Jak działa katolik co się zna na pszczółce Mai

Mówiąc między nami, ateistami – katolik w ogóle nie działa. Katolik twierdzi odwrotnie, zaś najodwrotniej – jego biskup. Też zresztą katolik. Jest to pożyteczne, dzięki temu dowiadujemy się kto to taki – katolik, oraz jak działa. Pożyteczność ta jest bardzo daleko idąca, bowiem dzięki niej ateista dowiaduje się, że nie jest katolikiem, ale właśnie ateistą. Jest to wielka zasługa w niebie katolika, że tak pomaga ateiście, chociaż katolik ma nie pomagać ateiście być ateistą, tylko odwrotnie. Co jest jeszcze większą zasługą w niebie. A ściślej – jedyną Prawdziwą zasługą. Gdyby biskup był cwany, to nie demonstrowałby sobą, ani swoją owieczką, jak działa katolik. Wtedy ateista byłby całkiem pogubiony i nie miałby pojęcia, że jest ateistą, bo by się miał za katolika. Taki katolik zacny. No ale, jak wiadomo, biskup jest cwany tylko do jednego. Nie powiem do czego, bo to dosyć wstydliwe. Babcia mówiła, że „o pieniądzach nie rozmawiamy” . No to nie rozmawiamy.

Porozmawiajmy więc o seksie! Że co? Że to sprawa jeszcze bardziej wstydliwa od pieniędzy i już całkiem nie wypada o tym gadać? No, jak nie, jak – tak? Sam pamiętam: na kursie nauki do karty rowerowej (uważacie – katolik mówi, że niekatolik żyje z babą nie na sakramenckość, ale „na kartę rowerową”. A pedał – to już w ogóle: na dyszę i tłok, jak orzekł nieoceniony katolicki naukowiec – ksiądz dr hab. Oko Dariusz. Już on ma oko na te sprawy.) dowiedziałem się, że jest taki znak: gołoledź ! No, jak tak, to tak. Skoro to jest przepis państwowy, znaczy nie ma co żadnej krępacji robić i trzeba na goło lecieć, czyli o seksie gadać. Taki prikaz. W gadaniu – w zasadzie – chodzi o to, żeby się dogadać. A trudno się dogadać z katolikiem, który mówi, że sieksa u nas niet! Bo u niego to tylko komunia ciał odchodzi. Ale i to jest powszechnie znane, że katolik sam ze sobą nie może się dogadać, bo u niego nic tylko Pan Jezus już się zbliża, już puka do (jego) drzwi… I tak od dwóch tysięcy lat. Ale jak się nie gada, to się coś robi. Bo tak całkiem nic to sie nie da. Taka konstrukcja, z Dnia Szóstego. Wiadomo czyja. To zaś co się robi w takich warunkach, musi być w niezgodzie z tym, o czym tak się gada, że wcale.

Jak powszechnie wiadomo, ksiądz to nic tylko o seksie by gadał, bo nie ma nic innego do roboty. Oprócz tego, żeby inkasować. A jak gada, to ciągle pomstuje i najgorszymi wyrazami powtarzanymi po parę razy – przeklina, wyklina, potępia. Bo co do reszty – to ta reszta taka nudna, tak katolik w ogóle nie ma o niej pojęcia ani zainteresowania – w czym bardzo przypomina księdza – że dlatego ciągle i ciągle ten seks. Znaczy: seks to wynalazek szatana, a komunia ciał – Wszechmogącego. To się samo rozumie: drugie jest dobre, pierwsze jest diabelskie. Najlepiej to się na tym znał nasz Święty Ojciec Święty, co się znał na teologii ciał. No, tak miał.

