Diabeł w lustrze

Nota wprowadzająca: blog nasz jest blogiem – w dużej większości zapewne – wyzwoleńców z okowów religii i jej fantazmatycznych wierzeń oraz mrocznych uroszczeń i czynności kleru. A przecież nie mieliśmy – dotąd – relacji z procesu tak bardzo fundamentalnego: wyzwalania się z tej nędzy i zyskiwania siebie. Mag inauguruje temat, zachęcam także innych do podobnych relacji i refleksji, w formie nie tylko ulotniejszej – komentarzy, ale i wstępniaków, które więcej ważą. Zróbmy rzeczy obraz. Sądzę, że to bardzo cenne. Tanaka.

* * * * *

Już od dawna chodziła za mną myśl, by ocenić moje wychowanie katolickie, jakie wyniosłam z domu. Po latach dotarło do mnie, że była to jedna wielka trauma, choć na pewno byłam dzieckiem kochanym i „zaopiekowanym”. Nękały mnie głównie dwa rodzaje strachów. „Nieskromne” myślenie i dotykanie się w „nieskromnych” miejscach oraz… patrzenie w lustro. Moja, skądinąd kochana, babcia operowała sprawnie tymi dwoma rodzajami strachów, które mnie dopadały, zwłaszcza gdy byłam sama w domu. „Dziecko, rączki trzymamy na kołdrze”, „Magdusiu nie gap się w lustro, bo ci się diabeł pokaże”. Na szczęście, w pewnym sensie, babcia umarła, gdy właśnie zaczęłam więcej rozumieć zarówno z jej „nauk”, jak i z obserwacji własnych dotyczących zmian, których doświadczałam jako dojrzewająca nastolatka. Mama „uświadomiła” mnie w całkiem sensowny sposób, gdy miałam chyba 12 lat. Od tej chwili niby wszystko mogło być w porządku, ale nie było. Gdzieś z tylu głowy brzęczało mi, że seks, choć tego słowa się za mojego młodu raczej nie używało, jest czymś podejrzanym, bo grzesznym, dopóki nie dostąpi „przyzwolenia” dzięki sakramentowi małżeństwa. Jakoś w okolicy 15-16 roku życia byłyśmy z moją najbliższą przyjaciółką (przyjaźnimy się do dziś!) zbuntowane i zdeterminowane, bo doszłyśmy do wniosku, że wszystko to, co w życiu może być piękne, również dzięki sferze intymnej między ludźmi, kaka zubaża i brudzi. Jeszcze wtedy byłam na etapie praktykowania, choć już coraz rzadziej bywałam w kościele, a na lekcjach religii (na szczęście w salce katechetycznej, a nie w szkole) robiłam za „lewaczkę” wedle dzisiejszych kanonów.

Definitywne rozstanie z KK w sensie brania udziału w jego organizowaniu życia owieczkom przypieczętowała moja ostatnia spowiedź po ostatnich przed matura wakacjach. Potraktowałam ją serio i uczciwie, mówiąc o swoich wątpliwościach co do wiary w ogóle, pewnym zagubieniu itd., a ten palant jakby nie słyszał, co do niego mówię, zaczął mnie podpytywać o rozmaite „nieczystości”, czy w ogóle, a jeśli, to ile razy. Podniosłam się bez słowa z klęczek i zostawiłam go z otwartą ze zdziwienia paszczą. Wychowanie katolickie skutkowało też zaszczepionym we mnie nieustającym poczuciem winy, że coś robię nie tak, że za mało się staram, a z drugiej strony, jeśli popełnię jakieś świństwo, nawet grube, to będzie mi wybaczone przy najbliższej spowiedzi. Przecież to przyzwalanie na hipokryzję i zachęta do braku odpowiedzialności za to, co robimy. Odczuwam dziś wielką ulgę, ze wypisałam się z tego „interesu” i nikomu go nie polecam.

Mag