Le Tour, La Mer i La Plaża

Le Tour de France. Oprócz emocji z rywalizacji sportowej – a rower staje się częścią ekoczłowieka – Le Tour oferuje też inny fenomen: oglądu krajobrazów Francji. Nie sposób nie zauważyć, że Francja ma w sobie pod względem krajobrazowym bodaj wszystko, sami zaś Francuzi cenią to i są z tego dumni. Najwyższe góry Europy i poldery solne krainy Camargue, geologicznie starą krainę wulkanów, rozległe falistości krajobrazu; małe intymne nisze i otwarte przestrzenie; duże rzeki i – przede wszystkim zaś – morze. Z trzech stron oblewające Francję. Z wybrzeżami płaskimi i skalnie wypiętrzonymi. Oszałamiająca uroda krawędzi morza i lądu, nieskończoność morza; podstawa siły państwa, filar gospodarki i francuskiej cuisine, kultury oraz coś ważnego w myśli: co jest za horyzontem? Dziś też radość wypoczynku nad morzem we wszelkich tego odmianach.

Skoro o wakacjach i radości z morza mowa, to – wśród innych skojarzeń – mam nieodmiennie i te z „Małym Pływakiem”, sceną bodaj z St Malo z „Wielkich wakacji”, serią o „Żandarmie” z Louisem de Funesem, czy „Gamoniem”, którego de Funes zrobił razem z Bourvilem. Lois de Funes kojarzy mi się także ze świeżym oddechem i słońcem, powrotem do radości życia po francusku po mrocznym czasie wojny, gdy mogła znów – i może najwyraziściej, bo już prawie dla każdego w latach powojennej prosperity – wejść na pierwszy plan. Z której strony nie spojrzeć – morze, radość, życie, Francja.

Miasto i urbanizacja połączone z krajobrazem w jedno. Zrobione często z kulturą, poszanowaniem historii i wyczuciem wartości krajobrazu; bez gwałtu, a raczej łagodnie i spójnie. Mnogość starych osad, miasteczek zagubionych gdzieś na uboczu; ruiny zamków katarów, wypiętrzone na wzgórzach ryneczki oflankowane ciasno ułożonymi domami i strzeżone przez fragmenty murów obronnych bądź kamiennych podparć; zwieńczone szpicami ratuszów czy kościołów, z których tak wiele to konstrukcje sprzed 500, tysiąca i więcej lat. Gdzieś obok czy niżej winnice, gaje oliwne, pola warzywne czy sady. Mnogość urodziwych chateaux, od niewielkich, ledwie większych niż zwykły dom jednorodzinny, po obfite, wręcz ogromne, cięższe i bardziej przysadziste, bądź koronkowo lekkie i architektonicznie wysmakowane pałace. Wszystko wśród plastycznie, rzeźbiarsko wręcz szczodrego krajobrazu, z mostami, strażnicami, wieżami na wypiętrzonych skałach.

Ale i miasta – duże, złożone, z bogatymi nawarstwieniami: czasu, potrzeb, możliwości, ambicji, funkcji. A to portu, a to miasta uniwersytetu, a to cichego miasteczka rolniczego.

Wszystkie te fenomeny możemy zobaczyć w czasie Le Touru, z powietrza bądź z trasy, w zbliżeniu, bądź w fascynujących i niezwykle obfitych w struktury, formy i światłocienie panoramach. Dla milionów i dla mnie – uczta.