O fachowości księdza w sprawie dowiaduje się każde dziecko przedkomunijne: ile razy dokonywałeś samogwałtu i w jakich okolicznościach? Fachowo przepytuje przedkomunijne dzieciątko boże ksiądz dobrodziej schowany w drewnianej skrzynce. Dzieciątko nie wie nawet co to „gwałt”, bo nawet jak jest świadkiem lub ofiarą gwałtu w domu, to jest mu to fachowo i po katolicku wytłumaczone: tatuś ma chwilę słabości, zaś mamusia niesie swój krzyż. Jak niesie, to i dobrze – jest to wielki honor i przestać nie można. Jak dziecię ksiądz gwałci osobiście, sprawa tak samo jasna: dziecię, w ten sposób, zbliża się do Boga. Za pośrednictwem księdza dobrodzieja. Taką ma robotę: dawać przykład i pośredniczyć. No i robi co trzeba, za aprobatą nieba. Jakże więc takie dziecko ma wiedzieć, na czym polega „samogwałt”? Nieważne, czego nie wie, ważne, co orzeka ksiądz naukowiec wszelkich tytułów, czyli Oko Dariusz: tak się odbywa seksualizacja dziecka. On to, co prawda, gadał na nieco inną okoliczność – choć i tak nie wiedział co gada, ale też o seksie. Jak seksualizacja, to seksualizacja.

Ponieważ już tylko tego realnie się trzyma Kościół kat. – nadzorowania seksualności owieczek bożych, co inni – i trafnie – nazywają biowładzą, seks – jak zawsze i wszędzie gdzie się doń miesza władza – to pole walki i zamordystycznej kontroli. Reszta to (oprócz pieniędzy) drobiazgi mętnej treści i niewarte zachodu, co Kościół kat demonstruje jak chwat. Stąd biskupie wrzaski o zakaz gumki, tabletki, tabletki „dzień po”, świeckiej edukacji rodzinno-seksualnej; o lekarskich sumieniach, aptekarskich takoż, a nawet sumieniu drukarza, co ma sumienie – rzecz jasna – katolickie, bo niekatolik sumienia nie ma. Poznawalne po tym, że sumienie odmawia mu zgody na druk plakatu zamówionego przez organizację LGBT, albo jakoś tak. Nawet spojrzenie chłopca na panienkę, rozmarzone i doceniające jej kobiece uroki, jest już grzechem w sumieniu. Taka Prawda. Katolik przestrzega też ściśle szóstego przykazania, a nawet przedostatniego, nie mówiąc o każdym innym z pierwszymi trzema na czele. Bo te mają ważność nad ważnościami, znacznie ważniejszą niż pieśni nad pieśniami. Żeby obraz rzeczy dopełnić: raptem dni temu kilka okazało się, że i motorniczy tramwaju ma katolickie sumienie: odmówił jazdy (Poznań – wielkie miasto, ludzie światli i tak dalej) tramwajem zaopatrzonym w malutką, tęczową flagę. Flaga została umieszczona zgodnie z umową między miejskim przedsiębiorcą tramajów a organizacją reprezentującą społeczność LGBT i promującą tolerancję oraz równość. Motorniczy zaopatrzony w sumienie katolickie tak odmowę wyjaśnił: Treści, które reprezentują organizacje skupione wokół symbolu tęczowej flagi, dążą do zalegalizowania pedofilii jako orientacji seksualnej na równi z orientacją heteroseksualną. Jako ojciec siedmiolatka nie mogę się zgodzić, aby reklamować swoją pracą w/w treści. Jak to mówią: sumienie najważniejszą instancją człowieka. Sumienie tramwajarza podjęło trafną decyzję moralną: homoseksualista to pedofil! Nie inaczej cenia to w sumieniu moralnym, w dodatku posiadającym doktorat i katolicką habilitację, nasz milusiński – ksiądz Oko Dariusz, z którym już jesteśmy solidnie zaznajomieni. Ma na to nawet odpowiednie wyniki badań! Wyniki mają inni naukowcy katoliccy. Pierwsi z brzegu (jeziora, po którym Jezusek itd..): dziecko z in vitro ma bruzdę dotykową na czole. Nie ma się co dziwić, że grono światłych poznaniaków też uruchomiło swoje sumienia katolickie, oburzyło się moralnie na te flagi na tramwajach, co głoszą chwałę pedofila, a w ślad za ich sumieniami objawiło się sumienie w prezesie tramwajów poznańskich. Też zrozumiał, że na dachach jego tramwajów jeźdżą pedofole. Flagi kazał zdjąć, a umowę – zerwać.

