Jak bezpieka księdza pognębiła

Dawno, dawno temu, w czasach które niewielu już obywateli pamięta, był sobie ksiądz co władzy się nie kłaniał. Można by nawet powiedzieć, że władzy ziemskiej nie pobłażał, wiodąc swe owieczki ku królestwu niebieskiemu. Ówczesna władza mocno skonsternowana z tego powodu była, bo formalnie ludową, robotniczo-chłopską proweniencją się chwaliła. A nieba, to obiecywała ludziom przychylić jeszcze na tym łez padole. I choć nie wychodziło jej to zbytnio w miarę lat rządzenia,  chciała być szanowana jak większość ziemskich władz od początków historii pisanej. Dlatego niektórzy miejscowi karierowicze krzywo na pasterza patrzyli. I czekali jak zbawienia, kiedy księdzu noga się na czymś powinie.

W zasadzie, to ksiądz ten władzy ziemskiej niewiele wadził, bo królestwo jego nie z tej ziemi było. Ot, czasami tylko z ambony miejscowemu  sekretarzowi przygadał, czy przedstawiciela administracji państwowej zignorował. Czasami też w trakcie chrztu dziecięcia rodzicom ich zaangażowanie polityczne wypomniał albo w związku z pogrzebem drobne przykrości czynił.  A okolicznym milicjantom potrafił szpetnie przygadać, gdy zdarzyło im się przez nieuwagę zatrzymać jego pojazd do kontroli. A on się akurat spieszył z nagłą religijną  posługą w terenie. Czynił to jednak w trosce o zbawienie duszyczek ku potępieniu wiecznemu spieszących. Co jasno wyłuszczył swego czasu jakiemuś oficerowi Służby Bezpieczeństwa, którego władza wysłała na rozmowę prewencyjną z wielebnym. Zrobił to zdecydowanie i skutecznie, rezygnując jednocześnie z nawracania owego oficera na prawdziwą wiarę.

Generalnie był ten ksiądz w swym mniemaniu prawdziwie dobrym człowiekiem renesansu. Zawsze niósł dobrą wiadomość w powierzony mu ludek, rzetelnie edukował dziatwę w ramach katechezy, prowadzonej wtedy w parafialnej salce. Dla każdego znalazł dobre słowo. Nie dorobił się wprawdzie żadnego kleryka w diecezjalnym seminarium duchownym ale stworzył wokół siebie w miarę silny i prężny aktyw parafialny, oparty na rzetelnych Matkach-Polkach, pochodzących tak z ziemi śląskiej jak i przyjezdnych, których w to miejsce przygnał wiatr historii, bądź oferta pracy w okolicznych kopalniach węgla kamiennego.

Co ważne z dzisiejszego punktu widzenia: duszpasterz ten w randze proboszcza – daleki był od zmory obecnych księży – nie był pedofilem. Poświadczało to formalne stwierdzenie oficera pionu czwartego SB, weryfikującego postawę moralno-polityczną księdza. Ba, można powiedzieć, ze od dzieci go odrzucało, co udowadniał w trakcie katechez, pierwszych komunii czy nawet przygotowania nastolatków do bierzmowania. Ojcem był wybitnie duchowym.

Miał jednak ogromną słabość, charakterystyczną dla prawdziwych mężczyzn. Kochał samochody, pieniądze, wino, kobiety i śpiew (nie zawsze religijny). Miał także w tym wyraźne wsparcie sił niebieskich. Dorobił się niezłej klasy (ówcześnie) samochodu, jego sprzęt audio, a nawet wideo wyróżniał się w okolicy, a kobiety spoglądały na niego łaskawym okiem. Oprócz dobrego słowa, miał dla nich zawsze czas, a także gotowe narzędzie męskiej roboty. Do tego nigdy nie zanotował bezpośredniej konfrontacji z mężem adorowanej akurat parafianki. W najbardziej kryzysowej sytuacji zdążył się ewakuować  przez okno parterowego budynku, gdy mąż odwiedzonej właśnie pani, niespodziewanie wrócił do domu z powodu wypadku do jakiego doszło na niedalekiej kopalni i dyrekcja wstrzymała zjazdy górników na dół do pracy.
Szczęście proboszczowi dopisywało. Parafianie go kochali, a biskup ordynariusz i kurialni urzędnicy się nie czepiali. Nawet potraktowany z buta esbek jakby podkulił ogon pod siebie i nie nachodził więcej z umoralniającymi politycznie i społecznie pogadankami.

