Nauczanie  

@wujaszek wania  poruszył niedawno najistotniejszy (chyba) temat naszej – czyli człowieczej – cywilizacji, czyli nauczanie. Nam maluczkim wolno, bo w sumie rzadko zdarza się wypowiedź jakiejś prominentnej osobowości na ten temat. Przyczyn jest wiele:
– złożoność tematu,
– bezpośrednie powiązanie z (nieznaną) przyszłością,
– prawie nieskończenie wiele możliwych rozwiązań,
– kilkaset innych.

Jednym z bardzo ważnych problemów jest tu (jak i w każdej innej dziedzinie) wpływ wynagrodzenia na jakość pracy. Od dawna widać, słychać i czuć, że wyższe niż przeciętne wynagrodzenie przyciąga przede wszystkim niefachowców. Im większa instytucja tym gorzej. Dotyczy to również sektora prywatnego. Powyżej pewnego progu skomplikowania struktury zarządzania, administracja zaczyna działać dla siebie. Rosną koszty, a zasadniczy cel znika w gąszczu zarządzeń i dyrektyw. Tylko systemy autorytarne jakoś jeszcze działają. Oczywiście mało demokratycznie.

Co z powyższego wynika? Można się pocieszać, że prawdziwi (nawiedzeni?) fachowcy pracują wspaniale niezależnie od wysokości uposażenia. Pewnie zdarza się jedna/jeden na tysiąc – katastrofalnie mało z punktu widzenia społeczeństwa. Natomiast działanie pod presją przynosi co najwyżej krótkoterminowe efekty. „Wypalanie” jest bardzo szybkie. Tylko w filmach i w literaturze, bohaterowie są niezniszczalni i niezużywalni.

Ostatnio, coraz częściej dyskutowaną próbą rozwiązania tego dylematu jest podstawowe uposażenie dla wszystkich, ustalone na poziomie wystarczającym na „godne” bytowanie. Poziom tej „godności” jest oczywiście dyskusyjny i zależny od zasobności społeczeństwa. Ważny jest tu jednak skutek takiej (ewentualnej) decyzji: czy człowiek, który nic nie musi, przestanie robić cokolwiek? Jeśli tak, to przestanie również czynić zło. Jest zatem pozytywny efekt dla społeczeństwa. Jeżeli jednak nie przestanie być aktywny, to czy jego aktywność będzie pożyteczna dla społeczeństwa?

Jeżeli usuniemy bodziec w postaci wyższego uposażenia za „wierność” systemowi, to można (chyba) założyć, że aktywny obywatel będzie czynić to, co chce. A więc dobrze, we własnym rozumieniu. A że działamy w społeczeństwie, wzorce i porównania są nieodłączną częścią naszej świadomości, więc dążenie do podwyższenia jakości działania funkcjonuje (prawie) zawsze i wszędzie. Jest to, odczuwane przez prawie każdego człowieka,  pierwotne poczucie konieczności bycia lepszym. Dlatego kapitalizm jeszcze jakoś funkcjonuje, bo na nim bazuje. Jak widać jednak z praktyki, bez regulacji stabilizujących „rozjeżdża” się wszystko: systemy gospodarcze, religie, szkolnictwo, a nawet dyktatury. Najistotniejszą próbą, powtarzaną co jakiś czas, jest demokracja. Jej istotą jest, a raczej być powinno, współdecydowanie wszystkich członków danej społeczności.

Aktualnie, mamy do dyspozycji wspaniały (i to o zasięgu światowym) model działania wszystkich chętnych, czyli Internet. Pomimo zakusów pojedynczych rządów, by wprowadzić nad Internetem kontrolę, (jak na razie) szeroko pojęty zysk jest wielokrotnie wyższy, niż wszystkie straty, spowodowane działaniem destrukcyjnym. To działanie destrukcyjne odnosi się oczywiście przede wszystkim do „burzenia” starych porządków. Działania pozytywne, to przede wszystkim przeróżne „wikipedie”, „wikileaksy” oraz ogólnoświatowe projekty typu linux czy python. Pracują nad nimi wszyscy chętni dlatego efekty są rewelacyjne. I to właśnie takie projekty mocno pchają cywilizację. Dlaczego? Dlatego, że dają do ręki narzędzia (i uznanie za dobrą robotę) każdemu chętnemu. I nagle okazuje się, że nie trzeba być udokumentowanym i utytułowanym fachowcem, by zrobić coś dużego i fajnego. I do tego bez wynagrodzenia. Jest to chyba wystarczający dowód na istnienie w nas „dobrych genów”. Dlaczego zatem tak się wzbraniamy, by je powszechnie uruchomić? Abstrahuję tu od podłego ich wykorzystania przez różnego autoramentu religie.

Niestety, cała historia ludzkości pokazuje, że do rządzenia/zarządzania, pchają się przede wszystkim te osoby, które najmniej się do tego nadają. Wśród nich jest sporo takich, które chcą po prostu rządzić i traktują to jako konieczną podbudowę poczucia własnej wartości. Natomiast absolutna większość dostrzega przede wszystkim możliwość znacznego zwiększenia dochodów przy jednoczesnej (prawie) całkowitej bezkarności.

Wyobraźmy więc sobie społeczeństwo, w którym każdy obywatel otrzymuje uposażenie wystarczające do spokojnego przeżycia. Natomiast każdy pracujący otrzymuje np. dwukrotnie więcej. I nic ponadto. Zasadnicze problemy można stosunkowo łatwo wyeliminować:
– brak jakichkolwiek tajemnic jeśli chodzi o wspólne sprawy, czyli każdy może wiedzieć wszystko i zabrać głos,
– wejście nowego produktu/usługi – zanim osiągnie poziom dostępności dla wszystkich – dystrybuowane drogą np. publicznych losowań. Bez wyjątków.
Nieprawdą jest, że takich prób było wiele. Każda z nich zakładała, że ktoś rządzi/decyduje. A przecież Internet, akcja Owsiaka i tysiące innych pokazują, że można beznakazowo działać wspólnie, a efekty są niewspółmiernie wyższe, niż jakiejkolwiek akcji sterowanej odgórnie.

Podstawą wszelkich zmian globalnych jest powszechne przyzwolenie. I tu właśnie wkracza nauczanie. Musimy je globalnie zmienić: musi być otwarte i – powyżej poziomu podstawowego – całkowicie dobrowolne, czyli każdy uczy się czego chce i rozwija swe naturalne zdolności. Chyba czas skończyć z uczeniem jako indoktrynacją z nagrodą (wyższe uposażenie) za poddanie się przekształceniu w automat powolny systemowi. Przyszłością cywilizacji może być tylko maksymalna różnorodność. Z jednej strony zasadniczo zwiększy szanse na szybki rozwój techniki i technologii, a z drugiej ograniczy jednostronne globalne działania, jak np. zamulenie całego świata plastikiem.

Qba