To czysta frajda: być świadkiem tego, jaką zabawę i ucztę mają co roku z Le Tour Francuzi. Co kilometr, dwa, a bywa, że znacznie bliżej siebie, widać – zwykle dowcipnie urządzone i kapitalnie z góry widoczne – scenografie, wystawy, widowiska. A to sylwetka wielkiego roweru w skali 100:1 ułożona na łące z bel słomy, a to wielka flaga Francji zrobiona z kwiatów, a to miejscowe dzieciaki na rowerach jeżdżące po wielkim kole, co z góry wygląda na kręcące się żywo koło wyścigówki, a to wystawa starych, klasycznych maszyn rolniczych, a to taneczne pary w kolorowych strojach, a to wozy strażackie rozpylające na kolarzy wodną mgłę w trójkolorze, czy przebierańcy biegnący skrajem szosy i dopingujący zawodników. A nade wszystko tłumki i tłumy wiwatujące, klaszczące i radośnie przeżywające wielki wyścig, cieszące się, ze oto jedzie przez ich wioskę czy miasteczko.

I te ronda uliczne, z wysepkami będącymi często wystawą i reklamą miejscowych atrakcji. Jednak nie jakąś prostacką tablicą reklamową, a raczej dioramą inteligentnie i estetycznie atrakcje miejsca przedstawiającą.

Jest Le Tour, to gra mu Kraftwerk:

*

Dopełniający obrazek, już spoza wyścigu: malutkie miasteczko, stare ale pełne życia i krętych, pochyłych uliczek i ścieżek; stare kamienne domy, w których toczy się współczesne życie. Na zawiniętym wypiętrzeniu skały przed domami, skąpana w słońcu, mała, kamienna kaplica z widokiem na port rybacki i morze. Kaplica już nie pełni funkcji religijnej, ale jest cząstką francuskiego sposobu życia, kultury i wspólnoty.

Oto w środku kaplicy kilkuosobowy zespół muzyków. W rękach mają dawne instrumenty, pewnie z czasów Rewolucji, a może starszych: flet, specyficzną gitarę, akordeon i rodzaj cymbałów. Muzycy ubrani stosownie do historycznych okoliczności: miejsca i klimatu muzyki którą wykonują. Grają i śpiewają. Śpiewają też w jakiejś starej, a może lokalnej odmianie języka francuskiego, niewiele z tego rozumiem, ale nie rozumienie słów jest najważniejsze. Oto bowiem rozgrywa się urokliwe i emocjonalne widowisko: kaplica pełna jest ludzi, przybyszów i miejscowych. Ciasno, więc stoją w odrzwiach i na placyku przed wejściem. Wszyscy śpiewają, wszyscy się w rytm kołyszą chwytając za ręce. Ktoś mnie łapie, ja łapię kogoś, fala radości, brzmień instrumentów i śpiewu zagarnia wszystkich. Są to piosenki bardzo znane, wszyscy więc śpiewają razem, ale i jakieś lokalne, więc niektórzy śpiewają całość, inni włączają się na refren, niektórzy tylko podchwytują frazy; ja zaś tylko nucę łatwo wpadające w ucho melodie. Kościółek wypełnia ludzka radość, z własnej kultury, urody miasteczka i krajobrazu; słońca i bycia we wspólnocie. Z Francji i bycia Francuzem.

La Mer, które wszystko łączy we Francji. Morze i piękna piosenka, którą śpiewali i śpiewają wszyscy wielcy i drobni francuscy piosenkarze i ludzie w domach oraz na wakacjach. Spośród wielu kapitalnych wykonań tego znanego utworu wybieram – mając co prawda krótki dylemat, ale z góry przesądzony – „La Mer” w wykonaniu Dalidy. Ta nieskończoność, ta swoboda, ten urok i ta uroda.

*

Plaża. Zjawisko w Polsce rzadkie i bodaj nieistniejące w szerokim kulturowym kontekście. Cóż powiedzieć o kontekście morza: że mamy na dnie, na dnie twoim lec, z honorem lec – jak głosi niedoszły hymn narodowy? Plaża, dzika plaża Stana Borysa już znacznie lepiej brzmi, ale to lalalalanie drażni, choć Borysa lubię, utwór jednak przepadł gdzieś w piasku plaży i dziejach polskiej piosenki.

