Nie jesteśmy w stanie udowodnić Twojego istnienia ani nieistnienia?  Ojej!

Tanako, pozazdrościłem Ci zakwestionowania wypowiedzi takiego tuza dziennikarstwa jak pan Szostkiewicz i zakwestionowałem kawałek modlitwy pana Diderota, którą przywołuje pan Szostkiewicz.

„żadnymi rozsądnymi sposobami nie jesteśmy (…) w stanie udowodnić ani Twojego istnienia, ani Twojego nieistnienia”.

Z tych słów zrobiła się mantra powtarzana publicznie przez wierzących harcowników. Oczywiście, że nie da się eksperymentalnie udowodnić ani istnienia, ani nieistnienia Boga, w taki sposób, w jaki się udowadnia funkcjonowanie prawa Archimedesa. Ale kiedy ktoś mówi, że „żadnymi rozsądnymi sposobami nie jesteśmy (…) w stanie udowodnić ani Twojego istnienia, ani Twojego nieistnienia”, można by pytać, jakie to sposoby są rozsądne. Czyżby tylko eksperymentalne? W takim razie nikt nie udowodni istnienia wielu innych rzeczy, np. miłości, współczucia, przyjaźni itp. Bo na przykład te stany bardzo łatwo udawać.

Ale jest rzecz o wiele bardziej ważka od tego, co powiedział Diderot i akceptował prof. Kołakowski: Bóg, którego istnienia bądź nieistnienia nie muszę udowadniać, bo nie mam takiej potrzeby. Bóg nie dla świata, nie do żadnego udowadniania czy wymachiwania nim publicznie, lecz Bóg prywatny. Ten, który JEST wyłącznie we mnie i dla mnie. Lub go NIE MA. Otóż we mnie go nie ma i nigdy nie było. Był tylko w wyobraźni w dzieciństwie, ale się zmył. 60 lat temu, może ciut później. Zdałem sobie sprawę z tego, że nigdy obecności żadnego Boga w sobie nie doświadczałem. Były we mnie wyłącznie słowa, którymi mówiono mi o Bogu, o aniele stróżu, o Matce Bożej, o świętych. Nie doświadczałem w wyobraźni żadnych desygnatów tych słów, żadnych świętych postaci ani ich wizerunków innych niż te, które widziałem w kościele lub na obrazkach. Nikt z obrazków do mnie nie przyszedł, nie przemawiał, nie pouczał, nie groził, nie chwalił, nie ostrzegał i nie mówił, że mnie chroni, kocha – czytałem tylko cudze słowa o chronieniu i kochaniu. Nigdy nie objawił mi się Bóg, który, jako wszechobecny, jest niby wszędzie. Po okresie kilkuletniego postępującego obojętnienia na sprawy religijne, zapanowała we mnie religijna cisza i trwa do dziś (Gadam, rzecz jasna, o religii, bo to był ważny kawałek życia, ale teraz to tylko zwykły temat poznawczy i prywatne śledztwo w sprawie oszustwa).

Dopiero wiele lat później, jako niereformowalny ateista, zainteresowałem się Biblią, w której znalazłem niezliczone dowody na to, że i starotestamentowy Bóg Jahwe, i udający jego syna Jezus to tworzony nie przez domniemanych bogów, lecz przez ludzi spektakl – niekoniecznie w złej wierze – obcowania z wymyślonym, a nawet wytęsknionym światem nieistniejących abstraktów: DOBRA, MORALNEGO PIĘKNA, POKOJU, BEZPIECZEŃSTWA, NIEŚMIERTELNOŚCI. Same słodkości i ani jednego bożego okrucieństwa, barbarzyństwa, dzikości, złodziejstwa, mordowania, oszukiwania, mściwości.

