Co nam zostało z tych lat? (80.)

(Pisałem to kilka lat temu, dodałem tylko kilka drobnych uwag).

Z okazji 30. rocznicy podpisania dokumentów, inicjujących bóle porodowe pewnego ruchu społecznego o skrótowej nazwie „Solidarność”, dziennikarze pytają polityków, dawnych działaczy i przygodnych Polaków w różnym wieku, co oni wiedzą lub pamiętają z tych wydarzeń. Jak dziś wygląda sprawa to każdy widzi – jak tego przysłowiowego „konia”. Istnieje pewna grupa ludzi, świetnie zarabiających, żerujących na wszystkich zakładach pracy, „święte krowy” polskiej wolności (ułomnej jak słusznie powiedział prezes), która z ruchem społecznym z roku 1980-tego wspólne ma tylko – długą, niestrawną, nieprawdziwą i nawet nieco śmieszną nazwę i logo z tamtych lat. Brunet z czarnym wąsikiem twierdzi, że walczy i znów zwycięży, ale i nie wiadomo z kim walczy ani o co, natomiast wiadomo u czyjego boku. A ma o co walczyć, bo nieżyczliwe media ujawniają wysokość legalnych zarobków aparatczyków, „trochę” niewspółmierne z zarobkami aktualnymi tzw. „ludzi pracy” lub emeryturami ludzi z tamtej epoki. Wiadomo, że kołdry nie wystarczy dla wszystkich, więc przynajmniej niech dobrze przykryje działaczy – a „kurskowy” lud się nie zorientuje, że jest robiony w konia i przez Związek Zawodowy i przez pracodawcę; sankcjonuje takie stosunki swą wierną przynależnością, wyciem syren, gwizdami i paleniem wyrobów krajowego przemysłu gumowego. Swoimi rządami grupy związkowe paraliżują szczególnie wielkie zakłady pracy, jak kopalnie; na szczęście straciły wpływy na stocznie z przyczyn znanych – stocznie upadły, choć ojciec Rydzyk dysponował funduszem na ich uratowanie, a prezes Kaczyński wiedział jak je ratować, ale nikomu nie powiedział – bo nienawiść do rządu jest „ważniejsza niż Polska”. Może towarzysz R. chciał uniknąć pytań o fundusze i dlatego nie było go na jublu? O paleniu opon (mózgowych też) i wyciu syren [cóż mówić..?]*

30 lat temu stała się rzecz w gruncie nielogiczna i śmieszna – jedni przedstawiciele „…ludu pracującego miast i wsi, stanowiący zdrową siłę narodu…” (Kobuszewski, Gołas) podpisywali porozumienie z drugą grupą tychże przedstawicieli „…ludu pracującego…itd.”, wybranych „demokratycznie” do rządzenia całym burdelem, zwanym Polską Ludową. Niby wszyscy byli przedstawicielami tego samego społeczeństwa a jednak byli to „my” i „oni”, tak zresztą zostało do dziś. Z tekstu piosenki Fogga do frazy tytułowej dodałbym tylko jako odpowiedź na postawione pytanie inny fragment – „…I anioł smutku co wszedł i tylko westchnął…”.

Wróćmy z uroczystych obchodów z „naszymi baranami” do roku 1980. Gdy panowie korzystali z grubych długopisów byłem daleko od tych wydarzeń, w kraju o niezliczonej liczbie Związków Zawodowych, gdzie życie przeciętnego obywatela przebiegało w rytmie strajków i protestów takich związków. Bałagan i burdel na co dzień utrudniał planowanie czegokolwiek, ale los klasy robotniczej nie był tragiczny. Podczas marszów „głodowych” mieli zawsze kieszenie wypchane kiełbasami i bułkami – nie pamiętam co pili, ale chyba wino z małych butelek. Dla mnie to było groteskowe. Ukoronowaniem głupoty był strajk prostytutek, które okupowały kościół niedaleko Montparnasse (nie wiem co i z kim robiły w tym kościele, nie miałem odwagi wejść). Nie wiedziałem, że podobne historie będą się działy i u nas przez cały najbliższy rok. Moja żona z moją siostrą czekała na mnie długo w miejscowości nadmorskiej i oglądały francuską telewizje. Nie znając języka nie wiedziały oczywiście co robią panowie z wąsami i bez, z tymi grubymi długopisami, a ja na takie głupoty nie miałem czasu, musiałem jakoś zapracować na dewizy, nie stać mnie było na strajki, bo przecież nie należałem do ich związków zawodowych. Miałem tylko raz kontakt z FPK, która w ogrodach Obserwatorium organizowała festyn w stylu Love Parade. Wiedzieli, że mogę być bratnią duszą – bo przyjechałem z PRL i mnie zapraszali (najładniejsza komunistka Obserwatorium), ale nie skorzystałem z zaproszenia. Na drugi dzień widziałem pozostałości po radosnym święcie. Wyglądało jak Warszawa po Festiwalu Młodzieży – niezliczone ilości butelek i lekko zużytych prezerwatyw. Nie wiem co się działo przez noc, ale może należało się zbratać z francuską klasą robotniczą? Do dziś nie wiem czy mam żałować!