Katolik nadwiślański nie stosuje więc seksu, nie wie, o co się rozchodzi. W sprawie tego o co się rozchodzi wie jak działa pszczółka. Że zapyla i bzyka. Tak mu mamusia z tatusiem wyjaśnili, bo i sami tyle wiedzą. Z przykładu Maryi. Dlatego, oprócz kolęd, wszyscy chętnie śpiewają hymn do pszczółki Mai. Dziewczątka katolickie zaś pytają w necie: czy od buziaka można zajść w ciążę? Nie przeszkadza to dziewczątkom i chłopcom katolickim uprawiać – w gimnazjum – zabawy w słoneczko. Słusznie więc się stało, że pisoidy zakazały gimnazjum. Teraz zabawa w słoneczko będzie w podstawówce. Wszyscy są zadowoleni. Po ślubie sakramentalnym więc (ściśle biologicznie heteroseksualnego mężczyzny i heteroseksualnej kobiety – jak biskup wyjaśnia, a Pawłowicz Krystyna powtarza), dochodzi wyłącznie do komunii ciał. Komunia zaś musi być nakierowana na powołanie nowego życia, czytaj – katolickiego dzidziusia. Mąż katolicki, komunizując małżonkę katolicką, bardzo wysila myśl i pragnienie: ma być z niej dzidziuś! Inczej komunia nieważna, a grzeszna. Dzidziuś jako taki u katolika nie występuje: najpierw jest dzieckiem poczętym, a jak się urodzi – jest już katolikiem. Za pomocą pokropienia wodą. Co się odpowiednio nazywa, ale o tym teraz nie rozmawiajmy, bo – tytułem przykładu – zanurzenie w wodzie jest już nieprawidłowe. I wiadomo, kto tak robi. Co dziwne, bo Jezus tak właśnie zrobił: wszedł do rzeki Jordan i był zadowolony. Katolicka komunia ciał to straszna męka. Dlatego tak na okrągło gada o bolesnej męce. Najbardziej – biskup. Męczy się za tych, co się tak męczą. Cały się wziął z umęczonych to i sam teraz męczy, bo musi.

W ten sposób katolik nadwiślański góruje nad każdym innym i w ogóle – nad Europą i nad wszystkim. Dowód na to znajduje się w Świebodzinie i ma prawie 40 metrów wzrostu. Co dowodzi, że góruje, bo ten dowód w Rio de Janeiro ma parę metrów wzrostu mniej. Naszemu nikt nie podskoczy. O czym upewniał tak pewnie nasz Święty Ojciec Święty.

Skoro mówimy o fachowości i górowaniu naszych katolików nad nienaszymi: oto najświeższe dane w sprawie komunii ciał Polaków, co to są sami katolicy, więc sieksa u nich niet [1] :
– od II połowy lat 1980-tych („wczesny Wojtyła”) następuje w Polsce gwałtowny wzrost (aż do dziś) liczby dzieci pozamałżeńskich (miasta – obecnie – ok. 27% dzieci to dzieci pozamałżeńskie, wieś – ok. 20-22%)
– największy odsetek dzieci pozamałżeńskich – ponad 20%, do 40% (generalnie) w najbardziej rozwiniętych regionach Polski (centrum-zachód-północ), najmniej w regionie południowo-wschodnim (poniżej 20%, z wartością najniższą 12,5% w podkarpackiem).
– zdecydowanie najwięcej dzieci pozamałżeńskich rodzą kobiety bardzo młode (15-19 lat), około 850/1000.
– zdecydowanie najwięcej takich dzieci rodzą panny, aż do przedziału wieku 35-39 lat, kiedy odsetek ten schodzi poniżej 50%.
– na tle Europy Polska wypada statystycznie skromnie, katolicko zaś – tragicznie. Najwięcej dzieci pozamałżeńskich rodzi się (od dawna) w arcykatolickiej Irlandii (70%), którą to arcykatolickość tak właśnie definiują Irlandczycy. Co jest substancjalną obrazą Boga, a znacznie większą – biskupa i jego Wojtyły. Ale nic nie szkodzi: tam gdzie to tak obraża, nie można się o tym głośno drzeć. Przecież to jedyna substancjalna i i ostatnia zamordystycznie poważna instancja Kościoła kat. Mają być pozory. Wszechmogący musi się z tym zgodzić, skoro biskup jego się zgadza. Polska jest pod koniec stawki, ze skromnym wynikiem ok. 26% dzieci urodzonych nieślubnie, co w mowie katolickiej zawsze oznaczało bękarta. Dziecko najgorszego sortu, pozbawione należnych mu praw. Nic nie szkodzi – po tym właśnie poznaje się katolika: że pozbawia. I dlatego mówimy (wśród katolików, rzecz jasna): wszystkie dzieci są nasze. No i że wszystkie kochamy. Jak własne. O ile te też w ogóle kochamy. Bo weźmy takiego tatusia Adolfa Hitlera: bękart! W dodatku żydowski. A już katolik wie, co to znaczy i co się z tym robi. I dlatego te skutki.

