W odpowiedzi na tekst Adama Szostkiewicza

Niniejszy tekst jest odpowiedzią na tekst polemiczny Adama Szostkiewicza „Grzeszny Kościół świętych ludzi. W odpowiedzi Janowi Hartmanowi”, z dnia 18 marca.
Tekst Jana Hartmana, pod tytułem „Wstyd być katolikiem!” ukazał się 15 marca.

Jan Hartman:

Wstyd być katolikiem!


Adam Szostkiewicz: https://szostkiewicz.blog.polityka.pl/2019/03/18/grzeszny-kosciol-swietych-ludzi-w-odpowiedzi-janowi-hartmanowi/?nocheck=1

[Akapity ujęte w kursywę i wytłuszczone są cytatami z tekstu Adama Szostkiewicza, chyba że inaczej zaznaczono. Odnoszę się do wszystkich akapitów, po kolei].

* * * * *

Grzeszny Kościół świętych ludzi – czytam w tytule.
Nie wiem, serio to zostało powiedziane, czy przewrotnie. Niezależnie od tego, oba teksty czytam ze smutną satysfakcją: pełen życia i pasji, boleśnie trafny bo mocno oparty na faktach złożonych w zjawiska i rozumienie rzeczy tekst Jana Hartmana a przeciw niemu ledwo żywa, miałka, wymijająca i w sumie bezradna odpowiedź Adama Szostkiewicza. W istocie, to nie jest odpowiedź. Tekst z intencji polemiczny nie wchodzi w dialog, nie odpowiada na strukturę strukturą; mocnymi i klarownymi argumentami na argumenty. Mija się zupełnie z tekstem profesora.

Słabość tej odpowiedzi jest związana ze słabością argumentów którymi się dysponuje lub nierozumieniem rzeczy. Ma ona zapewne coś wyjaśniać i czegoś bronić, ale nie wiadomo co i czego: całości czy wybranej sprawy; katolika, wiary, religii, mentalności, wybranych osób podanych z nazwiska, jakiejś mniemanej Prawdy i świętości, oraz której: Kościoła katolickiego, czy może jakiegoś bytu o nieokreślonym kształcie i treści, który miałby być swoistym kościołem w Kościele, albo jakimś niezależnym kościołem?

A obrona przecież jest taka łatwa. Kto stoi na gruncie Prawdy, broni się z lekkością serca i śmiałością polemicznego miecza. Czyni to z radością bożego szermierza, pewny ze jego ruchami kieruje sam Wszechmogący. Siła rycerza jest siłą Nadprzyrodzonego.
Zgadnij teraz, czytelniku, czy powiedziałem to serio, czy przewrotnie. Bo serio tak to wyjaśnia sam Kościół katolicki.

* * *

Mój blogowy sąsiad profesor Jan Hartman wygłosił płomienne laickie kazanie pod hasłem: wstyd być katolikiem. Czy podobałoby mu się kazanie pod hasłem: wstyd być niewierzącym? Albo: wstyd być żydem?

Czy to jest pytanie retoryczne? Czy ma zawstydzić, bo to nieładnie uważać, że „to wstyd być katolikiem”, i wstyd, że Jan Hartman wygłosił laickie kazanie?
Czy Janowi Harmanowi podobałoby się kazanie o tym, że to wstyd być niewierzącym albo żydem – nie wiem, sam może odpowiedzieć. Natomiast, co do zasady, to najpierw należy się zapoznać z określonym „kazaniem”, by mieć przesłankę do wnioskowania: wstyd, czy nie wstyd. Autor takiego kazania sam ryzykuje wstydem.

Jan Hartman wyjaśnia dlaczego wstyd być katolikiem. Odpowiedź nic nie wyjaśnia. Przede wszystkie tego, dlaczego to nie wstyd być katolikiem.

* * *

Generalizująca furia raczej nie pomaga słusznej sprawie walki z przestępstwem pedofilii w Kościele. Katolicy, jak niewierzący i ludzie innych wyznań, to tacy sami ludzie z takimi samymi emocjami. Nikt nie lubi być wrzucany do jednego worka z przestępcami i ich protektorami. Taka retoryka kojarzy się źle: z ideologicznym wykluczaniem grupy ludzi na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej. A to się nie mieści w katalogu liberalnych wartości.