„Tragiczny” los francuskiej klasy robotniczej i jej niesamowite zaangażowanie w walce lewicy o zmianę ustroju zaobserwowałem w okolicy pierwszego maja, gdy Partia Komunistyczna zachęcała do udziału w manifestacji – polegała na przemarszu z placu pod Bastylią do placu Concorde. Natychmiast zapytali robotnicy z warsztatów czy im za to zapłacą, bo jeśli nie to nie pójdą. Uratowałem honor partii komunistycznej Obserwatorium i PRL kilka miesięcy później (koło 14-go lipca) – przemaszerowałem nieodpłatnie z żoną ten szmat drogi.

Po drodze minęliśmy polski kościół, miejsce spotkań Polaków, szukających pracy i kontaktów z rodakami, każdy Polak musiał tam zaglądać. Wielu polskich turystów z „Bożej Łaski”, zaopatrzonych przez PRL stu dolarami – raz na dwa lata – zginęłoby z głodu, gdyby nie pomoc różnych naganiaczy do pracy na czarno, dla których placyk przed kościołem był skrzynką kontaktową, z pewnością obserwowaną przez SB. Ten kościół zawsze budził we mnie smutne uczucia, ale niezwiązane z „panną S”. Były natury prywatnej. W zasadzie byłem zawsze nieco bezbożnikiem, tzn. od momentu, w którym liczba zaobserwowanych przeze mnie ewidentnych bzdur i nielogiczności w nauce kościoła (piśmie świętym i jego interpretacji) przekroczyła pewien próg i zaczynałem wątpić we wszystko. W owym czasie z tego właśnie kościółka nadawano przez radio mszę po polsku w każdą niedzielę, której słuchała moja matka, szczególnie w okresie, kiedy była już obłożnie chora. Zmarła kilka dni przed moim pierwszym wyjazdem do Paryża i dlatego moje pierwsze kroki w niedzielę skierowałem do tego kościoła. Do dziś prześladuje mnie ten przygnębiający nastrój, gdy tylko o tym myślę.

Wróciłem do kraju pod koniec lata 1980 i zastałem gorączkowy okres zakładania ogniw związkowych Solidarności wszędzie gdzie to było możliwe, co wnet doprowadziło do tej magicznej liczby 10 lub 11 milionów członków związku, o której wspomniał pewien wygwizdany mówca. Sama idea jednego związku „zawodowego”, który ma bronić interesów przeciwstawnych często grup „zawodowych” (np. nauczycieli i uczniów, złodziei i policjantów, lekarzy i pielęgniarek itp.) wydawała mi się nielogiczna i nierealistyczna, ale poddałem się trochę ogólnej euforii wyzwolenia z wszystkiego złego (łącznie z okupacją bratniej armii), która opanowała naród.

