Na co Polsce wojsko?

Tak mi się zdaje, że jeśli jest się osobą poważną, dorosłą, rozumną i w miarę rozeznaną, to nie da się nie być przerażonym stanem polskiego wojska. Nie będzie poważnie ryzykowną tezą stwierdzenie, że Polska wojska nie ma. Zostało rozwalone. Choć od dawna nie było wielką siłą. To, co jest, to jest nie wojsko, a fantazmat o wojsku. Przerażenie jednak opiera się na pewnym założeniu, które wcale nie musi być wyartykułowane, bo przerażenie to stan głębokiej psyche, a nie racjonalny umysł. Owym niewypowiedzianym założeniem jest to, że Polsce wojsko jest niezbędne. W dodatku w określonym rozmiarze, sprawne, silne i skuteczne. I druga część założenia: przewiduje się, uważa za możliwe, a nawet bez mała pewne, zagrożenie wojenne wobec Polski, które zamieni się w wojnę. To poważne powody, by czuć uzasadnione przerażenie stanem polskiego wojska.

Możliwa jest jednak, mająca swoje uzasadnienia, inna perspektywa widzenia: Polsce wojsko nie jest potrzebne. Może nie w znaczeniu absolutnym, może jakieś kilka-kilkanaście tysięcy żołnierzy. Dobrze wyszkolonych i uzbrojonych komandosów, na misje specjalne, no i defilady – dla samopoczucia. Głośne trzaskanie butami, równy krok, żonglerka karabinkami z dawnych czasów, salutowanie politykom i szczęśliwemu narodowi.

Politycy uwielbiają się bawić w wojsko. Brzuchaty minister obrony, wduszony w mundur z którego wycieka, szczęśliwy prezydent grzebiący plastikową łyżką w wojskowej grochówce „na misji”; ten sam, albo jakiś inny prezydent przymierzający się do karabinka snajperskiego, z obowiązkowym fachowcem wojskowego BHP co dopilnuje, żeby się politykowi nie pomyliły końce, no i żeby komora nabojowa była pusta. Mógłby sobie strzelić w oko. Proca jednak bezpieczniejsza. Prezydent też przyjmie defiladę, wygłosi ładną mowę, którą się bardzo wzruszy i wydmucha nos w prezydencką chusteczkę. Zaś dawny żołnierz, jeszcze z czasów II wojny, taki z AK i Powstania – bo przecież nie z wojska ludowego, które było, jak głosi oficjalne państwo, formacją zbrodniczą – dziś prawie stulatek, jak coś zacznie mówić, to się go złapie za łokcie, w czym pomoże prezydent, mikrofon zabierze i łobuza wyprowadzi. Bo i żołnierz z AK już jest niedobry i mówi nie to, co należy gadać. Dobrzy i święci są „żołnierze wyklęci”. Którzy co prawda w ogóle nie byli żołnierzami, a z owego „wyklęcia” bardziej adekwatne jest „przeklęcie”, ale nie o realność żadną chodzi. Chodzi o coś zgoła innego: o gry i zabawy niewyrośniętych nigdy z podwórka chłopaczków, udrapowujących się na mężów stanu. Ci mężowie klaszczą „inwazji w Normandii”, która się odbywa na Helu. Popadają w zachwyt oraz ronią łezki na ludobójstwo na Wołyniu, ładnie przedstawione przez innych chłopaczków, też dobrze odżywionych i szczerze patriotycznych: „grupy rekonstrukcyjne”. Dzięki nim możemy znowu wygrać pod Grunwaldem i znowu dać Wiedniowi odsiecz.

Jak widać, bez problemu możemy mieć inwazję w Normandii na plaży w Helu, na którą się będą gapić pospołu oniemiali: tatuś z synusiem przedszkolnym, właśnie na wakacjach i kiełbasą z grilla w buzi. Wypadnie z tejże, bo się buzia z wrażenia szeroko otworzy: takie cudne lądowanie!

I chwatit! Wszyscy są zadowoleni, a zwłaszcza właściciele helskich i okolicznych biznesów. Sprzeda się wszystko, każdy kit wpada do żołądka i głowy. Jako kit jest niestrawny, więc tam zostaje. Dlatego tiszert z kotwicą Powstania na spoconym brzuchu i napis: jestem dumnym powstańcem !

