Zło katolicyzmu. Przykładów świeżych kilka, z bezliku

Nie będę się teraz zajmował kwestią, którą stawiają wyznawcy: „wiara pomaga żyć”, czy też „wiara to dobro”, albo jak kiedyś usłyszałem od wsiowego filozofa z kosą przytroczoną do ramy roweru: „Kościół do dobrego namawia, nie do złego”. To na inną – choć także pilną – okazję. Teraz o dymiących aktualiach.

Zajmowanie się wiarą katolicką, jej dobrociami i jej moralnymi przewagami nad wszelkimi innymi źródłami postaw moralnych i rozumowych oraz życie wśród jej wyznawców, budzi uczucie obcowania z czymś szczególnym. Szczególnym, bo we wszystkim bodaj zupełnie odwrotnym od faktów, wiedzy, rozumu, przyzwoitości, moralności, empatii i nie mniej – naturalności biegu ewolucji i rozwoju człowieka. Wodospady i wodogrzmoty namaszczonych i ślicznych bo landrynkowych, okrągłych jak bańki mydlane słów, najwyższych uniesień, wywyższeń, przemodleń, zaklęć i wezwań; tysiące kilometrów – z Ziemi na Księżyc i z powrotem zapewne – półek pełnych najświętszych i najsłuszniejszych ksiąg, czasopism i wszelkich publikacji; dziesiątki tysięcy krzyży gdziekolwiek spojrzeć, pomników, poświęceń i świętych patronatów, że już nie ma gdzie stanąć, żeby nie było w cieniu – a wszystko trąci pleśnią, fundamentalnym zakłamaniem, oszustwem zbudowanym w części i na tzw. dobrych intencjach, lecz tak obrzydliwie przekręconych w moralną, poznawczą i operacyjną nędzę, że trudno powstrzymać odruch womitacyjny. Wstając rano, ma się przeczucie pewności, że w ciągu dnia dowie się kolejnych rzeczy o katolikach i ich katolicyzmie: szokujących, podłych, obrzydliwych, skręcających z niezgody kiszki, obsmarowujących mazią deprawacji i kłamstwa wszystko i wszystkich, powodując ślepotę, głuchotę, zagubienie i bierność wobec zła – jak porażona jadem ofiara pająka . Albo też przeciwnie: będzie paniczne, bądź cyniczne wzmożenie zła wylewającego się z wyznawców cuchnącymi siklawami.

Oto powstał w Polsce film „Kler”. Mówiący o czynionym przez Kościół kat. złu, manifestowanym przez jego funkcjonariuszy. W tym zbrodni, zbrodni gwałtu na najniewinniejszych i najwrażliwszych – dzieciach. Czyż jednak dzieci są dobre i niczemu niewinne? Nie, dzieci są winne. Winne są zbrodni Adama i Ewy. „Dobry Bóg” karze wszystkie dzieci za mniemaną zbrodnię „pierwszych ludzi” przeciw swojej realnej pysze. Dzieci, już śmiertelnie winne mocą swojego urodzenia, muszą się oczyścić ze zmazy – zaś zmazy są obsesją seksualną członków kleru – wkupiając chrztem, w łaski tego, co je skazał na wieczność śmierci. Wtedy – może – doznają łaski zbawienia ze strony swojego prześladowcy.
Nie one jednak o tym decydują. Nie one uznają swoją haniebną i śmiertelną winę i nie one się w łaski Wszechmogącego wkupiają. Ich rodzice uznają winę dzieci i tym aktem zdrady założycielskiej, definiują ścieżkę życia dziecka, które ma nieustannie szukać grzechu w sobie, nieustannie nosić w sobie winę wobec tego, co „dał im łaskę życia” i je „Absolutnie (tak jest, wielką literą!) miłuje”.
To ledwie początek tej odrażającej moralnie konstrukcji religii i wiary zarazem, pomieszania pojęć – celowo przez Kościół kat. zaprowadzonego – by wśród powszechnego pogubienia w tym, co jest czym, co dobre a co złe, móc uchodzić za wyrocznię moralną, siewcę dobra, szafarza łask i w skutku – poborcę nienależnych podatków, inkasenta za nierzeczywiste korzyści i konsumenta uroszczonych honorów. Ta pewność codziennego zła budzi niemal rozbawienie: prawie dwie kompanie biskupów, batalion prałatów, brygady teologów moralnych i każdych innych, trzy dywizje członków kleru z kapelanem-generałem i takie codzienne skutki? Raptem nad jedną, skromną jak na Europę rzeką – Wisłą? No właśnie, dlatego ! Nie inaczej jest przecież i nad innymi rzekami, a jak nad jakąś jest inaczej czyli cokolwiek lepiej, to szatani jacyś muszą tam być czynni: zgnilizna praw człowieka Zachodu, pedalstwo jako małżeństwo, kobieta jako człowiek a nie pozycja z inwentarza mężczyzny, nawet dziecko – też człowiek i jego dzieciństwo jako wredny wynalazek współczesności; pedagogika i psychologia jako zamach na świętą pedagogikę opresji katolickiej i czynienia z dzieci przedmiotów własności rodziców którym się za to należy cześć – jak żąda IV „Przykazanie Boże”, aborcja i eutanazja jako podstawy życia, czyli cywilizacja śmierci.