Jak ludzie wówczas rozumieli ten oczyszczający wpływ nowego związku, można ocenić na drobnym przykładzie:
– Każdy posiadacz polskiego auta miał z konieczności częste kontakty z zakładem naprawczym (tzw. TOS-em). Często na pytanie: „Dokąd zmierzasz”, typowa odpowiedź była – „kutosie”!
– Mój kolega nie lubił długich kolejek i czekania na naprawę lub przegląd auta i miał świetnie opracowaną i sprawdzoną metodę. Włożył rozsądny banknot do dowodu rejestracyjnego, wszedł bezpośrednio do warsztatu (nielegalnie!) a nie do kolejki przed dyspozytorem i powiedział: „Panie B. (mistrz), proszę wziąć kluczyki i dopilnować mojego samochodu”. Metoda była niezawodna – ale do czasu – po „wybuchu” Solidarności idzie do TOS’u i zwraca się standardowo do mistrza B. Ten ze wstrętem oddał mu „wkładkę” z dowodu i powiedział: „Tak już nie działamy, jesteśmy teraz w Solidarności”! Taki stan euforii nie mógł rzecz jasna trwać wiecznie i po pewnym czasie kolega mógł już znowu rutynowo dbać o swój samochód. Ta sprawa pokazuje jednak jak szlachetny to był zryw – niestety tylko zryw.
– Pracowałem w uczelni, gdzie kolega (mój były profesor) zakładał komórkę S. Wpisywali się różni ludzie, m. in. rektor – najgorsza szuja pseudo komunistyczna, którą spotkałem w życiu, pijak, dziwkarz i w ogóle paskudna kreatura, przepełniona nienawiścią – szczególnie do Autochtonów – jak nie przymierzając prezes pewnej partii. Wpisał się, bo zbliżały się pierwsze wybory na stanowisko rektora i chciał sobie zapewnić poparcie Solidarności (dziś powiedzielibyśmy, że przygotowywał „słupki” poparcia). Był to znakomity manipulator (ojciec duchowy JK?). Na wiecu przedwyborczym roztaczał wizje, m. in. deklarował szerokie poparcie dla zagranicznych staży naukowych, tak ważnych dla rozwoju młodej kadry – a działał dokładnie odwrotnie – nie tylko nie pomagał młodemu znaleźć staży, ale zabraniał wyjazdu, gdy sobie sam znalazł. W moim przypadku wyglądało to tak: Dzięki temu, że podczas pierwszego stażu na głodowym stypendium Rządu Francuskiego wyrobiłem sobie dobrą opinię, znaleziono mi kontrakt odpowiednika PAN’u (CNRS) – specjalisty – za 2000 $ miesięcznie. Trzymam ten kontrakt jako okaz muzealny, bo rektor nie pozwolił na wyjazd.

Znów informacja da młodzieży: 4-pokojowe, piękne mieszkanie dwupoziomowe z garażem kosztowało w Opolu 8000 $, dziś sedes plus Whirlpool kosztują tyle. Ja straciłem przez zawiść rektora 12000 $ – piechotą nie chodziło! Kontrakt był na moje nazwisko, nawet nie mogłem go przekazać kolegom. Rektor nie wyraził zgody na półroczny urlop bezpłatny, choć korzyści naukowe były ewidentne. Tak jak internowanie nobilitowało członka „S”, tak staż zagraniczny był niezbędny przy habilitacji. Później, gdy jeszcze był pijany po imieninach swego zastępcy, powiedział mi szczerze: „Bo wy chcecie mieć konta dewizowe”, natomiast oficjalne uzasadnienie było piękne i polityczne – interes Narodu!
Wystąpiłem na wiecu przedwyborczym w auli w stylu Henryki Krzywonos i powiedziałem zebranym, jak wyglądała jego polityka w tym zakresie podczas jego długich rządów, a miałem dużo materiału. Prawie nikt mnie nie poparł oficjalnie (tylko dwóch profesorów, zresztą bardzo nieśmiało), ale tajne wybory przegrał. Wtedy poprzez komitet wojewódzki PZPR zablokował mi wyjazd do pracy w Algierii przez Polserwis – KW zaprotestowało w ministerstwie. Rektor miał tzw. „struktury poziome” (pojecie partyjne z tego okresu) z pewną piękną dziewczyną, mającą poprzez męża wpływy w tym komitecie. Wszystko było oczywiście tajne/poufne, ale nie wytrzymałem i pojechałem do ministerstwa. Urzędniczka zasłaniała się tajemnicą służbową, ale złamała jednak prawo widząc, że sprawa śmierdzi i powiedziała mi, dlaczego ministerstwo zablokowało sprawę. Wtedy ja sobie przypomniałem, że wiele, wiele lat wcześniej pewien aparatczyk flirtował z moją koleżanką (zresztą się ożenił) i wypiliśmy niejeden litr alaszu, bo spotkania odbywały się w naszej szkole. Odnalazłem tego pana, który w międzyczasie awansował i w KW zajmował się wyjazdami zagranicznymi naukowców (organizował szkolenia przed wyjazdem). Nie powiedział mi całej prawdy, ale zadziałał, bo po krótkim czasie ministerstwo zmieniło zdanie i mogłem jechać do Algierii. Nawet już mi wstrzymano wypłatę pensji, ale wtedy ja się obraziłem – i pojechałem na dwa miesiące wakacyjne do Paryża – na to nie potrzebowałem błogosławieństwa rektora. Niewiele mi wobec tego zaszkodził, bo i tak rezygnowałem z uczenia Arabów po francusku, wolałem nielegalnie wykorzystać urlopy „wypoczynkowe” do pobytów w Paryżu, bliżej, bezpieczniej, krócej i tylko trochę mniej dewiz.

