Książę i aktoreczka

Na tydzień przed Wielkim Wydarzeniem napięcie rośnie nie do zniesienia. Czy Jej ojciec pojawi się czy nie? Mówią, że odwołał przyjazd. Bo jest obrażony, że zarzucono mu ukartowaną sesję zdjęciową. Bo jest odludkiem. Bo miał zawał. Pani kochana, przecież to jest taki prosty człowiek, więc nic dziwnego, że się spietrał. Za wysokie progi i tak dalej. Ona przynajmniej choć trochę obyta była już wcześniej. Tylko kto teraz tę bidulkę do ołtarza zaprowadzi? Swoją drogą, to ciekawe jaką będzie miała fryzurę. I co najważniejsze – sukienka, sukienka ślubna – jaka ona będzie?!

Od tygodni nie sposób wyjść z domu unikając natknięcia się na Nią, bo w każdym kiosku i supermarkecie, na stacjach benzynowych, u fryzjera i na stolikach pracowniczych z każdej okładki stołówek szczerzy się Jej olśniewająco biały uśmiech. Już nie tylko prasa bulwarowa rozpisuje się na Jej temat. Już i poważne dzienniki i czasopisma prześcigają się w analizach, jaki wpływ na losy brytyjskiego społeczeństwa czy wręcz całego świata będzie miało małżeństwo z Nim. Wszak to precedens w tylu dziedzinach – starsza od Niego, Amerykanka, rozwódka, feministka (król Edward VIII z powodu takiej musiał się swego czasu wyrzec korony). Aktoreczka… Ale Ona z pewnością jeszcze nas zadziwi. W końcu – nowa jakość. Będzie się działo. Księżna Kate już nie będzie pierwszą ikoną mody. Może i lepiej, po tym jak przedstawiła światu najnowszego potomka odstrojona w kieckę z „Rosmary’s baby”, z czego była kupa śmiechu.

Rząd może zacierać ręce, bo podekscytowany zbliżającym się widowiskiem lud jakby zapomniał chwilowo o brexicie. Chleb po wyjściu z Unii pewnie podrożeje, a igrzyskami można się na razie nacieszyć do woli… Organizować uliczne imprezy z okazji królewskiego weseliska. Podniecać się szczegółami cedzonymi publice po troszeczku, jak przystało na porządny reality show. Sprawy poważne zeszły na drugi plan, ale nie oszukujmy się, kto by się tam podniecał polityką zagraniczną?! Za to sukienka, no jaka, ach jaka ona będzie, oto jest pytanie! Ciekawe też, czy ona tak naprawdę strasznie go kocha czy tak dobrze gra swoją rolę? W końcu to przecież aktorka. Choć wcześniej, moja droga, wcale o niej nie słyszałam, tyle jest teraz tych seriali…

Żarty na bok, bo ktoś zaraz zapyta, czemu znienacka na blogu ateistów rozpisuję się o ognistej narzeczonej rudowłosego księcia i weselisku dekady. Czy to w ogóle warte jest osobnego wstępniaka?

Piszę, bo od początku tej historii zadziwiała mnie właściwie tylko jedna rzecz – niezdrowe podekscytowanie kolorem skóry i pochodzeniem panny Markle. Które to podekscytowanie poważni komentatorzy bezwstydnie dzielą z bulwarówkami. Wielki nam dzień dziś nastał, pieje prasa i narodowe wiadomości, bo „kolorowa” kobieta wejdzie do królewskiej rodziny. Furda, że rozwódka czy feministka. Furda, że aktorka. Ale że mieszanej rasy! Ho ho, cóż za zmiana podejścia „royalsów” i z pewnością da to przykład wszystkim…

Tylko właściwie na co przykład? Czy na to, że kolorowy człowiek to też człowiek (nawet jeśli jest kobietą) i też może mieć aspiracje? Np. do tego, żeby zostać księżniczką…

Muszę przyznać, że na początku owe komentarze nieco mnie dziwiły, a wręcz żenowały w kraju, w którym 3 proc. populacji jest czarna, od dekad istnieje zjawisko multi-kulti i który jest różnokolorowy do tego stopnia, że o takich oczywistościach raczej nie dyskutuje się na co dzień publicznie (z wyjątkiem komików uprawiających stand-up comedy). Coś, co osobiście uważałam za zupełnie naturalne, zostało nagle potraktowane jako wielki precedens.

Co do Meghan, to (nie interesując się na co dzień celebrytami) myślałam, że po prostu ma śniadą cerę, a rewelacje na temat jej pochodzenia zbyłam wzruszeniem ramion. No więc dziewczyna jest mulatką i cóż z tego niby ma wynikać? Czy jest z tego powodu gorsza od białej Kate Middleton? W dodatku wygląda bardziej jak jej rodzona siostra Pippa niż Whoopi Goldberg. Czy w XXI wieku pianie nad faktem, że nieco ciemniejsza osoba zostanie brytyjska księżniczką w ogóle jest na miejscu? Disney już to rozgryzł jakiś czas temu, zapewniając nam princeski w każdym kolorze*.

Im więcej zupełnie poważnych analiz „efektu Meghan” pojawiało się w prasie, tym bardziej rosło moje zdumienie, że to zupełnie na serio. Komentatorzy zastanawiają się, czy casus książęcej narzeczonej pomoże czarnym kobietom w: show-biznesie, korporacjach, sztuce, miłości, życiu codziennym… (niepotrzebne skreślić). Potem zadumałam się nad sprawą i przestałam się głupio i naiwnie dziwić. Bo jeśli tak głośno dyskutuje się o kolorze skóry 63 lata po tym jak Rosa Parks została aresztowana, bo odmówiła ustąpienia miejsca w autobusie białemu mężczyźnie, rozpoczynając w ten sposób całkiem nowy rozdział w historii – to znaczy, że problem dyskryminacji na tle rasowym nie zniknął do końca.

Brytyjskie statystyki niestety to potwierdzają – ciemnoskórzy mieszkańcy Wysp trudniej zdobywają pracę i zarabiają mniej, jest ich mniej w mediach, polityce i biznesie (tu można się zastanowić, czy ktoś wziął pod uwagę procentowy skład całej populacji) a więcej w więzieniach. Są częściej zatrzymywani i przeszukiwani przez policje, ale nożowymi przestępstwami ta sama policja mniej się przejmuje w środowiskach czarnym niż tymi samymi w środowiskach białych. Przykłady można mnożyć, zaś czarne kobiety nawet na tle tych niewesołych statystyk wydają się bardziej poszkodowane – odbierane jako mniej atrakcyjne przez mężczyzn czarnych i białych, którzy wolą białe partnerki. Na Meghan zaś tak naprawdę wylało się wystarczająco dużo pomyj, że kolorowa (wliczając zjadliwe esemesy dziewczyny przewodniczącego UKIP, partii, której zawdzięczamy brexit), zanim prasa zmieniła front.

Nikt nie zastanawia się głośno, czy ryży narzeczony ułatwi życie rudym, a jego brat łysym… Ale skoro tak głośno krzyczy się o tym, że dzięki Niej w czasach wzbierającej fali białej supremacji i ksenofobii być może coś drgnie w kwestii stosunku do czarnych kobiet – to może coś jest na rzeczy…

Zresztą, na razie i tak najważniejsza jest ta ślubna sukienka…

Kostka

* Mnie osobiście bardziej bulwersuje fakt, że księżniczka-in-spe dała się ochrzcić, żeby mieć kościelny ślub z pełnymi honorami, mimo że jest rozwódką.