Generalizująca furia znajduje się u autora znanego jako św. Paweł. Nie, źle się wyraziłem: znajduje się w Piśmie Świętym. Tak ono mówi o Żydach do Tesaloniczan: Żydzi zabili Pana Jezusa i proroków i nas także prześladowali. A nie podobają się oni Bogu i sprzeciwiają się wszystkim ludziom… Tak dopełniają zawsze miary swych grzechów. Ale przyszedł na nich ostateczny gniew Boży.
Odpowiednia generalizacja jest także w Piśmie Świętym, u św. Mateusza: A cały lud zawołał: Krew Jego na nas i na dzieci nasze!.

Na tej generalizującej furii oparte oparte zostało nieustające prześladowanie i mordowanie Żydów przez chrześcijan. Tu jest źródło zła o wielkości nie do opisania, tu jest źródło usprawiedliwienia zła: Pismo Święte! Objawienie Boże! Świętość nad świętościami. To zło trwało, w brutalnej, ludobójczej formie, do 1945 roku. Dwa tysiące lat od Chrystusa, dwa tysiące lat generalizowania: kto nie z nami, ten przeciw nam! I dziś trwa ona w najlepsze: kto krytykuje, jest wrogiem Kościoła katolickiego, jest wrogiem Polski i Narodu, a Kościół to Polska. Ileż razy to słyszymy, każdego właściwie dnia. Słowa pogardy, odrzucenia, poza margines społeczny, kulturowy, poza Polskę! Dokładnie tyle razy ile słyszymy te słowa, tyle razy nie usłyszymy słów stanowczo i głośno je potępiających, ze strony tych, co to rzekomo tworzą jakiś rzekomo szlachetny kościół.
Nie mniejszą generalizacją, choć podaną nie furioso a dolce jest to co każdego dnia słychać od katolików: Kościół do dobrego namawia, nie do złego.

Niech więc Jan Hartman też trochę sobie pogeneralizuje. Pokazuje bowiem syntezę. To generalizacja zagęszczona do istotowej trafności. Zwłaszcza, że ma do tego poważne i konkretnie przedstawione powody, całkiem inne niż Pismo Święte.

Ludzie są tacy sami wyłącznie na poziomie – właśnie – zgeneralizowanym. Wszyscy – i katolicy i muzułmanie; komuniści, ateiści, masoni i cykliści mają po dwie ręce i nogi oraz mają takie same żołądki. Wszyscy chcą, żeby było dobrze. Wszyscy kochają dzieci, i wszystkie dzieci są nasze. Katolik się różni od muzułmanina. Inaczej nie byłby katolikiem, a muzułmaninem. Albo masonem.

Furia – w tej sprawie, a i w wielu innych – bardzo pomaga. Staje się niezbędna, gdy inne środki budzenia zawodzą. Dopiero ona potrafi wyrwać z zakłamania moralnego, otrząsnąć z porażenia umysłu i skonfrontować z rzeczywistością. W mordercze furie wpadał regularnie Absolut Miłości – Bóg Wszechmogący, wpadał i Jezus – Syn Boży. W furię musiał wpaść Marcin Luter, żeby Reformacja cokolwiek zmieniła w Kościele katolickim. Co się musiało zamienić w gigantyczne furie wzajemnych monstrualnie brutalnych wojen religijnych toczonych przez samych chrześcijan. Kontynuując furie, także sami chrześcijanie toczyli Wielką Wojnę XX wieku, po chwili się dowiadując, że to dopiero Pierwsza Wojna Światowa, będąca preludium do wojny niezrównanie bardziej wypełnionej okrucieństwem i masowym ludobójstwem – Drugiej Wojny Światowej.

Nikt nie lubi być wrzucany do tego samego worka z przestępcami i ich protektorami? Czyżby? Kto nie lubi, ten robi co należy, żeby nie było powodów: tych przestępców i protektorów. Zwłaszcza dlatego, że ci przestępcy i ich protektorzy oznaczają zbrodnię, nie zaś wygładzone do ogólnika przestępstwo. Kto nie zrobił tego co należy, słusznie w worku się znajduje. Ma powód do wstydu, nieraz do poczucia osobistej hańby. I ma przywilej katolika: sakrament pokuty i pojednania, którego wykonać nie chce.

Katolicy to znają z codzienności i szczerze praktykują: rachunek sumienia, mea culpa i czyściec. Ten worek to czyściec, wrzuca doń nie ktoś, a ciążące winy katolika. Gdzie jest jednak ten rachunek sumienia 95% Polaków? Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie – niech zda relację.

