Chyba już tylko gospodyni…

Europarlamentarzyści nowej kadencji spotkali się w Brukseli inaugurując swoje działania w parlamencie Unii. Byli wśród nich Polacy. Ci z partii rządzącej w Polsce, pokazali swe nietypowe, a może właśnie typowe dla siebie  parlamentarnie oblicze.  O czym napisał niedawno Tanaka.

Nie jestem zszokowany takim zachowaniem naszych polityków. Ta grupa „zawodowa” na całym świecie wyróżnia się swymi działaniami od reszty społeczeństwa. To chyba element swoistej polityki odmienności i  wyróżniania się z masy ludzkiej. Oryginałowie i ekstremiści lepiej zapadają w pamięć obywateli. To taki swoisty sposób promocji własnej osoby. Bycie celebrytą politycznym. Czyli wyróżnianie się szczególnymi umiejętnościami bądź kwalifikacjami. Niestety, ci od polityki wyróżniają się brakiem extra kwalifikacji bądź umiejętności.  Ale dla politycznych fruktów ci osobnicy są gotowi na wiele. Byle tylko wyborcy ich zauważyli i dali swój głos.

Od dawna obserwuję gwiazdę politycznego szoł prezesa Jarosława. Obecna euro-posłanka, była premier rządu Prawa i Sprawiedliwości, a później wice-premier o teoretycznie określonych kompetencjach, ale faktycznie nieograniczonej bezczynności – Beata Szydło pseudonim „Broszka”.

Polityczna poprawność nakazuje mi traktować tę panią poważnie. Prezes Jarosław szanując parytety płci, pokazał że nie ma uprzedzeń. Postawił ją na czele polskiego rządu po wyborach 2015 roku. Zapunktował tym w narodowych środowiskach, udając pełnię zaufania do kobiety na wysuniętym politycznie stanowisku. Zwyczajni ludzie także byli pod wrażeniem. Mógł sam rządzić, a wybrał na premiera kobietę. Kobietę z doświadczeniem w regionalnej administracji, prawdziwą katoliczkę. Matkę Polkę. Matkę, która oddała polskiemu Kościołowi katolickiemu swego syna na księdza.

Czy ta kobieta dorosła do funkcji, które ostatnio pełniła? Moim zdaniem – nie. Ale w jej partii faktyczna władza jest ukryta, na wygodnej, nieodpowiedzialnej tylnej kanapie, zajmowanej przez kandydata na zbawcę narodu. Pani Beata okazała się posłuszną wykonawczynią otrzymywanych poleceń. Sama z siebie, nigdy nie wyskoczyła z czymś nieprzemyślanym. A że premierostwo ją przerosło? W zrekonstruowanym rządzie przekazała swój fotel synkowi Kornela Morawieckiego. Nie odeszła z rządu. Przesiadła się na fotel wice-premiera, bez konkretnych zadań i wymagań. I udowodniła, że umie pobierać przynależną pensję nie wykazując się żadnymi osiągnięciami.

Jako wicepremier nie wykazała się żadną aktywnością ani empatią w relacjach ze środowiskiem osób niepełnosprawnych. Mając przy tym usta pełne frazesów o miłości bliźniego.
W rządzie – największym jej osiągnięciem było wyeliminowanie ze swego otoczenia unijnych symboli. I czyni to skutecznie nadal. W przywołanej przez Tanakę inauguracji parlamentu europejskiego, zachowała się jak większość jej polskiego środowiska. Pokazała brak kindersztuby i pełną nieznajomość „Ody do wolności”. Może i lepiej, bo gdyby zaśpiewała tę pieśń, jej głos mógłby wystraszyć  otoczenie.

My, obywatele znamy tembr jej głosu. Dla mnie mogłaby konkurować z niejakim Kakofoniksem z bajki o Galach, o prymat w dźwiękowym porażaniu słuchaczy. Cóż, nie każdy został obdarzony pięknym głosem i śpiewaczymi  umiejętnościami. W tym aspekcie pani Beata nie przerasta swego prezesa. I dobrze.