Nie da się porównać krajobrazu Polski z krajobrazem Francji. Polska urbanizacja współczesna to ból serca, a i dawna też nie taka. Nie da się porównać historii z historią. W historii Polski morze właściwie nie istnieje. Może jako bajka, w typie zamorskich Niderlandów, to co je sprzedawał Zagłoba szwedzkiemu królowi, zaś polski szlachcic i obszarnik żyjący z eksportu zboża za morza, a głównie do tychże Niderlandów, równie niewiele o morzach słyszał i jego skojarzenia zapewne kończyły się na Gdańsku. Niby Polska była krajem od morza do morza, ale to lipa, która zwłaszcza dziś brzmi fałszywą nutą: do mórz konkretnie nie sięgała, z mórz istotnie nie żyła, żyła interiorem, nie morzem, nie handlem, nie wyzwaniami i odkryciami; nie budową statków, małymi i wielkimi portami czy rybactwem. Dopiero po II wojnie, całkiem świeżo, stała się Polska, najpierw nominalnie państwem morskim, ale szybko też realnie względną potęgą, z powodu gospodarki, która i dziś, głównie dzięki portom i wymianie handlowej, poważnie ją napędza. Jednak słabo się to przekłada na zjawiska w kulturze, znowu więc nie ma jak tego do Francji porównać.

*

A jednak, mam dla was opowieść. Prawie bajkę, bo wśród polskiej suchej nacji takie doświadczenie to rzadkość, co jest wielką szkodą dla stanu społecznej psychiki. O plaży bałtyckiej, a łączącej – na wielu poziomach – naszą plażę z plażą francuską i francuskim morzem. I o czymś znacznie głębszym, chociaż morze niegłębokie.

Lato, wakacje. Dzieciarnia szkolna pędzi co dnia nad morze. Najczęściej grupkami, czasem tłumnie. Chłopaki niosą czarne dętki, zdarzają się wielkie, takie od traktora. Dziewczynki zwykle bardziej kolorowo ubrane i z czymś odpowiednim do urody: dmuchanym kołem w łabądka i w landrynkowych kolorach, czerwonym bądź zielonym wiaderkiem i małymi grabkami, chustką na szyi czy w kolorowych japonkach. Chłopaki banalniej: bardziej rozebrani niż ubrani, wszyscy, często idąc boso, spieszą sie niecierpliwi spotkania z wodą, słońcem, wiatrem i przygodą.

Morze to żywioł. Nie ma żartów. Wraki: ten i ów się zranił, ktoś się utopił. Ale plaża i morze taką mają siłę przyciągania, a wraki bywają przedmiotem fascynacji o wiele większej niż siła obawy. Nie lęk rządzi tam, gdzie morze i ląd się spotykają, a czysta, atawistyczna, potrzeba, pożądanie tego spotkania, tego doświadczenia i nieopisywalna, bo tak pierwotna radość z przeżycia.

Leżysz na białym piasku i doświadczasz jak działa przyroda: stopy rytmicznie głaszcze subtelna fala, wygasająca gdzieś na wysokości kostek, czasem wyżej – łydek lub kolan. Jak kto lubi, a lubią wszyscy. Słońce praży. Ucho przyłożone do piasku i słyszysz całe życie plaży i morza: skrzypienie piasku pod nogami spacerowiczów, a każdy porusza się inaczej. Odróżniasz kroki dorosłego, ciężkiego, chromego, od kroków lekkich, skocznych, równo stawianych. Słyszysz zabawę: ktoś piska, szura nogami, wkręca, wciska je w piasek, by poczuć jego struktury, uziarnienia, różnice w wilgotności, między palce złapać muszelkę; wkręca się tak, by się z plażą zrosnąć w jedno. Takie pragnienie: odczuć jedność.