Katolicy to Kościół. Tak się chwalą. Ponoszą więc odpowiedzialność zbiorową: są członkami, odpowiadają za Kościół. Ale nie, tu widać, jak działa system ucieczki: jak jest splendor i zyski, to Kościołem są biskupi z klerem, jak są winy i zbrodnie – to Kościołem jest jest lud boży . Ojcami sukcesu są biskupi, sprawców hańby jest może mniej niż palców. I to wina ludu. Znowu to zakomunikował Episkopat: pedofilia jest wśród ludu bożego, dlatego jest i w Kościele. Winni są tylko nieznani sprawcy: przestępcy i ich protektorzy. Z największą trudnością udaje się kogokolwiek ustalić i słusznie skazać – dotąd niemal z reguły – wbrew Kościołowi. Nie hierarchów, owych protektorów, nieraz też sprawców, a jeśli – to pierwszych dopiero, nie w Polsce i nie za sprawą Kościoła. Reszta ma czyste ręce i niewinne dusze.

* * *

Tymczasem nie wszyscy katolicy są obarczeni tym przestępstwem. Wielu, może nawet większość, także księży, stara się żyć przyzwoicie i zgodnie z przykazaniami swej wiary. Wielu zna dobrze ciemną stronę Kościoła łacińskiego, nie wybiela jej ani nie gloryfikuje.

Zgoda: nie wszyscy katolicy są obarczeni tym przestępstwem – w rozumieniu gwałcenia dzieci. Wszyscy, lub prawie wszyscy są obarczeni milczeniem. Biernym, lub aktywnym przyzwoleniem na zło, które działo się od początku chrześcijaństwa. Wszyscy, lub prawie wszyscy wiedzieli, ale odwracali oczy. O pedofilii Jankowskiego wiedziała nie tylko jego parafia. To była wiedza publiczna, ale zmowa milczenia była skuteczna. Ten systemowy schemat powtarza się niemal w każdym przypadku konsekrowanego gwałciciela: otoczenie wiedziało, ale nic nie robiło, co najwyżej – ten i ów – sarknął w kącie na księdza co nie umie trzymać rąk przy sobie. Albo jest rozsądne usprawiedliwienie: ksiądz też człowiek, co ma – biedny – robić!? Było jeszcze gorzej: ksiądz to świętość! Nie będziesz, gówniarzu, na księdza gadał, a jak nie, to won z chałupy! Tak katoliccy rodzice zdradzają własne dzieci.

Twierdzenie, że wielu, może nawet większość […] także księży, stara się żyć przyzwoicie i zgodnie z przykazaniami swojej wiary – jest bardzo wątpliwe w przypadku księży. Do seminariów trafiają na ogół młodziankowie niedojrzali i już na psyche skrzywieni, często straumatyzowani. Dalej odbywa się formatowanie osobowości do postaci klerykalnej. Nie dziwi człowieka rozumnego i z odwagą patrzącego na fundamentalny problem, że wśród kleru jest wielka nadreprezentacja tego, co sami nazywają zboczeniami na co dzień, a doktrynalnie wielkim nieuporządkowaniem moralnym. Kilkadziesiąt procent z nich to są homoseksualiści. Ale za zboczenie nie uważają pedofilii. Nie cztery i nie siedem procent członków kleru to pedofile, a znacznie więcej. W przypadku tak ciężkich i stabuizowanych przestępstw jak gwałt, w dodatku na dziecku, w dodatku wykonany przez osobę świętą, realna liczba bandytów i ich ofiar zawsze jest wielokrotnie większa niż oficjalnie ujawniona. Na ujawnianie danych które znamy, wpływ miał sam Kościół katolicki. W polskim przypadku – wyłącznie.

Owa większość zaś stara się żyć przyzwoicie i zgodnie z przykazaniami swojej wiary tak, że problem gwałcenia dzieci przez członków kleru katolickiego (i nie tylko dzieci, teraz zaczyna się mówić o kolejnym drastycznym problemie obecnym od zawsze – niewolnictwie i seksualnym używaniu zakonnic, nie w Polsce jednak, jeszcze) ma zasięg globalny. Owa przyzwoitość na to pozwoliła. Katolik ma w owych przykazaniach wiary to, żeby publicznie świadczyć o cnotach katolicyzmu. Właśnie te cnoty widać.

