Ostry stan przedzawałowy

Od trzech lat Kaczyński i jego akolici doją bez pardonu swoją (podobno) ukochaną ojczyznę. Parasol ochronny nad tym procederem zapewnia podporządkowany rządzącym wymiar sprawiedliwości wraz ze wszelkimi organami ścigania oraz media (podobno) publiczne. Dostęp do zasobów zapewnia repolonizacja dużych przedsiębiorstw oraz banków. Jako instytucje państwowe powinny być całkowicie transparentne ale kto to wymusi, gdy sądy są „ich”? Aby było śmieszniej, koszty repolonizacji wliczane są do PKB i są istotną pozycją „wzrostu” polskiej gospodarki. Drugą istotną pozycją tego wzrostu jest znaczne zwiększenie wewnętrznej siły nabywczej społeczeństwa, spowodowane przedwyborczym rozdawnictwem (500+ i inne +).

Sytuacja przedwyborcza w Polsce jest więc tak karykaturalna, że może wystąpić tylko w rzeczywistości. W żadnej literaturze by nie przeszła, jako całkowicie niewiarygodna. Ponieważ Polska nie należy do unii monetarnej euro, nie może liczyć na pomoc, jaką otrzymały Grecja, Włochy, Hiszpania czy Portugalia. Nasze zadłużenie rośnie bardzo szybko i nie dziwię się, że rząd nie chce go ujawnić. W tej sytuacji opozycja (jakakolwiek) wykazałaby się ogromną głupotą, gdyby odważyła się wygrać wybory. Mogłaby zostać bardzo szybko odsunięta od władzy, gdyby tylko PiS chciało do niej powrócić. Bo aktualnie istotnym pytaniem jest, czy PiS chce te wybory wygrać?

Wariant I: PiS chce wygrać najbliższe wybory. Przesunęło najbardziej „zasłużonych” ministrów do Parlamentu Europejskiego i zastąpi ich nowymi wiernymi – jakiekolwiek inne kompetencje nie są przecież pożądane. Ale co zrobi z ogromnym długiem? Mam nadzieję, że Kaczyński nie zamierza do odizolowania Polski na kształt PRL aby nie spłacać długów i zabrać obywatelom wszystkie przyznane wcześniej świadczenia.

Wariant II: PiS nie chce wygrać wyborów, a opozycja daje się nabrać i je wygrywa. Jedynym wyjściem będzie drastyczne ograniczenie świadczeń przyznanych przez PiS oraz rosnąca inflacja. Należy się też liczyć ze znacznym ograniczeniem środków unijnych ze względu na brak wkładów własnych. A PiS siedzi na ogromnym majątku, otwarcie krytykuje rząd i bardzo demokratycznie nie zmusza go do ustąpienia. Oczywiście o jakichkolwiek sądach nad PiS-em nie ma mowy – sądy nie te i kościół katolicki nie pozwoli. Jest on najbogatszy w Polsce i dyktuje wszystko, czyli o jakiejkolwiek sekularyzacji można zapomnieć.

Wariant III: PiS nie chce wygrać wyborów i opozycja też nie. Wybory wygrywają ultrakatonacjonaliści. Polexit jest pewny raczej wcześniej, niż później. A co potem, to nawet nie chcę myśleć. Na pewno będzie w tym szalejący katolicyzm z „odważnymi” bojówkami, czego przykłady mieliśmy niedawno w Białymstoku. Będzie ich znacznie więcej pod przewodnictwem Macierewicza, przez co staną się mało efektywne, co będzie musiała nadrobić intensywna współpraca policji.

Aby było ciekawiej, Polska jest ewenementem wśród krajów (podobno) demokratycznych, bo do uznania wyborów powszechnych za ważne wystarczy jeden (cyfrą: 1) ważny głos. Dzięki Wałęsie. Obywatele nie mają więc nawet tej ostatniej szansy, by zignorować wybory i dać „elitom” do zrozumienia, że nie ma kogo wybrać. Aby było jeszcze ciekawiej, referenda mają wysoki próg ważności – więcej niż połowa uprawnionych do głosowania. Ponieważ ostateczna decyzja o przeprowadzeniu referendum należy do Sejmu, żadna władza w Polsce nie musi się obawiać niewygodnych pytań obywateli. Pamiętać też należy, iż w Polsce obowiązuje w wyborach do Sejmu metoda D’Hondta, zatem preferowane są duże ugrupowania. A jedynym dużym ugrupowaniem w Polsce są katolicy.

Sfinalizowany ostatnio podział opozycji wskazuje na jej „mądrość” – chce wytrwać przy korycie ale bez jakiejkolwiek odpowiedzialności (jak „zwykły poseł”). Obóz rządzący natomiast przymierza się do uzyskania w wyborach większości pozwalającej na zmianę konstytucji. Prezes zdaje sobie sprawę z powstrzymywanej znacznym kosztem galopującej inflacji, dlatego nakazał ostatnio zakup 125 ton złota. Chodzi o zabezpieczenie tych, którym „się to po prostu należy”. Tym samym prezesowi i jego najbliższym poddanym wynik wyborów jest w zasadzie obojętny. Są zabezpieczeni do końca życia i przez całą wieczność.

Powyższe dywagacje są oczywiście wyrwane z otoczenia i z kontekstu społeczno-obywatelskiego. Realny przebieg będzie z pewnością łagodniejszy (niezależnie od wariantu) i rozciągnięty w czasie. Naród się przystosuje i jakoś to będzie. Tylko z nawoływaniami do wypełnienia „obywatelskiego obowiązku” przy urnach wyborczych pogodzić się jakoś nie mogę, bo brzmią one jak „prawo i sprawiedliwość” w wersji Kaczyńskiego.

Qba