Kolega namawiał i mnie do wstąpienia do Solidarności, ja jednak się wahałem. Czasy były trudne i niespokojne, strajki, protesty i buńczuczne wypowiedzi Wałęsy o „siłowej” konfrontacji z władzami, o walce na barykadach itp. czyniły mnie ostrożnym. Miałbym stać na tej samej barykadzie z takim z gruntu nieuczciwym człowiekiem, gdy dojdzie do konfrontacji – nigdy! Zwróciłem się do kolegi z pytaniem dlaczego przyjął tego sku….itd. do związku. Wtedy mi odpowiedział: „Wie Pan, jak rektor będzie w Solidarności, to pewne sprawy będzie można łatwiej załatwić”. Gdy to usłyszałem to upadła mi szczęka oraz inne „rzeczy” i znikła doszczętnie moja ochota przystąpienia do takich oportunistów w starym stylu, zostałem w ZNP do momentu, kiedy generał mi rozwiązał ten związek (w grudniu) i do końca zatrudnienia nie należałem już do żadnego Związku Zawodowego, przyglądałem się tylko z uśmiechem politowania wędrówkom moich kolegów między obydwoma związkami nauczycielskimi w zależności od tego, który związek dysponował w danym momencie lepszymi ośrodkami wczasowymi lub większymi zasiłkami – tak wysokie było morale części tych 10 milionów – jeszcze przed wojną generała z narodem, ale po opadnięciu początkowych emocji. Nie dziwię się dzisiejszym związkowcom, którzy dbają tylko o żłób. „Nihil novi…itd.”

Każda rewolucja, a organizowanie takiego ruchu to więcej niż rewolucja, pociąga za sobą fakt, ze do okrętu przylepiają się fekalia, wypuszczone do morza – i świetnie prosperują. Znamienny był przykład Politechniki Wrocławskiej. Komórkę S. organizowali głównie adiunkci, którym groziła rotacja z powodu braku habilitacji – jako działacze związkowi nie mogli być zwalniani a jeszcze mogli rządzić – wspaniałe rozwiązanie kłopotów z nieróbstwem naukowym. Nie podobało się to mojemu koledze, profesorowi – i z taką Solidarnością nie chciał mieć nic wspólnego, nawet z nią walczył! Gdy wybuchła wojna grudniowa był we Francji i wtedy włączył się tak aktywnie do pomocy Solidarności, że skonfiskowano jego nieruchomości w Polsce i „zaopatrzono” w tajny wilczy bilet. Donosili na niego rezydenci SB we Francji informując o każdym jego kroku. Nie przejmował się tym, bo i tak zamierzał wrócić do ojczyzny dopiero wtedy „gdy Lwów będzie polski…” (cytat) – więc pewnie umrze na obczyźnie.