Gdy się powróci do stanu powagi, widać jak na dłoni: wojska nie ma. Nie tyle chodzi tu o sprzęt, jego nędzę i nędzę braków łatwiej się zauważa, choć politycy śmiało kłamią. Nierównie ważniejsze jest coś innego: ludzie, żołnierze i stosunki wewnętrzne. Kilkudziesięciu generałów wywalonych, bądź zmuszonych do odejścia. Większość – doświadczonych, niektórzy wybitni i mający poważanie w NATO. Setki. Jeśli nie więcej, oficerów wyższych. Zwłaszcza pułkowników. Dezorganizacja i dewastacja. Ale nie tylko w liczbach rzecz. Rzecz w deprawacji. Rozbiciu moralnym, zniszczeniu zaufania: dowódców do żołnierzy, żołnierzy do dowódców. Część żołnierzy – przekupiona, inna – omamiona. Nie tyle ze słabości umysłu – po nich się spodziewamy krwi zimnej – ale z żądzy władzy. Po cywilnych trupach kolegów wywalonych z armii – w górę, kolejne gwiazdki, premie i zaszczyty. B.M.W. – taka nowoczesność armii. Admirał (kontradmirał?) zdymisjonowany za to, że, czując obowiązek żołnierza, wyznał głośno, że Marynarka Wojenna jest w zupełnej zapaści, a politycy mamią i kłamią zamiast zaopatrywać wojsko? Tak się traktuje żołnierza?

I tak dziesiątki generałów wywalono. Za to należy się honor, nie dymisja. Za cywilną odwagę żołnierza, poczucie obowiązku, lojalności wobec państwa, nie partii i jej mikrego szefa. Dymisja, wreszcie kajdanki i sąd, należą się politykom. To się jednak w Polsce nie zdarzy, bo się nie zdarzyło. Politycy to dzieci, dzieci mówią co złego to nie ja!, a dzieci się do lochu nie wsadza. Daje się lizaka i kieszonkowe. Politykom daje się prezesury i fotele w radach nadzorczych wojskowych spółek skarbu państwa. I lizaki: im bardziej rozwalisz wojsko ale chwacko odstawisz defiladę huzarów, tym pewniej wygrasz wybory. Historia się nie powtarza? Podobno tak, drugi raz jako farsa: mamy więc 31 sierpnia 1939. Wojsko zwarte i gotowe. Trzeba tylko iskry. Dziś – „Iskandera”. Który z Kaliningradu doleci do Warszawy w dwie minuty. W tym czasie chwacki rekonstruktor nie zdąży nawet zmienić cywilnych ciuchów na gacie ogólnowojskowe. A że nie zauważy nadlatującego „Iskandera”, bo nie ma jak i czym dostrzec, wyjdzie z szatni i od razu się ucieszy: Oj, jak pięknie zburzona Warszawa! Zrobimy, z chłopakami, pyszną rekonstrukcję Powstania!

Średni wiek sprzętu wojskowego oscyluje w okolicy czterdziestu kilku lat. Przez kilkanaście lat cały polski przemysł obronny nie był w stanie zrobić porządnego podwozia do nowej haubicy. Każde pękało. Trzeba było w końcu kupić w Korei. Przez dziesiątki lat cały polski przemysł obronny nie był w stanie zrobić porządnego pocisku czołgowego. Teraz – ponoć – są już w produkcji. Ile warte, to się dopiero okaże. Albo i nie okaże. Wojsko bardziej ćwiczy „na sucho”. Są fundusze na dwa luksusowe samoloty dla VIP-ów – chłopcy udający mężów stanu lubią latać, na partyzantów zza krzaka – Obronę Terytorialną, brak dla wojsk operacyjnych. Przez lata były problemy nie do pokonania z dostosowaniem karabinów czołgów „Leopard II” do polskich warunków. Nie wiem, czy już skutecznie pokonane. Lata temu zlikwidowano zespół żołnierzy zajmujących się profesjonalnymi analizami światowego rynku uzbrojenia i badaniami broni. By jak najdokładniej wiedzieć, co jaka broń może, czym grozi i czy dla polskiej armii jest optymalna. Czy taki zespół i takie kompetencje zostały odbudowane? Po stanie spraw należy w to wątpić. Także dlatego, że aby móc odpowiedzieć na pytanie o celowość, optymalność i czasowy przedział zakupu, najpierw trzeba wiedzieć, jaka jest doktryna obronna, a właściwie – wojenna. Jaka jest, poza tym, że jest bałagan, niemożność, robota na kolanie i pod partię, oraz sprzeczności? Należy się też obawiać o to, że doktryna wojenna nie bierze pod dostateczną uwagę innych niż wojenne uwarunkowań, które mogą być ważniejsze w dzisiejszym świecie.