Taka retoryka kojarzy się źle: z ideologicznym wykluczaniem grupy ludzi na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej. A to się nie mieści w katalogu liberalnych wartości.
Zabrakło dopowiedzenia – chyba z poczucia oczywistości, bo to skojarzenie jest powszechne w obiegu publicznym: kojarzy się źle, bo z komunizmem. To zafałszowanie i Kościół je chętnie stosuje: co złego, to komuniści. Nie komunizm jest pierwotnym autorem ideologicznego wykluczenia i odpowiedzialności zbiorowej, a sam Kościół katolicki, który wyklucza ideologicznie i wykluczał fizycznie od zarania swoich dziejów. Komunizm uczył się u mistrza. Kto chce rzetelnie używać skojarzenia, niech sięga do mistrza, nie czeladnika.

Skąd to nieszczere powołanie się na liberalne wartości ? Kościół ich nie zna i nimi nie żyje, chce jednak korzystać i korzysta z liberalnych wartości, choć sam ich tak stanowczo innym odmawiał, a i dziś nie chce się im podporządkować. Do liberalnych wartości należy choćby wolność krytyki, wolność wyboru, równość stron, taka sama odpowiedzialność, włącznie z kryminalną. Jest i weryfikowalność i odpowiedzialność publiczna: kłamiący polityk, nadużywający władzy, judzący, pomawiający polityk podaje się do dymisji i znika ze sceny ze wstydem, lub jest do tego zmuszany w ramach egzekwowania liberalnych wartości. To też brak przywilejów specjalnych, chyba, że się jest ułomnym. Ale to nie przywilej, a wyrównywanie szans.

Kościół, za wszelką cenę, usiłuje wymusić nie tylko na swoich członkach, ale wszystkich obywatelach, stosowanie się do jego żądań moralnych czy wręcz obsesji. I brutalnie się zachowuje wobec tych, którzy – w ramach liberalnych wartości – mają inne zdanie i inne wartości, często wyższej próby.

To nie jest żadna liberalna wartość, że jest akt poddania lennego Polski innemu państwu, zwany eufemistycznie konkordatem który zawiera wyłącznie jednostronną listę zobowiązań państwa, a po stronie Kościoła – listę przywilejów .
W kodeksie jest sankcja z powodu obrażania uczuć chrześcijańskich, nie ma zaś sankcji na obrażanie uczuć niechrześcijańskich. Jakaż w tym hipokryzja – powoływać się na uczucia chrześcijańskie, gdy luteranina, prawosławnego, zielonoświątkowca, baptystę, protestanta potrójnie reformowanego nie obraża to, co obraża katolika. Niech katolik mówi jakoś uczciwiej: obraża się uczucia katolickie. I niech wskaże, jakie to są uczucia i udowodni ich obrażenie. Tego nie zrobi, ale oczekuje, że dzięki liberalnym wartościom państwo lenne skaże obrażającego.

Kościół, przenikający niemal wszystko w Polsce, najwyżej umocowany formalnie i emocjonalnie, utożsamiony z Polską; dysponent rzekomo jedynej moralności, sam ma coś do udowodnienia: że stosuje się do liberalnych wartości. Inaczej takie powoływanie się na owe wartości ciąży na innych tylko stronach i staje się nadużyciem.

* * *

Wielu zna dobrze ciemną stronę Kościoła łacińskiego, nie wybiela jej ani nie gloryfikuje.

To zdumiewająco śmiałe stwierdzenie wymaga uściślenia przez autora. Wielu to jest kilkadziesiąt procent. Powiedzmy, jakieś 700 milionów katolików. Albo miliard. W Polsce – kilkanaście milionów.

Skąd ta wiedza, że wielu? Jak się ta wiedza wielu przekłada na działania Kościoła?
Wiedza powszechna, doświadczalna codziennie jest bowiem zupełnie inna: wielu, większość katolików ma śladowe, żeby nie powiedzieć – żadne pojęcie o ciemnych stronach Kościoła. Nawet, gdy kiedyś coś usłyszeli, wypierają, zapominają, wybielają. Udają, że to dotyczy jakiegoś innego kościoła. Podają stale, wbrew faktom, w wątpliwość – jak Jedwabne. Czy nauka katechezy w państwowej szkole zapewnia szeroką wiedzę o ciemnej stronie Kościoła i naucza, jak nie wybielać?
Zresztą, z samej logiki twierdzenia wynika to, że takich co spełniają te wszystkie, bardzo trudne warunki, jest garstka, nie więcej.

* * *

Wielu, o czym wspomina sam Profesor, nie zostawia suchej nitki na pedofilach i drapieżnikach seksualnych w sutannach, tak samo jak na kościelnym systemie, który ich chroni przed odpowiedzialnością i na biskupach, którzy ten system konserwują.