Film ten jest konieczną i naturalną dla ludzi porządnych, a zarazem już spóźnioną i fragmentaryczną przecież reakcją na niewyobrażalną skalę, rozległość, głębię i fundamentalną zasadę istnienia zła Kościoła kat, na akceptację, ukrywanie, czynną zgodę, czerpanie z niego korzyści, sycenie się nim. Na obecność wśród nas tysięcy zgwałconych, poniżonych, zbrukanych, cierpiących ofiar i ich – wreszcie ! – nieliczne jeszcze przecież, świadectwa bólu i udręki, o których i dziś ciągle nie chcemy szczerze wiedzieć, reagując wyparciem, fałszem przeciwnego oskarżenia albo zadowalając się powierzchownym wyjaśnieniem i podłością oszustwa Kościoła kat: my już mamy wzorowe procedury!; pedofilia wśród kleru to ich prywatna sprawa! ; pedofilów wśród księży jest tak mało, że prawie żadnego, to w świeckim świecie pełno jest zboczeńców! A wszystko to od zarania istnienia Kościoła kat. Od dwóch tysięcy lat. Zbrodnia, niewolnictwo, przemoc fizyczna, psychiczna, moralna, odmawianie podstawowych praw ( „przyrodzonych” – jak gadają nieustannie papieże i ich kler: godności, prawdy, sprawiedliwości, integralności i tak dalej), wyklinianie, infamia, poniżanie, dzielenie ludzi, wynoszenie się nad innych – to są cechy konstytutywne, substancjalne dla Kościoła kat. A wszystko to „w imię miłości bliźniego”. Zlikwidujcie te potworności, a zlikwidujecie Kościół kat.

I oto ten film, jego reżyser, aktorzy, cała ekipa i inni współtwórcy, są obiektem pełnych pasji (a więc „pasyjnych” – jak równie często gadają członkowie kleru) przekleństw, pomówień, najgrubszych oskarżeń, żądań, by ten – szatański w oczywistym domyśle – film, wycofać z dystrybucji, pokazów, ukarać wszystkich mających z nim coś wspólnego. I oto słyszymy, że ten film jest ponoć sam w sobie złem, emanacją sił cywilizacji śmierci, atakującej święty Kościół kat. i jego świętych księży.

I oto publiczna, wpływowa, misyjna, meblująca katolikom głowy i kształtująca morale publiczne, ba – „narodowe”, organizacja: Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy . Stowarzyszenie właśnie wystosowało banalnie charakterystyczny dla wyznawców, czyli fantazmatycznego pomieszania faktów i znaczeń rzeczy oraz niezwykłej gęstwy emocjonalnych pomówień apel w sprawie filmu Wojciecha Smarzowskiego. KSD apeluje o „obronę kapłanów przed odzieraniem ich z godności, poniewieraniem wartości ich posługi”. „Nie poszerzajmy ciemności zła” – wzywają katoliccy dziennikarze – „poprzez wspieranie kont producentów i dystrybutorów tego skandalicznego obrazu”. „Na tyle mamy wiedzę, mimo fałszowania historii” – mówią ci, co historii nie znają, znać nie chcą, bo wyznają tylko słuszną historię – „że wiemy doskonale, jak działają wrogie Polakom środowiska”. Wojciech Smarzowski, aktorzy, cała ekipa i ich dzieło – film, są więc wrogim, nie Kościołowi już nawet, ale Polakom i całej Polsce – środowiskiem. Jakże codziennie, dojmująco boleśnie, ohydnie to znamy: pokazać zło to zaatakować Kościół kat, który jest – po prostu – Polską! „Skoro nie udało się wmówić nam, że Pana Boga nie ma” – mówią katolicy z KSD co wszystkim wmawiają, że Bóg jest i ze skutków tego wmawiania żyją – „trzeba nam zohydzić tych, którzy nas do Niego prowadzą”. Tyle z cytatów z tej faktograficznej, poznawczej i moralnej mazi; dać tu więcej byłoby nadmierną ohydą.*

