Wspólnota i sromota

1 maja: Święto Pracy, May Day, Uniowstąpienie i traktory zdobędą wiosnę. Każdy powód dobry, przy czym z traktorami najlepiej ostrożnie: kreta i skowronka szkoda.

Unia Europejska to fenomen i wielki eksperyment: czy po wiekach podziałów i wojen uda się zbudować wspólny dom? Od późnego średniowiecza, może jednak wcześniej, bo historia sięga jeszcze czasów Cesarstwa Rzymskiego, zachód i wschód Europy kierowały się częściowo lub zupełnie innymi zasadami cywilizacyjnymi i inne mechanizmy rozwoju działały.

Francja – Anglia – Niemcy, wielowiekowi rywale i wojownicy, pomimo konfliktów, miały ze soba bardzo wiele wspólnego: podobieństwo cywilizacyjne. Ledwo się skończyła najkrwawsza z wojen Europy, już Francja i Niemcy zaczęły szukać porozumienia, i jednocześnie Francuzi z Brytyjczykami podjęli wielki, trudny i bardzo udany projekt, nie bez powodu tak nazwany: concorde.

Dzisiaj Francja i Niemcy stanowią trzon Europy i są gwarantami jej stosunkowo dużej stabilności, pomimo działań różnych harcowników. Brytyjczycy mają problem z własną historią i rolą, nie neguje to jednak ich wspólnotowych doświadczeń, a może się stać podwaliną pod rolę i pozycję w niedalekiej już przyszłości.

Szczególnie ciekawe wydają się być osiągnięcia cywilizacyjne i wspólnotowe państw strefy północnej i związanej w bardzo dużym stopniu z morzem i takimż modelem cywilizacyjnym: poczynając od Holandii (Belgia również?), aż po Finlandię. Umiejętności współżycia, dokonywania trudnych, kompromisowych wyborów i mających za fundament zasadę, że każdy na kompromisie wygrywa; ciągle jeszcze obecny, zwłaszcza wśród Skandynawów duch niemal plemienny, który mocno łączy, ale też nie wyklucza – to bardzo mocny i pozytywny wkład w europejską tożsamość i stabilny filar konstrukcji wspólnoty. A także punkt odniesienia i coś do nauki.

Odległość między tymi, którzy umieją ze sobą rozmawiać, spierać się o coś poważnego, tworzyć dobre kompromisy raczej niż ścigać się o to kto ma więcej fobii, kto przewodzi w niewiedzy i złej woli a Polską, jest odległością międzyplanetarną.

Potoczna opinia o Zachodzie z czasów zanim Polska stała się członkiem Unii była taka, że ci to mają dobrze, są bogaci, a my im zadrościmy, więc też chcemy być z nimi i dostać tyle co oni. Należy nam się, za nasze cierpienia i naszą godność Polaka. Mało kto jednak myślał o tym i rozumiał to, że nie ma nic za darmo. Na to co miała Unia trzeba zapracować, a praca trwa wiele pokoleń i wymaga daleko idącej zgodności. Cierpimy na syndrom świeżego wyzwoleńca – z niewolnictwa i głodu: nachapać się ile się da, co się nie da zjeść – zakopać, z innym się nie podzielić i na niego szczekać, zaś samemu do wspolnej kuchni nie dołożyć: ani produktów, ani pracy.

Mając bardzo wiele do czynienia z nacjami o których wyżej wspomniałem, doświadczyłem tego, co w Polsce nie jest możliwe. Holendrzy, zalewani od wieków przez morze, na początku XX wieku podjęli decyzję o zamknięciu wielkiej morskiej zatoki na północy kraju, by woda przestała ich wreszcie topić i niszczyć to, co zbudowali. Mieli świadomość, że nie zrealizują tego wielkiego, cywilizacyjnego wręcz projektu w ciągu jednego cyklu wyborów do parlamentu.
Ledwo projekt rozpoczęli, wybuchła I wojna światowa. Spowolnili prace, ale ich nie zatrzymali. Po wojnie przyspieszyli. Przyszła II Wojna Światowa – Holendrzy postępowali jak w trakcie pierwszej. Po wyzwoleniu mieli wiele dylematów: co odbudowywać, w co inwestować, jak wiele i w jakiej kolejności. Prac nie tylko nie przerwali, ale przyspieszyli. I właściwie, do końca XX wieku, czyli raptem kilkanaście lat temu, prace jeszcze były realizowane, choć były to już działania finalne. Parafrazując tytuł powieści Márqueza, nie „Sto lat samotności”, a sto lat działania wspólnoty obywateli.

