Historia pewnej tablicy pamiątkowej

Z mądrości ludowej można się dowiedzieć, że wszystko w historii kołem się toczy (nic nowego pod Słońcem). Z jednej strony historycy powinni być zadowoleni – mniej nowych zdarzeń – mniej pracy przy interpretacji faktów. Mogą jednak wystąpić trudności przy dywersyfikacji zdarzeń. Do takiego przekonania doszedłem, gdy czytałem kiedyś o problemach przy tworzeniu miejsca pamięci dla Wypędzonych (Berlin – Erika Steinbach) albo tablic pamiątkowych na Śląsku i stosunku ogółu Polaków i władz do pomysłu stawiania takich tablic i miejsca pamięci o niewłaściwych zdarzeniach i ludziach (hasło – nie stawia się pomników winnym).

W SILESII jest artykuł, z którego przytoczę cytat na temat „Krzyża Żelaznego”, symbolu, występującego na każdej tablicy poświęconej ofiarom tamtej wojny.
„W popularnej umysłowości symbol Krzyża Żelaznego kojarzy się we współczesnej Polsce z III Rzeszą i narodowym socjalizmem. Argumentu o pono takim charakterze tego symbolu używa się, między innymi, po to aby nie dopuszczać do rekonstrukcji starych i budowania nowych niemieckich pomników ku czci poległych w obydwu wojnach światowych z górnośląskich wiosek i miasteczek.
Ale fakty są takie, że początkowo pruskie wojskowe odznaczenie Krzyża Żelaznego zostało ustanowione w roku 1813 w Breslau (Wrocławiu), skąd wyruszyła zwycięska ofensywa koalicji antynapoleońskiej. W historiografii niemieckiej ofensywę tą zwie się wojną wyzwoleńczą (Befreiungskriege). Tak jak i broń na potrzeby tej wojny, również pierwsze Krzyże Żelazne odlano w hucie w Gleiwitz (Gliwicach). Zarówno tę broń, jak i krzyże transportowano do Breslau (Wrocławia) wodami Klodnitzer-Kanal (Kanału Kłodnickiego), oddanego do użytku w roku 1812.
… Rzecz też wiadoma, że odznaczenia Krzyża Żelaznego używano również w okresie III Rzeszy, co doprowadziło do jego likwidacji po roku 1945. Lecz krzyż ten, jako ważny symbol niemiecki, od roku 1956 jest symbolem Bundeswhery. A fakt, że pojawia się on na statkach, samolotach czy czołgach armii niemieckiej jakoś nie powoduje, żeby polscy żołnierze odmawiali uczestniczenia we wspólnych manewrach z niemieckimi kolegami.”

Chciałbym opowiedzieć historię pewnej tablicy pamiątkowej, która w małej miejscowości – wmurowana w zewnętrzną ścianę kaplicy – miała przypomnieć o ofiarach pierwszej wojny światowej. Pomysł powstał prawdopodobnie podczas wieczoru przy kręglach – podstawowym sporcie pokolenia rodziców. Nasza drużyna uzyskała wysokie notowania w skali kraju (Prus). Wykonawcą był z urzędu mój ojciec, ówczesny wójt (Gemeindevorsteher – naczelnik gminy?) wioski. Nazwiska poległych było łatwo ustalić, przecież wszyscy się znali, walczyli tak jak ojciec pod Verdun i w Karpatach. Z napisem nie było problemów, poza tym ojciec miał kolegę o zdolnościach poetyckich, który wierszami upiększał wszystkie uroczystości rodzinne i społeczne i m. in. też uroczystość poświecenia tablicy. Pisał wiersze w stylu Wilhelma Buscha. Dla nie obeznanych z twórczością Buscha (np. Max und Moritz?) podałbym jako referencję Mariana Załuckiego.