Takie oświadczenie składa tabun katolików. Będących członkami katolickiego, zawodowego stowarzyszenia. Towarzyszy mu milcząca, albo frenetyczna zgoda innych katolików, z najwyższymi włącznie. Powstaje ważne pytanie: kim jest katolicki dziennikarz? Kim innym, niż siewcą pomówień, dawania fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu, dezinformatorem, zohydzaczem, producentem zła? Kim innym niż mrocznym drabem zawodu, który – cóż za naiwność sądu i drwina w jednym – miałby służyć jakiemuś dobru publicznemu?

Poczucie pewności, że codziennie dowiemy się o czymś ohydnym w związku z Kościołem kat, ma pewność działania grawitacji, która w Polsce ma kierunek odwrotny niż gdzie indziej. Oto, w czas przeklinania filmu Smarzowskiego, dał głos arcybiskup Gądecki: „Kto jest wolny jako chrześcijanin i nie poddaje się tym dążeniom przyziemnym tego świata ten jest automatycznie najlepszym obywatelem Rzeczpospolitej” **.

Przypomniał nam o swoim bólu zgwałcenia przez katolickiego księdza – tego „wolnego i niepoddanego ziemskim dążeniom” – reżyser Andrzej Saramonowicz. Jedna z wielu, wielu tysięcy ofiar, w samej tylko Polsce, w której członkowie kleru gwałcą od 1050 lat. Jego wyznania wstrząsają, ale nie na jego osobisty ból pragnę tu zwrócić uwagę, a na coś jeszcze koszmarniejszego: wspólnotę zła, wyparcie, zaprzeczenie mu i zwalanie winy nie na głównego zbrodniarza, tylko na pośledniego. Indywidualna zdrada ustępuje bowiem ciężarem winy spiskowi zdrajców. „Saramonowicz podkreśla, że zdawał sobie sprawę, iż nie jest to normalna sytuacja” [molestowanie, przyp T.] . >>Sprawa wyszła na jaw, gdy ksiądz zaczął odwiedzać jednego z chłopców w domu i jego zachowanie zauważyła matka ucznia. „Nasi rodzice mieli wielki problem. Bali się, że kiedy rozpętają aferę, komunistyczne władze wykorzystają ją do walki z Kościołem. Odsunęli nas od Łysego [księdza-pedofila, przyp. T.], ale nie ujawnili tego, co wiedzą. Dziś wiem, że popełnili błąd, ale rozumiem też, co nimi wówczas kierowało” – pisał Saramonowicz.<< ***. Zatem, Andrzej Saramonowicz wie, że rodzice popełnili błąd, ale rozumie ich postępowanie? Otóż, uważam, że nie bardzo wie i nie rozumie. Porusza się bowiem – jak niemal my wszyscy – zaplątany w sieci katolickich manipulacji słowami i pojęciami; wśród kłamstw, wyparć, przeniesień - całej aparatury zła. Problem rodziców, co się bali, że wiedzę o pedofilii kleru „komunistyczne władze wykorzystają do walki z Kościołem”, jest bowiem źle sformułowany. To „komuniści” są tu centralnym problemem i źródłem nieogarnialnej głębi zbrodni? Ci komuniści co – w Polsce - „walczyli z Kościołem” może lat kilkanaście, może do późnego Gomułki (nie dłużej, bo potem to były liche lub zabawne pozory bezpłodnych wojowników) ? Moje stanowisko i jasne twierdzenie jest zupełnie inne: to pozór, unik w szczerym spojrzeniu w głąb zła; to lęk przed jego trafnym rozpoznaniem, co zrozumiałe u zgwałconego, ale sumarycznie – fatalne; biorące się z owego mętu, celowego pomylenia spraw i pojęć przez Kościół katolicki i w rezultacie, wskutek spowiedzi ofiary, podtrzymujące to katolickie oszustwo, przeciągające istnienie zła i utrudniające demontaż. Oraz z innego powodu, dobrze