Cóż mówić o stałej, jasnej i pewnej doktrynie, skoro można sobie kupić raport specjalistów, którzy dowolną tezę udowodnią. Minister zamówił raport i dostał: Polsce nie potrzeba okrętów nawodnych, a podwodnych. Sławetny program „Orka”. Podobno ktoś raz widział orkę na Bałtyku. Nawet jest chyba jakaś fota. No i bywają z wizytą inne wieloryby, co się dla nich źle na ogół kończy. Jak nazwa, to musi być dumna i bardzo żarłoczna. Niech się przeciwnik boi. Jaki przeciwnik? Mówmy jasno – Putin. Putin się orek nie boi, bo to słowiański macho: wskoczy orce na grzbiet i powozi, a orka słucha. Trzeba go bardziej przestraszyć: „potwór z Loch Ness” bardziej będzie pasował. Są foty potwora, ale nawet Putin jeszcze go nie ujeździł. Potwór się nada. Okrętów nawodnych nie trzeba – jak dowodzi raport ministra, bo Marynarce Wojennej potrzeba okrętów podwodnych, najlepiej z hybrydowym napędem i z pociskami samosterującymi wystrzeliwanymi spod wody oraz takim zasięgu i celności, żeby Putina wszędzie dopaść. Których to okrętów nikt na świecie w oczekiwanej konfiguracji nie produkuje. Nic nie szkodzi – ma wyprodukować polska stocznia. We współpracy z tym, co wygra przetarg na okręt. A może nie będzie przetargu, ale „pilna potrzeba operacyjna”? „Pilność” ma uzasadnić omijanie prawa zamówień publicznych. Wskaże się palcem dostawcę i ma się okręt. Palcem się wskaże znowu, bo wskazywanie ma już historię. Na cały Bałtyk śmierdzi to zdechłą rybą lobbingu, niekompetencji, zmarnowanych miliardów i korupcji.

Jest Stocznia Marynarki Wojennej, w Gdyni. Założona jeszcze przed wojną, za Piłsudskiego. Była tam tymczasowa baza wojenna. Były trzy dumne niszczyciele, dwa pachnące farbą. I dwa stare. Stare zostały i zaraz padły ofiarą niemieckich nalotów oraz ostrzału. Trzy pierwsze odeszły, w ostatniej chwili – do Anglii. No i sławny ORP „Orzeł”. Sławny, ale tragiczny. Tradycja – piękna rzecz, co widać na defiladzie i po tym też, że Marynarka Wojenna ma admirałów. Admirał to poważna figura. Od dowodzenia całą flotą: ze trzy lotniskowce, kilkanaście krążowników, parę atomowych okrętów podwodnych, ze dwadzieścia niszczycieli i mnóstwo drobnicy okrętowej. Polska marynarka od dawna nie ma nawet niszczyciela. Dogorywają stare i małe okręty podwodne wzięte od Norwegów, typu „Kobben”. Produkcja z lat 60. ubiegłego wieku. Do niedawna był w sprawności operacyjnej „Orzeł”. Nie tamten, rzecz jasna, ale radziecki, z lat 80-tych. Ciągle neezły i jedyny taki. Ale coś się w nim spaliło, podobno. Do służby chyba już nie wróci. Nawet jeśli – na krótko i pewnie już nie operacyjnie.

Mamy dwie fregaty, od Amerykanów, typu „Oliver Hazard Perry”: „ORP. Kościuszko” i „ORP Pułaski”. Oba zostały pierwotnie wycofane ze służby prawie dwadzieścia lat temu. Remont i przystosowanie tylko jednej z tych fregat do służby kosztowało Marynarkę około 120 milionów złotych. Tyle, za ile można zbudować nowy okręt, choć pewnie niższej klasy, z wyposażeniem. Powiedzmy – korwetę. Do tego stare uzbrojenie i stare śmigłowce „Kaman” w niczym nie kompatybilne z resztą floty śmigłowców wojska polskiego. Co nietypowe, a do tego wyeksploatowane, kosztuje potrójnie a niewiele może.