Kolejne zdumienie – z jakąż delikatną oględnością wyraża się autor: nie zostawia suchej nitki na pedofilach… Znam to wyrażenie z całkowicie innych realiów: na autorze bzdurnej tezy krytycy nie zostawili suchej nitki. Konsekrowany gwałciciel, zbrodniarz, to widać osoba na której należy nie zostawiać suchej nitki.
Zaś zbrodniarz który gwałci dzieci to drapieżca seksualny: może lew, a może tygrys. Kto wie – kotek?
Jestem pod silnym wrażeniem tego miękkiego dla Kościoła języka w tak twardych sprawach.

Znowu czytam: wielu ! Ilu i od kiedy? Którzy z nich darli szaty, zdzierali gardła, rzucali w geście moralnego protestu sutanny, składali zawiadomienia do prokuratur, czy krzyczeli: no pasarán, zanim zaczęto ujawniać powszechną, globalną skalę zbrodni? I kto zaczął ujawniać – katolicy, z pobudek religijnych i subtelności chrześcijańskich uczuć, skoro 2 tysiące lat nie ujawniali? Nie aby ci Żydzi, jak choćby ten z Boston Globe? Nie aby Jerzy Urban, ten Żyd, ten Goebbels stanu wojennego innego łotra komunistycznego – Jaruzelskiego, który od początku lat 1990-tych pisał o seksualnych ( i każdych innych) przestępstwach kleru? Jak to potraktowało tych wielu, co poznali w ten sposób ową ciemną stronę Kościoła i nie wybielają?

Jak to w ogóle możliwe, że istnieje kościelny system, gdy tylu moralnych katolików co się kierują wartościami chrześcijańskimi? Ten system był, jest i będzie. Jest kośćcem Kościoła. Jego istnienie gwarantuje stałą niepewność u porządnego katolika: nie wie kiedy i jaki kolejny szok spotka i jego i ogół. Gwarantuje natomiast, że spotka. To constans systemu. Może go kiedyś nie będzie – gdy katolik zejdzie do katakumb i będzie żył w drobnych grupkach, karmiąc się manną z nieba, szarańczą i tym, o czym ciągle nie ma pojęcia: o czym tak naprawdę mówi Ewangelia.

* * *

Oburzenie na zmowę milczenia w Kościele jest słuszne. Ale w ciągu długiej historii Kościoła łacińskiego katolicy przykładali rękę nie tylko do rzeczy złych. Wielu szło za reformatorami i odnowicielami w Kościele, przeciwko kościelnemu establishmentowi i zatwardziałym doktrynerom.

Czy ja dobrze przeczytałem: nie jest to cytat ze słusznych wniosków zjazdu KPZR? Tak w ramach tego, co się źle kojarzy?

I już po raz trzeci z rzędu czytam o jakichś wielu. To zaklinanie rzeczywistości przez częstość powtarzania słowa, które ma zastąpić rzetelność argumentu.

Oburzenie na zmowę milczenia w Kościele jest słuszne. Nie, nie jest słuszne, bowiem owa słuszność obudziła się dopiero kilka, góra kilkanaście lat temu. Wcześniej katolicy za słuszne mieli realne akceptowanie tej zmowy milczenia, w której sami uczestniczyli i mieli z niej korzyści. To słuszność wymuszona, tragicznie spóźniona i przez to nieszczera. Dlatego nie jest wcale pewne na ile w Polsce jest to słuszne nawet dziś. Zachowanie Episkopatu i jego licznych sojuszników w świeżej sprawie tzw. raportu o pedofilii czy deklaracji warszawskiej w sprawie LGBT wyraźnie podaje w wątpliwość ową słuszność.

To, że katolicy […] przykładali rękę nie tylko do rzeczy złych nic nie znaczy. Nie tylko do rzeczy złych przykładali rękę muzułmanie i szintoiści, konfucjoniści i Żydzi oraz wszyscy poganie. Nie tylko do rzeczy złych przykładali rękę i najwięksi dyktatorzy i najwięksi zbrodniarze. Tak działa człowiek.
Jest jednak różnica: nikt nie dawał świętego nakazu czynienia wyłącznie dobra poganom, nikt nie rozliczał, nie obiecywał nagrody. Nakazał natomiast katolikom: miłuj nad życie MNIE! A w dalszej kolejności – miłuj bliźniego swego! Po owocach widać, że wcale nie nad życie. Jednak na poziomie najwyższego dobra, bo religii, tak bardzo źle to katolikom wychodzi, że autor bodaj się cieszy: nie tylko do złych rzeczy przykładali rękę. Krzyknąłbym z wrażenia: mój boże! Gdyby nie był to krzyk w pustkę.

