowach folwarku i niezrzuconego piętna niewolnictwa pańszczyźnianego. Niewolnictwo pod panem, zwłaszcza zaś pod plebanem, trwa i ma się niezgorzej. Wzmocnione solidnie wiernopoddańczym konkordatem z Watykanem: pan może wszystko – lista możności jest w konkordacie wyłożona, większa zaś jest lista ciemna; cham ma móc nic – tyle, by dalej być chamem. Stan ten nazywa swoją Tożsamością Narodową.

Wzbierający nawis problemów współczesnego świata dawno już przekroczył możliwość poznania i opanowania tradycyjnymi sposobami. A wciąż pojawiają się nowe, o sile ciążenia dotąd nieznanej, co oznacza z pewnością jedno: większe są, niż się komukolwiek zdaje. Wśród nich problemem zwornikowym jest sprawa nadciągającej katastrofy klimatycznej.

Wałęsa w debacie z Miodowiczem (był taki lider PRL, ale trzask i zgasł) za czasów Generała gadał, że trzeba pędzić do przodu mercedesem, a nie dymać na piechotę. Wałęsie się zdawało, że mercedesem zasuwa „Solidarność” razem z Kościołem katolickim i Matką Boską w klapie, a Generał ze swoim PRL drepce na piechotę. Miał coś z racji: mercedesem zasuwał prałat pedofil Jankowski i wszyscy byli zadowoleni oprócz gwałconych dzieci. Te zaś głosu nie mają u katolika. Reszta biskupów też zasuwała mercedesami, zaś „Solidarność” załatwiła taki pęd, że łeb Polakowi najwyraźniej urwało: Tusk z Kaczyńskim w żelaznym uścisku – kto jest najprawdziwszy solidaruch, a kto zamordował i wybuchł za pomocą kocyka ukrytego w skrzydle.

Polak z urwaną głową nie czyta książek. Nie da się. Już – za PRL było przecież lepiej – jakieś 60 proc. Polaków w ciągu roku nie czyta ani jednej książki. Przy czym definicja książki jest bardzo litościwa: byle broszurka to już książka. Tymczasem byle Czech czyta rok w rok jakieś 17 książek. Dlatego z pewnością Prawdziwy Polak pokpiwa z Czecha, bo on, jak nic – z tych nieprawdziwych.

Miała Polska przestać być krainą magazynów i montowni, a stać się pełnowymiarową gospodarką od pomysłu do przemysłu – co zapowiedziała niejaka Szydło, gdy jej podwładni i nadwładni kazali uwalić kontrakt z Airbusem na zakup helikopterów Caracal, którego częścią byłoby utworzenie centrum badawczo-rozwojowego w Łodzi, włączonego w działania wielkiego, europejskiego i globalnego zarazem koncernu produkującego w najwyżej zaawansowanych dziedzinach, zwanych kolektywnie „high-tech”. Tymczasem Łódź jako miasto znika, a buduje się w niej wielki dworzec, jakby miała zostać Paryżem. Zniknie jeszcze prędzej, skoro w niej nie będzie nowoczesnego centrum rozwoju, jaki oferowali Francuzi z Airbusa.

W ogóle Polak znika. 500+ miało dać efekt: Polak mnoży się jak królik; była na to nawet specjalna, katolicka reklama. Polak inkasuje, ale się nie mnoży. Polak nie chce imigranta u siebie, bo tenże – co oświadczył właściciel Polaka – roznosi pasożyty, choroby i gwałci polskie dziewice, więc chce efektywnej samolikwidacji i Polski i siebie. Marzy mu się wielki cmentarz. Zgadza się to ściśle z wiarą katolicką, będącą manifestacją popędu śmierci.

Niejaki Morawiecki, jeszcze jako ten podwładny Szydło od gospodarki, oświadczył, że za jakieś siedem lat Polska będzie co rok wypuszczać na rynek milion katolickich – bo od A do Z wymyślonych i robionych przez polskich katolików – samochodów elektrycznych. Termin za chwilę minie. Aut nie ma, ale Morawiecki już jako premier dokonał inauguracji: odsłonił plastikową makietkę, coś jak makietka ciężkiego więzienia na Sikawie, jaką naczelnik więzienia zaprezentował ministrowi od więziennictwa w filmie „Vabank II”. Po inspekcji makietki imienia Morawieckiego jest pewność: zawartość odpowiada zawartości modeli „matchboxów”, jakimi małe chłopaczki z czasów PRL bawiły się w piaskownicy, gdy im któryś tatuś nabył takowy za walutę w Pewexie.

Ma być też wielki port morski w Elblągu na skutek zniszczenia Mierzei. Zdaje się, że imienia Kaczyńskiego, choć nie jest jeszcze jasne, którego. Może być obu – imienia sumy nieszczęścia narodowego. Jak ma być, będą katastrofy: wieczne długi – port nigdy nie da zysku – i katastrofa w środowisku.

