Statystowałem na planie „Obywatela Jonesa”

Z dumą mogę powiedzieć: mam swój skromny udział w nakręconym przez Agnieszkę Holland filmie o Garecie Jonesie. Statystowałem na katowickim planie filmowym tej produkcji.

Dlatego z ogromną ciekawością pognałem na katowicką prapremierę filmu, która miała miejsce 23 października w studyjnym kinie Kosmos. Dwa dni przed oficjalną prezentacją ogólnopolską. Okazja wyśmienita, poparta dodatkowo osobistą obecnością pani reżyser i producenta tegoż filmu.

Spodziewałem się refleksyjnego, spokojnego w tempie filmu z ogromnie nośnym, mocnym przesłaniem moralnym. A zobaczyłem film kina akcji. Pani Holland absolutnie mnie zaskoczyła. Zamiast łagodności i delikatności – momentami sceny ostre, brutalne. Czarny, męski film. Nie znałem scenariusza. Nie znał go żaden ze statystów. Prawdopodobnie część ekipy twórczej i technicznej także nie miała o nim pełnego pojęcia. Na podstawie własnych przeżyć z planu i opowieści innych osób pracujących w kolejnych dniach katowickiego okresu kręcenia miałem zupełnie inne wyobrażenia od tego, co zobaczyłem na premierze. Przyznam, że całym sobą chłonąłem kolejne obrazy, z niepokojem i lekkim podnieceniem, czekając na sceny, do których maszerowałem przed kamerą.

Jak powiedziałem, film jest szybki. Nie ma w nim sentymentalnych dłużyzn i przestojów. Całodzienne filmowanie przed katowickim Sejmem Śląskim zaowocowało może 15 sekundami tego długiego w sumie filmu. Ale wreszcie się doczekałem. Mignąłem w kadrze przez ułamek sekundy. Ot, pstryknięcie palcami. Nawet nie ujrzałem własnej twarzy. Rozpoznałem się po ubraniu – płaszczu i kapeluszu. Dla rodziny i znajomych osobnik nie do zidentyfikowania. To mógł być każdy człowiek z ekipy. Jednak mam satysfakcję z tego momentu. Wiem, że zaistniałem w filmie Agnieszki Holland.

Dla tego ułamka sekundy w filmie nachodziłem się jako statysta tak, że pod koniec filmowania bolały mnie nogi. Byłem wypompowany, czułem się jak po solidnym, wielogodzinnym marszu z pełnym plecakiem na grzbiecie. Przyznam, że statystując, wczuwałem się w swoją rolę. Z pełnym oddaniem wraz z innymi wykonywałem kolejne polecenia. A w dobie rejestracji cyfrowej pani reżyser i jej ludzie do woli ćwiczyli warianty i ujęcia. Kamerzyści wraz ze zmianą kierunku światła słonecznego i jego jasności wymieniali tylko kolejne filtry w obiektywach. I kręcili, kręcili, kręcili.

Pani Holland w namiocie reżysera komentowała spokojnym głosem poszczególne obrazy i wydawała wskazówki kierownikowi planu, który każdą jej wizję wprowadzał w czyn. A my – statyści – powtarzaliśmy każdą scenę do znużenia, w rozmaitych wariantach ustawień.

W „Obywatelu Jonesie” odgrywałem moskiewskiego urzędnika spieszącego się do biura. Grałem małą śrubkę stalinowskiego systemu rządzenia radzieckim państwem. Ot, deptałem do pracy i nie zwracałem szczególnej uwagi na innych przechodniów i bohatera prowadzonego tuż obok przez enkawudzistów. Byłem szarym statystą dnia powszedniego w Związku Radzieckim lat 30. XX w. Niewidzialnym i niewidzącym otoczenia.

Na spotkaniu po filmie pytałem panią Agnieszkę Holland o ilość nakręconego materiału zdjęciowego. Podobno było tego dużo. Cóż, cyfrowe nośniki danych mogą pomieścić każdą ilość obrazu. Reżyserka miała więc z czego wybierać.

Jaki jest ten film? Nie będę opowiadał. Każdy powinien obejrzeć sam i wyciągnąć własne wnioski. Ja jestem usatysfakcjonowany.

Kiedy chodziłem w te i wewte, statystując do filmu „Obywatel Jones”, nie myślałem o przesłaniu, jakie ma dla nas pani Holland. Po seansie dotarło do mnie bardzo jasno. Pamięć Wielkiego Głodu na radzieckiej Ukrainie lat 1932-33 dopiero po wielu latach przebiła się do świadomości międzynarodowej. Część społeczności uznaje ten czas za ludobójstwo, jakiego dopuściły się sowieckie władze pod kierownictwem Józefa Stalina w stosunku do rolniczej części ludności Ukrainy.

Garet Jones, który przekazał światu dramatyczny obraz urzędowego zagłodzenia kilku milionów Ukraińców, z trudem przebijał się z tymi wiadomościami do świadomości Zachodu i ich władz. W ostatecznym rachunku zapłacił najwyższą cenę za determinację w głoszeniu prawdy.

W czwartą sobotę listopada przypada Dzień Pamięci Wielkiego Głodu lat 1932-33.

To jeden z efektów uporu bohatera filmu Agnieszki Holland. To także wezwanie do unikania obojętności wobec zła, z jakim spotykamy się w naszym życiu i otoczeniu. Na teraz i na przyszłość.

A co jeszcze ważne? W filmie Agnieszki Holland znalazłem liczne odniesienia do czasów obecnych. Bo rola mediów rośnie, nawet w czasach wszechobecnego internetu. A z nimi kwestia uczciwości i rzetelności dziennikarzy i polityków.

Chociaż każdy ma podobno taką prawdę, na jaką zasługuje?

zak1953