Rok po podpisaniu porozumień znowu szykowałem się do powrotu z Francji (koniec wakacji i mego urlopu), choć wszyscy mi odradzali – koledzy francuscy, a nawet żandarmi na granicy z Belgią, bo sytuacja w Polsce – ten straszny chaos polityczny i gospodarczy zupełnie przypominał mi Francję lat 70-tych, gdy zetknąłem się po raz pierwszy ze „zgniłym” Zachodem i takimi strajkami. Było to na drugi dzień po przylocie do Paryża. Odebrał mnie kolega z lotniska i zawiózł do Obserwatorium na peryferiach miasta, gdzie nocowałem w pokoju gościnnym. Rano chciałem pojechać pociągiem do City do prezydium policji załatwić zameldowanie. Bileter nie chciał mi sprzedać biletu, tylko się głupio uśmiechał, nie reagował na moją piękną francuszczyznę – choć cały kilometr do stacji ćwiczyłem zdanie o bilecie. Widzę, ze wszyscy jego olewają i idą do pociągu więc i ja – ze strachem – też. Pojechałem do centrum bez kłopotów, bo kontrolerów też nie było na stacji Montparnasse i wróciłem autobusami. Wytłumaczono mi, że na kolei działa wiele związków i wprawdzie strajkują bileterzy, ale maszyniści pracują. Jeszcze śmieszniej było w stołówce, gdzie też było kilka związków (mniej więcej tyle ile pracowników). Jeśli jeden strajkował, to reszta solidarnie porzuciła pracę, nie chcieli za kogoś pracować i nie było obiadu. Strajk pracowników stołówki był jednak dla nas bardzo korzystny – szef nas wtedy zapraszał do najbliższej restauracji na obiad.
Również naukowcy strajkowali – lub nie – po kilku dniach każdy otrzymał pismo z zapytaniem: „Czy Pan był łaskaw strajkować?” Jeśli odpowiedział – nie – to był koniec sprawy, jeśli – tak – to mu potrącono dniówkę i związek rekompensował stratę. Nikt tego nie kontrolował – ot taka zabawa w uczciwość!

Niestety nie posłuchałem dobrych rad i nie urządziłem się we Francji – ani po drodze – choć mogłem. Byłem razem z żoną, a dzieci ściągnęlibyśmy po okresie karencji. Nie chciałem, aby moja żona, patriotka polska (choć według definicji prezesa JK obecnie niestety „Lewa”), musiała się poniewierać na obczyźnie i wróciłem do kraju w okresie, gdy przemożny wpływ Związków Zawodowych paraliżował życie, bardziej niż we Francji, a pensja „za to” była wielokrotnie niższa. Za trzymiesięczne wynagrodzenie w Paryżu mogłem kupić Poloneza, sfinansować rodzinie wycieczkę po Europie i jeszcze wspierać nieco PEKAO S.A. na koncie A. Informacja dla młodych: Na konto A wpłacało się udokumentowane dochody, „kradzione” dewizy bank przyjmował bez wstrętu w każdej wysokości na konto B i tam leżały rok – i były nagle czyste – przeszły na konto A!!! Polska Ludowa bez pomocy mafii wiedziała jak prać brudne pieniądze zachodnie.

Wszędzie wybuchały strajki, Wałęsa jeździł po kraju i mówił, że gasi strajki (ale tylko mówił), a tak naprawdę je dobrze rozniecał. Pełną gębą trąbił o konfrontacji „siłowej” z rządem a generał Jaruzelski wyciągał do niego rękę tak mocno, że aż zatrzeszczała niebezpiecznie w stawie barkowym, ale na wszelki wypadek już drukował w Moskwie obwieszczenia o stanie wojennym.

Chyba w tym okresie tow. Żabiński z Katowic zorganizował tajne spotkanie pracowników milicji i SB na temat walki ze Solidarnością, które oczywiście zostało nagrane i nagranie przeciekło – tradycja narodowa, utrzymująca się w tzw. wolnej Polsce. Zauważyłem w nagraniu genialną i proroczą myśl: „Dajcie im gabinety, fotele, sekretarki i samochody służbowe, a wnet się uspokoją. Nie znam bowiem człowieka, którego by władza nie zdemoralizowała!” (próba cytatu).
Dodałbym jeszcze – 16000 PLN brunetowi z czarnym wąsem miesięcznie legalnie, a może jeszcze coś wpadnie od czasu do czasu, jak setki tysięcy Euro Wałęsie za byle jaką gadkę – pardon – genialne i twórcze wykłady „Mędrca Europy”!
I wybuchła nam wojna! Nie będąc aktywnym politycznie, poza zwykłym pyskowaniem (lokalnym) nie byłem internowany, tak jak Jarosław K., psioczyłem i plułem na zielone ludki w TV jak wszyscy. Z nabożną uwagą czytałem wiernopoddańczy list kaprala Wałęsy do generała J. i tak się skończyło moje zainteresowanie nowym NSZZ-em – „kak zwał tak zwał”.