Na śląskim podwórku – na krótko – głośno się zrobiło o unijnej fladze, jaką na jej parlamentarnym stanowisku w Brukseli pstawił górnośląski poseł Łukasz Kohut. I zarejestrował reakcję byłej premier na zdjęciach. Zgodnie ze swymi dotychczasowymi zachowaniami, pani Beata szybko schowała unijny proporczyk pod blacik. Oczywiście, własnej narodowej flagi na swoim stanowisku nie wyłożyła. Być może uczyni to w przyszłości, pokazując wszem i wobec swe przywiązanie do polskich barw, które obiecała promować w tym gnieździe unijnej rozpusty.

Reakcję pani Szydło licznie skomentowało wielu Ślązaków, którzy niezbyt chyba kochają byłą premier. Nie ma co tutaj przywoływać ich treści. Wiele z nich zwracało jednak uwagę, że te unijne barwy nie przeszkadzają pani Beacie w jednym przypadku – pobieraniu sowitej unijnej wypłaty w euro.

Duże wrażenie zrobiła na mnie pierwsza europejska przegrana obecnej unijnej posłanki. Będąc jedynym kandydatem do fotela przewodniczącej Komisji Zatrudnienia i Spraw Socjalnych, pani Szydło nie otrzymała wystarczającej ilości głosów jej członków, aby objąć upragnioną funkcję. Papużka Mazurek wszem i wobec ogłosiła, że ów wynik, to efekt zemsty europosłów za aktywność PiS na forum parlamentu brukselskiego. Myślę, że gdyby to było prawdą, to podobny despekt powinien spotkać również Witolda Waszczykowskiego i Richarda Czarneckiego. Oni jednak załapali się na komisyjne stołki, podobnie jak przegrany w pierwszej turze prof. Zdzisław Krasnodębski. Widać pan Bóg coś niełaskawy dla eks premier znad Wisły. Europejczycy, wyraźnie mają dobrą pamięć i nie cenią sobie jej osobistych zalet, którymi oczarowała swych polskich wyborców. Pisowskim elektorom antyunijne nastawienie pani Szydło nie przeszkadzało wybrać jej do Brukseli, na intratne stanowisko posła europejskiego.  A właściwie w jednym celu – po diety w euro.

Wydawałoby się, że negatywne głosowanie dało do myślenia naszej byłej premier. Niestety, jej wiara w swoje możliwości i wartość partyjnego wsparcia w Unii spowodowały, że Beata Szydło ponownie wystartowała jako jedyna kandydatka do tego samego fotela unijnej komisarz.

Tym razem baty były większe, a otrzymane poparcie mniejsze, aniżeli w pierwszym podejściu. Widać, że euro-posłowie nie oddają swych głosów na ślepo. I potwierdzili swą dezaprobatę dla jej osoby i próby zmiany ich pierwszej decyzji.
Zastanawiam się, co teraz winna zrobić polska posłanka. Gdyby miała odrobinę honoru, to zrezygnowałaby z europejskiej funkcji i wróciła do domu, oddając brukselskie miejsce innemu kandydatowi ze swej listy. Pokazałaby przynajmniej jakąś klasę, ratując częściowo twarz. Ale moim zdaniem, akurat ten element jest jej obcy, a wysokie unijne diety warte śmiechów z jej osoby. Co najwyżej nie będzie chodziła w towarzystwie tłumacza, dzięki czemu nie zrozumie treści dotyczących jej komentarzy. A czego rozum nie pojmie, tego sercu nie będzie żal. Znajdzie pociechę w europejskich wypłatach.
Mam wrażenie, że dla pani Beaty unijne znaki na tych pieniądzach, nie mają w sobie nic złego. W końcu trochę unijnych dotacji familia pani premier, a konkretnie jej małżonek, zdążyli przytulić. W imię najbardziej znanego hasła tej pani – NAM SIĘ TE PIENIĄDZE PO PROSTU NALEŻAŁY.

Tak sobie myślę, że najbardziej zasłużone i najlepiej do niej pasujące stanowisko jeszcze jest przed nią. To stanowisko księżej gospodyni. Trzeba tylko zaczekać, aż jej syn dojdzie do funkcji proboszcza jednej z małopolskich parafii. I to będzie ta najbardziej odpowiadająca jej kwalifikacjom i wrażliwości funkcja.
Na razie musimy przeżyć europejską przygodę politycznej przeciwniczki Unii  europejskiej.

zak1953