Modlitwę Diderota mam za tak samo niepoważną jak prowadzone na maglowym poziomie rozmowy wierzących z niewierzącymi o istnieniu/nieistnieniu Boga. Niepoważną, ponieważ oderwaną od źródeł konkretnej religii. To modlitwa do uogólnionego, myślowego konstruktu mającego niewiele lub nic wspólnego z biblijnym okrutnikiem Jahwe. Względnie zasadnie można rozstrzygać o istnieniu/nieistnieniu tylko konkretnych bogów na podstawie krytycznej analizy źródeł religii, w których ci bogowie są głównymi osobami dramatu. Tam można wyczytać w bogach czysto ludzkie nielogiczności, sprzeczności, niekonsekwencje, boską niemoralność, nieporadność, niedoskonałość Doskonałego, niedorzeczności itp. – można pokazywać czarno na białym, że każdy bóg w każdej bez wyjątku religii pochodzi od człowieka, a nie odwrotnie.

Istnienia zaś lub nieistnienia BOGA ABSTRAKCYJNEGO, jakiegoś demiurga, absolutu, siły sprawczej, Inteligentnego Projektu, czyli boga, który nie ma żadnych właściwości, rzeczywiście nie da się udowodnić. Ale da się znaleźć źródło tak głupiego pomysłu jak szukanie dowodów istnienia/nieistnienia czegoś, czego ludzkość nigdy nie doświadczyła, a zna wyłącznie ze słów – podobnie jak zna baby-jagi, krasnoludki, wilkołaki, trolle. Starożytni wymyślili mnogich bogów z zagrożeń, lęków i niewiedzy, natomiast myśl o abstrakcyjnym absolucie wzięła się z niemożności oderwania się od tego, z czym się jest oswojonym. Psychika człowieka była od tysięcy lat skażona domniemanym istnieniem człekopodobnych bogów. Ale poziom intelektualny i moralny tych bogów z czasem stawał się dla coraz sprawniejszego umysłowo człowieka żenujący – nawet dla ciut trzeźwiejszych wierzących. Mój przyjaciel, mocny katolik i ojciec czwórki synów, zwierzał mi się, że nie może zrozumieć, jak wszystkomogący niebieski Ojciec mógł posłać na śmierć Syna i po co, skoro jednym błyskiem bożej myśli mógł sprawić, że wszyscy staliby się bezgrzeszni bez jakiegoś głupiego i niepojętego odkupiania.

Abstrakcyjny bóg, siła, absolut czy jak go zwał, nie jest tworem wyobraźni starożytnych ludów, lecz współczesną myślową konstrukcją wyabstrahowaną z idei bogów w konkretnych religiach, z powietrza skażonego bogowością. Jest obsesyjną syntezą, nieuprawnionym uogólnieniem bogotwórczej i bogobojnej myśli wystraszonych ludzi szukających ratunku przed śmiercią i spragnionych jakiejś logiki w istnieniu świata i wszechświata. Na gruncie judeo-chrześcijańskim to tylko wyższy myślowy konstrukt przykrywający żenującego choleryka i dzikusa Jahwe.

Podsumujmy.

Sam dla siebie nie potrzebuję żadnego udowadniania nieistnienia Boga, bo nigdy jego istnienia ani istnienia czegokolwiek nadprzyrodzonego nie doświadczałem. Choć bałem się diabłów i ciemności, ale to nie było przecież DOŚWIADCZANIE diabłów. W dzieciństwie doświadczyłem tylko ludzkich słów o Bogu i przekonania o istnieniu Boga, ale nie doświadczyłem Boga. Mój kolega z jednego pokoju w internacie nie doświadczył w swej ateistycznej rodzinie nawet słów o Bogu. Żył więc od urodzenia do śmierci bez Boga. A przecież główną treścią Biblii są relacje Boga z ludźmi. Biblijny Bóg może wszystko, wie wszystko, widzi wszystko i jest wszędzie. Ale z paroma miliardami ludzi, w tym z moim kolegą i ze mną, nie wszedł w żadne relacje – po prostu może wszystko, ale do nas nie dotarł. Może zabłądził.. To jest fakt, nie interpretacja, i zarazem jeden z wielu ROZUMOWYCH dowodów nieistnienia Boga judaizmu i chrześcijaństwa.

Pombocek