Tak wielu szło za reformatorami, że oto mamy co widać: horror poznania, jak rozległa i systemowa jest zbrodnia. I że przez dwa tysiące lat działa się w najlepsze – czego jeszcze teraz się nie poznaje, bo mowa tylko i wyłącznie o kilku ostatnich dekadach. Skrzętnie milczy o tym sam Kościół katolicki. Milczą tak samo ci, co dobrze znają i nie wybielają.

* * *

To oni tworzyli Kościół ewangeliczny, Kościół Kazania na Górze i Ośmiu Błogosławieństw, gotowy do rozmowy i współpracy, do obalania murów między nacjami, konfesjami, religiami w imię chrześcijańskiego uniwersalizmu. To Kościół nazywany dziś czasem Kościołem otwartym, soborowym, ekumenicznym.

Co to takiego Kościół ewangeliczny? Czy ten kościół ewangeliczny to ten sam Kościół co nieewangeliczny, a katolicki? Jak katolik odróżnia jeden od drugiego i skąd wie, że jest we właściwym?
Czy Kościół ewangeliczny nie czerpie obficie korzyści od tego nieewangelicznego Kościoła, powołując się przy tym na swoją niewinność?
Jak to w ogóle możliwe, że jest jakiś specjalny Kościół ewangeliczny, skoro istnieje wyłącznie jedno, integralne, czyli całościowe Słowo Boże czyli Biblia, a nie osobna ewangelia?

To także nic nie znaczy, podobnie jak owi katolicy co przykładali rękę nie tylko do rzeczy złych. Tu zaś owo stwierdzenie brzmi jak słaba wymówka. Zanim się w ogóle spróbuje używać tak niejasnych pojęć, dobrych do żonglowania i zaciemniania obrazu a nie poważnej dyskusji, należy je wyjaśnić.

* * *

Znakiem tego Kościoła, który istniał i istnieje od zawsze, równolegle z monopolistycznym katolicyzmem upaństwowionym, upolitycznionym, wręcz upartyjnionym, sprzymierzonym z władzą świecką dla osiągania korzyści, może być np. deklaracja o stosunku do religii niechrześcijańskich „Nostra aetate”, uchwalona podczas odnowicielskiego II Soboru Watykańskiego. W Polsce takim znakiem może być dokument episkopatu o „chrześcijańskim kształcie patriotyzmu.

Michel Onfray nazwał coś takiego wyłuskiwaniem. A więc jakiś dobry Kościół istnieje od zawsze. I on okazuje miłosierdzie religiom niechrześcijańskim oraz był odnowicielski II Sobór Watykański. To miłe. To właśnie wyłuskiwanie: „od zawsze” i dla każdego coś miłego się ze Słowa Bożego, religii i Kościoła wydłubie. Zaś ten Kościół upaństwowiony, upartyjniony – któż upaństwawiał i upartyjniał, jak nie sami katolicy? Nie istniał aby Kościół w ścisłym sojuszu z tronem od tysiąca pięćdziesięciu lat – na co się tak chętnie powołuje domagając się splendorów? Tamten Kościół to widać jacyś ONI, nie MY – katolicy. My jesteśmy dobrzy, bo my to kościół ewangeliczny?

Nic to nie ma do rzeczy w sprawie dwutysiącletniego horroru jaki przeżywały miliony, miliony zgwałconych i zdradzonych dzieci: przez członków kleru, a sumarycznie i w istocie przez to, co nazywane jest Kościołem katolickim. Ofiarom nie robi różnicy, kto za ich krzywdę odpowiada: Kościół nieewangeliczny, czy ewangeliczny.
A jeśli ma coś do rzeczy, to tyle, że horror ów trwał, w najlepsze, dalej i po odnowicielskim II Soborze Watykańskim. I trwa nadal, tam gdzie nie sięga odpowiednia edukacja, nie ma dojrzałej opinii publicznej, gdzie nie nie są przestrzegane prawa człowieka, a policja i sądy są dla wpływowych. Ciągle jeszcze pedofile w sutannach krążą po świecie: jak nie w USA, to do Rwandy, Angoli a może Boliwii.

