Brytania w słoiku

Ogórek od kiszenia kwaśnieje, chudnie i się marszczy. Jakoś wolę Brytanię w świeżej postaci.

Z Brytanią, co najmniej od czasu referendum w sprawie wyjścia z UE, dzieje się coś niedobrego. Takie stwierdzenie wygląda na całkiem już banalne, ale gdy się na nie patrzy powierzchownie. A powierzchownie patrzy niemal każdy, jak też pewnie większość Brytyjczyków, w tym parlamentarzystów w Londynie. Żeby było może mniej powierzchownie, wyrażę tu swój roboczy pogląd, który co prawda traktuję ciągle jako roboczy, ale kolejne wydarzenia wzmacniają przesłanki do niego.

Zanim przedstawię, w czym rzecz, zrobię disclaimer. Otóż nie śledzę przygód Brytyjczyków z brexitem z nadzwyczajną uwagą, bo tego się właściwie nie daje śledzić. Chyba że ma się zawodowy obowiązek posiadania wiedzy o każdym szczególe i niuansie lub ma się iście brytyjską skłonność do dziwactw. Wydaje mi się to też mało produktywne. Dalej więc przedstawię szkic tego, co mi się wydaje, bez pretensji do wyczerpującej wiedzy w sprawie, ale za to z sensownego punktu obserwacji ułatwiającego zauważenie tego, co się kryje pod powierzchnią.

Uważam, że to, czego jesteśmy świadkami w sprawie brexitu, ale i znacznie szerzej, brexit bowiem nie jest w żadnym razie czymś wyabstrahowanym, jest objawem bólów fantomowych utraconego imperium, do którego część Brytyjczyków tęskni może wprost, ale pewnie większość nieświadomie chciałaby żyć tak jak w „starych dobrych czasach”.

Rule, Britannia! Britannia, rule the waves:
Britons never will be slaves
*

Co się po kaszubsku rozumie tak:
Hwn oedd y siarter, y siarter drwy’r holl wlad,
A hon yw cân yr engyl glan.

Nie tylko Brytyjczycy żyją w stanie takiego rozdarcia czy wewnętrznej chęci posuwania się do przodu za pomocą kroczenia do tyłu. Podobny syndrom zdaje się pojawiać w Stanach Zjednoczonych. Czas bycia albo bezapelacyjnie najpotężniejszym państwem na globie lub co najwyżej dzielenia przez pewien fragment tego czasu podium ze Związkiem Radzieckim, nieuchronnie zmierza do końca. Jednak od czasu, gdy ZSRR zaczął się osuwać na kolana, co można datować na późne lata 80., a jednoznacznie w chwili formalnego upadku tego kolosa w 1991 r., USA znalazły się w roli jedynego, niepodważalnego hegemona i musiała to być dla Amerykanów sytuacja nadzwyczaj psychologicznie satysfakcjonująca. Chciałoby się tak w nieskończoność, tym bardziej że są z tego nadzwyczajne merkantylne korzyści: można narzucać wszystkim niemal wszystko, co się chce.

Skoro wspomniałem o Związku Radzieckim, to należy zauważyć podobną frustrację tych wyznawców minionego ZSRR, którzy byliby zadowoleni dopiero wtedy, gdyby trup mocarstwa wstał z trumny.

***

Jest też kolejne państwo bardzo cierpiące z powodu bólów fantomowych po utraconej wielkości: nasz szczery przyjaciel – Polska. Wzdychania do dawnej potęgi, która była potęgą głównie mniemaną – co w niczym wyznawcom bytów urojonych nie przeszkadza, tym bardziej że Polak jest znakomicie wyćwiczony w takich rojeniach, nie na darmo jest przecież nieustanny partyzant i wzorowy katolik, a bez katolika w głowie to Polak nie ma tożsamości – jest solidnym podłożem psychologicznego stanu rzeczy, który się tak specyficznie i dojmująco manifestuje.

Ludzie poczciwi nie mogą pojąć, że można być aż takim idiotą, bezczelnym oszustem i zdemoralizowanym złodziejem. Codzienne fantazmatyczne przemówienia, obfite produkcje propagandy, nieustanne a to pouczania Ukrainy, a to rzekome stawanie w jej obronie, w żadnym razie bez szczerego życzenia jej powodzenia, a głównie dlatego, żeby poroić sobie jeszcze o Kresach i mieć małe satysfakcje frustrata z prób drażnienia Rosji; co chwila wracające rojenia o Dwójmorzu, a teraz już o Trójmorzu czy Grupie Wyszehradzkiej; nadęte, po wierzchu troskliwe, a pod spodem puste gadanie a to o powstaniu warszawskim, a to o Wrześniu; rojenia o reparacjach wojennych od Niemiec czy bluzgi na gdańszczan i ich panią prezydent, że chcą z powrotem do Niemiec i budują „zakamuflowaną opcję niemiecką”, są tak bezczelnie kłamliwe oraz żenująco idiotyczne, że ich autentyczne źródło może być tylko jedno: mroki chorej psyche tak indywiduów, jak jego zbiorowego „suwerena”.

Mroki takie zaś trwają tak długo, jak długo się żyje życiem nie własnym i pełnym, a cudzym i zakłamanym. Ten „suweren” to przecież potomkowie chama pańszczyźnianego, a nie Radziwiłłów, też notabene chamów, ale z innego powodu. Ten suweren to niewolnik Kościoła katolickiego. Przyznanie się do własnej historii wyzwala z fałszu i pozwala zacząć żyć autentyczniejszym życiem i nierównie zdrowszym, ale nie – w przypadku prawdziwych Polaków, czyli katolików, to niemożliwe. Polska jest dumna dumą sfałszowaną.