Przymiotniki w tej nazwie – jeśli im się dobre przyjrzeć, prawie wszystkie są teraz oszustwami, pozostaje tylko jedno „Z” – Związek i tu miałbym wątpliwości, czy określenia „Zbieranina” lub „Zgraja” nie byłyby odpowiedniejsze. Widząc wybrańców tego związku przed „domami publicznymi” Warszawy (budynkami rządowymi lub Sejmem), wyposażonych w nowoczesne atrybuty związkowe (petardy, syreny, śmierdzące opony itp. plus – na pokaz? – kilofy), te określenia wydają mi się adekwatne. Być może jestem uprzedzony do ZZ, ale gdyby nawet – to nie jest to moja wina tylko historii.

Od 1951 roku borykam się z problemem p. t. „Nowa rola związków zawodowych”. Takie miałem pytanie na maturze i ledwie się wykręciłem i wciąż ta rola się zmieniała i zmieniała – do dziś, choć to chyba nie koniec zmian. Jedno było i zostało – od pierwszych związków i ich central w USA do obecnych – zawsze płacili zwykli członkowie a działaczom powodziło się dobrze i wszędzie wtrącali się działacze do polityki lub współpracowali z mafią. Niczego nie będę jednak sugerował odnośnie „fałszywej” jubilatki! Niech akcentuje swą „Niezawisłość” (Niezależność) i „Samorządność” w charakterze pisowskiego zaplecza i jada z rączki prezesa podobno najbogatszej partii, pewnie główni działacze zostaną sowicie wynagrodzeni za trud i poświęcenie, a biedni członkowie pozostaną w sekcie religijno-politycznej i chyba nie skorzystają z rady Mazowieckiego, aby używali własnego rozumu. Kpiłem z argumentacji braku zaproszenia notabli podanej przez śląskiego konkurenta pana Śniadka, iż nie mógłby im zapewnić komfortu psychicznego – znał swoje owieczki i wiedział co się stanie przy brzegu morza, nie chciał tego na Śląsku. Chwała mu za to! Mówię to jako Ślązak, który pamięta słowa Kuca i apel, aby nie liczyć na „ciulów” z Warszawy. On wprawdzie myślał o mieście, w którym obecnie mieszka, ja to uogólniam na całą Polskę. Kończę w moim stylu – kpiną – dramatycznym pytaniem: „Quo vadis, Solidaritas”?

Moje wątpliwości odnośnie jednego związku zawodowego, „dobrego na wszystko – jak klej o nazwie „kropelka” też już świtały w głowach pierwszych (lub „drugich”) przywódców Solidarności i wymyślono pojęcie „branżowości”, co już pachnie związkami zawodowymi, ale nie ma nic wspólnego z ruchem społecznym w PRL. Tzw. Solidarność Śniadkowa (obecnie w silnych rękach komandosa) nie jest niczym innym niż drugim OPZZ, tworem mającym jakoby pogodzić interesy wszystkich grup zawodowych, a jest to niemożliwe – opłaca się tylko działaczom. Stąd też apel o zmagazynowanie w lamusie historii wszelkich symboli Solidarności 80 jest usprawiedliwione.