* * *

Liczne są postaci symbolizujące taki Kościół: np. święty Franciszek, siostra Edyta Stein, ks. Bernard Lichtenberg, Dorothy Day, ojciec Tomasz Merton, a w Polsce księża Jan Zieja, Tadeusz Fedorowicz, Józef Tischner, ojciec Wacław Hryniewicz, ojciec Stanisław Musiał, ojciec Ludwik Wiśniewski, matka Elżbieta Czacka i całe dzieło Lasek, siostra Małgorzata Chmielewska od bezdomnych, Jerzy Turowicz i krąg „Tygodnika Powszechnego”, Tadeusz Mazowiecki i krąg „Więzi”.

Doprawdy? I cóż z tego wynika dla masowej zbrodni gwałtu w wykonaniu nieprzebranych zastępów kleru katolickiego i zdradzania własnych dzieci przez ich katolickich rodziców, katolickie rodziny, całe środowiska, cały Kościół katolicki? W czym temu zapobiegli? Sami nie byli oślepieni ową ewangelicznością swojego Kościoła w Kościele, gdy w nim działa się systemowa zbrodnia?
O czym wyjątkowym świadczy owa grupka szlachetnych w domniemaniu ludzi, gdy w dowolnym innym kościele czy dowolnej populacji można taką samą, a może i lepszą jeszcze a nieświętą, znaleźć?
Jestem zszokowany: nie ma na tej liście dobrych ludzi Świętego Ojca Świętego, Jana Pawła II.

* * *

Kościół instytucjonalny, zwłaszcza w Polsce, jaki dzisiaj jest, wszyscy widzimy. Wielu katolików, a także ludzi dobrej woli nienależących do tego Kościoła, bardzo to przeżywa. Nie akceptują dominującego w nim dziś języka i konfrontacyjnego nastawienia, ale z różnych, często bardzo osobistych i wcale niekonformistycznych, powodów nie zamierzają przestać chodzić do kościoła ani porzucić swojej wiary. Inaczej patrzą na Kościół.

Ile jeszcze razy przeczytam to zaklęcie: wielu katolików?
Znowu ta fałszująca gładkość języka, ukryte w niej wywyższenie się : a także ludzi dobrej woli nienależących do tego Kościoła. A także … zdarzą się poza Kościołem ludzie wrażliwi!

Skąd powód do uroszczenia: wszyscy widzimy? Kto to są wszyscy? Było wielu, teraz są wszyscy? Już ci wszyscy zobaczyli co jest do zobaczenia? A oprócz zobaczenia, przeżyli to w głębi psyche pojmując rozmiar zbrodni i jej znaczenie; przebadali w swoich umysłach, wyciągnęli wnioski, odbyli sakrament pokuty – robiąc zadośćuczynienie bliźniemu, temu zgwałconemu i pozostałym, ugodzonym złem konsekrowanych katolików? Jakie zadośćuczynienie złożą przed niekatolikami, którzy uważają przemoc i oszustwo za immanentną cechę katolicyzmu i słusznie chcą religię sprowadzić do należnej proporcji: ogrom zła równy ogromowi redukcji do mikrowymiaru?

Nie, nie wszyscy widzimy. Wśród katolików coś widzą niektórzy. I do tego jednym okiem. Najwyraźniej nie widzi tego dalej sam Episkopat, który widzi co innego: zbrodnie kleru to drobiazg, bo większą zbrodnią jest seksualizacja dzieci. Prawdziwą seksualizację czyni kler, wbijając w małe dzieci poczucie nieprzyzwoitości, brudu i grzechu jako takiego, dłubie im w delikatnych umysłach wypytywaniem pod groźbą boskiej kary za odmowę zeznań: a jak, a z kim, a ile razy byłeś nieprzyzwoity, a co robiłeś z siusiakiem? Miałeś z tego grzeszną przyjemność więc obraziłeś Matkę Bożą! ? To gwałt w trakcie sakramentu świętego. To woła o rozliczenie i zadośćuczynienie, nigdy jednak się tak nie stanie.

Tak seksualizacja dzieci przez Kościół odcina je od poznania siebie i czyni ich drobne ciała brudnymi od grzechu oraz sprawia niewypowiedzianą krzywdę nakazem milczenia gdy są gwałcone – krzywdę wołającą o pomstę do Nieba – cóż za drwina z dzieci! Ci rodzice zaś, co to wiodą życie zgodnie z przykazaniami swojej wiary , prowadzą własne dzieci do spowiedzi, by tam przeżywały upokorzenia i psychiczne, a bywa, że i fizyczne, gwałty. I to więc mieści się w ramach owych cnót katolickich, które polemista Jana Hartmana chwali.

