Korupcjo, korupcjo, cóżeś ty za pani!

Że za tobą idą, że za tobą idą chłopcy malowani. PiSowani. Mianowani. Ustawiani.

Korupcja materialna zaczyna się od korupcji moralnej.

Kaczyński Jarosław jest subtelnym prostym posłem z ławy. Subtelność jego poznaje się po tym, że potrafi tą i ową panią w rączkę pocałować. Potrafi też, bez żadnego trybu, na kraj cały zawołać: wy mordy zdradzieckie, zamordowaliście mi brata! Oraz, że Polacy najgorszego sortu. Bo, że wiem, ale nie powiem, że PO i cała reszta to złoczyńcy, zdrajcy, wrogowie i Polska w ruinie to się rozumie samo przez się. Są to – jeden w drugi – dowody subtelności. Mógłby się przecież wyrazić bardziej stanowczo. A poprzestał na tym.

PiS zdobył władzę za pomocą korupcyjnej pieśni nad pieśniami: pieśni o Smoleńsku. Pieśń intonował Kaczyńskiemu, co miesiąc, Macierewicz Antoni. Tacy dwaj oni.

PiS zdobył władzę zapowiedzianą z góry decyzją, bez wnikania w sprawę, że uwali kontrakt z Airbusem na dostawę wielozadaniowych śmigłowców caracal. Zapowiedział, żeby załogi amerykańskiego zakładu Sikorsky w Mielcu oraz brytyjsko-włoskiego zakładu Leonardo w Świdniku, robiące konkurencyjne a nie wygrane w przetargu śmigłowce, zagłosowały na PiS. Razem z resztą związkowców. Bo PiS dba o Polskę i Polaków. Nic nie szkodzi, że zakłady te nie są wcale polskie tylko zagraniczne, a jedynie położone w Polsce. Ważny był przekaz emocjonalny, nie stan rzeczy.

Prosty poseł z ławy wygrał wybory i zrobił co orzekł: utrącił wynegocjowany z Airbusem kontrakt. Fundamentalna konieczność obronna – resztki floty helikopterów wojskowych, głównie poradzieckich acz bardzo dobrych, dożywają ostatnich dni i o ile w ogóle można powiedzieć, że żyją, to żyją dzięki reanimacji – okazała się nieważna. Ważniejszy interes partyjny.

Zatapiając kontrakt, Macierewicz głośno snuł plany budowy wspólnego polsko-ukraińskiego, czyli kozackiego śmigłowca bojowego. Zaś nadwiślański James Bond w ciepłych majtkach i spódnicy – Szydło, Beata Szydło – oznajmił, stojąc dumnie na tle nadwiślańskiego śmigłowca, że Polska nie będzie dłużej krajem magazynów i montowni, a będzie wszystko sama robić. Wiecie: high-tech i know-how.
Airbus zobowiązał się do stworzenia w Polsce centrum wiedzy i know-how w dziedzinie lotniczej. Czyli tego, czego nie mamy, a czego dramatycznie potrzebujemy, by przestać być krajem przykręcania śrubek, co się bardzo Szydło Beacie nie podobało.

Co do kozackiego śmigłowca bojowego wspólnej roboty z Ukrainą, właśnie nadeszła adekwatna wiadomość: zakłady lotnicze, imienia jednego z trzech wielkich konstruktorów lotniczych czasów ZSRR – Antonowa (dwaj inni to Tupolew oraz Iliuszyn), które były zlokalizowane na Ukrainie, ostatecznie zbankrutowały. Już się nie wzniosą w niebo dumne samoloty ze znakiem Antonowa na burcie. Chyba, że rosyjskie. A może chińskie.
Koniec epoki i koniec biznesu lotniczego tego formatu na Ukrainie.
Ale to samoloty. Zaś jeśli idzie o śmigłowce – Ukraina także zademonstrowała co może, a właściwie – nie może: lekko przerobiony śmigłowiec Mi-2, czyli konstrukcję z lat 1950-tych. Mi-2 jeszcze latają w polskiej armii. Od dawna na kroplówce.

