Łyszczyński i Wojtyła – jakże to miło

Kilka dni temu minęła 330 rocznica zamordowania, w niewyobrażalnie okrutny sposób, przez Kościół katolicki i z pomocą państwa, Kazimierza Łyszczyńskiego. Którego winą było to, że mierzył się z ważnymi pytaniami egzystencjalnymi, myślał z odwagą i tworzył własną na nie odpowiedź.
Jakże to przykre: Kościół nie może już dalej mordować. Mylne to przekonanie: nie może dziś w garści krajów, a nawet nad Wisłą. Czego nie może w jednym miejscu, może jeszcze w innym: prześladować, judzić do rozlewu krwi i krew mieć na rękach. Casus Rwanda oraz inne kazusy.
Przemoc fizyczną kontynuuje jednak dalej, pod postacią nieodmienną, bo do odmienienia niemożliwą z mocy swojej natury, a natura ta jest święta: przemocy psychicznej i symbolicznej. Co także potrafi skończyć się fizyczną śmiercią. Zadaje przy tym masową śmierć psychice: gwałt fizyczny jest zbrodnią, jest śmiercią zadaną psychice dziecka, losem, który bywa gorszy od śmierci. I podobnym gwałtem jest rutynowa, istotowa działalność Kościoła katolickiego: formatowanie osobowości – co jest więzieniem dla niej, wbudowywanie w psychikę lęku i przerażenia by nad człowiekiem panować, dając mu przy tym fałszywe pocieszenia za które musi Kościołowi płacić cenę bez końca. Wmawia mu przy tym, że skrzywiona moralność jest jedyną słuszną i zbawienną moralnością, a on sam bez Kościoła katolickiego jest jak dzikie zwierzę: bezrozumne, pobawione moralności i agresywne. Zaiste: agresję wyznawca kieruje najpierw ku sobie. Patrzy na ciało na krzyżu i musi sobie wmówić: ty go zamordowałeś!

Ludzie naiwni, słabego rozumu bądź cynicy sądzą, że to są wesołe drobnostki: dni temu kilka, przed kościołem, komando członków kleru wraz z ministrantami, spaliło nienawistne im książki i przedmioty szatańskie. Nic podobnego, to jeden z objawów nieustannej wojny kleru z człowiekiem w sobie i z człowiekiem w innym. Nic innego nie mają: grożenie, potępianie, nieustanne działanie pod prąd procesów wyzwoleńczych w człowieku; ignorowanie i sprzeciwianie się faktom. Kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa. Moralna ohyda.

Mamy też inną, jakże charakterystyczną, manifestację sytuacji Kościoła kat. nad Wisłą: oto czci on rocznicę śmierci innego Polaka: Karola Wojtyły, Lolka, Ojca Świętego i Świętego Ojca Świętego. Jakżeż czcigodnie umierał, wśród niezliczonych pacierzy i wzruszeń wyznawców i niejednego niewyznawcy. Była to śmierć z przesłaniem: szanuj życie i tak dalej. Ach, jakżeż Kościół życie szanuje, dręcząc je bez ustanku i bez śladu szacunku dla życia kacerza i pamięci o nim.

Wojtyła – jakiż Wielki Polak! Ten Polak wyprodukował swój episkopat, wybrał sobie kompanię biskupów i – jak sam Kościół mówi: dał przykład i nas ukształtował. Właśnie widać skutki. Ten jest wielce wymowny: episkopat, w ramach czczenia Świętego Ojca Świętego, Wielkiego Polaka, ucieka przed ludźmi. Niedawno okno papieskie było szeroko otwarte i Duch Święty z niego ulatał, łaskami obdarowując ludność nadwiślańską i ogólnoświatową. Teraz okno zamknięte, a biskupi odgrodzili się od własnych wyznawców i reszty publiczności murami oraz strażą, w pelerynach jednoznacznie nawiązujących do ducha średniowiecznych przewag wojennych Kościoła.

Bardzo to jest słuszne i zbawienne: Duch okazuje się zaduchem.
I to jest zbawienne: postawa Kazimierza Łyszczyńskiego, która miała swój udział w tym, że człowiek zaczął zrzucać łuski z oczu i odrzucać katolickie zniewolenie, które Święty Ojciec Święty wraz z całym swoim przedsiębiorstwem nazywa wolnością.
Jeśli zaś komukolwiek pomnik się należy, to Kazimierzowi Łyszczyńskiemu. Nie Wojtyle. I nie mniemanemu Bogu.

Tanaka