Za większą zbrodnię od własnej pedofilii ma też Kościół przerabianie dzieci na żołnierzy. Z pewnością już zatem biskupi zburzyli Pomnik Małego Powstańca w Warszawie i wypalili moralnym ogniem tą mroczną kartę polskiej historii, wcale nie incydentalną. Zgrozą przejęły ich na pewno Lwowskie Orlęta: półtora tysiąca dzieci ze szkoły powszechnej zabite w charakterze żołnierzy. Najmłodszy dzieciak – 9 lat. A ilu ludzi te dzieci same zabiły? Im dalej w historię, tym gorzej. Jakżeż są przejęci tym, że sami ich wyświęcali na żołnierzy i że od zawsze nakazują kobietom produkować jak najwięcej dzieci, bo trzeba ich na mięso armatnie.

z różnych, często bardzo osobistych i wcale niekonformistycznych, powodów nie zamierzają przestać chodzić do kościoła ani porzucić swojej wiary. Inaczej patrzą na Kościół
Cóż, zdaje się, że tylko o sobie można – ledwo w przybliżeniu – powiedzieć, z jakich powodów się chodzi do kościoła i czy z powodów niekonformistyczych. Wiara jest zbyt niejasnym pojęciem, zbyt emocjonalnym i zbyt głęboko sięga w psyche, by można o niej twierdzić z pewnością. Co innego wygląda pewniej: brak zasadnej możności twierdzenia o innych w tej sprawie i to, że tak można usprawiedliwić wszystko. Włącznie z całą zbrodniczą historią Kościoła o której pisze Jan Hartman. Ja to widzę po swojemu – i koniec sprawy. Każdy, wszędzie patrzy inaczej i ma swoje powody. I tak od dwóch tysięcy lat.

* * *

Widzą w nim grzeszność, ale i świętość. Nie tylko w sensie mistycznym, ale też w sensie bohaterstwa etycznego. Taki grzeszny Kościół, który ratują od upadku niektórzy dobrzy, mądrzy, święci ludzie w nim działający, jest dla nich ważny. Warto to uszanować dla wspólnego dobra.

Nadzwyczajnie mało zajmował się w swojej historii Kościół katolicki wspólnym dobrem. Swoim własnym zaś – rozumianym jako dobro materialne, ziemska władza, przepych oraz interes – z niezwykłą gorliwością. I o ile mu to jakoś w części zaledwie minęło, to pod wpływem sił zewnętrznych. Ktoś, wbrew Kościołowi, wynalazł na przykład prawa człowieka. Ktoś doszedł do wniosku, że kobieta też człowiek. A nawet dziecko, i że nie wolno go ani bić ani gwałcić. Kobieta jednak szoruje dalej kościelną posadzkę, zaś los dzieci właśnie widzimy, na podstawie także TEJ sprawy.

Doprawdy, apelowanie w takiej sytuacji o uszanowanie dla wspólnego dobra brzmi co najmniej niestosownie. Suma braku szacunku ma bowiem w Polsce wielkość nadzwyczajną i wielkim jego sprawcą jest sam Kościół i jego wyznawcy. O jakim więc szacunku dla wspólnego dobra mowa, mocno jest niejasne, a jaśniejsze wydaje się coś innego: szacunek wybiórczy, na rzecz tego, co zawsze – Kościoła katolickiego.

Wobec nieustającej, drastycznej, monstrualnej grzeszności Kościoła katolickiego, mówienie publiczne o jego świętości jest czystym uroszczeniem i czymś zgoła niemoralnym. Katolik, z całą swoją mniemaną świętością nie jest lepszy od wszystkich innych, a nieświętych. Historia człowieka nie potwierdza owej wyjątkowości, bo świętości katolika i jego Kościoła. Są zaś powody przypuszczać, że bardziej święci byli Papuasi, Zulusi i Jaćwingowie. Oraz Hutu. Dopóki nie zostali katolikami.

* * * * *

To zdumiewa: jak bardzo można mówić nijak, obok tych fundamentalnych problemów jakie przedstawił Jan Hartman. Jak bardzo można robić uniki mówiąc frazesami i ogólnikami, lecz powołując się na wartości, zasady i znaczenia co do których jasno musi się wytłumaczyć i polemista i ten najważniejszy, który tego nie robi – Kościół katolicki. Gdy tego nie ma, nie wiadomo czego dyskurs dotyczy.

Jan Hartman ma rację: wstyd być katolikiem.

Tanaka