Nie ma więc kilkudziesięciu śmigłowców wielozadaniowych dla polskiej armii i nie ma centrum wiedzy oraz know-how w Łodzi. Nie ma też nowych okrętów podwodnych, czyli już żadnego nie ma. Nie ma prawie nawodnych. Rosja ich nawet nie zauważa, ale może Słowacja dostrzeże i się ucieszy. W ogóle mało co jest – całego lotnictwa starczy na 4 godziny walki z Rosją – a jak coś ma być, to za jakieś 20 lat. Tyle czasu – mniej więcej – zajmuje procedura przygotowania, zakupu, szkolenia, dostosowania i wreszcie – osiągnięcia gotowości operacyjnej w przypadku poważniejszych rodzajów broni. Mają być rakiety – amerykańskie patrioty. Już dziś niedzisiejsze, ale nic nie szkodzi: za 20 lat może się dostosują. Tymczasem polska armia nie mogła się uporać nawet z porządnym przeprowadzeniem przetargu na zakup łopatek typu saperka.

Wśród tej bolesnej męki coś się jednak udało: kupić samoloty dla VIP-ów. Macierewicz był bardzo zadowolony. W ramach tzw. „pilnej potrzeby operacyjnej”. Czyli bez przetargu. 2,5 miliarda złotych poszło na wożenie pisowców po niebie. Z tym, że samoloty i tak nie wożą. Kupić kupiono, ale nie przygotowano reszty koniecznej do latania.

Przetarg publiczny to jest podstawowe narzędzie pozyskiwania dóbr i usług przez jednostki finansów publicznych. To uniwersalny i standardowy mechanizm w całej UE i w cywilizowanym świecie. Pozwala na przeprowadzenie przejrzystej procedury, zarówno dla podatnika, finansowych instytucji kontrolnych jak i dla konkurentów ubiegających się o o uzyskanie zamówienia. Dzięki rzetelnej procedurze – opisanej w prawie – oraz konkurencji pomiędzy oferentami, zamawiający może uzyskać najniższą cenę, lub najkorzystniejszy bilans ceny i konfiguracji cech oczekiwanego dobra.

MON, już po raz kolejny, pominęło procedurę zamówienia publicznego i oto mamy informację, że kupowane są teraz 4 śmigłowce dla armii. Nie około 50, jak w przetargu wygranym przez Airbusa z caracalem, ale cztery. Bez przetargu, a w ramach „pilnej potrzeby operacyjnej”. Co to oznacza? Ano to, że jednostkowa cena jednego śmigłowca musi być znacznie wyższa przy zakupie czerech, niż przy zakupie 50 sztuk. Z powodu czterech śmigłowców sprzedawca nie stworzy centrum nauki i techniki śmigłowcowej w Polsce. Offset – czyli oczekiwane w przetargu wykonanie inwestycji sprzedającego w kraju kupującego, który powinien być jak najwyższy, będzie zatem bardzo niski lub żaden. Kto ma „pilną potrzebę” nie czeka: bierze co jest na półce, płaci ile żąda sprzedawca i wychodzi z towarem w worku. W środku może być kot.

Kupowanie z „pilnej potrzeby” (co jest pilnego poza łazienką? ) po raz kolejny i znowu w USA, to bardzo złe kupowanie. Uzależniamy się wyłącznie od jednego państwa, a demonstracyjna oczywistość bycia smarkaczem u nowego Starszego Brata pokazuje poziom reumatyzmu u mniemającego o powstaniu z kolan. Inne państwa, w tym zwłaszcza europejskie, otrzymują mocne sygnały: mamy was w de! Jak Polska ich w de, to nie może być inaczej: oni nas też w de. Komu kto bardziej i do czego potrzebny – nie tłumaczę: rzeczywistość krzyczy. Co najmniej od wyniku głosowania: 1:27 w konfrontacji Polska – UE.