Gdy już się tak roz-„bisowałem” – to dołożę następny „bis” lub „post scriptum”: Zadałem sobie trud i przeczytałem pierwszych kilkadziesiąt artykułów ustawy o związkach zawodowych, szczególnie artykuły w pobliżu 30-go.
Ten bis zawiera moje przemyślenia, a właściwie pierwsze wrażenia po przeczytaniu obowiązującej ustawy o związkach zawodowych. Nie ma bardziej idiotycznego i złodziejskiego bubla prawnego w historii polskiego prawodawstwa.
Jestem człowiekiem, który dobrze pamięta swoje większe wpadki w życiu, nawet gafy z dzieciństwa, przypominane na każdej uroczystości rodzinnej, aż do wymarcia świadków. Tym bardziej pamiętam kłopot z matury, gdzie we wszystkich przedmiotach brylowałem, a miałem kłopot tylko z jednym pytaniem – do dziś nie umiem na nie sensownie odpowiedzieć: „Nowa rola związków zawodowych”.
Wiedziałem oczywiście o tym, jak powstały związki, jakie miały metody i cele i z czyich pieniędzy żywiono aktywistów – wyłącznie ze składek członków. Związki walczyły z brzydkimi kapitalistami, więc idiotyzmem byłoby, aby kapitalista opłacał swojego śmiertelnego wroga. Związek gromadził też fundusze strajkowe, aby strajkujący przeżyli strajki. To jeszcze rozumiałem. Ale co z tą nowa rolą związków w państwie zmierzającym do komunizmu, gdzie środki produkcji były własnością ludu pracującego???
Autodestrukcja? To przecież paranoja! Rola służebna? Może tak, ale dla kogo? Wybrnąłem jakoś na maturze, ale problem tej „nowej roli” nurtuje mnie do dziś. Jest wciąż nowsza i nowsza, ale nie wiem jaka. Wywalczyła klasa robotnicza – na czele z konserwatorem wózków akumulatorowych – dziki kapitalizm, chwała jej za to! Zaczęły to związki zawodowe, których kontynuatorami są obecne związki. Teraz nie walczą specjalnie z kapitalistami, to się nie opłaca, ale wrogiem jest państwo. Jest tylko jeden element wspólny dawnym i obecnym związkom – doskonałe życie przywódców związkowych
Jak sobie wywalczył (o take Polske) odpowiedni standard życiowy wspomniany spec od wózków, to każdy wie – opieka zdrowotna w USA i odpoczynek po tej walce w Miami. I tak rozumiem tę „nową rolę” aktualnie – wynieść na znakomite fuchy wszelkich nierobów, aktywistów związkowych, proporcjonalnie do zajmowanego stanowiska. Szczęka mi opadła, gdy przeczytałem, że wystarczy 10 pracowników, aby założyć ZZ. Zbierze się przy piwie 10 facetów, wybiorą 7 osób do komitetu założycielskiego, a 3 pozostałych wysyłają do Tesco po zagrychę. Potem wyłonią zarząd i komisję rewizyjną, bo tych pracodawca nie może zwolnić lub pogorszyć warunków pracy i płacy. Alleluja i do przodu! A pracować nie ma komu!
Postanowiłem założyć taki związek, aby mieć do końca życia komfort finansowy. Zbiorę w jakiejś kawiarni 10 znajomych i postąpimy tak jak należy, zgodnie z tym kretyńskim prawem!
3 osoby do zarządu, 3 do komisji rewizyjnej, 1 do relacji z pracodawcą, 1 jako rzecznik związku, dwaj pozostali do noszenia piwa, jak Jarosław K. obradującym przy okrągłym stole. Tych ostatnich można od czasu do czasu wymienić na mniej zmęczonych, bo reszty pracodawca nie może ruszyć, a tych dwóch obronimy groźbą strajku generalnego.
PŁACENIE AKTYWISTOM ZWIĄZKOWYM PRZEZ PRACODAWCĘ TO JEST NAJWIĘKSZY IDIOTYZM NASZYCH CZASÓW.
Trochę podobnym to utrzymanie partii z budżetu państwa. Taki system musi zbankrutować i to nas czeka, po Cyprze, Grecji itp. Każdy rząd w obawie o niezadowolenie takich Dudów zwiększy zadłużenie zgodnie ze starymi zwyczajami i powiedzonkami że „rząd się wyżywi” i „apres moi le déluge”, aby do wyborów – do tego najlepiej wygranych.
W tym działaniu ważnym elementem jest ta „nowa rola związków zawodowych”.
Antonius