Tablicę wykonano wiosną 1933 roku i w połowie czerwca miało być jej poświęcenie. Hitlerowcy już urośli bardzo w siłę i mieszali się do wszystkich spraw – zażądali od ojca aby umieścić na tablicy swastyki obok żelaznego krzyża. Ojciec się nie zgodził. Powiedział, że jego polegli koledzy nie znali tego symbolu i nie dla niego oddali życie. W dniu 25. maja, podczas spotkania w gospodzie, poświęconego tablicy, obcy członkowie SA pobili ojca, a gdy uciekł to strzelali za nim, ale nie trafili. Przyszli więc do naszego domu „sfinalizować” zamierzenia. Matka zamknęła ojca w izbie i mimo żądania oprawców nie wydała im klucza. Skutkowało to tym, że jeden z tych zbrodniarzy uderzył matkę pistoletem w brzuch, gdzie ja się pomału szykowałem do przyjścia na świat. Ten ewenement miał nastąpić prawie podczas planowanej uroczystości. Jako powód egzekucji podali, że ojciec podobno gdzieś powiedział, że „SA to gówno!” Według mego dzisiejszego rozeznania miałby rację i nie miałbym pretensji do ojca, ale on tego nawet nie powiedział i ja mu wierzyłem. Na szczęście przyszedł nasz posterunkowy, wezwany telefonicznie przez matkę i udaremnił mordercze plany oprawców. Mój ojciec złożył zawiadomienia o dokonanym przestępstwie w odpowiednich urzędach miasta Kandrzin i Cosel (powiat), ale nikt nie odważył się ukarać członków SA – takie czasy! Tablica pozostała jednak politycznie „czysta” i poświęcenie się odbyło.

Nie pamiętam, co odczuwałem w mym prenatalnym stanie, zazwyczaj zapomina się o wszystkim przy brutalnym akcie rodzenia, ale na pewno odczułem przerażający strach matki i w ogóle nie chciałem wyjść na taki świat. Straciłem więc okazję do oglądania uroczystości „live” z perspektywy wózka dziecięcego. Po dwóch tygodniach jednak zdecydowałem się z trudem przyjść na świat i jakże miałem rację z tymi obiekcjami! Hitlerowcy rządzili już w pełni i przerabiali świat na swoją modłę. Dodatkowo straciłem „obywatelstwo” Kuźniczki, gdyż 3 dni przed urodzinami wioskę włączono do miasta Kandrzin i ojciec stracił fuchę „Gemeindevorsteher’a”, jedna katastrofa za drugą. Na cześć moich urodzin przyjaciel ojca napisał hymn, który pokazuje związek miedzy poświęceniem tablicy i moją istotą. Tekst jest w niemieckiej wersji tego tekstu.

Tyle na temat pojawienia się tablicy pamiątkowej w kapliczce św. Antoniego i perturbacji początkowych, ale na tym historia tablicy jeszcze długo się nie kończy. W pełnej chwale tablica królowała w niszy kaplicy 12 lat. Przeżyła Hitlera, bombardowania przez aliantów i wkroczenie Armii Czerwonej. Potem nadszedł okres, gdy jej los wisiał na włosku. Nowi gospodarze ze wschodu zniszczyli wszystkie pomniki, tablice czy mogiły „niekoszernych” powstańców (Freischärlerów) – pozostały tylko zdjęcia w albumie. Tablicę też zdemontowano i pękła przy tym na dwie części. Przed kompletnym zniszczeniem tablicę uratowała w tajemnicy moja siostra, zakopując elementy u nas w podwórzu, gdzie przeleżały 60 lat. Od niedawna jest znów w kaplicy, ale nie w należnej jej niszy na zewnątrz tylko pod ołtarzem, gdzie czeka na renowację i lepsze czasy.

Chciałbym jednak dodać pewną tragikomiczną informację. Moim zdaniem problem tablicy pamiątkowej, poświęconej ofiarom pierwszej wojny światowej w Kuźniczce właściwie rozwiązał się już sam! Kuschnitzka w roku 1933 była małą miejscowością, gdzie żyło kilkaset osób z niemowlakami łącznie. Podczas plebiscytu uprawnionych do glosowania było 214 osób w tym 173 urodzonych i mieszkających w tej miejscowości, a 35 powracających z „daleka” tylko na plebiscyt (dane z Encyklopedii Powstań Śląskich, Wydawnictwo Instytutu Śląskiego w Opolu, 1982).
Po roku 1945-tym, Kuźniczka jako dzielnica Kędzierzyna, była ogromnym placem budowy domków jednorodzinnych i liczba mieszkańców przekroczyła 1000 (dokładnie 1088 w dniu 31.12.2008 – dane z Biura Ewidencji Ludności). Starzy Kuschnitzkanie albo nie żyją, albo są ze swoimi dziećmi i wnukami w Niemczech. Aktualnie liczba „rdzennych” mieszkańców, którzy mogli kiedyś widzieć tablicę w niszy na zewnątrz kaplicy wynosi już poniżej 5 i zmniejsza się gwałtownie. Poza tym nie ma wśród nich rodzin o nazwiskach, przypominających nazwiska poległych ozdabiających tablicę. Powoduje to, rzecz jasna, że zainteresowanie ponownym umieszczeniem tablicy na zewnątrz kaplicy jest znikome.