Stocznia Marynarki Wojennej istnieje, na papierze. Co nieco widać w terenie – skorupy budynków. Od bodaj 17 lat nie udaje się w niej wybudować niewielkiego i prostego okrętu wojennego. Ta bezskuteczna męka kosztowała polskiego podatnika już dobre kilkaset milionów złotych. Miała być korweta, wyjdzie z tego (o ile wyjdzie) coś w rodzaju patrolowca. Za pieniądze na jakieś dwa niszczyciele. Ta sama dumna stocznia miałaby, wedle zapowiedzi rządzących podstarzałych chłopaczków, budować najnowocześniejsze na świecie i nieistniejące jeszcze w realu nigdzie – okręty podwodne. Będzie wspaniały zysk – „transfer najnowszych technologii”. Czym miałaby stocznia budować, jak i kim? Pytanie śmieszne, żałosne i rozpaczliwie. Kim? Polscy spawacze są już w Norwegii. Owszem, są i po sąsiedzku, w cywilnych stoczniach Trójmiasta. Tyle że żadna stocznia, odpowiedzialnie zarządzana, nie podejmie się takiej realizacji. Specjalne warunki, konieczność spełnienia niezliczonych obostrzeń, w tym technicznych i kontrwywiadowczych, uzyskania wyśrubowanych i specjalnych certyfikatów wojskowych, konieczne zamrożenie sporej części potencjału; nieznane warunki i ryzyka budowy zleconej przez politycznych, niekompetentnych szaleńców dłubiących ciągle w budżecie – to prosta droga do bankructwa.

Program „Orka” zdycha, właściwie już zdechł. Prezydent leci do Australii, ma kupić używane – znowu – okręty marynarki wojennej Australii, których ta się chce pozbyć. Rzekomo po to, by przez najbliższe lata polska marynarka miała cokolwiek do pływania. A w międzyczasie odbuduje się zdolności produkcyjne stoczni wojennej w Gdyni. Jak się je odbuduje, skoro „w międzyczasie” nic się nie będzie w tejże stoczni budować, co najwyżej drobnostki? Skompletuje się teraz załogę najwyższej klasy fachowców, zakupi najnowsze maszyny i przebuduje infrastrukturę produkcyjną? Pod nieznane, bo to będzie znane nie wcześniej niż „za kilkanaście lat” warunki, standardy i wolumen produkcji? Czy najpierw się poczeka te kilkanaście lat, a potem będzie szukać i ludzi i techniki? W „międzyczasie” cała stocznia się zawali. Rdza ją co zna zeżre. Co się wtedy i jak będzie „odbudowywać”, jak nic nie będzie? Stocznia ma to do siebie, że nie może stać. Musi produkować. Jak ma czekać na polską produkcję wojenną, to w międzyczasie musi produkować na eksport. Co? Kto zechce kupić to, czego nie mamy i nie umiemy produkować, albo dlaczego takiemu niezdolnemu dawać do produkcji własne projekty? Że siła robocza najtańsza na świecie? Żarty. I nie w przemyśle zbrojeniowym.