Jak nie ma publicznego, przejrzystego przetargu, to jasne jest to, że jest nieprzejrzystość. Lobbyści działają w każdej branży, w wojsku – szczególnie. Jakich środków użyją, by w takich warunkach załatwić kontrakt dla swojego patrona – nie trzeba wyjaśniać.
Że cztery śmigłowce to nie są takie duże pieniądze? Są – bo kupowane po cenie oferowanej, może z symbolicznym upustem, choć i to niepewne. Kupujący nawet nie ma ceny do czego odnieść, bo pozbył się konkurencji. Sprzedawca więc owinie go sobie wokół palca.
Ale na tym nie koniec. Są cztery, czyli tyle co nic, to będzie argument: mamy cztery black hawki, to potrzeba kolejnych black hawków, bo mało. Ale jak mają być black hawki, to nie może być przetargu (znowu: „pilna potrzeba operacyjna”), lub musi być próba ustawienia go pod black hawka, co w przetargu można wyłapać. Co to znaczy – wiecie i rozumiecie. A jakby nie było kolejnych black hawków, a różne maszyny, to bałagan w logistyce, szkoleniach, pracy operacyjnej, remontach – ogromny. I cena eksploatacji rośnie niebotycznie.
Po to właśnie został pomyślany duży kontrakt na helikoptery wielozadaniowe, by było taniej, mądrzej i sprawniej, a korzyści dodatkowe dla gospodarki – jak największe. Nie będzie. Nie będzie też interoperacyjności kupowanych black hawków, bo to innego rodzaju śmigłowce niż caracale i innym zastosowaniu.

W Mielcu – zakładach Boeinga (dawniej E. Wedel, pardon – Sikorsky) robi się tylko gołe „hołki”. Co gołe, to tanie i bez koniecznej wiedzy o tym, co się kryje w oprzyrządowaniu, za które dopiero płaci się grube pieniądze. Kadłub łatwo zrobić, uzbroić go w systemy to już zupełnie inna klasa sprawy i pieniędzy. W ramach pozyskiwania wiedzy i know-how, proces odwrotny. Składy i magazyny nad Wisłą – niech żyją! Wiecznie.
Kupuj polskie, bo dobre! – takie było hasło. Co zgasło. Teraz rządzi w Polsce takie: kupuj amerykańskie!

Właśnie aresztowany został nikomu nieznany Bartłomiej M. M comme Misiewicz. Dzidziuś. Prawa ręka ministra obrony Macierewicza. Misiewiczowi, pomocnikowi aptekarza z doświadczenia, salutowali wysocy rangą oficerowie. Taka korupcja honoru oficera. Polska płaci za honor, oficer odbiera wynagrodzenie.
Zarzuty wobec Misiewicza są natury korupcyjnej. Materialnie korupcyjnej, bo moralności nikt nie sądzi. Przecież nie biskup, co sądzi po sobie. To skrzywione przez PiS i sformatowane przez Rydzyka dzieciątko boże zostaje właśnie rzucone na pożarcie. Starzy wyjadacze wiedzą co rzucić, żeby zostać w cieniu.
O korupcji, będącej istotą zagarniania wszelkich spółek publiczych – wiemy. O korupcji praw i konstytucji – wiemy. O korupcji obyczaju, języka, relacji między ludźmi i eksplozji nienawiści – wiemy. Czy wiemy o jakiejkolwiek branży tkniętej przez pisoidyzm, w której korupcji nie ma?

Kaczyński gadał, że po władzę idzie się nie dla pieniędzy. Powiedział nawet po co się idzie, ale wyraził się dowcipnie, bo jedno powiedział, a odwrotnie zrobił. Teraz powiedział, że władza absolutna demoralizuje absolutnie, ale nie demoralizuje, bo autor tej sentencji wziął i się pomylił. Bo władza nie musi demoralizować.
Mówi Jarosław Kurski w sprawie „taśm Kaczyńskiego”: Jarosław Kaczyński, który zawsze piętnował wszelkie patologiczne układy polityczno-rodzinno-biznesowe, sam stoi na czele takiego układu. Jest jego zwornikiem i mózgiem. Jest wiele innych zbieżności jego działalności w biznesie i w polityce.

Bezwzględnie: Kaczyński to subtelny poseł z ławy z humorem, a nikt w pisoidalnym państwie nie czuje się skorumpowany.

Tanaka