Słyszysz bieganinę, zmienność rytmów kroków i skoków, puknięcia pięt lądujących w piasku po wyskoku, do piłki albo z czystej, dzikiej radości życia. Słyszysz brzdęknięcia gumowej piłki plażowej i bardziej głuche pacnięcia skórzanej piłki do siatkówki. Wszystko słyszysz i wszystko możesz odróżnić. Zaczynasz mówić językiem plaży i przyrody. Masz w sobie te umiejętności, ale poza plażą o tym nie wiesz.

Czujesz zapachy plaży i morza. Całe, rozległe nuty i gamy. Pachnie piasek: inaczej drobny i suchy, a inaczej gruby i wilgotny. Pachnie, swoiście, linia wygasającej na piasku fali. Ma swój dźwięk, za każdym razem inny. Pachnie kępka wydmowej trawy, pachnie muszla, pachnie kamyk i kawałek drewna wymoczony w morzu. Pachnie mokry ręcznik, gdy schnie razem z tobą i pachnie po swojemu, gdy łopocze na wietrze gdy go okręcisz wokół patyka, albo zawiesisz na szyi.

Roztapiasz się w słońcu leżąc na piasku, jak masło, wsiąkając w plażę. To uczucie nieskończone. Chcesz się stać plażą. Po chwili podrywasz się, paroma susami dopadasz wody i rzucasz się w nią nieprzytomnie. Pod falę albo na falę. Taką ma moc przyciągania morze. Pluskasz się, chlapiesz, nurzasz, nurkujesz, przewracasz, pływasz. Grasz w piłkę z innymi, łapiesz ją i ze złapaną piłką, albo tylko w pościgu za nią – dajesz nura. Ładujesz się do koła, albo w ośmiu ładujecie się na dętkę traktora, a potem trwa przepychanka: kto się utrzyma, a kto wpadnie w wodę.

Między plażowiczami snują się lodziarze. Z niewygodnymi pudłami, pełnymi jednak smakowitej zawartości. Choć mnie kusiły wyłącznie kalipsiaki, zwłaszcza te duże. Też pachnące – śmietaną, słodyczą i słońcem. Jadło się z papierka, nie nadążając za topiącą się zawartością, która ściekała po palcach i rękach, więc była kolejna zabawa: zlizywanie kalipsiaka z rąk lub kolan. Albo jadło się z patyka, co miało podobny efekt: lód ciekł czystą śmietaną, albo tą ciemną, kakaową czy kawową i też trzeba było szybko lizać by nie stracić, zwłaszcza, że pod lodem porafił się znaleźć młodszy braciszek, lub kolega-spryciarz łowiący lody-gołąbki wpadające do gąbki.

Morze też pachnie. Pachnie świeżością wody, pachnie sztormem, czasem portem. Pachnie północą albo zachodem. Pachnie nieznanym światem. Pachnie przygodą i śmigającą w niej rybą. Pachnie, gdy wynurzysz się z meduzą na twarzy: jestem Meduzą! Pachnie wodorostami, złapiesz też czasem zapach zdechłej ryby, albo ropy oblepiającej dryfującą kłodę. Pachnie słońcem, pachnie fotosyntezą bilionów glonowych komórek pracowicie przerabiających energię światła na pożywienie i tlen.
Inaczej pachnie woda chłodniejsza, a inaczej ciepła. Pływasz w morzu, a między jeziorami – wody cięższej i chłodniejszej oraz lżejszej i cieplejszej.

Dajesz nura w głębinę. A tam pokaz laserów i świetlnych mieczy: snopy słonecznego światła, odbijane w żywych lusterkach wody lub puszczane mimo, drążą wodę po dno, rysując na nim szalone wzory, a nieprzewidywalnie ruchliwa powierzchnia morza tworzy na piaszczystym dnie nieustanne sieci, koronki, wydzieranki wzorów będących osnową dla słonecznych snopów. Tak cię wciąga niesamowistość widowiska, że zapominasz o oddechu. Staje się niepotrzebny: słuchasz i patrzysz, masz morze w oczach. Stajesz się morzem.