Ma być wielki port lotniczy. Hub przesiadkowy na całą Europę. Tyle że producenci samolotów tworzą modele zdolne do ekonomicznych lotów na coraz dłuższe dystanse i regionalne przesiadki będą coraz mniej potrzebne, a istniejące od dawna lotnicze huby mają bardzo mocne argumenty konkurencyjne. Coraz wyraźniej rośnie więc ryzyko, że zanim powstałby taki port, za jakieś 15 lat co najmniej albo dużo więcej, który przy tym zniszczy kawał środowiska w Polsce i przeora substancję urbanistyczną wraz ze stosunkami społecznymi i gospodarczymi – niewątpliwie imienia Polaka bez głowy – rynek lotniczy będzie już zupełnie inny.

Równocześnie Duda Andrzej na posadzie, z którą się nie zgadza, oświadczył był, że „węgiel to polskie dobro narodowe”. I dalej tak oświadcza. Z oświadczeń rządzących wynika, że ma być kolejny węglowy blok energetyczny – na jakieś tysiąc megawatów lub więcej. Zaś z oświadczeń znawców energetyki wynika, że taka inwestycja nigdy się nie spłaci i dołoży się poważnie do katastrofy klimatycznej. Wcześniej ci sami rządzący, jak tylko doszli do władzy, zaczęli niszczyć raczkujący przemysł oparty na turbinach wiatrowych. 35 lat temu Polska zaczęła budować elektrownię jądrową, ale „Solidarność” ją rozwaliła i od tej pory nie jest Polska zdolna na nic się zdecydować. Nawet nie może się na rurę zdecydować: Rosja proponowała Polsce gazociąg, ale przez Białoruś, Polska chciała zmusić Rosję, by szedł przez Ukrainę – takie Kresy w głowach. Na Ukrainie z rurociągu kradli, więc rurociąg jest na dnie Bałtyku, co Polskę wprawia we wścieklicę. Zbudowała więc sobie szalenie kosztowny terminal imienia tego co w Smoleńsku, by kupować znacznie droższy gaz, który obciąży polską gospodarkę, zwłaszcza tę nowocześniejszą, w tym przemysł chemiczny, który sobie roi, że będzie konkurował z przemysłem chemicznym Rosji opartym na tańszym gazie.

Literatura jest władna nie tylko stawiać celne diagnozy, ale i tworzyć idee, sensy, wytwarzać wartości, które mogą zostać powszechnie przyjęte i stać się zaczynem koniecznych zmian. Olga Tokarczuk ma wielką rację, którą jednak należy rozumieć szerzej: siłą Polski mogłaby być myśl. Idea, dobrze skonstruowana i ulokowana wobec splotu złożonych spraw świata. Oraz idąca za tym konieczność: powaga, realizm i konsekwencja działania w łączeniu, co wymaga rozumienia innych. Wtedy byłaby Polska w centrum jego spraw, zdolna do czegoś wyższego i poważniejszego. Po prostu – lepszego. Polska jednak nikogo rozumieć nie chce, wszyscy mają ją rozumieć, w żalu tulić, smarki wycierać i żal osładzać walutą w miliardach.

Mogłaby, byłaby. Czymś takim miała być „Solidarność” i miał być gigant na skalę kosmiczną: Jan Paweł II. Oba nośniki skarlały albo też nigdy wielkie nie były, a były nadęte ponad wszelką miarę, którą rzeczywistość boleśnie zweryfikowała. Polska bowiem to zawsze jest bolesna męka. Skutkiem „Solidarności” jest obecna nędza polityki, dewastacja państwa i wspólnoty, a skutkiem Jana Pawła II jest to samo plus niestrawna kremówka: w sprawach substancjalnie ważnych i ważących o przyszłości biskupi siedzą cicho, co nie może dziwić – nic nie mają o tym do powiedzenia, bo są wypełnieni czymś zupełnie przeciwnym: ksenofobią folwarczną i szokującym cynizmem zlepionym w jedno ze skrajną głupotą. Co się nazywa katolicyzmem i z tym należy się zgodzić.

Mogłaby, byłaby. Czy wśród tej bolesnej nędzy literatura okaże się – wespół z innymi niezbędnymi czynnikami – siłą Polski miast węgla, gdy Polak nic nic czyta, nie jest wcale jasne. Lecz innej drogi nie widać: trzeba działać organicznie, czyli zapierdalać. I to jest – poniekąd – fajne, nawet słuszne i zbawienne: będzie chociaż piękna katastrofa, jeśli nie może być inaczej. Chociaż czy kiedykolwiek którakolwiek polska katastrofa była piękna? W Grecji może, a nad Wisłą – nie?

Tanaka