A jednak musiał czymś ksiądz proboszcz uwłaczyć Opatrzności, bo któregoś dnia szczęście  niespodziewanie go opuściło.
Było to po jakimś spotkaniu w większym księżowskim gronie, gdy po ceremonii religijnej, zjedzono suty obiad wzbogacony charytatywnymi darami z Zachodu oraz zakropiono wysokoprocentowymi trunkami. A ponieważ każda uroczystość ma kiedyś koniec, nasz bohater wsiadł w swój samochód i wyruszył w drogę powrotną do swej parafii. Pomimo sporej ilości spożytych trunków, spokojnie oraz szybko zdążał do celu. Niewiele już brakowało do domu, gdy jeden z zakrętów okazał się zbyt ciasny. Samochód opuścił jezdnię i po kilku koziołkach zatrzymał na uprawnym polu. Niestety, nie nadawał się do dalszej jazdy.

Świadkiem zdarzenia był jakiś kierowca przejeżdżającej ciężarówki, który po upewnieniu się, iż kierowcy nic się nie stało, z najbliższej miejscowości powiadomił milicję o zdarzeniu. Wkrótce na miejsce zdarzenia dotarły dwie karetki: wypadkowa MO oraz medyczna. Lekarz po krótkim, acz gruntownym badaniu szybko przekazał całego i zdrowego kierowcę milicjantom. Ci, na widok kierowcy w sutannie, zrobili wszystko, aby nie zasłużyć  na zwyczajowy opeer, jakim zazwyczaj ksiądz obdarzał milicjantów. Jednakże bełkotliwa mowa oraz mocny zapach procentów bijących od kierowcy, zmusiła ich do przewiezienia duchownego na najbliższą komendę, gdzie stacjonarny alkomat wykazał ponad 3 promile w wydychanym powietrzu.
Ponieważ w okolicy nie było jeszcze izby wytrzeźwień, duchowny trafił na dołek w komendzie. A dyżurnemu jednostki pozostał smutny obowiązek przekazania informacji do komendy wojewódzkiej. Takie były wtedy czasy i zasady, że o zatrzymaniu duchownego należało niezwłocznie powiadomić  województwo.

I tak w pewnym momencie na stanowisku dowodzenia komendy wojewódzkiej MO zadzwonił krótko telefon. 
– oficer dyżurny, porucznik Zimny, słucham.
– komenda milicji Kożuszki, dyżurny chorąży Blaszka. Zgłaszam wydarzenie drogowe z udziałem księdza pobliskiej parafii  – proboszcza Niezłomnego, który będąc w stanie nietrzeźwym wypadł z drogi i rozbił swój samochód. W trakcie badania alkomatem ksiądz wydmuchał ponad 3 promile. Księdza zatrzymano w miejscowym areszcie. Przy rozbitym samochodzie pozostawiono funkcjonariusza w celu zabezpieczenia mienia.
– meldunek przyjęto. Powiadomimy was niedługo o dalszych działaniach w tej sprawie.

I ruszyła bezpieczniacka machina. Dyżurny wojewódzkiej SB skontaktował się z komendantem wojewódzkim MO i telefonicznie z będącym już w domu naczelnikiem wydziału IV SB KW MO. Sytuacja była jasna. Nieprzychylny ziemskiej władzy ksiądz wyraźnie popadł w niełaskę Opatrzności  i trzeba coś z tym zrobić. Naczelnik czwórki wkrótce zameldował się u komendanta wojewódzkiego. Mieszkał tuż obok komendy. Spacer do pracy zajmował mu cztery minuty.

W gabinecie komendanta wojewódzkiego ruszył naprędce powołany sztab. Z podręcznego archiwum wydziału IV przyniesiono teczkę ewidencyjną księdza.  Naczelnik zadzwonił do kierownika sekcji zajmującej się księżmi diecezjalnymi. Ten dotarł już po pracy do domu i był pod telefonem.  Kiedy padło nazwisko – Niezłomny –  zapadła chwila milczenia, poprzedzona krótkim, acz dosadnym przekleństwem. To było zgniłe jajo, którego nikt nie chciał ruszać.

Dla kierownictwa komendy sprawa była jasna – należy wysłać natychmiast oficera, aby ten przeprowadził szybką rozmowę z księdzem i pozyskał go na agenta. Od strony formalnej rzecz zdawała się prosta. A wpadka księdza wyraźnie jednoznaczna. A jednak funkcjonariusze operacyjni, do których zdążono już się dodzwonić, wyraźnie próbowali wykręcić się z takiego rozwiązania. Trudno powiedzieć, ile twardych i niecenzuralnych słów padło z obu stron. Szefowie naciskali, operacyjni opierali się jak mogli. Nikt nie chciał pojechać na rozmowę z księdzem Niezłomnym. Telekonferencja w gabinecie komendanta była wyjątkowo gorąca. I ostatecznie funkcjonariusze pierwszego kontaktu zaczęli przeważać. Wykazali, że agenturalna wartość księdza Niezłomnego jest żadna, jego możliwości informacyjne niewielkie, a do tego to ksiądz małej kultury rozmowy.

