Czy chory na raka ma jakieś szanse?

Rak może się rozpocząć od jednej komórki organizmu, która degeneruje się z jakichś powodów i zaczyna się nieprawidłowo rozmnażać. Komórki nowotworu mnożą się bez kontroli organizmu i przenikają do zdrowej tkanki. Tak się dzieje, gdy coś zakłóca DNA zmieniając kod, który monitoruje cykl życia komórek. Przestaje działać układ immunologiczny. Co sprawia, że normalne dziecko, bo na ogół dzieci są normalne, podlega procesowi degeneracji i jako niegdysiejsze normalne dziecko, zostaje zmutowanym człowiekiem, czyli księdzem?

Podobnie jak słabsze komórki łatwiej ulegają degeneracji, tak samo, są ludzie, którzy łatwiej podlegają procesom irracjonalnym; wierzą w tarota, w duchy, strzygi, w dziewicę, która urodziła, cudotwórcę, który przywraca życie zmarłym itp. Taką maja skłonność i jest to immanentna cecha 90 proc. ludzkości; tak było, jest i będzie. Ja bym się nie naśmiewał z tej przypadłości homo sapiens, gdyż takimi tych ludzi stworzyła natura. Może to się kiedyś zmieni, ale na razie trzeba z tym pogodzić. To znaczy dopóty, dopóki ci ludzie głoszą swoje wierzenia w swoim gronie i nie usiłują narzucić ich tym 10 proc. ludzi, którzy nie przejawiają podobnych irracjonalnych skłonności.

I taki niedojrzały osobnik, nasączony przez rodziców, dziadków irracjonalną „wiedzą”, postanawia zostać zawodowcem od irracjonalności, czyli księdzem. Idzie do seminarium i tu zaczyna się ów proces mutowania, zwyrodnienia niedojrzałego, niemniej jednak wyposażonego w ową irracjonalną „wiedzę”. Główną przyczyna owego zwyrodnienia jest celibat. W seminarium ma miejsce taka łagodna „fala”. Młodzi alumni, jak te koty w wojsku, są seksualnie sprawdzani przez starszych braciszków, czy nawet samych wykładowców. Niekoniecznie musi zasmakować w tych czułościach, ale jeśli nie będzie ujawniać tych zalecanek, które to ujawnianie nazywa się szerzeniem zgorszenia, to może ukończyć seminarium i zostać księdzem, w jakiś osobliwy sposób zachowując ową dziecinną wiarę. Ci, co szerzą zgorszenie, są usuwani z seminarium.

W każdym razie poza garstką owych przedziwnych intelektualnych i moralnych dziewic, jak Boniecki, Lemański, Życiński i jeszcze paru, większość kończących z sukcesem seminarium młodych duchownych to albo cyniczni ateiści, którzy w seminarium stracili dziecięcą wiarę mamusi, ale zdobyli „zawód”, który im daje dostatnie życie przy wykorzystywaniu ufności owieczek. Albo gorzej: oni wierzą w to, że wolno im wszystko, bo mają narzędzie, którym mogą zaszachować samego pana Boga, w którego istnienie w jakiś sposób wierzą, ale dzięki takim instrumentom jak spowiedź, udzielanie rozgrzeszenia, mogą zmyć wszelki grzech i pan Bóg jest zmuszony uznać ich werdykt, szczególnie wtedy, kiedy grzesznik kupi sobie takie odpuszczenie.

Dwaj klerycy po spędzeniu razem upojnej nocy, mogą się wzajemnie z tego grzechu wyspowiadać i udzielić sobie wzajemnie rozgrzeszenia. To już nie cynizm, jak u tych pasterzy ateistów, ale jakiś niesamowity mechanizm samookłamywania siebie i naiwnego pana Boga.

I oto mamy takie ludzkie nowotwory, które razem tworzą potężnego raka żerującego na ciele narodu jako ewidentny pasożyt. I ten pasożyt ma czelność uważać siebie za moralną instancję, grzmieć w sprawach in vitro, aborcji, nakazywać kobietom donosić w łonie kalekie płody, rodzić żywe trupki.

Jednocześnie wciąż wabiąc słabsze intelektualnie owieczki cukierkową opowieścią o Jezusiku, który te wszystkie owieczki zbawi, robi wszystko, aby te przyszłe owieczki za bardzo się nie rozwinęły, nie zaczęły za dużo myśleć. Stąd ta reforma szkolnictwa wykonywana rękami PiS, zwiększanie ogłupiających katechez kosztem lekcji o przyrodzie, dawanie wychowawstwa w ręce katechetów. Maja posiąść taką wiedzę jak na przykład: jak się nazywali trzej królowie, jak się nazywało jezioro, w którym Jezus moczył stopy… Zachwaszczanie młodych głów taką wiedzą to precyzyjne formatowanie umysłów.

Kiedy nakładają się to na te wszystkie ceremonie, jakie katolik ma obowiązkowo przejść od urodzenia do śmierci, jak chrzest, komunia, bierzmowanie, ślub, chrzest dzieci, pogrzeb, cotygodniowe msze, to nieustanne wstrzykiwanie trucizny w organizm narodu, to razem widać, jak skutecznie i wytrwale funkcjonuje ten nowotwór, jak precyzyjna jest jego mechanika.

O niemoralności Kościoła katolickiego pisze się od wieków. I co? I nic. Ten nowotwór ma się szczególnie dobrze w naszym kraju, w Polsce.

Co robić?

Dalej powtarzać, wskazywać niemoralność tej firmy; może jakoś zacznie to docierać do polskich owieczek, jak to już dotarło w Quebeku, Irlandii, Hiszpanii. A praktycznie? Nie chrzcić, a jak już mnie ochrzczono, to ignorować, nie żądać żadnych apostazji, skreśleń z ich inwentarza. A niech sobie mają, bo proszenie ich o jakieś skreślenie to uwiarygodnianie tej instytucji. Należy ignorować.

Czy rak wżarł się już tak głęboko, że nie da się go usunąć bez szkody dla narodu? Normalnie raka leczy się operacyjnie, przez naświetlanie lub chemią. Może gdyby zamknąć seminaria, owe mateczniki raka. Broń boże nie należy ich traktować chemią, ale może jakieś naświetlania byłyby skuteczne?

Lewy