Black Friday

Czyli życie materialisty. Emaile, strony internetowe, oferta, wielka wyprzedaż: -30%, -40%, -50%, kup, kup, kup! Oferty atakują ze wszystkich stron, gdziekolwiek się nie zajrzy, Black Friday, Black Friday. Jeszcze kilka lat temu nie było w Europie takiego szału, teraz marketing osiągnął chyba szczyt. Nie mam zamiaru pisać skąd ten zwyczaj i że nie jest tutejszy. I tak wszyscy wiedzą. W tym roku odczuwam zmęczenie, zamiast cieszyć się z okazji czuję irytację. Cały ten Black Friday upchnięty w dekoracje świąteczne, wszechobecne od 2 listopada. Mam wrażenie, że z każdej strony każdy sprzedawca i dostawca podstawia mi pod nos w nachalnej formie swoje towary. Nie sposób od tego uciec. Zamawianie, odpakowywanie, wyrzucanie kartonów i stu tysięcy woreczków foliowych. Za każdym razem gdy wyrzucam do śmieci torebkę foliową mam głuche poczucie że wrzucam ją prosto do oceanu żeby się na nią natknął jakiś biedny delfin albo albatros.

Zaczęłam kilka dni temu czytać książkę „Rzeczozmęczenie” Jamesa Wallmana. Z ciekawości. Dotarłam dopiero do drugiego rozdziału. Książka traktuje o nadmiarze rzeczy, gromadzeniu i jak gromadzenie zastąpić doświadczaniem. Spłycona, udowadnia własne tezy na postawie podanych przez siebie przykładów w rodzaju „nadmierna ilość rzeczy prowadzi do depresji”, „Skoro już wiemy, że nadmierna ilość rzeczy prowadzi do depresji, to (…) “ Przepraszam, skąd wiemy, jacy my? Napisana na rynek amerykański z myślą o amerykańskim odbiorcy. W porównaniu do tego co wyczytałam, mój dom jest chyba ascetyczny. Nie zbieram, nie gromadzę, regularnie wyrzucam i odchomiczam i ostatnio staram się nie kupować za dużo. Książka zaleca zastąpić gromadzenie doświadczaniem, rzecz chwalebna, ale „zamiast” proponuje na przykład wycieczki. Pięknie ładnie, ale czy już nie ma nadmiaru turystów we wszelkich możliwych znanych i mniej znanych miejscach?

Owszem, ostatnio zamówiłam dwie rzeczy. Zamówiłam, bo nie znoszę centrów handlowych, tłumów, kociej muzyki i ostrego światła, wolę na kanapie z tabletem w ręku zamawiać prosto do domu. Ale inaczej niż kiedyś, oparłam się kolejnemu przecenionemu sweterkowi, kolczykom, elektronice, procesji paczek idących, jadących, zużywających benzynę.

Pośród tych wszystkich ofert zapominamy, że najważniejszy jest dach nad głową, jedzenie i czysta woda w kranie, dostępna na życzenie w każdej chwili. A z małych, niedocenianych przyjemności, czyste, pachnące łóżko ze świeżą pościelą. Wielu Ziemian nie ma tyle zwykłego szczęścia.

No to na ile paczek czekacie?

Nefer