Debata przez pancerną szybę

Tak naprawdę miał być to komentarz do wstępniaka Tanaki ale nawał obowiązków…więc piszę wstępniaka.
Komentowałem ów wpis red. Szostkiewicza także…Ale tam dynamika dyskusji mniejsza.
Tekst Tanaki trafia do nas i…w próżnię. Bo to jest jak dyskusja ze ślepym o kolorach albo głuchym o różnicy w brzmieniu winyla i CD. Pewna taka nieprzeskakiwalna niekompatybilność bo nie napiszę coś takiego jak real i matrix. W ten sposób rozumując i przyjmując taką optykę mogę rzec: tak jak zgadzam się z ,,linią” Tanaki/Hartmana wyrażoną w ich artykułach, to chcę napisać ,że   ,,rozumiem” ,,linię” red. Szostkiewicza. Dlatego też piszę o swego rodzaju próżni w którą trafia tekst Tanaki.

Ale po kolei. Znam kilkoro katolików – wspaniali ludzie, dobrzy, empatyczni, myślący ludzie. Po prostu, ta pozytywniejsza część ludzkości. Gdy wymieniam im występki ich Kościoła – kiwają głowami ze smutkiem i zażenowaniem ale także zrozumieniem dla krytyki…tak, tak nie za bardzo, sami księża mówią … to bardzo słabe i zasmucające. Dorzucam danych, żeby nie było, że tylko pedofilia i pedofilia ale jeszcze…(tu idą FAKTY historyczne – te bezdyskusyjne). Znowu: tak, tak – to było potworne, nieludzkie…

I tu zaczyna się: Hartman/Tanaka oczekują konsekwentnego pójścia, za naszym (słusznym w sumie, jak sami przyznają) osądem moralnym Kościoła. A więc co? Trzeba opuścić tą ekipę!?  Oczekujemy od nich, myślących , etycznych ludzi-katolików gestu Kuronia czy Michnika, którzy przejrzawszy sprzeniewierzenie się przez PZPR ideom lewicowości, dopełnili swoją konstatację czynem. Zresztą nie tylko wystąpili ale także napiętnowali (my chyba jednak aż takiego aktu samozaparcia nie oczekujemy?) i tu zaczynają się schody: Szostkiewicz* pisze o „pełnym błędów/popełniającym błędy aparacie” ale i o będącą „pełną skarbów duchowości” duchową wspólnotą, która jest czymś więcej niż „to” i „zresztą ten aparat też aż tak do końca zły nie jest” (tu odzywa się liberał – tak naprawdę nikt poza absolutnie nielicznymi wyjątkami do końca nie jest zły). A bo dobroczynność, bo opieka, bo cywilizacja, bo organizacja życia małych wspólnot (tu konserwatysta: w dzisiejszym zatomizowanym świecie jest to wartość bezcenna – jako lewicowiec potwierdzam i popieram). Nazwałem to pewnym konstruktem pozwalającym zachować (wcale nie tylko) pozorną integralność siebie. Rozdzielamy to co złe od tego co fest fajowe i dajemy radę. Jak dziecko – przymknijmy oko. 

My domagamy się by pójść konsekwentnie: skoro widzimy nieprawość danej organizacji, w której członkostwo jest dobrowolne (de jure bo społeczeństwo swoje robi jednak) to trzeba powiedzieć jej pas: „Nie w mym imieniu!”. Żeby nie było tych mitycznych „98%” w imieniu można, żądać, upominać, domagać się, piętnować.

Tu zaczynają się intelektualne schody: Bóg dał ludziom dobrą wolę, człowiek słabym i grzesznym jest, a księża są tylko ludźmi (kuźwa mać ale „ludzie” uzurpują sobie prawo dyktowania norm postępowania innym), „tak – wiem – nie powinni tak gonić za splendorem i mamoną” (kuźwa mać : nie gońcie za dobrami doczesnymi bo to marność jest…), „wiem to podłe, że ukrywali pedofilów ale u świeckich też tacy są”  (ci inteligentni wiedzą, że przekazior kościelny to bull shit więc nawet nie dyskutują o współuczestnictwie aparatu kościelnego w ukrywaniu procederu).

I co? I nic! „ALE TAM NA OŁTARZU JEST JEZUS! ON TAM JEST”, „On jest obecny wśród słabych i grzesznych” (w jaki sposób?) a przecież człowiek słabym jest i grzesznym. Dla nas (ateistów) jest tam kawałek podpłomyka pszennego a dla nich jest ich BÓG. I na nic dyplomy inżynierów Harvardu, sławy nauk wszelakich: humanistycznych, przyrodniczych czy matematyki. ON TAM JEST. I wooj! chciałoby się rzec dopełniając wypowiedź przedmówcy. Nie ma łączności.

Dlatego wyznający PODOBNE wartości (i w to wierzę, że szczerze) redaktor* jak prawie wszyscy tu obecni: otwartość, tolerancję, poszanowanie autonomii – ucieka dopełnić konsekwencją tego co widzi? Przecież nikt nawet nie oczekuje, że zostanie agresywnym ateistą (jak to kiedyś był mnie łaskaw takowym mianem obdarzyć) ale może pójdzie drogą którą poszli byli ks. Więcławski czy Obirek. To co widzieli czynem  dopełnili. Może im było łatwiej dlatego, że byli bliżej?

Dlatego napisałem „jak ze ślepym o kolorach”…
Bez sensu? Po co więc podejmuje debatę, dyskusję?
Alkoholik nie zacznie się leczyć dopóty, dopóki nie pojmie, że jest alkoholikiem.

* taka postawa dotyczy (w różnym stylu i stopniu) tych wszystkich świetnych ludzi-katolików, których mam zaszczyt znać.

Slawczan