Miały być „transfery technologii” wojskowych, bo jak zapowiedziała, tupnęła lakierkiem w posadzkę, ścisnęła wojennie okrągłe piąstki i zrobiła minę „na najeżkę” rozpaczliwie nic nie rozumiejąca i żałośnie pozbawiona wszystkiego była premier Szydło – Polska nie będzie już dłużej krajem magazynów i montowni, a krajem najnowocześniejszych „technologii” w świecie. To właśnie – centrum kompetencji, centrum współprojektowania, wciągnięcie polskiego ośrodka w orbitę działania unijnego giganta cywilnej i wojskowej produkcji – Airbusa, żywotne wzmocnienie Łodzi męczącej się z kulturową i społeczną spuścizną sfeminizowanego przemysłu lekkiego, a wielkim niedomiarem „najnowszych technologii” w gospodarce regionu oferował Airbus, wraz ze zwycięskim w zamówieniu publicznym śmigłowcem „Caracal”. PiS wyrzucił Airbusa z Polski, w – mówiąc wprost – chamski i graniczący z łamaniem prawa sposób, a z pewnością łamiący obietnice i grzebiącym dobre relacje biznesowe na dekady, bez żadnej racji poza ideologiczną. Wiceminister Obrony zaś pogroził Francuzom widelcem – polskim wynalazkiem high-tech. Zaraz potem, minister obrony o bardzo specjalnych właściwościach głowy zapowiedział, że Polska sobie sama zrobi własne śmigłowce, lepsze od europejskich, z Ukrainą. Głowa tego pana nie miała pojęcia, albo może miała, ale specjalnie tak powiedziała – u niego nie jest jasne, co jest – że tak jak polscy spawacze okrętowi są od dawna w Norwegii, tak ukraińscy konstruktorzy śmigłowców i samolotów są od dawna w Rosji. Skutki widzimy: czarna dziura, śmigłowców o uniwersalnym zastosowaniu w polskiej armii nie będzie. Przez długie lata. Potrzeby są co prawda bardziej niż gorące – znakomite, ale już dawno na granicy żywotności, radzieckiej produkcji Mi-8, za chwilę będą musiały zostać zdjęte ze stanu wojska.

W każdej dosłownie dziedzinie wojskowej (może poza lekką bronią strzelecką), poza jaśniejszym drobiazgiem technicznym („Rosomakami”), jest to samo – rozpacz, degrengolaga, deprawacja, szaleństwo niekompetencji. W nadmiarze zaś są mity i kłamstwa, którymi nas się karmi. Im gorzej w wojsku, tym więcej defilad z huzarami i Zbyszkiem z Bogdańca. Zbyszko też lipny, sama kukła, bo żywy Zbyszko musiałby dostać apopleksji na widok tego, co z własnym wojskiem robią sami Polacy, mając przy tym czelność powoływania się na Jagiełłę i jego wielkie – wtedy – państwo Europy.

Wśród tego szaleństwa w jakim tkwimy, którego już bodaj nie widzimy i się nim karmimy jak helską rybką trzeciej świeżości mrożenia udającą świeżość o najwyższym standardzie technologicznym świata, może znacznie lepsza, zdrowsza psychicznie, racjonalniejsza, tańsza i bardziej perspektywiczna jest inna droga: żadnej wojny, bezpośrednio Polski dotyczącej, nie będzie. Ani pewnie pośrednio. Bałtyk jest za małym morzem na współczesną wojnę. Samolot naddźwiękowy przeleci w poprzek w kilkanaście minut. Do zatopienia polskiej floty nie potrzeba prezydentowi Rosji floty, wystarczą rakiety, do tego nieduże i tanie. Takie cele: też małe i nieliczne. Putin, konsumując pierwszej świeżości kawior z jesiotra w złotej sali Kremla może pomylić dżojstika do grania w „czolgista.pl” z dżojstikiem do wypuszczania rosyjskich rakiet frunących bezgłośnie i niewidocznie na polskie okręty, bazy nadbrzeżne, stocznie, porty wojenne i handlowe, mosty i inne instalacje. Bałtyk jest tak mały i ciasny, że statek na statku. Najwięcej połączeń promowych na świecie. To w ogóle nie jest morze do prowadzenia wojny. Każda wojna na Bałtyku równa się zapaści Unii, końcowi cywilizacji Europy, co przewodziła światu i stała się tak bogata, ale to się kończy. Teraz Europa musi gonić świat, by pozycję utrzymać, co wcale nie jest pewne. Europejczyk nie chce żyć gorzej niż dziś. A woli nawet lepiej. Co jest nie do zrobienia przy jakiejkolwiek realnej wojnie w środkowej Europie. Zwłaszcza bałtyckiej. Jakby miał żyć gorzej – będzie populizm do kwadratu, do sześcianu i kolejny Hitler gwarantowany. Mężowie stanu to rozumieją. Populiści, fantaści, mitomani, husaria polska kwalifikująca się do lecznictwa zamkniętego – nigdy.