Na plaży szczęśliwi ludzie. Jedni przyszli tu może o czymś zapomnieć, ale wszyscy cieszą się słońcem, wiatrem, niebem plażą i morzem. Plaża i morze są zmysłowe i są demokratyczne. Zobaczysz tu mnóstwo zgrabnych i pięknie młodych sylwetek ludzi, będzie pełno szczęśliwych zwierzątek plażowych: maluchów nago sie taplająch w morzu albo czołgającyh po piasku. Ale zobaczysz też ludzi niemłodych i nawet starych, zgarbionych, krzywych, naznaczonych cierpieniem, formalnie nieestetycznych. Ale ta nieestetyczność się przemienia w coś ładnego, gdy czujesz organiczne złaknienie i radość ludzi ze słońca i wody, przed którą nie chcą mieć tajemnic, więc i swoje zmęczone ciała odsłaniają chcąc, by słońce, morze i wiatr dobroczynnie na nie działały. Zobaczysz ludzi dawno juz dorosłych, starych nawet, którzy położą się w płytkiej wodzie, by fala nimi kręciła, obracała, poniewierała, a oni bawią się tym jak dzieci, śmiejąc sie i popiskując czy wesoło komentując. Bo może pierwszy raz od dzieciństwa znowu poczuli sie dziećmi, szczęśliwi przypomnieli to sobie, a może też pierwszy raz w życiu w ogóle poczuli się dziećmi. I tak bywa na plaży.

Zdarzy się, że na plaży pojawi się zakonnica. Uwięziona w czarnym, czasem szarym habicie, co boli gdy na więźniarkę patrzysz, ale i ona łaknie odrobiny choć szczęścia w nieuświadomionym nieszczęściu: zdejmie sandały i z lekka unosząc krawędź więziennego stroju, zanurzy gołe, białe stopy w wodzie. Wtedy chcesz krzyknać: mon Dieu, co robisz ludziom!

Pora roku nie ma znaczenia. Niezależnie od tego, czy to skwarny lipiec, listopad czy marzec, ludzie chcą i potrzebują morza, plaży, powietrza i nieskończonego widoku, po daleki horyzont. Nie wiedząc o tym, coś poza świadomym umysłem ich pyta: co jest za tą linią. Coś woła: chcę tam wędrować. Za góry, za lasy, za siedem mórz.
Ludzie się opalają, bawią i nieustannie wędrują brzegiem. Jedną noga po suchszym gruncie, drugą chlapiąc w wodzie. Coś w środku nas, o czym nie mamy pojęcia, tak nam każe.

Afrodyta wynurzająca się morza to archetyp, istota nas samych, o której zapomnieliśmy jako ludzie poddani presji kultury. Jest w nas Wielki Błękit.


*

Kiedy to się działo, nie miałem o tym pojęcia, bo zacząłem pojmować później: na plaży wracałem do pierwotnego stanu – ateisty. Odradzało się we mnie to, co było tłumione: ja sam. Nie żaden katolik, a dziecko plaży, dziecko morza, dziecko ewolucji i Wszechświata. Jestem pełen wody, morskiej wody. W wodzie się urodziłem: każda komórka mojego ciała powstała pierwej w oceanie i każde jej tętnienie z oceanu się wzieło; z wody na świat wyszedłem. Zanim zaś wyszedłem, byłem zarodkiem, rybką z solidnym ogonem. Nic we mnie bez tego nie działa. I to jest dobre, to jest sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, choć zupełnie niereligijne. To mi się podoba i w tym mam upodobanie.
Jestem falą, jestem rybą, jestem morświnem, jestem meduzą. Czyli jestem sobą. I do morza wrócę. Do tego kosmosu, który nie ma końca.

Bo gdzie się kosmos, kurna, kończy, skoro stół się kończy tu?! – jak wykrzyczał, przeczuwając siebie, chuligan Janek w Big Bangu.

Czyż to nie jest też francuskie?

Tanaka