***

Pozostawiając Polskę na marginesie, skoro sama się nań wpakowała, powrócę to tematu głównego – Brytanii.

Wiążąc się z kontynentem w ramach EWG, a później UE, Brytyjczycy stawali się coraz bardziej z kontynentem zespoleni, a coraz mniej osobni i wyspiarscy. Kapitalnie kulturowo ważnym wydarzeniem oraz niezwykle ciekawym pod względem technicznym i naukowym był brytyjsko-francuski Concorde. Ilość wspólnej pracy, koniecznych uzgodnień i współbrzmienia w wysiłkach, ale też zawartych osobistych znajomości i przyjaźni, zaiste pozwalają go uznać za coś niezwykle wartościowego w rozbieraniu murów i zarazem budującego wspólny, europejski dom.

Bardzo mnie ciekawi, czy to wielkie wspólne osiągnięcie zostało już całkiem zapomniane, a spuścizna rozproszona na tyle, że nie bardzo da się ją zebrać, czy też gdzieś ona ciągle trwa i mogłaby być przywołana do odbudowania zaufania i dobrych relacji. Największy bowiem problem jest nie tyle w kwestiach technicznych i technologicznych, ile w nadwerężonym, a może już pękniętym zaufaniu kontynentu do Brytyjczyków. To najtrudniej stworzyć, a zepsute – naprawić.

W przywołanych strofach są ciekawe szczegóły:

To thee belongs the rural reign;
Thy cities shall with commerce shine;

Czy po brexicie te miasta i ta kraina będą dalej lśnić chwałą i bogactwem, można mieć obawy. Wiele dużych i ważnych firm wybiera kontynent. Czy Brytania ma dalszy, wyrazisty pomysł na siebie? Wśród przepychanek i konfliktów może się dopełnić taki los, że zostanie sługą swojego dawnego sługi – Ameryki, a dumna strofa hymnu, że Brytyjczycy nigdy sługami nie będą, zyska na humorystyczności.

***

Słowo jeszcze o referendum w Brytanii. Otóż obowiązuje taka narracja, że oto jest demokracja i wolni obywatele swobodnie się wypowiedzieli tak, że ma być brexit, a demokratycznego głosu ludu się słucha, nie dyskutuje i robi, co zdecydowano. To mi się nie zgadza z demokracją.

Jeśli bowiem demokrację traktujemy poważnie, a nie fasadowo, dojrzale, a nie prostacko – a jednym z objawów demokracji dojrzałej jest to, że owszem, decydujący jest głos większości, ale z poszanowaniem głosów mniejszości, który w prawach większości wymaga uwzględnienia – to rzecz zaczyna się inaczej przedstawiać. Dobrze też pamiętać, że przewaga głosów za brexitem była niewielka, zaś Szkocja jest Europie przychylna.

Inaczej się zaczyna rzecz przedstawiać także wtedy, gdy się rozumie inną rzecz fundamentalną: aby móc się wypowiedzieć demokratycznie i w sposób podmiotowy, należy rozporządzać wiedzą niezbędną do podjęcia tak poważnej decyzji i swobodę namysłu, by decyzja ciążąca na wszystkich nie była pochopna i po prostu zła. Brytyjczycy tego nie mieli, bo też pomysł z referendum bardziej miał służyć wąskim interesom politycznym niż możności poważnego i zgodnego z fundamentalnym interesem publicznym podjęcia tak poważnej decyzji.

Cały ten nieskończony bałagan, żenujące i bezowocne spory, śmiech ogarniający na widok polityków mających o sobie poważne mniemanie, którzy okazują się niedorostkami niegodnymi ani urzędu, ani reprezentowania kogokolwiek poza może typami ich własnego pokroju, jest bezpośrednim skutkiem nierzetelności w przygotowaniu referendum, ale jeszcze bardziej tego głęboko ukrywanego na dnie psyche konfliktu rojeń o minionej chwale Imperium, zderzających się z wymaganiami współczesnego życia wśród innych układów odniesień.

Kodeksy karne mówią, że kto wprowadza inną osobę w błąd i do niekorzystnego rozporządzenia swoim mieniem, kto wykorzystuje za pomocą wprowadzenia w błąd niezdolność drugiej osoby do zrozumienia przedsiębranego działania, ten podlega karze. Nie o karanie kodeksowe w tym przypadku chodzi, ale o przywołanie ważnej i mądrej zasady. Zdolność do rozeznania się w przedsiębranym działaniu to fundamentalnie ważna sprawa dla działania demokracji. Inaczej staje się pozorem, a rządzi ten, co wprowadza w błąd. Właśnie to ćwiczymy w Polsce.

Powtórka referendum, na podstawie tym razem rzetelnego potraktowania obywateli, lepiej przygotowanych informacji i boleśnie uzyskiwanej wiedzy już po pierwszym głosowaniu, byłaby nie tylko rozsądna, ale i bardziej demokratyczna i objawiająca dojrzałość społeczną.

Cały ten bardzo już długi proces bolesnej męki Brytyjczyków ze sobą i Europy z Brytyjczykami pokazuje słabości demokracji i jej nadwerężanie, ale też jest sprawdzianem oraz punktem odniesienia. Demokracja bowiem ma to do siebie, że jest podatna na kryzysy, rzecz jednak najważniejsza, jak się z kryzysów wychodzi.

Tanaka

* Rule, Britannia! Drugi hymn Wielkiej Brytanii. Tłumaczenie na język walijski. Kaszubi muszą jeszcze na swoje nieco zaczekać.