Cztery, może pięć pokoleń Holendrów było w ten projekt bezpośrednio zaangażowanych. Pradziadkowie podejmowali decyzje ze świadomością, że obciążają nimi swoich prawnuków, bo i oni będą płacić podatki na ten wielki projekt. Dzieci, wnuki i prawnuki nie zanegowały decyzji przodków, ale kontynuowały prace i ponosiły konsekwencje dawnych decyzji. Pradziadowie mieli świadomość, że ich wysiłek i ich pieniądze nie dadzą im bezpośrednich korzyści – efekty przyjdą po dekadach i w dodatku wcale nie są pewne, bo będą zależeć od tak wielu niewiadomych, w tym od konsekwencji potomków. Mieli jednak zaufanie do swoich dziedziców, bo ich wspólnota działała.

Zbliżają się wybory do parlamentu UE. Kaczyński ze swoimi janczarami nagle zaczyna pałać miłościa do Unii. Unia bowiem Polsce daje.
Co Polska daje Unii, co dobrego, wzmacniającego wspólnotę ludzi daje – nie ma jak napisać: nie ma o czym i na samą myśl niedobrze się robi.

Słychać częste nawoływania, żeby „nie dzielić Polaków” bo „potrzeba nam jedności”. To głosy naiwne i właściwie – puste. Polakom nie potrzeba żadnej jedności i żadnej wspólnoty, gdyby bowiem potrzebowali, to by ją zrobili. Nie robią. Kaczyński to wyczuwa, wie, ma na to badania: największe pole do odnoszenia sukcesów ma w dzieleniu, wzmacnianiu nienawiści i wydobywaniu tej przyschniętej na wierzch i takim w niej dłubaniu, by siknęła obficie ropą. Kłamstwa, podziały, nienawiść, ślepota, niewiedza, fobie, przekupstwo – z tego żyje i z tego żyją Polacy o podobnie skrzywionych umysłach i zdeprawowanej etyce. Jaki rachunek za to przyjdzie zapłacić – nieważne, ważne, by rządzić i chapać.

Żadnych wielkich projektów cywilizacyjnych w Polsce nie będzie. Coś było w PRL-u, nawet sporo, ale PRL to czarna dziura, zło wcielone, właściwie – nie istniał jako Polska. Istnieje za to niewyzwolony niewolnik w Polaku: od swojej tożsamości pańszczyźnianej, od prawdziwego swojego właściciela, ale też od mniemanego; od swojego wiecznego wroga – Kościoła katolickiego.

Nie będzie więc ani Centralnego Portu Lotniczego, ani spójnego programu tworzenia dróg żeglugi śródlądowej i energetycznie oraz środowiskowo odpowiedniego wykorzystania systemu rzek; ani spójnej, konsekwentnej, wolnej od fobii polityki zakupów i budowania armii; ani porządnego, nowoczesnego, otwierającego wolność i własność siebie w młodym człowieku szkolnictwa, godnego systemu emerytalnego i pracy dodatkowej czy dobrej – cóż za ironia w słowie – służby zdrowia.

Wojna w Polaku musi trwać. Dawne sprawy nie zostały załatwione jak powinny, zakleiliśmy je plastrem z napisem: „nie dotykać”, a nawet gorzej: mamy za święte to, co ropieje i śmierdzi. Jest wojna, muszą być ofiary – jak to w „cywilizacji miłości”.

Gdy przyjdzie przesilenie, miniemy punkt przegięcia – o ile tak będzie w przewidywalnej przyszłości – coś większego, poważniejszego i lepszego zacznie być możliwe. Ale to sprawa kolejnych pokoleń. I niepewne. Dopóki Polak będzie się zachłystywał nadętym i fałszywym pojęciem „Naród” obsrywając przy tym ulicę i realne będzie zespawania Kościoła z państwem i państwa lenna eksploatacja – nic takiego się nie zdarzy. Wspólnoty nie ma i nie będzie, są wyłącznie słowa za którymi niewiele, a z perspektywy krajów o których mówiłem wyżej – nic nie stoi.

W tej sprawie będziemy za chwilę wybierać europosłów, a za nieco dłuższa chwilę posłów na Sejm.

Tanaka