Moja stara siostra, która uratowała tablicę od zniszczenia oraz umiarkowanie także ja, gdyż moje urodziny i przeżycia prenatalne są z nią związane, wykazujemy pewien związek emocjonalny, pewnie też dlatego, że nasz ojciec tę tablicę „stworzył” i prawie zginął z powodu zajęcia się nią. Nie zależy mi jednak na tym, aby tablica wróciła na swoje miejsce. Św. Antoni na pewno nie pogniewa się, że pod ołtarzem leży jakaś płyta, a mieszkańcom – szczególnie „nowym” nie kłują w oczy żelazne krzyże, choć nazwiska poległych (10 z 12) brzmią bardzo swojsko i mogłyby pochodzić z wojny wyzwoleńczej w latach czterdziestych u boku bratniej Armii Czerwonej! Było 13 poległych, ale przy demontaż i renowacji jednego nazwiska nie udało się odcyfrować.
Niechby wszystkie problemy polsko-niemieckie rozwiązywały się tak łatwo jak ten i bez ingerencji zarówno ludności jak i władz.

Postscriptum

Możliwe, ze moje zdanie na temat kompletnego braku zainteresowania tablicą mieszkańców Kuźniczki było „nadinterpretacją” – modne ostatnio określenie.
Grupa ludzi postanowiła umieścić tablicę na należnym jej miejsce: Najmłodszy ze „starych” mieszkańców Kuźniczki, pewien historyk amator, „nowy” Kuźniczkanin, którego nie znam i Radna Osiedla. Wyciągnięto tablicę z pod ołtarza św. Antoniego i naprawiono ją. Jeśli dojdzie do uroczystości poświęcenia lub powieszenia to tym razem na pewno tego nie przegapię i z perspektywy wózka dziecinnego dla staruszków – inwalidzkiego, zobaczę tym razem to co mi się nie udało 85 lat temu.

Meldunek z ostatniej chwili!!!

Podczas spotkania mieszkańców na temat historii Kuźniczki prelegent, wspomniany przeze mnie historyk – amator („prywatnie” doktor chemii) zachęcał do ponownego umieszczenia odnowionej tablicy w należnym jej miejscu, nie stwierdzono jednak specjalnego entuzjazmu dla tej idei u słuchaczy, ale nie było też głośnych protestów. Przypadkowo siedzieliśmy około 15 metrów od niszy w kapliczce, gdzie kiedyś była umieszczona tablica, w pomieszczeniu Rady Osiedla, gdzie przed wojną był sklep kolonialny. Uczestnicy przedstawiali mieszankę najstarszych mieszkańców osiedla i nowo przybyłych, ale wszyscy wykazywali żywe zainteresowanie historią Kuźniczki, nie gwizdali i nie rzucali pomidorami itp.
Zostałem przywieziony przez żonę na spotkanie bezpośrednio po spożyciu kawy i ciastka i po dwugodzinnej prelekcji byłem zmuszone przez „siły wyższe” do szybkiego opuszczenia zebrania – natychmiast po oklaskach – i nie mogłem nawiązać kontaktu z grupą „lobbystów” na rzecz ponownego umieszczenia tablicy na kapliczce, dlatego też nie wiem czy ponowne umieszczenie tablicy będzie miało miejsce, czy św. Antoni odzyska pod ołtarz płytę kamienną, do której się już przyzwyczaił.

Postdeadline message

Święty Antoni odzyskał tablice pod ołtarz i tam pozostanie do końca świata – lub dłużej!

Antonius