znanego przez psychologię: ofiara usprawiedliwia współwinnych, zwłaszcza, gdy są nimi rodzice ofiary. Są w tym wyjaśnieniu rodziców, przytaczanym, lub też podzielanym przez Saramonowicza elementy drastyczne złe: „walka komunistów z Kościołem” byłaby bowiem większym złem niż tolerancja dla gwałcenia dzieci przez ów Kościół, mocą swoich funkcjonariuszy. Dzieci tych „obawiających się” rodziców. Mniej się bali zbrodni gwałtu na dzieciach, ICH dzieciach, niż „komunistycznej władzy”? Czy tak działa dobry rodzic swojego dziecka? Więcej się obawiali owych „komunistów” (co „walcząc z Kościołem”, walczyli, niejako z automatu choć bez świadomej intencji, z substancjalną w Kościele kat pedofilią kleru), niż samych gwałcicieli, tych „świętych mężów” następców i zastępców apostołów Jezusa? Czyżby przed „komunistami” nie było gwałcenia dzieci przez księży? Czy po nich to ustało? Czyż nie dowiadujemy się dziś, jak często, szokująco często rodzice zdradzają własne dzieci, biorąc stronę księży, Kościoła kat, przeciw tym bezbronnym, im oddanym istotom? Ci rodzice zdradzają własne dzieci, zdradzają najgłębszą istotę siebie samych, swojej prawości, swojej, niezbędnej do życia czułości na zło, na jego rozpoznanie, oraz człowieczości w sobie – w imię moralności, w imię „Wyższego Dobra” ! Zdradzają własne dzieci bojąc się o własne przekonania, że „Kościół dobro czyni”, że Jezus to i Jezus tamto, a Bóg Dobry i Sprawiedliwy nad wszystkim czuwa i że „trafią do nieba”. Bo „dobrze czynią, jak Bóg przykazał” . Zaiste - zdradzają własne dzieci dla pozornej wygody zakłamania, własnego egoizmu, uśmierzenia lęku, dla – właśnie, od tego zacząłem - „wiary, która pomaga żyć” ! Taka „wiara pomaga żyć” - twierdzą i biorą to za obrazę największej świętości, gdy im kto unaocznia ów koszmar wiary. Potworność! Z którejkolwiek strony spojrzeć, jeśli ma się autonomiczne poczucie moralne i jest się człowiekiem wewnętrznie wolnym, wrażliwym, umiejącym stanąć w obliczu faktów („w Prawdzie” – jak obleśnie obłudnie gadają księża i ich wyznawcy) będących manifestacją zjawisk, widać z mocą, że rzecz w złu wiary i jej konkretnej religii. Nie w członku kleru tym czy owym jako takim - co kłamliwe usiłuje (a robi to - jak widać - skutecznie) wmówić nam Kościół kat, zdejmując winę z siebie a zwalając ją na indywidua. Oni są bowiem i ofiarami zła i jego późniejszymi sprawcami - w tej własnie kolejności, co wszak w niczym nie zdejmuje z nich ciężaru winy. Uwierzyli w to, co jest nośnikiem substancjalnej manipulacji, oszustwa, uroszczenia, wiary w nieistniejące, nieprawdziwe, niemożliwe. Z tej nieprawdy zrobili sobie Prawdę. Z naturalności zrobili gmach sztuczności. Ta Prawda jest przeciw prawdzie życia. Musi więc być nośnikiem zła. Musimy codziennie tego zła doświadczać i musimy – będąc wyznawcami – codziennie się przekonywać, że zło to „wcielone dobro”. A że Polska składa się w 95% z katolików, musi być też krajem w którym ludzie działają odwrotnie niż należy, więc i grawitacja działa tu odwrotnie – do Nieba.

Tanaka

* * *

* Całość trafiła do PAP , a można też przeczytać w słusznym źródle: TVP Info, skąd wziąłem cytaty.
** Cytat za „niedziela.pl”
*** Cytat za „Wirtualną Polską”.