Jest więc po katolicku dobrze – czego dowodzi góra, czyli odwrotnie – czego dowodzi dół. Obojętnie – wstępniaka, czy życia. Nie może nad Wisłą być inaczej, skoro jakaś połowa kleru to homoseksualiści (czyli w mowie katolickiego społeczeństwa: zboki, pedały, parówy, pedryle – co dowodzi, że katolik to katolik i kocha bliźniego swego. Może nie wszyscy ci homoseksualiści są seksualnie czynni, wszyscy zaś – co do jednego – cyniczni albo głęboko nieszczęśliwi). Kilkanaście procent to pedofile (także, z pewnością, nie wszyscy to aktywnie grasujący zbrodniarze), a reszta to substancjalni samotnicy, cudzołożnicy, klienci burdeli, wieczni onaniści, dziecioroby, uschłe drzewa, alkoholicy, uzależnieni od innych używek – wśród których nie brak skrajnych cyników i karierowiczów, co tylko czyni ich zagubienie, zakłamanie i ostatecznie samotność – głębszą. I niejaka drobna garstka rozmarzonych naiwniaków, po swojemu samotnych: w życiu i w firmie, w której nie ma z kim i o czym gadać, bo i gadać nie wolno. Zwłaszcza zaś – po co.
Z powyższego wynika też inny ciekawy wniosek: ostatni okop Prawdy Kościoła kat rozpada się, a za niedługą chwilę porośnie chwastami. Ostatnia transzeja obrony fantazmatów i uroszczonych a bezwzględnie zamordystycznych żądań sypie się w gruzy. Podtrzymują ją jeszcze przekleństwa, zastraszania, próby przerażania i odrzucania. Ale gdy nikt postronny nie widzi, proboszcz z biskupem idą na rękę i na układy. Jak nie w tej parafii, to w tamtej, bękarta da się ochrzcić. Byle pozór działał i miał jeszcze pewną moc wyklinania zamienną na moc uwodzenia, co ma dawać profity. O to tylko chodzi. By pozorem wyjaśniać kurczowy sojusz religii z władzą polityczną i w braku autorytetu oraz substancjalnej prawdy móc się posługiwać opresyjną aparaturą państwa, by „katolicyzm był ciągle żywy”, a nawet coraz bardziej. W tym jego pozorna żywość: w pustce i strupieszeniu.

A teraz, drogi czytelniku, wpłać na „Boże dzieło” fundacji w Toruniu księdza dottore, albo innej pokrewnej, co łaska, ale nie mniej niż 5000 złotych. Zaś minister wpłaci – w tym tygodniu – ze 30 milionów. Znowu. I spadaj. Po tym się pozna, żeś katolik.

Tanaka

[1] Zebrane dane GUS, Instytutu Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego, Eurostatu., Opracowanie Polska Grupa Infograficzna: https://kobieta.onet.pl/dziecko/niemowle/juz-co-czwarte-dziecko-w-polsce-jest-pozamalzenskie/z4c0d84