I wreszcie padła rzadka w tamtych czasach propozycja. – Szefie, olejmy go, on i tak jest teraz totalnie zalany. Rozmowa z nim będzie żadna, a to straszny bufon. Lepiej oddajmy go bezpośrednio ordynariuszowi. Niech pojadą po niego na komendę i tam sobie go odbiorą.
I jak to w takich opowieściach bywa, jak uradzono tak zrobiono.
Oficer dyżurny komendy wojewódzkiej zadzwonił do kurii i poprosił o rozmowę z biskupem ordynariuszem. Rozmawiać miał sam komendant wojewódzki MO. Takiemu rozmówcy trudno było kurialistom odmówić . Komendant w krótkich słowach przedstawił ordynariuszowi sytuację i zaprosił go siebie, aby wspólnie pojechać do komendy w Kożuszkach, aby przekazać pijanego księdza pod opiekę biskupa.

Nie minęło pół godziny, gdy biskup Herbert, będący ówcześnie ordynariuszem wraz z kanclerzem kurii został powitany z honorami w komendzie. Na moment trafili do gabinetu komendanta, a następnie w dwa auta udali się w niedługą drogę. W czasie przejazdu biskup podzielił się z komendantem swymi uwagami nt. wizyt funkcjonariuszy w kościołach diecezji.
– Pan komendant wie, ja często widzę jak wasi ludzie siedzą niedaleko ołtarza i skrzętnie notują treści głoszone w trakcie nabożeństw. My jesteśmy otwarci na wszystkich ludzi i nie wypraszamy ich z kościoła, ale jednak widzimy, że władze nas ciągle kontrolują.
I tak sobie rozmawiał biskup ordynariusz z komendantem wojewódzkim milicji .

A w tym czasie dyżurny komendy w Kożuszkach otrzymał wiadomość o bliskiej wizycie szefa wojewódzkiego wraz biskupem w jego jednostce. W pewnym momencie wpadł nawet w panikę, informując że nie zdążą posprzątać aresztu zanieczyszczonego przez pijanego proboszcza. Usłyszał jednak uspokajające słowa dyżurnego wojewódzkiego: – zostawcie, niczego nie ruszajcie, niczego nie sprzątać.

Ksiądz Niezłomny, który w zamknięciu miotał się jak lew po całym pomieszczeniu, czuł się wyraźnie spostponowany sytuacją. Przebywając w celi zdążył wyrzucić z siebie całą zawartość żołądka. W pomieszczeniu nie było miejsca bez jego wymiocin. Również jego sutanna została w całości zanieczyszczona. Jego wrzaski pełne obelg słychać było w całej komendzie. I nagle usłyszał dźwięki otwierania zamków. Kolejna szybka i głośna wiązanka bluzgów poleciała w przestrzeń.
I nagle, głos uwiązł mu w gardle. Pijanym wzrokiem ujrzał nie milicjanta, a człowieka w sutannie, z biskupim krzyżem przy pasie,  który spokojnym, zimnym głosem zwrócił się do niego: – czy ksiądz widzi jak wygląda? Co to za wrzaski ksiądz tutaj urządza? Czy to ksiądz tak zanieczyścił to pomieszczenie? Żadna odpowiedź ze strony księdza Niezłomnego nie padła. Trzeźwiał jednak w oczach. Żaden dźwięk więcej nie wydostał się z jego gardła.
Po błyskawicznym pokwitowaniu odbioru pijanego księdza, biskup samochodem komendanta wrócił do kurii. Kanclerz zabrał księdza Niezłomnego do swego samochodu.

Zapytacie pewno jaki był koniec owej opowieści?
Nie minął nawet tydzień, gdy na parafii księdza Niezłomnego pojawił się nowy proboszcz. A sam ksiądz Niezłomny, decyzją surowego, acz sprawiedliwego ordynariusza trafił do klauzurowego  ośrodka zakonnego o ostrej formule, gdzie poświęcił się modłom i trwaniu w trzeźwości. I do końca PRL-u nie pokazał w żadnej miejscowości swojej diecezji.

Chwile satysfakcji mieli także wspomniani  esbecy, którym przyszło zmierzyć się z Niezłomnym. Wyraz twarzy biskupa ordynariusza był dla nich swoistą nagrodą. Jego rękami pognębili rozpustnego pijaka w sutannie i przywrócili go do porządku. Kiedy opowiadali mi tę historię świeciły im się oczy. Tylko czy można im wierzyć? Może zmyślili sobie tę opowiastkę?

zak1953