Wystarczy parę drobnych awarii: rurociągu „Przyjaźń” (polsko-radzieckiej, tak jest!), portu naftowego w Gdańsku wraz z rafinerią, porządnej dziury w jakiejś autostradzie i stacji rozrządowej kolei, przewrócenia się dwóch zbiorników na gaz płynny w Świnoujściu imienia tego, co się kulom ruskim w Gruzji nie kłaniał – i Polska się skończyła: nie ma infrastruktury, nie ma ropy, nie ma gazu. Nie ma gospodarki. Tu, bo w Chinach i gdzie indziej tylko się od tego poprawi. Nie ma gospodarki, to zadam pytanie – a co w takich warunkach jest? Trzeba iść. Po rozum do głowy.

Zadaję też pytanie: jaki ma mieć powód Rosja by napadać na Polskę? Na co taka wojna, na czym polegać mają zyski wobec nieuchronnych kosztów? Na co wojsko, bardziej nieistniejące niż realnie mogące, skoro Rosja likwiduje polskie siły powietrzne w 4 godziny – jak powiedział doświadczony generał wywalony z armii, w książce „Generałowie”, a wojsko rosyjskie, niezależnie od polskich prób, w trzy dni dochodzi do Warszawy? A być może cztery godziny: desant na miasto i jego obezwładnienie jest dla Rosji wykonalne bez wielkiego wysiłku. Całe NATO przyjdzie Polskę ratować? Oceńmy to racjonalnie: Europa weźmie udział w wojnie, na którą będzie reakcja wojenna Rosji wobec całej Europy? USA mają własne interesy. I w realny udział Ameryki w takiej wojnie jest powód racjonalnie wątpić. Byłaby to konfrontacja zupełnie innego rodzaju niż w Wietnamie, a później Iraku, Afganistanie, Jemenie, Somalii, Syrii i jeszcze innych miejscach świata. Tam USA miały miażdżąca przewagę. I z tą przewagą albo przegrywały, albo też zamiast problemy rozwiązać, wzniecały jeszcze gorsze – vide IS i zapaść Afganistanu, w którym rządzą i narkotyki i – już niemal znowu – talibowie. Bezpośrednia konfrontacja z Rosją, kto wie czy nie wspieraną przez Chiny, to zupełnie inna wojna, światowa, o której nikt nie ma żadnego pojęcia, żadnej kompetencji i żadnego przygotowania. Poza tym, że będzie po takiej wojnie zabawa maczugami.

Nie widać, nie słychać żadnej przytomnej odpowiedzi. Ani w „doktrynie wojennej”, ani w ustach rządzącego Polską „obozu patriotycznego” – co samo z siebie brzmi zarówno sarkastycznie, bezczelnie, durnowato jak i strasznie kiczowato. Niewiele rozsądniej gada opozycja. Porażenie bezmyślnością jest – jak widać – powszechne. Żyjemy we wzajemnym szantażu. Jeden drugiego szantażuje fobiami antyrosyjskimi a gra się toczy o to, kto bardziej pryncypialnie antyrosyjski sie okaże. To gra odwrotna od tego, w co się przytomni Europejczycy nauczyli grać: zamienianie przeciwnika w sąsiada i współpracownika. Każdy na tym wygrywa. W Polsce nie chcemy się nauczyć tej ciężko zapracowanej lekcji: dobra droga, w istocie jedyna droga, to droga współpracy. Niemcy i Rosja to rozumieją, dlatego zaczyna się budowa drugiej nitki gazociągu na dnie Bałtyku. Który w trakcie wojny niezwykle łatwo zniszczyć. I nikt rozumny nie ma interesu, by to robić. Ten gaz z Rosji to najtańszy gaz, więc i najlepszy. Polska woli gaz droższy – z USA albo Norwegii. Chce więc wyższych kosztów w całej gospodarce i w gospodarce komunalnej czyli przyspieszenia opróżniania kieszeni podatnika. Czy „suweren” głosując na prostego posła i jego „dobrą zmianę” został poinformowany „za czym” głosuje? Na złość Rosji, którą to wcale nie złości a dziwi, a na szkodę – sobie. Taki ma być patent na zamożną i zdrową Polskę?

Czytelniku: idź na spacer, idź na defiladę husarsko-partyzancką, powzruszaj się razem ze wzruszonym prezydentem i całą resztą patriotycznie wzruszonych, poruszaj nogami, co poprawia krążenie, poruszaj skutkiem tego głową – i daj przytomne, mądre, poważne odpowiedzi. „Polska ci tego nie zapomni” – jak uroczyście gadają gadające głowy.

Tanaka